wtorek, 28 marca 2017

William Szekspir "Zimowa opowieść"

O delikatna ludzka naturo! O porywczy gniewie! O wy skrzywdzone niewiniątka! O zaprzepaszczona przyszłości! Jakże cofnąć czas? Jakimż to sposobem naprawić błędy? O, biada ci porywczy królu! O biada ci, zniesławiona królowo! O biada, po trzykroć biada tobie, o dziecię, coś ledwo oczami świat ujrzało, a już potępione! O biada ci synu zmuszony do dźwigania ciężaru ponad twe chłopięce siły! Biada, biada, biada!

"Zimowa opowieść" to jedna z ostatnich napisanych przez Szekspira sztuk datowana na 1611 rok, zakładałem więc, że otrzymam pełen aforystycznych wersów tekst napisany przez doświadczonego życiem autora (chociaż, gdy teraz o tym myślę - i liczę także - to w 1611 roku Szekspir był o dobrych klika lat młodszy ode mnie teraz), jednak tak się nie stało. Owszem, można znaleźć kilka błyskotliwych wierszy tak charakterystycznych dla wcześniejszych sztuk Szekspira, jednak ich ilość nie powala lub, pisząc inaczej, ich liczba pozostawia niedosyt. Ogólne prawdy wspólne wszystkim ludziom na temat ich natury zawarte są w wydarzeniach. Trudno też pisać o jednolitej formie sztuki. Pierwsze dwa akty to dramat, następne można nazwać satyrą, komedią, romansem. Sztuka napisana jest zarówno wierszem białym (najczęściej - tak jest przynajmniej w tłumaczeniu Włodzimierza Lewika) jak i rymowanym, sporo fragmentów to zwyczajna proza, którą wypowiadają się przede wszystkim przedstawiciele niskich stanów. Wrażenie synkretyzmu treściowo-formalnego jest ogromne i ktoś przyzwyczajony do nowatorskich tłumaczeń Barańczaka ma pełne prawo pokręcić nieco nosem pochylony nad lekturą. Nie jest to jednak problem aż tak ogromny, żeby tak dużo o nim pisać; widzę teraz, ze się nieco zapędziłem...

Od kiedy mężczyzna związał się z kobietą, czyli najprawdopodobniej od zarania dziejów, związek taki dawał parze oblubieńców zarówno przyjemności, rozkosze i ekscytacje jak też ciemne, dręczące emocje. Każda para na pewno przeżyła w różnym natężeniu i jedno, i drugie. Szekspir doskonale wiedział, że nie istnieje niczym zmącona szczęśliwość w małżeńskim pożyciu i to stanowi podłoże fabuły "Zimowej opowieści". Król Sycylii Leontes i król Bohemii Poliksenes (u Lewika jest Bohemia, u Barańczaka Czechy, taka znamienna różnica w podejściu do tłumaczenia) byli druhami i przyjaciółmi od najmłodszych lat. Podczas wizyty Poliksenesa u Leontesa, król Sycylii zaczyna podejrzewać swego przyjaciela o przyprawienie mu rogów. Popada w szaleńczą zazdrość i żaden logiczny argument, żadne zapewnienie, błaganie, poręczenie nie jest w stanie odwieść go od zamiaru ukarania brzemiennej żony oraz córki, która ta powija w wiezieniu. Zaślepienie, szaleństwo, szał, gniew prowadzący do wielu tragedii. Tak też często bywa w naszym współczesnym społeczeństwie, w którym poczucie własności i urażona duma wiodą prostą drogą do małych domowych dramatów. Czasem słusznie, czasem bezpodstawnie. Gniew nie zna rozsądku, jest czystym zaślepieniem.

Akcja trzeciego aktu rozpoczyna się piętnaście lat później, gdzieś w Bohemii, gdy porzucona na pastwę dzikich zwierząt córka Leontesa osiąga dojrzały wiek i czeka postrzyżyn. Łączące przeszłość i przyszłość zdarzenia przypominają klasyczne bajki, mamy bowiem motyw pozostawienia w lesie niemowlaka tak jak w lesie zostaje porzucona Królewna Śnieżka, oraz wychowywanie królewskiej dziewczynki przez Pasterza, co przypomina wychowywanie Śpiącej Królewny w domku w lesie przez trzy wróżki (Disney) lub nie spuszczającą jej z oka ochmistrzynię (Perrault, a za nim bracia Grimm). Ten akt ma charakter całkiem odmienny od poprzednich. Królują w nim humor, satyra, pojawia się także wątek romantyczny. Pierwsze dwa akty wikłają fabułę do granic możliwości, następne zaczynają rozwikływać poplątane losy bohaterów. Nie sposób pisać o dramacie Szekspira bez wyjawiania szczegółów fabuły, zamilczę więc w tym miejscu i albo kogoś już teraz zaciekawiłem, albo i nie, to zależy od czytelnika. W każdym razie żeby poznać losy królów i ich rodzin, nie ma innego sposobu, jak przeczytać "Zimowa opowieść" samemu.

Dodam od siebie tylko, że przesłanie książki jest tak samo synkretyczne, jak jego forma. Szekspir odbiera nadzieje i ja zwraca. Wprawia w szał bohatera i pozwala mu opamiętać się. Skazuje na śmierć i daruje życie. Zmusza do ostracyzmu i przyjmuje z powrotem wygnanych na swoje królewskie łono.Sztuka pełna emocji, brutalna początkowo, później śmieszna. Opisuje sytuacje uniwersalne, mimo przebrania w królewskie szaty, które żywotne są przez wszystkie wieki i raczej to się nigdy nie zmieni. Wystarczy zdjąć kostiumy i otrzymujemy współczesność.  To jest siła pisarstwa Szekspira. Dlatego tak wciąż powraca się do jego twórczości, bo każdy może znaleźć w niej odrobinę siebie samego i pośmiać się z własnych przywar lub szaleństw na cudzym przykładzie.

O moja naturo, którą z takim mozołem przezwyciężam! O moje manie i szaleństwa! O przywary, dla których wmawiam sobie, ze jestem kimś innym, by was zachować! O marny bezkostny człowieku! O człowieku ludzki!


sobota, 25 marca 2017

Wiesław Myśliwski "Traktat o łuskaniu fasoli"

Trudno napisać coś nowego o prozie Myśliwskiego, kiedy opisało się już przedtem trzy poprzednie książki. Tematyka jest podobna, ludzki los, stosunek do życia, apologia spraw błahych i zwyczajnych, wieś i wiejskie sprawy, dola-niedola, miłość, rodzina i tym podobne pojęcia, znane każdemu. każda z tych książka jest jednak w jakiś sposób inna, mimo iż każda z nich to gawęda-rzeka narratora. W "Traktacie o łuskaniu fasoli" pojawia się opozycja przypadku i przeznaczenia. jest też w tej książce domyślny słuchacz, bo we wcześniejszych opowieść toczyła się między opowiadającym a jego pamięcią. Mamy też często formę szkatułkową: narrator kupuje kapelusz i sprzedawca zaczyna snuć swą własną gawędę (rewelacyjny i mądry fragment). Zdumiewający i zaskakujący jest także monolog zamkniętego w toalecie mężczyzny, który wygłasza do własnego członka... Nie ma w tym jednak nic trywialnego, jest to raczej filozoficzna refleksja, taka jak cała proza Myśliwskiego.

Wiesław Myśliwski "Widnokrąg"

Życie człowieka ujęte wertykalnie, z wyznaczonym centrum, czyli "ja" podmiotu lirycznego, oraz całym otaczającym go światem, dalszymi i bliższymi okolicami egzystencji. Los, który przynosi wydarzenia, unosząc człowieka na swojej kapryśnej fali, poddając go licznym zmianom, rzadko pozwalając kształtować i decydować. Ludzie, którzy zapisali się w przeciągu wielu lat, zostali zapamiętani bardziej lub mniej, których portrety są wyraźniejsze bądź bardziej przymglone, którzy towarzyszyli albo zaledwie pojawiali się na krótką chwilę. Smak dzieciństwa, niezapomniany, towarzyszący przez lata, budzący się czasem dzięki pamięci, z pomocą fotografii. Powroty do przeszłości, do tego co zostało zapamiętane, tak silnie zapisane w pamięci, a teraz jest już inne, nie to sprzed lat. Zmiany, które zachodzą nieustannie i bezkompromisowo. Rodzina, jej linia i odgałęzienia, a każdy z jej członków nosi swój ciężar losu i zmaga się z nim z pomocą właściwej dla siebie postawy wynikającej z charakteru i swej recepty na życie. Miłość, która rodzi się raptownie, która obejmuje niespodziewanie mocnym uchwytem, która odmienia życie. Nieświadomość, opaczne postrzeganie ludzi i spraw. Przywiązanie. Kształtowanie się postrzegania ludzi, zmienność w sposobie myślenia o nich. Przeszłość, która podlega badaniu, przeszukiwania, analizie, procesom myślowym i uczuciom, a która decyduje (ale w jak wielkim stopniu i który z jej momentów bardziej od innych?) o teraźniejszości. To wszystko jest widnokręgiem, w którego centrum stoi bohater doskonałej powieści Wiesława Myśliwskiego, to wszystko składa się na filozoficzny obraz ludzkiej doli-niedoli, opisanej czasem z powagą, czasem z lekka ironią ("kto wybił oko Kruczkowi?"), a czasem z nostalgią, ale zawsze rzeczowo, z nogami na ziemi sandomierskiej, bądź na bruku sandomierskich uliczek i na kamieniach tamtejszych schodów. Piękna, doprawdy przepiękna książka.

Wiesław Myśliwski "Kamień na kamieniu"

To moje drugie spotkanie z prozą Myśliwskiego i znów jestem zachwycony. ""Kamień na kamieniu" to książka odmienna od "Pałacu", w mniejszym stopniu filozoficzna, chociaż równie wielowarstwowa, więc chyba jednak filozoficzna, ale w inny sposób. Motywem przewodnim książki jest budowanie rodzinnego grobowca, więc pośrednio śmierć, która skrada się na każdym kroku, wiec także jej przeciwieństwo - życie i wszystko co się na nie składa, radość, smutek, rodzina, samotność, historia i codzienność oraz wiele podobnych przeciwieństw. Fabuła - jeśli tak można powiedzieć o snutych przez bohatera, Szymona Pietruszkę, wspomnieniach w formie luźnej i pozbawionej chronologii gawędzie - osadzona jest znowu na wsi. Wiele Nie jest to jednak typowo wiejska proza, ponieważ Myśliwski potrafi nadać swoim tekstom charakter uniwersalny; miłości i samotności doświadcza każdy. Także trudu życia, jego smaku,, słodyczy i goryczy. Los w tej książce przynosi bohaterowi więcej tego drugiego. Czasem egzystencja dla Szymona jest zwykłym trwaniem, próbą przeczekania. Jest prostym chłopakiem, łasym na wódkę i dziewczyny, Nie do końca wiadomo zresztą, czy niepowodzenia z dziewczynami biorą się z zamiłowania do alkoholu, czy po wódkę sięga, bo jego życie uczuciowe nie jest zbytnio udane. Często zdaje się, że nie kontroluje i picia, i miłości. O miłości zresztą trudno mówić, gdyż Szymon zakochany jest chyba tylko raz, pozostałe przypadki - to chyba właściwe słowo - przypominają to, o czym Anglosasi mówią one night stands; nawet jeśli dziewczyna przypatoczy się drugi bądź trzeci raz, to sednem takiego spotkania na pewno nie jest wzbudzeniu uczucia. Stosunek do miasta ukazany jest w książce przez pryzmat wyjazdu braci Szymka, ich nieobecności w gospodarstwie. To z myślą o nich Szymon planuje zbudować rodzinny grobowiec, chyba w akcie desperacji, gdyż czytelnik doskonale zrozumie, ze bracia nie wrócą na więc i że spoczną w innej ziemi. Jedynym jasnym aspektem życia Szymona jest okres wojny, partyzantka, wojaczka, strzelanie, typowa dla chłopców ciągotka do bitki, gdzie pobudzona adrenalina potrafi znaleźć dla siebie odpowiednie ujście w walce z okupantem. Jednak z perspektywy czasu okazuje się, że ucieczka w las była dla Szymka tym samym, co późniejsza ucieczka jego braci do miasta, z tą różnicą, że Szymek wrócił na rolę, bracia nie wrócili. I w podobny sposób Myśliwski buduje pajęczynę odniesień, łączy, zestawia, kontrastuje. Życie przemija, jest długie i składa się z niezliczonych chwil wypełnionych radościami i smutkami, obietnicami i rozczarowaniami. Czasu nie można zatrzymać. Przeszłości nie da się zmienić. Można za to pogodzić się z losem i nie tracić nadziei, że jakoś to będzie. Tak pewnie pomyślałby sobie Szymek Pietruszka, gdyby miał skłonność do refleksji. Szymek jednak o tym nie myśli, on tak robi. Jest pogodzony. Jest unoszony swobodnie przez czas na jego chyżych falach aż do rodzinnego grobowca, pomyślanego na osiem osób, w którym sam jeden odnajdzie wieczność. Trwa. Czeka. Jest.

Henryk Waniek "Jak Johannes Kepler jadąc do Żagania na Śląsku zahaczył o księżyc"

Książki Wańka zawsze czytam z ogromną przyjemnością i tak było i tym razem. Przyjemność była nawet większa, po książka podszyta jest niemal w całości subtelnym, inteligentnym humorem wszelkiej maści i każdego rodzaju. Już sam fakt, że jej bohaterami są aspirujący do wiedzy (nie zawsze jawnej) naukowcy w myśl mniemania o nich w XVII wieku sam w sobie śmieszy. W końcu ich pojęcie o świecie bywa różne, bo świat jest pełen jeszcze białych plam i próba zgłębienie ich z pomocą intelektu oraz wyobraźni musi budzić lekko drwiący uśmieszek współczesnego czytelnika. Są to jednak sympatyczni miłośnicy poznania. Obcują oni ze zjawiskami nadnaturalnymi, pochylają się nad wiedzą tajemną, nad sprawami nadnaturalnymi; Hynka zajmują one bardziej, Kepler zaś jest astronomem i bada niebo oraz jego sfery. Sam Waniek napisał w posłowiu o swojej książce, ze jest to baśń z elementami prawdy i nie da się chyba lapidarniej i ściślej ująć charakteru tej książki, w której świat ludzi egzystuje w jednej przestrzeni z aniołami, ale czasem już osoby wtajemniczone potrafią manipulować. Nie da się jednak - na szczęście - zaliczyć "Keplera" do fantasy, bowiem Waniek nie tworzy swego świata fabularnego (to tez nie jest za ścisłe określenie, bo fabuła, choć ewidentnie jest, to jednak nie ona odgrywa pierwsze skrzypce) czerpiąc z własnej wyobraźni w celu stworzenia nowego świata, ale posługuje się wyobrażeniami ludzi epoki, w której osadzona jest opowiadana historia. Tak więc aniołowie, kamienie spadające z nieba, cuda, ziemia jako miesiączkująca kobieta są tu - dla obeznanych z nimi bohaterów - na porządku dziennym. "Keplera" można nazwać nowelą ezoteryczną albo książką wyobrażeniową, gdyż autor przywołuje w niej z wyobraźni i wiedzy o realiach epoki ówczesna świadomość i stosunek do otaczającego świata. Nie jest to jednak lektura trudna - mimo, że napisana została pięknym, żywym, bogatym w metafory i porównania - językiem, nie ma w niej męczących terminów naukowych, a jeśli już jakiś termin padnie, to wywołuje śmiech, bo użyty zostaje w sposób go wywołujący. Także anioły czuwające nad Keplerem i Hynkiem potrafią rozśmieszyć. Polecam bardzo.

Wiesław Myśliwski "Pałac"

Każdy marzy o tym, żeby jego życie było lepsze, chociaż odrobinę. Ale czy w świadomości swojego losu pomaga wiedza, że obok żyją ludzie tak bogaci i tak postawieni, że nasz marzenia o osiągnięciu ich statusu zawsze pozostaną tylko marzeniami? Myśliwski napisał powieść wielowymiarową, w której pasterza owiec los zaprowadził do opuszczonego pałacu (jest wojna i pan uciekł), skierował z wizyta do świata, który dotychczas możliwe było obserwować jedynie z daleka. książka jest fantazją na temat zamiany ról; pasterz w pustym pałacu wciela się w marzeniach w pana na włościach. "Pałac" nie jest powieścią fabularną, jest strumieniem fantazji, snów, pragnień, prawdopodobieństw. Rzeczywistość miesza się ze snem, który im dalej w fabułę, tym bardziej dominuje. Możliwości jest wiele. Zaczyna się od rzeczy prostych, od delektowania się bogactwem, od poczucia władzy, od seksu, od dobrych posiłków (groteskowe są tu marzenia pastucha, który wyobraża sobie ucztę, na której podają pierogi) i wreszcie od rozrywek, głównie polowań. Im dalej w las, tym fantazje pasterza nabierają coraz bardziej charakteru wielowymiarowego; zaczyna rozważać swój stosunek do religii, filozofii, do innych ludzi, dyskutuje z biskupem o Bogu. Proste rozumowanie wymieszane jest z wyższym, abstrakcyjnym już sposobem myślenia, co często przynosi groteskowe efekty. Myśliwski napisał głęboką książkę o nierówności, o losie, z którym trzeba się godzić (pasterz) lub lekceważyć (pan). Książkę można traktować dosłownie, ale ja raczej odczytywałbym ja metaforycznie. Tak czy inaczej, "Pałac" daje do myślenia zwłaszcza teraz, kiedy natrętne reklamy kuszą nas obietnica lepszego życia i kiedy - mimo postępu i wielu zmian - różnice pomiędzy ludźmi nadal są znaczne i często niemożliwe do przezwyciężenia.
PS. Dodam tylko, bo może ktoś pomyśli, że książka pisana jest z lewicowej pozycji - proszę się nie obawiać, nic bardziej błędnego. Lewica i prawica nie mają w niej nic do roboty. Ta książka skupia się tylko na samym człowieku i jego namiętnościach, pragnieniach i wyobrażeniach. Można ją chyba nazwać filozoficzną.

145. "Legenda Paula i Pauli" [1973]

"Die Legende von Paul und Paula", reż. Heiner Carow [NRD, 1973] Długo zabierałem się za obejrzenie tego dziś już kultowego filmu nakręconego po wschodniej części berlińskiego muru i wreszcie wczoraj przyszła na to pora. I nie żałuję żadnej minuty tego filmu. "Legenda" jest tragikomedią, ale łączy też liryzm z realizmem. Opowiada o miłości Pauli, mieszkanki starej kamienicy, i Paula, jej sąsiada ze stojącego na przeciw wielkiego bloku. Tematem jest uniwersalna i niezależna od wszelkiej polityki (której zresztą w filmie nie ma) miłość, ale zadziwia jej siła, zdumiewa magnetyzm przyciągający do siebie Paula i Paulę (cóż za piękne imiona kochanków sugerujące ich jedność). Film nie stroni od prozy życia. Paula samotnie wychowuje dwójkę dzieci. Paul żyje nieszczęśliwy z synem i z żoną, którą kiedyś nakrył na zdradzie; wybaczył jej wprawdzie, ale osad pozostał. Trabanty pędzą ulicami. Ale jest też ekskluzywna willa nad jeziorem, wypełniony tłumem klientów supermarket czy ekskluzywny dancing z udziałem egzotycznych gości. W mieście burzy się stare budynki (lejtmotyw filmu). W tych realiach bohaterowie lgną do siebie niczym Tristan i Izolda, Ich miłość jest szaleńcza, często pozbawiona granic, nie oglądająca się na innych, bezkompromisowa. Scena ślubu na barce jest nieco nierealistyczna, ale Carow lubi od czasu do czasu wpleść w realizm nieco nadnaturalne motywy. Puszcza do widza oko i mam wrażenie, ze robi to z odrobiną ironii. Liryzm i magię potęguje w filmie wszechobecna muzyka. Wykonuje ją najpopularniejszy NRD-owski zespół rockowy Puhdys (ale mam wrażenie, ze w scenę nakrycia przez Paulę męża z kochanką in flagranti ilustruje nasz rodzimy Nurt; muszę to dokładnie sprawdzić), ale mamy też sporo muzycznych wstawek podobnych do tych, jakie po wielu latach zobaczyć można na przykład w "Tańcząc w ciemnościach" von Triera. Szczęśliwa Paula kasuje w supermarkecie towary śpiewając piosenkę, którą w finale sceny podchwytuje tłum zgromadzony wokół kas. 
Film cieszył się w NRD ogromna popularnością, chociaż cudem należy nazwać już fakt, że został dopuszczony do kin. Jednak kiedy na początku lat osiemdziesiątych, kiedy aktorzy odtwarzający główne role wyjechali na Zachód, film został zakazany i od tego czasu w NRD nie można go było nigdzie zobaczyć, co sprawiło, że zyskał status filmu kultowego. Ja bym go tak nie nazwał (jak wiadomo, nie lubię żadnych kanonów i tego typu nalepek), niemniej jest to świetny film, na pewno w swoim czasie wyróżniający się od innych produkowanych w NRD.