czwartek, 24 września 2009

40. "Do góry nogami" (1982)








"Do góry nogami", reż. Stanisław Jędryka (Polska, 1982). Szóstka karlusów (chłopaków) pasjonuje się fuzbalem (piłką nożną) i ugania po hałdach i placach (podwórkach) za szmacianką. Zapatrzenie są w piłkarzy najlepszego klubu w Polsce, Ruchu Wielkie Hajduki (obecnie Chorzów). Wokół nich biegnie normalna codzienność. Na wszelkie kłopoty chłopcy mają niezawodny sposób: stają na rękach. Obserwują bacznie toczące się wokoło dorosłe życie i... zaczynaja mieć na nie coraz większy , aczkkolwiek nieświadomy, wpływ.
Film Jędryki przypomina balladę ludową, bogato okraszoną rubasznym ploretariackim humorem. Początkowo historia oscyluje wokół obyczajowych obserwacji, aż niespodziewanie wykluwa się akcja. Pierwsza godzina filmu to jednak raczej próba rekonstrukcji życia śląskich rodzin w zamieszkujących familoki, wędrujących przez hałdy, pasjonujących się piłką nożną itd. Film zaczyna się w dniu otwarcia w Wielkich Hajdukach (dzisiejszy Chorzów Batory) stadionu Ruchu. Jest rok 1935. Mecz z Wartą Poznań przyciąga tłumy. Tuż obok wielkiego wydarzenia chłopcy kopią szmaciankę, wołając na siebie nazwiskami zawodników Ruchu (Wilim - skrót od Wilimowski, Peterek, Brom, Tatuś, Wodarz...). To ich cały świat. Dorosłe życie jednak wciąż zaczepia szóstkę bajtli (dzieciaków) na różne sposoby. Raz muszą Wilimowi i Peterkowi kupić wódkę, innym razem muszą zemścić się na lokaju zarządcy Huty Batory za przebicie szmacianki, stają się świadkami śmiertelnego postrzelenia sąsiada, musza przyprowadzać napranych (pijanych) ojców z szynku, pożyczając od sklepikarki 50 groszy dowiadują się, co znaczy słowo "gwarancja" i tak dalej i dalej. W końcu nastaje dzień 27 sierpnia 1939 roku i słynne zwycięstwo Polski nad Węgrami 4:2 (3 bramki Wilimowskiego); chłopcy słuchają realcji radiowej. To oczywisty znak, że dobiegł koniec wolnej Polski. Nastaje okupacja i teraz dopiero zaczyna się akcja filmu. Zbieg wydarzeń sprawia, że czynnie przyczyniają się do nieszczęścia. Więcej już nie zdradzę.
Prócz rozbawiania, film Jędryki potrafi też zamyślić albo zauroczyć (scena, gdy Edzio gra "Simpson" miłosną pieśń na puzonie). Pokazuje też, że dzieci potrafią być okrutne. Muzyka weterana polskiej kinematografii Korzyńskiego - w porządku. Realia przedstawione są bardzo starannie, z dbałością o reklamy Rodiona i Nivei. Czasem zdarzy się, że ulica przejedzie dwukrotnie ten sam czerwony samochód, jak gdyby w Hajdukach było tylko jedno auto. W scenach na stadionie Ruchu też można się czepiać, że w kadr wchodzą oświetleniowe słupy, zainstalowane 30 lat później i zegar Omega, który na stadionie pojawił się dopiero w 1939 roku. Ale tu chyba należy znać historię; dla laików to wszystko przejdzie bez zastrzeżeń. Ogromnym plusem filmu jest cudowna fotografia Jahody. Niczym zdjęcia, kadry są komponowane poprzez ekspozycję pierwszego planu z miękko fotografowanym tłem. Może jutro dorzucę kilka screenów jako przykłady. Cały film - to dla mnie zaleta - mówiony językiem śląskim, co prawda w nieco bardziej zrozumiałej formie, ale jednak nie tak literacko polskiej jak w na przykład w "Rodzinie Milcarków", gdzie gwary wcale nie da się usłyszeć.