piątek, 25 października 2019

157. "Czyste szaleństwo" (1941)






































"Hellzapoppin'" (reż. H.C.Potter, USA 1941)
Polski tytuł oddaje doskonale ducha filmu. Film jest szalony, a jak na rok powstania, to bardzo nowatorski, wiele elementów w nim zawartych później, w epoce new age, stało się kanonicznymi, jak atoironia, zabawa z widzem, doskonała muzyka, mrużenia oka do widza, zabawa konwencjami, to wszystko jest w tym filmie. Slapstikowy humor, obok wielu gier słownych lub gier słowno-obrazowych. To jeden wielki ciąg śmiesznych sekwencji, które składają się na wątłą fabułę (próba stworzenia musicalu, który jest kręcony jako film, jest cofani obrazu, zatrzymywanie, zabawa obrazem, no nie będę zdradzać, film jest na youtube), którym blisko do najlepszych komików z Chaplinem, Keatonem i braćmi Marx na czele. Ci ostatni chyba są najbliżej, zważywszy na sporą dawkę surrealistycznego humoru oraz zabawę muzyką. To jeszcze nie koniec, film jest wystawnym musicalem, z tańcami, pływaniem synchronicznym w basenie i z rewią, przeplatany lapidarnymi piosenkami. Aż dziw, ze o "Hellzapoppin'" nie ma wzmianki w Historii kina pana Lubelskiego, bo film jak na tamte lata jest w duchu Monty Pythona nawet, a w każdym razie jest na tyle oryginalny, ze wart byłby wspomnienia w drugim tomie wzmiankowanego dzieła "Kino klasyczne".

środa, 7 sierpnia 2019

Hermann Broch „Śmierć Wergilego”




































 

      Po odbyciu wymarzonej podróży przez Grecję śladami Homera Wergiliusz wraca do ojczyzny na jednym z okrętów, które składają się na flotyllę cesarza Oktawiana Augusta. Poeta jest niesiony przez miasto Brundyzjum w lektyce, duch jego jest nieświadomy, a stan ciała wskazuje na poważne niedomaganie. Podczas wędrówki z portu do pałacu, Wergilemu uchyla się kurtyna rzeczywistości i raptem staje w obliczu niespokojnego, brutalnego, wulgarnego tłumu obywateli Cesarstwa Rzymskiego. Wergiliusz doznaje szoku; takiego imperium dotychczas nie znał. Jego pierwszą reakcją jest zwątpienie w to, co dotychczas robił, w sens poezji. Postanawia zniszczyć „Eneidę"...
      Hermann Broch stworzył monumentalna powieść, rzecz można śmiało, że to drugi „Ulisses". Potoczyste, kaskadowe, długie zdania, akapity na kilka stron, monologi wewnętrzne, strumień świadomości, alegoryczny, symboliczny język, niemal brak dialogów, chociaż powieść Brocha jest jednym wielkim dialogiem między poetą i cesarzem. Kwestie, które wypowiadają, zdają się nie kończyć, falują, drgają, modyfikują się, gdyż „Śmierć Wergilego" nie jest czystą powieścią, jest rozpisanym na ponad sześćset stron poematem prozą. Nie zawsze wiadomo, co Broch chciał przekazać, trzeba często napinać uwagę, wzmagać koncentrację, a i to nie zawsze pomaga, bo przecież poezja nigdy nie będzie dosłownym sensem, należy ulec, poddać się frazie i płynąć, płynąć.
      Należy teraz zaznaczyć, że na tym nie kończy się warstwa werbalna książki. Jest to bowiem nie tylko proza, poezja, poemat, traktat filozoficzny, ale jest to także muzyka, melodia, symfonia. Przyznają się, że wiele fragmentów tej książki nie przeczytałem, ja je wyśpiewałem. Piękna muzyczna fraza polskiego przekładu (podziękowania dla Marii Kureckiej i Witolda Wirpszy) podobno nawet w części nie oddaje melodyczności oryginału... Pozbawiony porównania cieszę się z tego, co mam; i tak jest pięknie, bo czas spędzony na śpiewaniu tej książki uważam za moment wyjątkowy, taki dotknięcie wyższego świata i rozszerzenie horyzontu o trudno dostępne, nieznane wcześniej rejony.
      Dialog między Oktawianem i Wergiliuszem to potyczka (?) dwóch postaw. Znak zapytania ma sugerować, czy Wergili nie jest w niej na pozycji przegranej, a przynajmniej, że nie jest to rozmowa równego z równym. Jego postanowienie zniszczenia „Eneidy” nosi znamiona sprzeciwu wobec władzy absolutnej, którą dysponował i był jej całkowicie świadomy Oktawian. Wprawdzie obaj wielcy mężowie uważali się za przyjaciół i obdarzali się wzajemnym szacunkiem, to jednak cesarz zawsze był cesarzem, reprezentantem imperium, o którego korzyściach nie mógł przestać myśleć. Z tego też względu Oktawian sprzeciwie się spaleniu „Eneidy". Interes państwa. Nie będę opisywał argumentów użytych w dyskusji przez obie strony; każdy wie, że „Eneida” przetrwała. Mogę tylko zdradzić, że stało się tak kosztem uwolnienia niewolników Wergiliusza, co jako gest na pewno mogło coś sugerować cesarzowi, którego państwo oparte było na niewolnictwie, przypuszczam jednak, że była to kropla, która zatonęła w ogromie oceanu.
      Istotą „Śmierci Wergilego” nie jest jednak społeczny kontekst, władza cesarska, czy niezadowolenie obdartego i niespokojnego tłumu, lecz sztuka. Jej cel, rola, potrzebność, funkcja. Okazuje się, że odmienne stanowiska Wergiliusza i Augusta ukazują odmienne punkty jej odbioru. Nie jest to zresztą żadna odkrywcza koncepcja; władca widzi korzyści sztuki dla państwa i dlatego tak obstaje przy jej uratowaniu od płomieni (czyż nie przychodzi od razu na myśl ostatnia wola Franza Kafki?), twórca, który popadł w zwątpienia i przestał wierzyć w celowość kreacji, poniechał troski o własne dzieło i postanowił je unicestwić, ponieważ jego punkt widzenia jest indywidualny. Jaka jest wartość słowa pisanego, to chyba jedno z głównych zagadnień „Śmierci Wergilego".
      Awangardowa, eksperymentalna, pełna poezji książka Hermanna Brocha to jego magnum opus. Zaczął zresztą z dużego C, od wspaniałej powieści „Lunatycy” i konsekwentnie kreował swoją karierę aż do momentu dramatycznego i kryzysowego, do aresztowania przez faszystów. Broch miał szczęście, został uratowany między innymi dzięki staraniom Jamesa Joyce'a. Można zatem rzecz, ze Joyce nie tylko zainspirował Brocha swoim „Ulissesem”, ale nieświadomie umożliwił napisanie „Śmierci Wergilego”, pomagając ratować go z rąk hitlerowskich oprawców. Można chyba rzec, że postawa Joyce'a wobec Brocha przypomina starania Oktawiana o ocalenie „Eneidy". Starania o ocalenie słowa, o ratunek dla wiedzy, wartości, wyższych idei. Czas pokazał, że rację miał Oktawian, a wieki milczą na temat ceny, jaką trzeba było zapłacić.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Martin Pollack „Po Galicji”






































     Zawsze, gdy słyszę lub czytam słowo „podróż”, budzą się we mnie uczucia i konotacje. Słowo to jest dla mnie rodzajem magicznego klucza. Takie tytuły jak „Reminiscences of a Journey To Lithuania” Mekasa, „Podróż na Wschód” Hessego, „Winterreise” Schuberta, „L'Invitation au voyage” Germaine Dulac czy płyta zespołu Nektar „Journey To The Centre of The Eye”, a właściwie ich brzmienie, zawsze wywoływały we mnie rodzaj tęsknoty za podróżą i melancholii, że siedzę w domu, a nie w pociągu, tęsknoty za pieszym przebywaniem traktów i zwiedzaniem miasteczek. Taką podróżą bez konieczności wychodzenia z domu, a nawet bez uruchomiania wehikułu czasu jest „Po Galicji” Martina Pollacka. Pełny tytuł książki pewnie wiele powie miłośnikom podróży, powrotów w czasie, wyznawcom tajemniczych krain ukrytych w mrokach przeszłości, także wielbicielom oryginalnego reportażu, a brzmi on: „Po Galicji. O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach. Imaginacyjna podróż po Galicji Wschodniej i Bukowinie, czyli wyprawa w świat, którego nie ma". Wszystko już jasne?
     Pollack zaczyna swą podróż w Tarnowie, a miejsce akcji będzie się zmieniać w miarę przesuwania się jej na Wschód, także czas akcji osadzony gdzieś w końcu XIX i początku XX wieku ulegać będzie modyfikacjom. Podróż potrwa tyle, ile czasu poświęci jej czytelnik, a zaprawdę warto się powstrzymać od galopowania po zdaniach, warto się zamyślić i przysłuchać melodiom zdań Pollacka, które opowiadają o byłym-niebyłym świecie, na wpół legendarnym, a wpół fantastycznym, na wpół realnym; wiem, wiem... matematyka się tu nie zgadza, ale tu dotykamy czegoś głębszego od królowej nauk, mistycznego, nierealnego świata rzeczy i spraw, egzystencji i wydarzeń, miasteczek i wąwozów osadzonych w tak samo legendarnym, tak samo zapomnianym, jak tez tak samo wzbudzającym tęsknotę Królestwie Galicji i Lodomerii oraz Księstwie Bukowiny. Wiecie już, o co chodzi?
     Autor podróży i zarazem podróżnik zatrzymuje się na kolejnych stacjach. Każda stacja oznacza, że znajduje się, kiedy tylko opuści się mury dworca, skupisko ludzkie, miasteczko, miasto, wieś, gdzie trysnęła ropa. Z każdym z tych miasteczek wiąże się jakaś historia, a to historia zbójnika, a to historia rabina, a to historia kupca... Pollack akcentuje wielonarodowość tych terenów, współżycie ludzi o odmiennych wyznaniach, pochodzeniu, państwowości (chociaż wówczas wszystko to leżało w granicach cekanii), wykształceniu, światopoglądzie, poziomie. Zdaje się, że każdy rozdział zaczyna się od powielenia poprzedniego: „Tor biegł łagodnymi zakolami, wśród płaskich pagórków przedgórza karpackiego [...]” (M. Pollack: Po Galicji, Wołowiec 2017, s. 65), po którymś rozdziale czytelnik ulega deja vu, jednak okazuje się, jak każde miasteczko wyróżniało się czymś od pozostałych i nawet jeśli podróżny opuszczający dworzec w Stryju nie miał pojęcia o Nathanie Samuely, to książka Pollacka skrupulatnie odnotowuje jego istnienie i czyny, którymi się zasłużył, a raczej to, czego dokonał, nie pomijając także faktu, że w Stryju po przeprowadzce z Drohobycza zamieszkała rodzina Wierzyńskich wraz z synem Kazimierzem. Znacie?
     Okazuje się, że w każdym miasteczku wychowywał się, żył, tworzył, pochodził z niego jakiś znany lub dziś już zapomniany pisarz, poeta, rabin. W każdym rozdziale Pollack cytuje fragmenty tekstów, które opisują mityczną krainę dzieciństwa i młodości. A nazwiska są to dosyć znane: Schulz, Wierzyński, Vincenz, Franco, Roth, Wittlin, króluje w „Po Galicji” nad nimi przewodnik, niczym Wergiliusz u Dantego, u Pollacka jest nim Karl Emil Franzos, który stworzył dzieło opisujące regiony, z którymi pokrywają się zainteresowania Pollacka i z których sam autor pochodził, o znamiennym tytule „Z pół-Azji".
     Pollack stworzył na niewielu stronach dość wnikliwy i wszechstronny obraz Galicji i Bukowiny. Poznajemy ceny w restauracjach, fach woziwodów, naturę Hucułów, architekturę Czerniowic, degradacje kupiectwa w Drohobyczu i wiele innych faktów, zdarzeń i lokalnych mitów. Czyta się znakomicie, potoczyście podróżuje przez kolejne zdania opisujące miasteczka i ich mieszkańców w świecie, którego już nie ma — jak wskazuje tytuł oraz ich mieszkańców wraz ze zwyczajami. Autor „Po Galicji” opisuje krainę wspólnej egzystencji, umiarkowanej tolerancji, zgody na odmienność przekonań. Być może jest to obraz nieco idealizowany, czasem podkolorowany jak stare pocztówki i fotografie, cóż jednak począć, skoro intencja autora jest szlachetna i wobec obecnie rodzących się antagonizmów ów dawny świat jawi się jako nie tylko idylla, czy też lokalny raj, ale stanowi on przykład dla współczesnego człowieka, jak żyć w zgodzie i pięknie se różnić. Macie ochotę na wyruszenie w tę podróż?

wtorek, 23 lipca 2019

Emmanuel Bove „Moi przyjaciele” (1924)






































Krótka, zwięzła, treściwa powieść Bove'a. Akcja toczy się tuż po Pierwszej Wojnie Światowej w Paryżu. Bohaterem jest weteran tej wojny, Victor Baton, bezrobotny, pobierający rentę wojenną, młody człowiek, który jest nieśmiałą, zamknięta w sobie, myślącą osobą. Jego celem jest odnalezienie bratniej duszy, przyjaciela, dzięki któremu Victor wyzwoliłby się ze swojej samotności. Wędruje więc paryskimi ulicami i szuka okazji do zaprzyjaźnienia się z kimś. Poznaje szereg osób, ale z kart powieści bije ogromna przepaść między wyobrażeniem Victora o przyjaźni a realiami, w których się znajduje. Jego fałszywe wyobrażenie o przyjaźni sprawia, że postępuje dosyć naiwnie, często zbyt pochopnie, zbyt szybko angażując się uczuciowo. Spotkania z potencjalnymi „przyjaciółmi” Victora opisane są w formie autonomicznych rozdziałów, które łączy wyłącznie postać narratora, czyli Victora Batona. Luźna forma powieści nadaje jej nieco filmowy charakter, coś w rodzaju kilku epizodów opowiadających odrębne historie połączone tylko bohaterem. Każda z tych opowieści jest małym opowiadaniem, historyjką z wyraźnym zakończeniem. Cechą charakterystyczną prozy Bove'a jest z pomocą klarownego, precyzyjnego języka przywoływanie mnóstwa szczegółów; autor skupia się na drobiazgach i z lubością opisuje je, na przykład kiedy kładzie się spać, Victor zwraca uwagę, na to, czy jego ucho nie zagięło się, przylegając do poduszki. Ta skłonność do detalu nie jest jednak przesadzona, czyni za to prozę Bove'a zmysłową, gdyż Baton poddaje się wielu doznaniom wzrokowym i dotykowym, najczęściej błahym, zawsze jednak takim, które dotyczyć mogą każdego. Victor cierpi nędzę, ale stara się być porządnym człowiekiem. Bove zadbał nie tylko o doznania zmysłowe swojego bohatera, ale opisuje też (w książce bohater opowiada czytelnikowi swoje historie) stany psychiczne Victora, poczucie samotności, pustki, radości, niepokoju. Bardzo dobra proza i bardzo miłe zaskoczenie, gdyż dotychczas niczego nie wiedziałem o autorze.

niedziela, 7 lipca 2019

156. "Chelsea Girls" (1966)







































Wielkie oczekiwania przed obejrzeniem tego filmu, po seansie zostały zaspokojone połowicznie. Film trwa 3 i pół godziny, a mógłby trwać siedem godzin, ale na szczęście Paul Morrissey i Andy Warhol wpadli na pomysł podzielenia ekranu na dwa segmenty, tak że równocześnie widz ogląda dwa filmy. Zabieg ciekawy, ale po jakimś czasie raz że nużący, a dwa, że kilka razy skupiony na jednym filmie, umykała mi akcja drugiego, który długimi niezmieniającymi się sekwencjami usypiał mnie. Sekwencje czarno-białe są realistycznym zapisem głównie rozmów kilku postaci w pokojach hotelu Chelsea w Nowym Jorku, kolorowe, kręcone także w tym hotelu, maja bardziej psychodeliczny charakter, a ich apogeum stanowi końcowy filmik z płacząca Nico. Kamera skupia się wyłącznie na twarzy Nico, ta w sumie przez pół godziny niewiele się zmienia, natomiast szaleje światło, a na twarzy aktorki-piosenkarki pojawiają się psychodeliczne wzory. Tytuł nieco mylący, gdyż sporo w filmie panów, wiadomo, twórcy filmu lubili chłopców. Spodziewałem się po "Chelsea Girls" więcej, bo w końcu film jest uważany za arcydzieło Fabryki Warhola, no i wiadomo, ze ja lubię filmy awangardowe, jednak w piętnastominutowym "Psie andaluzyjskim" dzieje się więcej i jest ciekawiej, niż w siedmiu godzinach rejestracji ludzi siedzących na łóżku i gadających nie wiadomo o czym; jeden mówi jaki to słodki jest jego pot, inny że jest papieżem i bawi się strzykawką, dwóch panów, jeden w szlafroku, drugi w majtkach, leżą na łóżku i pala papierosy, cztery dziewczyny gadają coś w pokoju, jedna siedzi pod stolikiem, odbierają telefony i tak bez końca. Oczarowany awangardowymi filmami Jonasa Mekasa oczekiwałem chyba czegoś w podobnym stylu, a otrzymałem rozciągnięty do granic ludzkiej wytrzymałości nawet nie powolny, a skrajnie statyczny film, do którego na pewno już nie powrócę. Oczywiście doceniam sam pomysł, realizację, która na poziomie pracy kamery i gry światłem jest bardzo dobra. Rozumiem też, że film dokumentuje grę aktorów ze stajni Warhola, co dziś dla wielu może być okazją, by się im dokładnie przyjrzeć, bo w końcu Factory jest dzisiaj synonimem pewnego ciekawego okresu w historii sztuki, bo w sumie sama gra polega na odgrywaniu samych siebie, jednak jest coś w tym filmie, że z widza czyni on podglądacza, tylko że znudzonego brakiem rozwoju wydarzeń. Seans odnotowany, zaliczony, czekają kolejne filmy.

niedziela, 2 czerwca 2019

Marcel Aymé „Przechodzimur”






































Małych rozmiarów książeczką, a cieszy! Mógłbym jeszcze dodać do tego oklepany, aczkolwiek prawdziwy, zwrot głoszący, że humor to zdrowie. Książka Marcela Aymé to zbiór dziewięciu opowiadań charakteryzujących się specyficznym humorem, groteskowym przedstawieniem rzeczywistości, wykorzystaniem elementów fantastycznych, sporym dystansem i pomiędzy tym wszystkim zawartą nutką przewrotnej goryczy. Książka ukazała się w 1942 roku w okupowanej Francji, jakież zatem musi budzić zdziwienie, kiedy czytelnik zorientuje się, że autor prowadzi grę, żeby nie rzecz zabawę, ze współczesną sobie rzeczywistością. Opowiadanie „Dekret” snuje historię przesunięciu czasu o 17 lat, lecz bohater tego tekstu przypadkowo odwiedza miejsce, do którego nie dotarł tytułowy dekret o przesunięciu czasu i, znalazłszy się w pułapce roku 1942, ponownie musi przeżywać swoje życie dzień po dniu aż do roku 1959, który tak pechowo opuścił. Przewrotna ta historia wymownie mówi o równoczesnym niezadowoleniu z okupacji i chęci przyspieszenia czasu, by wojna się wreszcie skończyła. Inne opowiadania bardziej eksponują ludzkie słabostki i namiętności. Bohater tytułowego tekstu odkrywa zdolność przedostawania się przez mury i od razu zaczyna wykorzystywać tę umiejętność w celach skrajnie osobistych. Bohaterka „Sabinek” posiada dar wszechobecności, co po wielu wahaniach i walce z przyzwoitością doprowadza do zwielokrotnienia swojej postaci w celach hedonistycznych (bardzo to Lemowskie w wymowie). Sporo ironii znajdziemy w opowiadaniu „Legenda połdawska”, w którym przed bramą raju stoją pobożna ciotka i jej okrutnik grzesznik siostrzeniec, przy czym św. Piotr w pierwszej kolejności wpuszcza do nieba wojaków, bo walczyli w słusznej sprawie, a ciotka musi cierpliwie czekać na swą kolej, mimo swych zasług i cnót. To tylko niektóre przykłady zawiązania fabuły, nie będę pisać o wszystkich, aby nie psuć przyjemności czytania, co z tego wynika i do czego prowadzi. Marcel Aymé w każdym razie bawi i śmieszy, jednak pod płaszczykiem fantastyki i nadrealistycznych zdarzeń obnaża ludzką duszę i serce, nie w sposób analityczny, ale aluzyjny, ten z przymrużeniem oka: „wiecie, rozumiecie”, kierując równocześnie w stronę czytelnika znaczący uśmieszek, wymowny grymas warg. Śmiech to zdrowie i zdrowo jest pośmiać się z własnych słabostek, tak niewinnie i nieszkodliwie, z dystansem. Polecam serdecznie taką terapię z  zabawnym „Przechodzimurem” Marcela Aymé, zapewniam, że dobrze i mądrze spędzicie czas.

czwartek, 30 maja 2019

155. "Stare prawo" (1923)



 



































"Stare prawo" (1923) [134 min.] Syn rabina z małej galicyjskiej wioski (na jednym z pierwszych ujęć widzimy drewniany dom z szyldem Handel galanteryjny St. Belczyński :D ) postanawia zostać aktorem, ucieka wiec z domu wbrew woli ojca, by grać w małej trupie wędrownych aktorów. Ma szczęście, gdyż pewnego razu jego występ ogląda arcyksiężna bawiąca na prowincji i zafascynowana nim od razu poleca go dyrektorowi Burgtheater w Wiedniu. Ten kręci nosem, coś tam mruczy o protekcji, ale w miarę deklamacji Barucha stoi jak wryty i pełen zachwytu z miejsca go angażuje. Zaczyna się wielka kariera chłopca. Film mówi o asymilacji Żydów we współczesnym świecie (nieświadomie, na 10 lat przed początkiem tragedii), o sile tradycji i potrzebie zmiany, o niespełnionej i spełnionej miłości, ale przede wszystkim o miłości do sztuki. Można powiedzieć, że teatr, gra i taniec to są częste motywy niemych filmów Duponta ("Variety", "Moulin Rouge" i fantastyczne dzieło schyłku niemego kina, doskonały film "Piccadilly" z 1929 roku). Na osobną uwagę zasługuje nowy soundtrack napisany przez ucznia Pierre'a Bouleza. Philippe Schoeller skomponował rewelacyjną muzykę, przez 2 godziny i 14 minut mamy ucztę, feerię muzyki atonalnej, ekspresjonistycznej, sugestywnie niepokojącej, klimatycznej, z przeważającymi tonacjami molowymi. Francuski kompozytor spłatał nawet psikusa, gdyż kiedy podczas balu w Wiedniu orkiestrą dyryguje sam Johannes Strauss, Schoeller serwuje mu ładną partię awangardowych dźwięków zamiast muzyki inspirowanej wiedeńskim walcem :D Piękne dawne pozytywne kino.