piątek, 4 grudnia 2020

Edward Redliński „Konopielka”




Kolejny audiobook trwający 6 godzin, czyli jedna noc w pracy. Doskonale przeczytany przez Wojciecha Siemiona. Kto pamięta tamte czasy, ten doskonale o tym wie, a kto nie pamięta, temu tłumaczę, że Siemion był w czasach PRL-u specjalistą od ról chłopów, wieśniaków, silnie związany z nurtem wiejskim i ludowym, więc do czytania „Konopielki” nadaje się jak mało kto. Wyczuwający wiejskie klimaty lektor jest w przypadku „Konopielki” nie tylko nieoceniony, ale przede wszystkim jest niezbędny. Siemion wywiązał się, jak już wspomniałem, rewelacyjnie. Redliński napisał swą książkę z w pierwszej osobie z perspektywy chłopa z zacofanej wioski Taplary, do której po wojnie nie dotarła cywilizacja. Raz, że chłopi są tu mocno tradycyjni, a dwa, że położenie wioski — otaczające ją bagna, co pięknie sugeruje jej nazwa — utrudnia do niej dotarcie. Narracja jest zatem strumieniem przemyśleń prostego chłopa, który używa charakterystycznego wiejskiego języka, w którą wplątane są licznymi zabobonami i przepojone przeświadczeniem, że tradycyjne proste chłopskie życie jest jedynym słusznym sposobem na życie. Kiedy w ten hermetyczny świat wkracza cywilizacja w postaci delegacji Polski Ludowej, zwiastująca edukację, elektryfikację i meliorację, wieś jest nie tyle przerażona, ale zaczyna zachowywać się, jakby mrówkom w mrowisko wetknięto kij. Zmiany zsyła szatan, osuszenie bagna jest niemożliwe, bo żaden człowiek nie jest w stanie tego zrobić, z chłopów się kpi! No i zebranie kończy się triumfem prymitywnego sposobu myślenia, ale to chwilowe zwycięstwo osiągnięte zostało z pomocą dosyć niemiłego i niezbyt estetycznego środka. Klasyczna wygrana bitwa w przegranej wojnie, ponieważ chłopi skupieni na swoim małym wycinku życia, nie zauważali nieuchronności czegoś wykraczającego poza ich pojęcia. Tak że władza robiła swoje, a chłopi swoje. Pierwszym krokiem było założenie we wsi szkoły i zakwaterowanie „uczycielki". Tu zaczyna uwypuklać się kontrast pomiędzy starym i nowym. „Konopielka” nie jest książką o pacyfikacji tradycyjnych polski wsi przez nową władzę Polski Ludowej, ale obrazem nieuchronnej porażki tradycjonalizmu z nowoczesnością. Nikt nie będzie żył w skansenie, chociaż w Taplarach nie ma takiego, który by sobie to uświadamiał. Na razie nawet dziady i żebraki pojawiają się we wsi ci sami i zawsze o tej samej porze roku, na święta kościelne. Książka pokazuje moment przełomowy, nowe wkracza w zakrzepły świat tradycji. Główny bohater przyjmuje do siebie na kwaterę „uczycielkę” i tym samym idzie na pierwszy ogień. W pełnym humoru i kpiny, czasem dobrotliwej, czasem zajadłej, Redliński pokazuje stan umysłu chłopa, kiedy ten staje w obliczu zmierzchu tego, co pojmował za wieczne i nienaruszalne i musi ustosunkować się wobec nieznanego. „Konopielka” to książka doskonałą, pięknie przemyślana i wyważona. Wszystko, co zostaje opisane, ma swoją funkcję i koreluje z późniejszymi wydarzeniami. W trakcie czytania „Konopielki” przyszedł mi na myśl fragment z czytanej równolegle książki Oli Watowej Wszystko co najważniejsze..., w której autorka pisze o Kazachu, który poszedł na wojnę, został ranny i wtedy w szpitalu pierwszy raz w życiu leżał w prawdziwym łóżku. Takie prawdziwe łóżka próbuje się w Taplarach wprowadzić (metaforycznie oczywiście, bo we wsi spano już w łóżkach, ale w jednym całą rodziną), co jest dla mieszkańców, którzy nigdy jeszcze na takim łóżku nie spali, jest nie do pomyślenia. Film, który nakręcił na podstawie książki Witold Leszczyński w 1981 roku doskonale oddaje klimat powieści Redlińskiego, jednak absolutnie nie oddaje tego, co jest esencją książki, sposobu myślenia głównego bohatera. Żeby to odzwierciedlić, reżyser musiałby zastosować monolog spoza kadru, ale wtedy taki przegadany film byłby chyba lekko nużący. Film obejrzeć warto, ale książka to mus. Polecam gorąco.

czwartek, 26 listopada 2020

Leonard Cohen „Księga tęsknoty”



Niektóre książki mają swój czas. Tę otrzymałem w 2006 roku w prezencie i przeczytałem dopiero 14 lat później. Dobrze się stało, ponieważ wtedy byłem oddalony od wielu tematów poruszanych przez Cohena w swoich wierszach, a teraz jest jakby czasem pisał dokładnie o mnie. Cóż, osiągnąłem już wiek bardziej dojrzały... 😉
Tematy Cohena znane od lat występują tu oczywiście w sposób wyrazisty: miłość, Bóg, śmierć. Czuć, że wiersze mają charakter mocno autobiograficzny, jednak są równocześnie uniwersalne, bo kto nigdy nie kochał? Cohen pisze o sobie ze sporym dystansem, właściwie dyskredytuje wszystko, co wcześniej dokonał, pomniejsza wartość swojej twórczości, demistyfikuje swe erotyczne podboje, jakby chcąc rozróżnić pozór od prawdy. Niewiele jest w "Księdze tęsknoty" czystych erotyków, raczej są to wspomnienia kobiet dające okazję do rozważań natury filozoficznej. Cohen podaje też kilka refleksji na temat świata, w którym żyje, odcina się od swego pokolenia, które go wyniosło na szczyty popularności w latach 60-tych. Ton bywa nieco gorzki, cierpki smak przeszłości zmusza autora do pisania w ten sposób. Ulotność rozkoszy to jedna z mądrości starości, jednak tego nigdy dosyć... Alkohol, muzyka, poezja, życie mnicha, każda próba zniesienia goryczy świata jest dobra, ponieważ łagodzi cierpienie życia, i jest zła, ponieważ jest surogatem. Niestety nie ma niczego, oprócz surogatów. Trzeba jednak iść, wędrować, nawet bez domu, bo wolność to jedna z najważniejszych rzeczy na tym łez padole. I miłość, "Zakon Zjednoczonego Serca" to azyl, w którym można przetrwać. Obraz świata pozbawiony złudzeń objawia się dla poety Cohena w wieku powiedzmy zaawansowanym, co nie znaczy, że nigdy tego nie przeczuwał wcześniej. Przeczuwał, jest to wyraźne widoczne w jego twórczości. Cohen pisze swe wiersze tak, że każdy może je odnieść częściowo do siebie, do własnych doświadczeń. "Księga tęsknoty" to jedna z tych książek, które można wziąć w dowolnym momencie, otworzyć w przypadkowym miejscu i od razu znaleźć fragment, który uniesie Cię na swej fali.

Leonard Cohen "Księga tęsknoty", Poznań 2006, tłum. Daniel Wyszogrodzki (big thanks!)

piątek, 6 listopada 2020

Antoni Słonimski i Julian Tuwim „W oparach absurdu”

 


Zbiór dowcipnych tekstów, które przede wszystkim bazują na wieloznaczności polskiej semantyki. Sporo tu gier słownych, ale mamy też humor sytuacyjny. Absurdalne zadania matematyczne, tak zawiłe, że aż głowa boli (to z braćmi i basenami rozkłada na łopatki), recenzje nieistniejących książek (jak mają reagować rodzice na niewygodne pytania dzieci), przeróżne formy wypowiedzi zawiera ta dowcipna książka żonglująca inteligentnie znaczeniami. Teksty dotyczące reformy językowej są jako żywo aktualne obecnie, w dobie bylejakości językowej w Internecie. Są też liczne fikcyjne, rzecz, jasna ogłoszenia prasowe, niestety nie wszystkie zrozumiałe już dla współczesnego czytelnika. No i ten kalendarzyk dla rolników! Palce lizać! Ktoś ma chandrę albo potrzebuje odmiany w swoich lekturach? Oto książka idealna! Dlaczego "po" i "dły" musza mieć takie sąsiedztwo w wyrazie "podupadły"? A co to za słowo? Pierwsza jego sylaba jest niemieckim zaimkiem osobowym, a druga to dziecinne pożegnanie... Itd. :)

sobota, 31 października 2020

169. "Hiroszima" (2009)



Jeden dzień z życia urugwajskiego młodzieńca nakręcony w konwencji kina niemego, ale tak jak w niemych filmach Chaplina z okresu dźwiękowego, oprócz braku dialogów, reszta dźwięku jest na miejscu. Sam soundtrack to zresztą w lwiej części muzyka, którą Juan słucha na discmanie; są to nowofalowe, zimnofalowe, postpunkowe, niektóre w stylu długich improwizacji Velvet Underground (przydało się dla porównania oglądanie filmów Warhola!) długie instrumentalne kompozycje oparte głównie na gitarze (często sfuzzowanej, prawie zawsze przesterowanej), co dla mnie, jako fana rocka, jest wielkim atutem filmu. Sam film jest stylizowany na kino niezależne, chociaż jest ton koprodukcja aż czterech państw (Argentyny, Kolumbii, Hiszpanii i Urugwaju). Juan ciągle przemieszcza się gdzieś na rowerze, jedzie pociągiem, więc są tu elementy kina drogi. Fabuła jest tak prosta, że czasem aż trudno traktować ją dosłownie jako przedstawienie zdarzeń, prędzej jako metaforę, tylko czego? Chyba umykającej w nieistotnych zdarzeniach młodości. No i metaforę roli muzyki w życiu człowieka, jej witalnej siły, źródła energii i zmysłowych doznań. A spotkania to metafory krótkich sporadycznych zdarzeń urozmaicających monotonną codzienność. 
¡Viva la música!

"Hiroshima", reż. Pablo Stoll [2009]



niedziela, 25 października 2020

Anton Hansen-Tammsaare „Nowy Piekielnik z Czartoryi”


Fabuła książki jest całkiem prosta. Oto Pan Bóg zaczyna wątpić, czy człowiek potrafi osiągnąć zbawienie, a tym samym, czy zasługuje na potępienie, jeżeli nie potrafi. Wysyła więc na ziemię diabła, którego zadaniem jest dostąpić zbawienia, w przeciwnym razie nie będzie już w piekle dostawy nowych dusz. Piekielnik rozpoczyna życie chłopa na estońskiej wsi. Historia jest na poły fantastyczna, na poły realistyczna. Pełna odniesień do Biblii (Hiob) funkcjonuje bez wątpienia jako parabola traktująca o ludzkiej kondycji, równocześnie będąc satyrą, groteską, wypełniona także i ciepłym humorem sagą rodu Piekielnika, a tym samym portretem realiów wsi w Estonii pod koniec lat 30-tych. Powieść "Nowy Piekielnik z Czartoryi" napisana jest prostym językiem, który naszpikowany jest jednakże filozoficznym przekazem, w którym zmagają się dobro i zło. Piekielnik został sportretowany jako prosty krzepki chłop, ufny i naiwny, ślepo wierzący mieniącemu się jego przyjacielem Antsowi, bogatemu gospodarzowi, który manipuluje dobrodusznym Piekielnikiem, czerpiąc z tego korzyści. Hansen-Tammsaare, prawnik z wykształcenia, stworzył tu opozycję pomiędzy naiwnym postrzeganiem prawa przez Piekielnika, a wyrachowanym wykorzystywaniem go przez Antsa. Baśniowo-realistyczna saga wiejska z filozoficznym przekazem, to chyba najbardziej lapidarna charakterystyka książki, jaka przychodzi mi do głowy. Nie należy dać zwieść się jej pozornej prostocie, ponieważ w wartkich dialogach autor zawarł wiele istotnych egzystencjalnych kwestii. A jako że są one ujęte w formę dialogów, siłą rzeczy prezentują dwa odmienne punkty widzenia. Czy Piekielnik osiągnął swój cel, czyli czy zdołał osiągnąć zbawienie poprzez przykładne życie na ziemi, tego nie zdradzę; uważam, że warto przeczytać książkę, przeżyć i przemyśleć losy jej bohaterów, a na koniec skonfrontować własne odczucia z konkluzją autora. Po drodze będzie okazja do przemyśleń wyłuskana z ciekawej historii, a także wiele powodów do śmiechu, mimo faktu, że gra idzie o ludzkie zbawienie. 

PS. Jeżeli ktoś został zachęcony moją zwięzłą recenzją, to po pierwsze będzie mi bardzo miło, a po drugie książka ma tylko jedno jedyne polskie wydanie, które ukazało się w 1983 roku w serii Czytelnika z Nike, czyli dajcie szansę bukinistom, antykwariatom, ewentualnie sprzedawcom w Internecie, bo księgarnie odpadają.

piątek, 23 października 2020

Harry Harrison „Planeta śmierci”



 

W ramach powtórek książek czytanych 35 lat temu padło na "Planetę śmierci" napisaną w 1960 roku. Cóż, nie jest to jednoznaczna lektura. Akcje ma wartką i zmienną niczym Bondy, ale mamy to przesłanie antywojenne, pro-ekologiczne, ma zastosowanie słynne powiedzenie, ze zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Miałem w trakcie słuchania audiobooka to same pytanie, jak podczas powtórnej lektury "Alei potępienia", Zelazny'ego, co mnie kiedyś tak zachwyciło w tej książce. To oczywiście nie jest zła powieść inicjująca cała serię, jednak nacisk położony w niej na akcję jest dla mnie małym dyskomfortem. Poza tym bohater przechodzi zbyt łatwą do uwierzenia przemianę z zawodowego szulera w zbawcę całej planety przynoszącego jej pokój i zgodę. Nieco zestarzały się już opisane przez Harrisona rzeczy (taśmy perforowane poszły już chyba do lamusa i nikt chyba na statku kosmicznym nie będzie prowadzić dziennika pokładowego w formie zapisu na papierze?), inne jeszcze nie znalazły swych odpowiedników (kieszonkowe samo rozpoznające objawy zestawy medyczne, dobierające odpowiednie lekarstwo do sytuacji). Napiszę tak, książka jest nieco naiwna, ale napisana w szczytnym celu niesienia zacnego przekazu i jeżeli czytelnik zdecyduje się przymknąć nieco oko na niektóre jej elementy, otrzyma sprawnie napisaną powieść, która dostarczy mu fajnej rozrywki na kilka godzin.

wtorek, 20 października 2020

Ernest Hemingway „Komu bije dzwon”


Nie wiem, co mam napisać o tej książce, ponieważ nie wyobrażam sobie, żeby ktoś jej nie znał. Tak, tak, przecież to absolutna klasyka literatury światowej, pełna humanizmu opowieść o wojnie przeciw faszyzmowi. Dotyczy ona wprawdzie wojny domowej w Hiszpanii, ale została napisana w 1940 roku i trudno nie poszerzyć jej kontekstu o wydarzenia, które miały w tym roku miejsce, a były kontynuacją wydarzeń rozpoczętych rok wcześniej. Amerykanin z USA Robert Jordan zostaje przerzucony na stronę faszystów z rozkazem wysadzenia mostu. Pomóc ma mu w tym lokalny oddział partyzantów. Każda postać jest nakreślona bardzo wyraziście, nie ma tu patosu lub ideologii, krew i kości stanowią ich budulec i trudno czytelnikowi nie przejąć się ich losem. Cztery dni, w ciągu których toczy się akcja, to głównie rozmowy, które obrazują sytuację, początek wojny, odczucia ludzi. Owe cztery dni to także cztery dni miłości na całe życie pomiędzy Marią i Robertem. Hemingway wbrew temu, co mówi się o jego stylu, potrafi wyczarować liryzm i magię sytuacji, czego przykładem jest ta wojenna miłość. Nie brakuje też momentów dramatycznych jak obrona wzgórza przez oddział Sorda, pełnych napięcia jak minowanie mostu opisane w sposób stricte filmowy, że aż czuje się dreszcz emocji, śledząc kolejne ruchy bohaterów z nadzieją, że im się powiedzie, nie brakuje też momentów drastycznych jak zdobywanie miasteczka w pierwszym okresie wojny i pozbywanie się w nim faszystów (tu Hemingway wykazał się sporą wiedzą na temat psychologii tłumu). Książka pokazuje też w skrótowy zawoalowany sposób zakończenie wojny, chociaż akcja toczy się w 1937 roku, poprzez losy bohaterów powieści. Przewija się pytanie, czy można zabijać człowieka i dlaczego człowiek staje się okrutny, posłuszny rozkazom. Postać generała Golza jest inspirowana generałem Świerczewskim, którego Hemingway poznał osobiście w Hiszpanii w trakcie wojny. Hemingway wprawdzie nie opisuje tak dokładnie sytuacji politycznej, jak robi to Orwell w swojej książce W hołdzie Katalonii, ale zaznacza ją wystarczająco wyraźnie. Najważniejszy w książce jest jednak los człowieka, a polityka służy jako siła destrukcyjne na ten los wpływająca. „Komu bije dzwon” to piękna historia, smutna historia i historia o odwadze, desperacji, poświęceniu, wierze w humanizm. Jeśli ktoś jeszcze nie przeczytał — w co mi trudno uwierzyć — to gorąco polecam.

niedziela, 4 października 2020

168. „Chrzest bojowy" (1940)



Z reguły staram się być obiektywny w swoich recenzjach, ale nie zawsze jest to możliwe. Tak właśnie jest z tym filmem, po prostu nie można być wobec niego ani obiektywnym, ani obojętnym. Jest to film zrealizowany w 1940 roku i opowiadający o lotnikach Luftwaffe, którzy latali nad Polską we wrześniu 1939 roku. Jeden z komentarzy w filmie nazywa go dokumentem i głosi, iż został nakręcony ku potomności, aby uwiecznić pilotów samolotów walczących o wolność za ojczyznę i Hitlera. Już to sprawia, że włosy zaczynają się jeżyć na głowie. Ale to dopiero czołówka filmu. Dalej pojawia się polski plakat, na którym czytam, że w razie napaści bez względu na wiek i płeć każdy Polak chwyci za broń, zaś niemiecki komentarz głosi: „Polska szykuje się do zaborczej wojny"... Dalej jest dosyć długa i ciekawa z historycznego punktu widzenia sekwencja defilady polskiego wojska z Rydzem-Śmigłym przyjmującej ją na trybunie honorowej. Na koniach jedzie orkiestra, ułani, potem samochody terenowe z karabinami maszynowymi, pojazdy gąsienicowe ciągnące działa i lekko opancerzone tankietki. Po czym pojawia się mapa Niemiec graniczących z Polską i z jej użyciem film przedstawia widzowi, jaki zasięg w niemieckie terytorium będzie miał polski atak pancerny. Na tej podstawie już powstają wątpliwości, dlaczego Polska przegrała wojnę... Ta moja ironia jest jak najbardziej na miejscu.

Dalej pokazane są płonące gospodarstwa niemieckie i zabite krowy; są to według komentarza polskie represje wobec rdzennie niemieckich obywateli. Ci obywatele muszą ukrywać się w lasach i pokątnie przekraczać granice, co ilustruje jawny marsz ulicami, drogami i polami ludzi z walizkami i tobołami, tak pokątnie ukrytych, że aż kamera ich sfilmowała na środku drogi. Nie muszę dodawać, że z niczego nie wynikało, że to Niemcy? Następnie pokazano maskowanie samolotów, ładowanie bomb i pasów z amunicją do karabinów maszynowych (aż strach pomyśleć, że ci zadowoleni i beztroscy ludzie właśnie wydawali wyroki śmierci na wiele osób), zaś komentator wyjaśniał, że kto dąży do pokoju, musi się szykować do wojny...

W końcu nastąpił w filmie 1 września 1939 roku i dowiedziałem się nowego faktu historycznego: Polacy zbombardowali Bytom! Pierwszy lot nad terytorium Polski i od razu Polacy strzelają z broni przeciwlotniczej do pokojowo nastawionych samolotów niemieckich. Komentator: 
Bomba odpowiemy za bombę"... Nie wiedziałem, że działka przeciwlotnicze strzelają bombami... Efekt był taki, że zbombardowano węzeł kolejowy. Powrót do bazy. Tu jako ciekawostkę zobaczyłem, jak wyglądały wtedy aparaty fotograficzne samolotów zwiadowczych — przypominały późniejsze sputniki sowieckie. Następnie sekwencja bombardowania Westerplatte z pokładu samolotu. Po awaryjnym lądowaniu uszkodzonej maszyny komentator zauważa cynicznie: „Nie można zrobić omletu, bez rozbicia jajek"...

Film zawiera kilka niezwykłych ujęć, jak nurkujący pionowo samolot w stronę stacji kolejowej i dopiero kiedy zaczynamy rozpoznawać szczegóły, widzimy, z jak wielkiej odległości spadał samolot, kiedy budynki stają się rozpoznawalne, samolot wyrównuje lot, a wówczas oczom widza ukazuje się ogromny dym zasnuwający horyzont, dym z wybuchających bomb. Po kilku sekwencjach lotniczych następują ujęcia ukazujące z bliska wyrządzone przez naloty szkody. W filmie pojawia się Bydgoszcz, płonący Sochaczew, Bzura.

Ostatnia niemal półgodzinna część filmu to zdobywanie Warszawy. Długiemu travellingowi lotu nad leżącą w ruinach stolicą towarzyszy komentarz, wytykający skutki obrony miasta, a równocześnie kpiący z pomocy udzielonej Polsce przez Anglię. O niespełnionej obietnicy Francji komentarz nie wspomina. Nie ma także ani słowa w filmie o 17 września. Film przeplata piosenka, która w dwóch częściach głosi konieczność bombardowania Polski, a w trzeciej pod koniec filmu zwraca się w stronę Wielkiej Brytanii... Pod koniec Hermann Goering wygłasza krótką przemowę do widza, że pokazane tu czyny niemieckich lotników zostaną unieśmiertelnione (racja, ale nie w tym sensie, który miał na myśli) i że wyczyny lotników nad Polską zostaną powtórzone nad Anglią i Francją.

Wymowa filmu jest w całości wstrętna i fałszywa. Fragment filmu pokazujący żołnierzy Wehrmachtu rozdających polskim cywilom bochenki chleba z ciężarówki dla znającego fakty historyczne widza musi wydawać się sporym dysonansem, ale w 1940 roku nieświadoma niemiecka publiczność na pewno tak tego nie odbierała. Głównym złem filmu jest odwrócenie ról, najeźdźcy pokazani są jako wyzwoliciele, Polacy jako gnębiciele etnicznej narodowości Niemieckiej. Po kapitulacji Warszawy film pokazuje ujęcie wesołych ubranych w polskie mundury żołnierzy śpiewających i rozradowanych przy dźwiękach akordeonu, komentarz natomiast wyjaśnia, że są to volksdeutsche siłą zmuszeni do wstąpienia do polskiego wojska, a teraz cieszący się z wyzwolenia. Pełen wyraz ów powrót niemieckiego człowieka do ojczyzny po wyzwoleniu go przez niemieckiego żołnierza znajdzie swe wstrętne zakłamane przedstawienie w innym fabularnym filmie propagandowym z 1941 roku, a mianowicie w „Heimkehr” Gustava Ucicky'ego (nieślubnego syna Gustava Klimta); to ten sam film, z udział, w którym polskie podziemie wydało wyrok na przedwojennego aktora Igora Syma.

Nie można jednak odmówić „Chrzestowi bojowemu” pewnej siły sugestywnej, aczkolwiek nie należy nigdy zapominać, że to fałsz i kłamstwo przez nią przemawia. Film jest także bogaty w archiwalne rzadkie materiały, wiele ujęć Polski z lotu ptaka (niesamowite mozaiki pól) i z ziemi, miasteczek, miast i wreszcie ludzi. Dobrze, że znamy historię, że potrafimy 
przesiać przez ten filtr kłamstwo, a wydobyć wartości archiwalne, których pozostało tak niewiele.

"Feuertaufe", reż. Hans Bertram (Niemcy, 1940)

Vladimir Nabokov „Pnin”

 



Niepozorna, niezbyt długa, z wyglądającą na konwencjonalną fabułą książka Nabokova, napisana zaraz po głośnej „Lolicie”, to historia tytułowego profesora Timofieja Pnina, wykładowcy na fikcyjnym prowincjonalnym amerykańskim uniwersytecie Waindell, niemłodego już, łysego jak kolano, nieforemnie zbudowanego, a jednak sympatycznego człowieka, który — jak każdy z nas — nosi w sobie bagaż życia, kilka walizek przeszłości. Ów bagaż, a dokładnie przeszłość, którą symbolizuje, jest ukrytą konstrukcją powieści. To ona wyłania się, jeśli dokładniej przyjrzeć się opisywanym przygodom Pnina. Powieść składa się z siedmiu rozdziałów, które opowiadają jakiś skrawek życia Pnina, każdy stanowi odrębną całość, a wszystkie łączą się w całość, która nie tyle co opowiada o Pninie, ile
 charakteryzuje go. Przy okazji Nabokov portretuje swą nową ojczyznę, uniwersyteckie środowisko, a z jej pośrednictwem charaktery przyjazne bądź nieprzyjazne wobec Pnina. Żywot Pnina w Waindell nie jest sielanką. Profesor w ciągu dziewięciu lat swej profesury kilka razy zmienia miejsce zamieszkania, głównie ze względu na nieprzyjazne hałasy za oknem, które nie pozwalają mu skupiać się na pracy naukowej. Rektor Hagen jest przychylny poczciwemu Pninowi, ale dziekan anglistyki Cockerell to największy parodysta Pnina. Pnin zresztą sam wystawia się na kpiny, ustawicznie przekręcając angielskie wyrazy. Życie Pnina tego podstawa fabularna książki, przeszłość to jej pierwsze dno. Drugim dnem jest podatność człowieka na ironiczne zdarzenia losowe. „Pnin” jest dosłownie obficie wypełniony takimi groteskowymi przeciwnościami losu, którym profesor Pnin musi stawiać czoła, przyjmowanymi najczęściej bez złości, z godnością, a nawet z rodzajem nieświadomej wyższości, co nie zmienia faktu, że Pnin jedzie w niewłaściwym pociągu, a to pociąga za sobą realne w skutkach konsekwencje. Drugie i trzecie dno mają ze sobą wiele stycznych punktów. Narrator książki, dawny kolega Pnina, czemu ten zaprzecza (ze względu na jego wszechmocną wiedzę na temat Pnina, szczególnie na temat zdarzeń mających miejsce w czasie wyprzedzającym jego przyjazd do Waindell, to moim zdaniem alter ego samego Nabokova), na początku ostatniego rozdziału opisuje początki swej znajomości z Pninem; otóż do oka wpada mu pył węglowy i zostaje zawieziony do okulisty, którym jest ojciec Pnina. Ta, mają się spotkać, lub nie, w zależności od tego, kto co pamięta lub pamiętać chce. I tu następuje fragment, który jest kluczem do „Pnina”: „Co to była za błogosławiona ulga, gdy delikatny doktor małym instrumentem przypominającym pałeczkę do bębna elfa wyjął z mojego oka drażniący czarny atom! Ciekawe, gdzie ów pyłek jest teraz? Prozaiczna, szalona prawda każe bowiem wierzyć, że on musi gdzieś istnieć” (V. Nabokov „Pnin”, Warszawa 1987, przełożyła Anna Kołyszko). Tak, gdzieś muszą być te uwierające człowieka pyłki węglowe przeszłości, te drobne zdarzenia, wszystkie chwile, tak samo, jak pyłek wyjęty z oka.

niedziela, 20 września 2020

Henryk Waniek „Szalone życie Macieja Z”

W podtytule książki widnieje słowo "Opowieść". Książka jest zbiorem luźnych wspomnień Wańka o swoim zmarłym już niestety przyjacielu. Kim był Maciej Zembaty ludziom w moim wieku nie trzeba przedstawiać. Dla młodszych kilka wyjaśnień. Prowadził w radiowej "Trójce" satyryczny magazyn "Zgryz", gdzie umożliwił debiut zespołowi Maanam i Johnowi Porterowi, tłumaczył i popularyzował w PRL-u Leonarda Cohena, a w 1985 roku zorganizował koncerty Cohena za Żelazną Kurtyną, był współautorem serialu "Siedem życzeń", komponował, gra=ł na gitarze, koncertował, wydawał płyty, pisał skecze, felietony, czarne humoreski - wszechstronny i utalentowany człowiek. Dziś trudno o tak utalentowanych artystów. Waniek przytacza wiele anegdot z życia Zembatego, opisuje spotkania, kreśląc sylwetkę swego przyjaciela. Są to wspomnienia osobiste, ale na ich tle można bez trudu odczytać charakter epoki, w jakiej się rozgrywały; głównie był to PRL, a potem dziki kapitalizm po 1989 roku. W książce mowa także o licznych znajomych Macieja Zembatego, którzy z nim współpracowali, prowadzili wspólnie działalność artystyczną, wspomagali go w najprzeróżniejszych sprawach, mieli z nim wspólny język lub wspólne interesy. Barwna to opowieść i piękna. Napisana bez zbędnych sentymentów, za to z wielką dozą pietyzmu. Nie jest to opowieść faktograficzna, bo jak sam autor wspomina w kilku miejscach pamięć bywa zawodna. Po latach nie ma się już pewności, czy rzeczywiście było tak, jak się to opisuje. Nie jest to jednak istotne w książce Wańka, którą napisał, jak to on, pięknym klarownym stylem, niestroniącym od dzielenia się odautorskimi komentarzami i przemyśleniami - ważna jest prolongata pamięci o nietuzinkowym, ciepłym, towarzyskim, otwartym i utalentowanym artyście, ale też i człowieku, ojcu, mężu, poszukiwaczu doznań, nonkonformiście. Dla mnie była to lektura bardzo ważna z wyżej wymienionych powodów. Ale ważna była też z powodów osobistych, bo Zembaty był częścią mojej młodości. Na trzepaku (klopsztandze) na osiedlu Irys w Chorzowie śpiewaliśmy "Wspomnienie" i inne piosenki Cohena w tłumaczeniu Macieja Zembatego, co dla mnie było inicjacją w niesamowity świat zaczarowanej, pięknej i poetyckiej muzyki barda z Montrealu trwającej do dziś; to była część mojego ówczesnego hic et nunc, fragment mojego życia a równocześnie część tamtej rzeczywistości, jej mikroskopijny wariant. Dla współczesnych książka Henryka Wańka, jednego z ważniejszych polskich pisarzy, tak niedocenianego, może stanowić doskonały asumpt do poznania dawnych nastrojów, sposobu myślenia, bowiem Waniek potrafi doskonale oddać ówczesną atmosferę i na jej tle nakreślić doskonały portret artysty wraz z jego otoczeniem, w którym ów artysta, salony Maciej Z, potrafił żyć po swojemu, ceniąc wolność i konsekwentnie podążając swą własną drogą, wbrew napotykanym na niej przeszkodom.

czwartek, 17 września 2020

Ernest Hemingway „Pożegnanie z bronią”


Antywojenny romans napisany pięknym stylem (aż chce się napisać Hemingwayowskim), który trafnie opisuje powieściową rzeczywistość dbając o szczegóły, jednak pomijając, co zbędne, a jednocześnie tworząc szeroką game nastrojów bez użycia jakichś oszałamiających środków stylistycznych. Kiedy trzeba turpizmu, mamy go, gdy trzeba melancholii, otrzymujemy ją, gdy zechcemy szczypty humoru, oto ona. Wojna jest tu przedstawiona naturalnie jako bezsensowna siła niszczycielska, początkowo ukazana z dystansu, by raptem wedrzeć się w pozorny spokój tyłów włoskiej armii i rozpocząć upiorne dziesiątkowanie jej szeregów. W to wszystko wkrada się cichaczem miłość, początkowo nieśmiało, ostrożnie, tak bez zobowiązań, by podobnie jak wojenna pożoga wybuchnąć i owładnąć kochanków bez reszty. Nie ma tu miejsca na ckliwość i sentymentalizm; uczucie musi być silniejsze od wojny, musi przynieść ulgę, może nawet zapomnienie. Dlatego kochankowie szanują się tak bardzo, wiedząc, jak są sobie potrzebni, nie robią jednak sztucznych scen zazdrości, nie wyniszczają się zaborczością, cenią każdą wspólną chwilę. Ich rozmowy są tak ludzkie, takie zwyczajne, tak bardzo pozbawione patosu, tak banalnie zwyczajne i jest to tak piękne i prawdziwe. Przypomina to miłość u Remarque'a. W innym skrócie można napisać o "Pożegnaniu z bronią", że miłość zwycięża wojnę, a życie miłość. Ponadczasowa opowieść, która nie straciła nic na swej aktualności, zmieniły się tylko dekoracje.