niedziela, 20 września 2020

Henryk Waniek „Szalone życie Macieja Z”

W podtytule książki widnieje słowo "Opowieść". Książka jest zbiorem luźnych wspomnień Wańka o swoim zmarłym już niestety przyjacielu. Kim był Maciej Zembaty ludziom w moim wieku nie trzeba przedstawiać. Dla młodszych kilka wyjaśnień. Prowadził w radiowej "Trójce" satyryczny magazyn "Zgryz", gdzie umożliwił debiut zespołowi Maanam i Johnowi Porterowi, tłumaczył i popularyzował w PRL-u Leonarda Cohena, a w 1985 roku zorganizował koncerty Cohena za Żelazną Kurtyną, był współautorem serialu "Siedem życzeń", komponował, gra=ł na gitarze, koncertował, wydawał płyty, pisał skecze, felietony, czarne humoreski - wszechstronny i utalentowany człowiek. Dziś trudno o tak utalentowanych artystów. Waniek przytacza wiele anegdot z życia Zembatego, opisuje spotkania, kreśląc sylwetkę swego przyjaciela. Są to wspomnienia osobiste, ale na ich tle można bez trudu odczytać charakter epoki, w jakiej się rozgrywały; głównie był to PRL, a potem dziki kapitalizm po 1989 roku. W książce mowa także o licznych znajomych Macieja Zembatego, którzy z nim współpracowali, prowadzili wspólnie działalność artystyczną, wspomagali go w najprzeróżniejszych sprawach, mieli z nim wspólny język lub wspólne interesy. Barwna to opowieść i piękna. Napisana bez zbędnych sentymentów, za to z wielką dozą pietyzmu. Nie jest to opowieść faktograficzna, bo jak sam autor wspomina w kilku miejscach pamięć bywa zawodna. Po latach nie ma się już pewności, czy rzeczywiście było tak, jak się to opisuje. Nie jest to jednak istotne w książce Wańka, którą napisał, jak to on, pięknym klarownym stylem, niestroniącym od dzielenia się odautorskimi komentarzami i przemyśleniami - ważna jest prolongata pamięci o nietuzinkowym, ciepłym, towarzyskim, otwartym i utalentowanym artyście, ale też i człowieku, ojcu, mężu, poszukiwaczu doznań, nonkonformiście. Dla mnie była to lektura bardzo ważna z wyżej wymienionych powodów. Ale ważna była też z powodów osobistych, bo Zembaty był częścią mojej młodości. Na trzepaku (klopsztandze) na osiedlu Irys w Chorzowie śpiewaliśmy "Wspomnienie" i inne piosenki Cohena w tłumaczeniu Macieja Zembatego, co dla mnie było inicjacją w niesamowity świat zaczarowanej, pięknej i poetyckiej muzyki barda z Montrealu trwającej do dziś; to była część mojego ówczesnego hic et nunc, fragment mojego życia a równocześnie część tamtej rzeczywistości, jej mikroskopijny wariant. Dla współczesnych książka Henryka Wańka, jednego z ważniejszych polskich pisarzy, tak niedocenianego, może stanowić doskonały asumpt do poznania dawnych nastrojów, sposobu myślenia, bowiem Waniek potrafi doskonale oddać ówczesną atmosferę i na jej tle nakreślić doskonały portret artysty wraz z jego otoczeniem, w którym ów artysta, salony Maciej Z, potrafił żyć po swojemu, ceniąc wolność i konsekwentnie podążając swą własną drogą, wbrew napotykanym na niej przeszkodom.

czwartek, 17 września 2020

Ernest Hemingway „Pożegnanie z bronią”


Antywojenny romans napisany pięknym stylem (aż chce się napisać Hemingwayowskim), który trafnie opisuje powieściową rzeczywistość dbając o szczegóły, jednak pomijając, co zbędne, a jednocześnie tworząc szeroką game nastrojów bez użycia jakichś oszałamiających środków stylistycznych. Kiedy trzeba turpizmu, mamy go, gdy trzeba melancholii, otrzymujemy ją, gdy zechcemy szczypty humoru, oto ona. Wojna jest tu przedstawiona naturalnie jako bezsensowna siła niszczycielska, początkowo ukazana z dystansu, by raptem wedrzeć się w pozorny spokój tyłów włoskiej armii i rozpocząć upiorne dziesiątkowanie jej szeregów. W to wszystko wkrada się cichaczem miłość, początkowo nieśmiało, ostrożnie, tak bez zobowiązań, by podobnie jak wojenna pożoga wybuchnąć i owładnąć kochanków bez reszty. Nie ma tu miejsca na ckliwość i sentymentalizm; uczucie musi być silniejsze od wojny, musi przynieść ulgę, może nawet zapomnienie. Dlatego kochankowie szanują się tak bardzo, wiedząc, jak są sobie potrzebni, nie robią jednak sztucznych scen zazdrości, nie wyniszczają się zaborczością, cenią każdą wspólną chwilę. Ich rozmowy są tak ludzkie, takie zwyczajne, tak bardzo pozbawione patosu, tak banalnie zwyczajne i jest to tak piękne i prawdziwe. Przypomina to miłość u Remarque'a. W innym skrócie można napisać o "Pożegnaniu z bronią", że miłość zwycięża wojnę, a życie miłość. Ponadczasowa opowieść, która nie straciła nic na swej aktualności, zmieniły się tylko dekoracje.

środa, 16 września 2020

Vladimir Nabokov "Lolita"


Nie będę streszczać zawartości książki, bo każdy ją zna. Ale czy na pewno?... Napisana pięknym językiem, z wieloma aluzjami do dzieł literackich, ze sporą dozą ironii i humoru, to powieść na pewno nie o obsesji, bo chociaż na początku obsesja ta dysponuje ostrymi pazurami, to już w 1/3 książki te pazury są mocno stępione i kontrowersyjna erotyka schodzi na dalszy plan. O czym zatem jest? moim zadaniem tematem książki jest odwieczna walka pomiędzy brzydotą i pięknem. Nabokov swego reprezentanta brzydoty wybrać mógł z ogromnego wachlarza złych uczynków myślą i mową, trafiło akurat na pedofilię. Świat piękna to świat istniejący w książce w formie intertekstualnej; składają się na niego owe liczne odniesienia kulturowe (jest ich znacznie więcej niż lubieżnych opisów), kult książki i piękna, zabawy językiem, sensem, podobieństwem rdzeni wyrazów, są to także wiersze, przyroda, a nawet w samej fascynacji nimfetkami, oprócz obrzydliwości, jest też niewinny podziw dla świeżości, młodości i urody. Sama książka napisana jest w formie intymnego pamiętnika, jednak sporo w nim innych gatunków (powieść drogi, kryminał, romans i jeszcze kilka innych), co chyba można by uznać za zabieg zwiastujący postmodernizm, a liczne aluzje, gry słowne, zabiegi narracyjne nawiązujące do zasad gry w szachy, czyli ruch przeciwnika powoduje nasz kontr-ruch, odniesienia tylko osłabiają sens słowa "chyba". Nie jest to książka łatwa w odbiorze i czytelnik niewątpliwie musi w trakcie lektury odczuwać respekt przed ogromną erudycją i talentem autora. Równocześnie jest to powieść wciągająca, o zmiennej wartkiej narracji. Jest także obrazem Stanów Zjednoczonych końca lat 40-tych i początku 50-tych, obyczajowych i kulturowych bardziej, niż politycznych. Lolita i Humbert Humbert przemierzają kraj w poszukiwaniu nie tylko sposobności do zaspokojenia własnych zmysłów w przydrożnych motelach, ale również by oglądać liczne atrakcje turystyczne po drodze. Napisałem ten pobieżny i skrótowy obraz "Lolity" przede wszystkim z myślą o tych wszystkich, którzy nie czytali jeszcze książki Nabokova i mają o niej fałszywy osąd, jakoby była to książka skandalizująca, niemoralna i kontrowersyjna tylko. Otóż nic bardziej mylnego. "Lolita" nie ma niczego wspólnego z pornografią, a nawet kiedy Nabokov opisuje intymne chwile lub części ciała, zawsze robi to w dowcipnie aluzyjny sposób, dobierając odpowiednią metaforę, która jest na ogół symbolem z dozą humoru (na przykład coś na wzór gimnastyki lędźwi). Nie warto bać się "Lolity" i nie warto się gorszyć, warto otworzyć swój umysł i pozbywszy się uprzedzeń wziąć udział w literackiej uczcie, którą jest powieść Nabokova (jak każda inna zresztą jego autorstwa).

czwartek, 10 września 2020

Yōko Tawada „Fruwająca dusza”


Dziwna to książka i równocześnie niezwykła. Nie jest jednoznaczna, jest senna i metaforyczna. O czym traktuje? Fabuła jest prosta. Risui udaje się na naukę do zaszytej w lesie Szkoły prowadzonej przez charyzmatyczną Kikyo. O czym więc mówi w ten sposób skonstruowana fabuła? Myślę, że o poznaniu siebie, o wyrobieniu sobie stosunku do otoczenia, o duchowej drodze, ale nie o podążaniu nią bezwolnie. Jeszcze o erotyzmie, narkotykach, postawach, naśladowaniu. Sam las, w którym znajduje się szkoła, może być symbolem wieloznaczności, ale nawet dotarłszy do celu, nie osiąga się wiedzy. To trochę przypomina książki Hermanna Hessego, w których bohaterowie starają się osiągać doskonałość duchową, ale najczęściej znajdują się zawsze w drodze do celu. Książka Tawady jest też nieco Kafkowska, bo bohaterka trafia do osobliwego miejsca, w którym panuje atmosfera o posmaku niesamowitości i grozy równocześnie, zaś zasady tam obowiązujące zmuszają główną bohaterkę książki do ustosunkowania się wobec nich. To walka "ja" z chcącym pochłonąć go ogółem. Na pewno trzeba tę książkę przemyśleć i jednocześnie odczuć, gdyż nie jest nigdzie powiedziane, że w "Fruwającej duszy" znajduje się wyjaśnienie. Posmak tajemniczości i niezwykłości oraz narracja prowadzona w pierwszej osobie, często przybierająca formę monologu wewnętrznego, stanowią o oryginalności książki.

2 dni później.

Dawno już nie przeczytałem żadnej książki dwa razy z rzędu. „Fruwającą duszę” skończyłem czytać drugi raz wczoraj wieczorem i czuję, że mógłbym zacząć trzeci raz. Drugi raz czytałem nieco dziwnie, bo wpierw ostatnie 200 stron, a potem od początku do fragmentu, w którym zacząłem czytać od środka było to pojawienie się Kikyo nad jeziorem. Wiele rzeczy z drugiej części książki jest zarysowanych na początku. Odkryłem wiele rzeczy, które umknęły mi przy pierwszej lekturze (na przykład samoistne falowanie włosów na głowie pozostającej w bezruchu). Mocniej zarysowały się także postaci i fabuła, która, aczkolwiek w szczątkowej formie, jednak w książce jest; w sumie skalda się na nią kilka mocniej zarysowanych zdarzeń (otrzymanie listu, marsz przez las, początek nauki, bunt, wspomnienie Risui pracy w domu z ogromną biblioteką) przeplatanych ogromną ilością zdarzeń na pozór błahych, ale istotnych dla stworzenia obrazu Szkoły, a jednocześnie stanowiących o jej niezwykłej atmosferze. Można powiedzieć, że powieść Tawady jest tkaniną przeplataną różnej grubości i o odmiennych kolorach nićmi; są to postacie i poetyckie fragmenty, których w książce jest sporo.

środa, 9 września 2020

Leszek Kołakowski „Klucz niebieski albo opowieści biblijne zebrane ku pouczeniu i przestrodze”

 


W przejrzysty sposób Kołakowski wyciąga morały i wnioski ze znanych z Biblii historii, używając przy tym i humoru, i fantazji. Bawi się także sensem i znaczeniami, sugerując na przykład wypowiedzenie wojny jako działanie na własną niekorzyść, gdyż ostrzega się tym przeciwnika, więc pierwszy krok wykonuje się przeciwko sobie, po czym ów wstęp znajduje zastosowanie przy przypowieści o królu Salomonie, ostrzeżonym przez Anioła, że wkrótce spotka go kres jego egzystencji, przy czym wnioski są całkiem inne od początkowych. Los Hioba przedstawiony jest jako wynik sporu Jahwe z Szatanem. Przedstawione zostały hipotetyczne zakończenia historii Abrahama i Izaaka. Dowcipnie opowiedziana jest opowieść o zdobyciu Hebronu. Każda z analiz opowieści biblijnych jest inteligentna i błyskotliwa. Taka lektura to czysta przyjemność, pełna błyskotliwych myśli, przewrotnych wniosków i aforyzmów w rodzaju "Miłość nie wymaga uzasadnienia", co samo w sobie brzmi może nieco banalnie, ale w książce, nie wyrwane z kontekstu, to zdanie jest jak najbardziej umotywowane. Z książki Leszka Kołakowskiego poznamy także motyw, jakim kierował się Bóg, kiedy tworzył świat. Proponuję porzucić szablonowe myślenie w trakcie lektury "Klucza niebieskiego", gdyż jest to świeże spojrzenie na znane i na ogół oklepane historie, raczej snadne w odbiorze, przy czym przewrotne i żartobliwe, chociaż oparte na logice.

wtorek, 1 września 2020

Anna Janko "Mała zagłada"

 


Słów brak po tej lekturze. Chyba bardziej przerażająca książka od reportaży Aleksijewicz. Dawno po żadnej lekturze nie buzowały we mnie tak silnie emocje. Książka opowiada historię pacyfikacji przez hitlerowców wsi Sochy 1 czerwca 1943 roku za jej powiązania z partyzantami. Z tej zagłady ocalały głównie dzieci, które były świadkami śmierci swoich rodziców. Autorka jest córką jednej z dziewczynek, które przeżyły. "Małą zagłada" to także opowieść o losach dzieci w czasie wojny, o traumie, o winie i wybaczaniu, o ujmowaniu w słowa tragedii, a raczej o braku takiej możliwości. Jest niezwykle sugestywna. Janko pisze rzeczowo, ale wielokrotnie sięga po czysto literackie chwyty, a wtedy tekst książki staje się żałobną pieśnią pełną bolesnej poezji. Cudowne są apostrofy do matki; to rodzaj wspólnego przeżywania, próby zrozumienia, co się stało, co w pamięci matki utkwiło niczym kość w gardle, są to także egzorcyzmy mające na celu wyrzucić ze świadomości demony przeszłości i usunąć traumę. W pewnym momencie Janko pisze do matki, że pielęgnowanie lęku i milczenie w niczym mnie pomogą, uwolnienie się od traumatycznych wspomnień możliwe jest tylko poprzez stawienie im czoła i opowiedzenie o tym słowami pozbawionymi strachu.

niedziela, 30 sierpnia 2020

Martin Reiner „Lucynka, Macoszka i ja”

 


Tytuł książki jest jednocześnie obrazem trzech rzeczy, które są w książce najistotniejsze, a które można przełożyć na następujące ogólne sformułowania: doświadczenie, pasja i poznanie. Nieuświadomiony jeszcze homoseksualista Tomasz spotyka się z Marią, której córką Lucynką będzie musiał się opiekować. To będzie jego doświadczenie ojcostwa i więzi z córką, której ze względu na swą orientacje seksualną nie doświadczy w inny sposób. Macoszka to czeski poeta, który wyemigrował w 1948 roku do Anglii; Tomasz jest nim zafascynowany i zajmuje się redakcją zapisków Macoszki w zeszytach. Tomasz, czyli tytułowe "ja" poznaje dzięki tym dwóm rzeczom siebie. Nie, nie chodzi o uświadomienie sobie, że jest "tym innym", ale o uświadomienie sobie, co jest istotne dla niego, jak bardzo jest to istotne i na ile może wpływać na swój los, kontrolując (jeśli można to tak brzydko nazwać) swa przyjaźń z Lucynką i zamiłowanie do twórczości Macoszki. Rainer obie te sprawy przeplata ze sobą, Tomasz znajduje się w różnych sytuacjach, w których musi się sprawdzić; zawsze priorytetem obdarza dziewczynkę kosztem swej pasji, prawdopodobnie dzięki swej wrażliwości i empatii. Ja powiedziałbym, że jest to piękna książka o przyjaźni młodego mężczyzny z kilkuletnią dziewczynką, którą zmuszony jest się opiekować. To oczywiście spłyca wymowę powieści, bo jest w niej zarysowanych kilka innych ważnych rzeczy, jak depresja, upadek komunizmu, przewartościowanie, rola literatury w życiu każdego z nas, jednak więź Tomasza i Lucynki zdaje się być na pierwszym planie. Reiner lubi pisać potocznym stylem, jednak daleki jest on od drętwoty, lubi bawić się też czasami, bowiem opowieść snuta w pierwszej osobie w czasie przeszłym lubi przechodzić niespodziewanie w czas przyszły. Autor stosuje ten zabieg, aby podkreślić niektóre zdarzenia, nadając im nieco bardziej doniosły ton. Zwykła życiowa historia Reinera, daleka jest od banału, za to wypełnia ją wiele ciepła i wyrozumiałości. Jest to książka o Tobie, o mnie i o naszym sąsiedzie, bo każdy z nas ma pasje, każdy ma kogoś bliskiego i każdy czasem musi wybierać, co jest ważniejsze, i zastanawiać się, co dalej.

sobota, 29 sierpnia 2020

Martin Pollack „Topografia pamięci”


 Doskonały zbiór tekstów dotyczących pamięci, czy jest potrzebna, wygodna, wiarygodna, zawodna? Eseje Pollacka mówią też o odpowiedzialności za swoje czyny, o spuściźnie po rodzinie, którą trzeba ze sobą nosić, bowiem ojciec autora był gestapowcem tłumiącym Powstanie Warszawskie i zapalonym nazistą, jak cała zresztą rodzina. Są to więc teksty o sprawach niełatwych, śliskich, skrywanych, bolesnych. Pollack lawiruje pomiędzy własnymi wspomnieniami, rezultatami swoich poszukiwań na temat przemilczanych w rodzinie faktów, zręcznie przechodząc do równie niewygodnych tematów dotyczących II Wojny Światowej. Czasem zmienia perspektywę i do przeszłości dochodzi od strony teraźniejszości. W książce znajduje się także szalenie zajmujący cykl tekstów opisujących fotografie; pierwszym z nich jest zamieszczone na okładce zdjęcie dzieci w ogrodzie, które unoszą ręce w nazistowskim pozdrowieniu. Pollack nie ogranicza się tylko do ostatniej wojny. Zajmują go także zbrodnie dokonane na ludności cywilnej w latach 1914-1918. Nie stosuje też ograniczeń terytorialnych, a kto czytał jego wspaniały reportaż "Po Galicji" wcale nie będzie zdziwiony, że także w "Topografii pamięci" sporo jest o tej części Europy. Na koniec dodać należy jeszcze, że Martin Pollack jest nie tylko słowianofilem, ale wielkim przyjacielem naszego kraju, o czym świadczy zamykający książkę, zajmujący niemal 1/6 jej całości esej opowiadający o jego związkach z naszym krajem. Jest to niewątpliwie jedna z najlepszych i przy okazji najważniejszych książek z przeczytanych przeze mnie w tym roku.

sobota, 15 sierpnia 2020

Monika Kassner „Sprawa Salzmanna”

Co to oznacza dla książki, bo przecież wiemy, że akcja rozgrywa się przed wojną i dotyczy sprawy kryminalnej, ale ile jest w powieści warstwy sensacyjnej, a ile historycznej? W „Morderstwie pod cenzurą” Marcina Wrońskiego międzywojenny Lublin zdaje się nakreślony dosyć realistycznie, jednak Wroński nie sięga tak dalece po szczegóły, jak robi to Monika Kassner. Miasto Świętochłowice, w którym osadzona jest akcja, opisane zostało niemal drobiazgowo, przy czym autorka lubuje się w dawnych nazwach lokali oraz w usytuowaniu akcji w konkretnych miejscach. Ten zabieg tworzy dosyć wyrazisty obraz przedwojennych Świętochłowic oraz graniczącej z nimi wsi Lipiny, które obecnie stanowią administracyjnie jedną całość. 


Być może dla kogoś z zewnątrz będzie to nieco zbyt precyzyjny pejzaż górniczo-hutniczych miejscowości, ale w moim odczuciu takie przywoływanie i utrwalanie minionych czasów to coś godnego pochwały. Przeszłość, która sama się już nie obroni, ani nie upomni o uwagę, zasługuje na upamiętnianie i utrwalanie w każdej formie. Dla mnie, jako mieszkańca dzielnicy Świętochłowic usytuowanej pomiędzy opisywanymi w książce Lipinami a ówczesnym i obecnym centrum miasta, to fascynująca podróż w przeszłość, którą zawsze starałem się poznawać, będąc lokalnym patriotą. Mnie doskonale czytało się zatem także o miejscach znanych mi od urodzenia. Kassner stara się opisywać je z precyzją, dodając do całości nawet takie informacje, jak zapach powietrza tak charakterystyczny dla okręgu przemysłowego, ale też nieco ubarwia realia na potrzeby fabuły zjawiskami pogodowymi; po mieście snujące się mgła albo przechodzi burza.

Warstwy historycznej mamy zatem w przysłowiowy bród. Natomiast warstwa kryminalna jak gdyby raz wyłania się wyraziście z tego misternego tła, by się na chwilę w nim się zgubić. Pomysł na książkę jest dobry i o wykonaniu — pamiętając, że jest to debiut autorki w tej formie — powiedzieć można to samo. Książkę czyta się potoczyście, akcja może nie jest zbyt wartka, jednak wystarczająco interesująca, postaci nakreślone dosyć wyraziście, szczególnie te główne, chociaż żona Jędryska mogłaby mieć więcej charakteru, a Inga Bittner być mniej posągową pięknością, króluje za to charakterny, ale równocześnie niebędący czarno-białą postacią radca prawny Jędrysek.

Dodać należy, że w dwóch fragmentach Monia Kassner wplotła do swej książki autentyczne zdarzenia z życia Świętochłowic. Pierwsze z nich to pomysłowe wykorzystanie napadu na Bank Ludowy z sierpnia 1934 roku; autorka nie zmieniła nawet nazwisk sprawców. Drugie jest nieco kontrowersyjne, ponieważ przy tak dalekiej dbałości o szczegóły Kassner w sierpniu 1934 umieściła mecz o awans do pierwszej ligi (ówczesna najwyższa klasa rozgrywek w piłce nożnej) pomiędzy Naprzodem Lipiny i Śląskiem Świętochłowice, który miał miejsce 16 listopada 1934 roku. Także wynik 2:1 dla Śląska autorka zmieniła na remis 1:1. Przypominam, że grano wtedy systemem wiosna-jesień, a nie jak obecnie jesień-wiosna, to znaczy rozgrywki ligowe kończono na jesienini wtedy rozgrywano mecze o awans. Można oczywiście przejść nad tym bez zgłębiania się, ot bohaterowie wybrali się na mecz i nie mam co do zastosowania takiego zabiegu, mającego zapewne zaznaczyć ów fakt historyczny w opowieści, żadnych obiekcji, odzywa się jedynie mój faktograficzny głos wewnętrzny kibica Śląska Świętochłowice.
  

Kończąc tych moich kilka uwag na temat „Sprawy Salzmanna”, bo raczej nie jest to rasowa recenzja, pragnę zwrócić jeszcze uwagę na kwestię językową, a mianowicie na wspaniały pomysł zamieszczenia w książce niektórych dialogów w języku śląskim, co jeszcze bardziej wiąże powieść Moniki Kassner z regionem górnośląskim i z miastem, w którym śledzimy akcję. Można by jeszcze pochylaćć się nad 
innymi szczegółami, nad opisem komunikacji, tragów, wzmiankami o zakładach przemysłowych, naszkicowaniem dysproporcji społecznych, obyczajami, upodobaniami i ulubionymi przysmakami, ale to wszystko można zastąpić sięgnięciem po kryminał Moniki Kassner i zapoznaniem się z tym wszystkim, co wchodzi w jego bogata treść w tak niewielkiej objętości. Podobno — nie wiem, czy jest to prawda — Monika Kassner pisze kontynuację Sprawy Salzmanna, jest więc na co czekać.

wtorek, 11 sierpnia 2020

167. "Na autostradzie życia" (1927)

 




„Elämän maantiellä”, reż. Ragnar Hartwall i Kurt Jäger (Finlandia, 1927)

Polski tytuł, a raczej polskie tłumaczenie tytułu brzmi „Na autostradzie życia”. Autostrada jest w filmie metaforą, ale powinna być raczej mowa o drodze, nie o autostradzie. Tarini (Waldemar Wohlström) wędruje wraz ze swoim osiołkiem ciągnącym pianino na korbę z miasteczka do wsi, ze wsi do miasteczka, od do cały czas w drodze. Na życie zarabia jako uliczny grajek, przygrywając na ulicach dla zgromadzonych ludzi. Tarini jest doświadczony życiem, stracił żonę i córkę. Pewnego razu podczas gry do muzyki zaczyna tańczyć Irmela (Vivan Cravelin). Świadkiem tego tańca jest impresario Greeving (Eric Broman), który z miejsca angażuje Irmelę, Tariniego i osiołka do swego show. Występy przynoszą sukces, jednak Greeving, który jest kobieciarzem, nie zostaje obojętny na wdzięki Irmeli. Ta jednak kocha się w młodym Georgu (Halvar Lindholm). Tyle z zarysu fabuły. Film kręcono w wynajętej sali balowej, która miała służyć za studio (ujęcia teatralne) oraz w okolicach Helsinek. 
Jak każdy odnowiony cyfrowo film, także i ten ukazuje piękno fotografii niemego kina, dbałość o szczegóły, kompozycję obrazu, dekoracje, kostiumy, a nawet i tak już mocno akcentowane makijaże aktorów. Takie były jednak czasy, tak się malowano i nie ma co żądać czegoś innego. Fotografia jest w filmie bardzo staranna, przemyślanie kadrowana. To film skandynawski, zatem musi być w nim eksponowane piękno przyrody. Ujęcia rozkwitającej łąki w środku cudownego lata służą równocześnie jako tło dla szczęśliwych chwil Irmelii Georga; łącząc piękno ze szczęśćiem kamera tworzy metraforę miłości. Nie jest to jednak film, w którym szczęście dominuje. „Elämän maantiellä” to raczej film ukazujący życie jako trud i mozolną walkę o grosz (Tarini) oraz narażenie na niebezpieczeństwo honoru niewinnej dziewczyny (Irmela). Cynizm i brak hamulców moralnych uosabia Greeving. Matka Georga natomiast reprezentuje mądrość i roztropność. Reżyserzy nie boją się pokazać w filmie kontrastów społecznych. Irmela żyje w niedostatku, Tarini w biedzie. Georg jest zamożny, Greeving bogaty. Film próbuje jak gdyby pokazać możliwość przenikania obu światów, co jest chyba raczej nieco naiwne i przypominać może historię Kopciuszka. Nie jestem pewny, czy Hartwall i Jäger kręcąc swój film myśleli kategoriami społecznymi. Sądząc po zakończeniu, raczej interesowały ich bardziej relacje międzyludzkie, miłość, pożądanie, troskliwość, zachłanność. Myślę, że obaj reżyserzy operują w tym filmie kategoriami etycznymi, że moralność bądź jej brak jest motorem napędzającym fabułę. 
Do ciekawostek należy zapewne fragment, w którym Tarini przed snem wypręża się przed zdjęciem Mussoliniego i salutuje doń. Pamiętajmy jednak, że film pochodzi z drugiej połowy lat 20-tych, kiedy świat nie znał jeszcze prawdziwego oblicza dyktatora. Ta scena pozwala się domyślać miejsca i czasu akcji, które nigdzie nie jest podane, a nawet nigdzie indziej nie jest sugerowane: Włochy w połowie lat 20-tych.
Film „Na drodze (autostradzie) życia” nie jest na pewno arcydziełem, jest to raczej bardzo solidne kino oparte na wielu typowych dla ówczesnych czasach schematach, nie ma tu raczej niczego nowatorskiego. Postaci są raczej jednowymiarowe, albo dobre, albo złe. Pod względem odcieni najciekawsza postgacią jest Greeving, który pomimo swoich partykularnych interesów, wyciąga jednak z bidy Irmelę i Tariniego. Tarini jest natomiast najbardziej wyrazisty; na jego warzy wciąż rysuje się smutek i rezygnacja, jest jak gdyby człowiekiem pokonanym przez życie i pogodzonym z losem. Całą swą czułość kieruje do swego jedynego towarzysza, osiołek jednak bywa czasem uparty i nie odwzajemnia tej czułości należycie, co jest powodem do pojawienia się w filmie fragmentów o komicznym charakterze. 
Dodać należy jeszcze uwagę o świetnej muzyce ilustrującej film i na tym kończę. Nic oczywiście na siłę, ale zachęcam do oglądania i poznawania niemych filmów, bo naprawdę warto. Pozdrawiam i do następnego wpisu. Każdy komentarz jest mile widziany.

piątek, 17 lipca 2020

166. "Wir machen Musik" (1942)

Jak ja lubię to stare kino z okresu klasycznego, chyba coraz bardziej. Zawsze prosty i czytelny przekaz, fabuła uporządkowana w konwencję, ale nic z nudy, brak epatowania i szokowania (chociaż jest scena, w której żona wchodzi pod prysznic do męża i co z tego, ze pokazane są tylko drzwi łazienki, skoro każdy człowiek ma do dyspozycji wyobraźnie?). Jest to komedia muzyczna, więc mamy sporo piosenek i na końcu wystawną choreografię. Ambitny kompozytor próbuje napisać operę, podczas gdy jego żona jest wokalistką i pianistką w kobiecym jazz-bandzie Wróbelki. Nie trzeba dodawać, że opera przynosi klapę, za to Wróbelki mają się wyśmienicie. Film o miłości, radości, jaką niesie muzyka. Należy jeszcze dodać, że w filmie, który został nakręcony w czasie wojny w III Rzeszy pojawia się tylko raz w tramwaju umundurowany żołnierz i na sam koniec jest aluzja do zaciemnienia, to wszystko; film jest całkowicie apolityczny. Takie są zresztą z grubsza wszystkie filmy Helmuat Käutnera nakręcone w okresie wojny, które znam. Apogeum tego jest nakręcony w ostatnich dniach wojny w oblężonym i bombardowanym Berlinie film "Pod mostami", w którym trudno doszukiwać się jakichkolwiek oznak okoliczności, w których był kręcony...

"Wir machen Musik", reż Helmut 
Käutner (Niemcy, 1942)