piątek, 29 kwietnia 2016

Charlotte Link "Dom sióstr"

Pasjonująca historia rodzinna rozgrywająca się na przestrzeni wielu lat, z przemianami społecznymi, obyczajowymi oraz z wojnami w tle. Napisana w formie powieści w powieści; dawne i współczesne zdarzenia autorka łączy pod koniec książki w zgrabny sposób, zmieniając ton opowieści z sagi rodzinnej w połączenia thrillera z kryminałem. Sprawnie napisana starannym precyzyjnym językiem, wartka opowieść, zawierająca żywe postaci ładnie zanalizowane pod względem ich psychiki oraz rozwoju, reakcji na wydarzenia. Spodziewałem się dobrego, wciągającego kryminału (na coś takiego miałem ochotę) i długo musiałem czekać na rozwój wydarzeń w tym kierunku. Akcja rozwija się długo i pozornie w przeciwnym pd oczekiwanego kierunku, by później w piękny sposób połączyć przeszłość z teraźniejszością. Trzeba przyznać, że zapiski Frances Gray czytane w odciętym od świata samotnym domu przez Barbarę, mimo że napisane są w formie obyczajowej powieści z wątkami melodramatycznymi, ani trochę nie nużą, wciągają czytelnika bez reszty intryga oraz relacjami wytworzonymi pomiędzy bohaterami. Link wiedziała dobrze, co robi, lwią część powieści przeznaczając na barwne i dramatyczne wspomnienia Frances Gray; wystarczy po kilku stronach lektury odrzucić od siebie potrzebę kryminalnego dreszczyku, by potem swobodnie już smakować się intrygą zawarta na kartach odnalezionego rękopisu. Dobrą powieść poznaje się nie po jej kategorii, do której staramy się ją zaszufladkować, lecz po stylu autora, jego umiejętnościach łączenia formy z treścią. Link dobrze balansuje pomiędzy tymi dwoma aksjomatami literatury i dzięki temu my, czytelnicy, możemy spokojnie zatopić się w wykreowana przez autorkę historię, mając pewność, że mamy przed sobą dobrą książkę.

Sonia Draga: "Dom sióstr"

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Haruki Murakami "Kronika ptaka nakręcacza"

Frapująca książka, oryginalna w formie, dziwna w treści. Osobliwa historia miłości, która poddana zostaje próbie, ale jakiej próbie! książka opowiada historię Toru Okady, którego opuszcza żona Kumiko. Ale czy to jest wyczerpujący opis? Zdecydowanie nie! Wokół Toru zaczynają dziać się dziwne rzeczy, poznaje intrygujące osoby, które starają się mu pomóc. Skomplikowana wielotorowa fabuła błądzi pomiędzy ludźmi, wydarzeniami, cofa się w czasie, gęstnieje, oplata bohaterów, łączy ich ze sobą często z pomocą nieprawdopodobnych więzów. Sporo w książce jest nadrealizmu, snu, wizji, marzeń i musimy się z tym pogodzić, że autor nie wyjaśnia logicznie wielu przyczyn, bo taki jest świat powieściowy Haruki Murakami. Toru zmierza do Kumiko niczym Orfeusz do Eurydyki przez coś, co przypomina piekło. Książkę przepełniają odniesienia i aluzje, zarówno do mitologii greckiej, jak i do czarnych kryminałów. Murakami potrafił wykreować świat, który czytelnik w trakcie lektury pragnie odrzucić, nie potrafiąc zgodzić się z panującymi w nim regułami, jednak jak magnesem autor przyciąga czytającego do perypetii Toru, ponieważ jest to postać napisana w taki sposób, że trudno mu nie współczuć i nie sekundować w jego wysiłkach zmierzających do odzyskania żony. Jak zwykle bywa w książkach Murakamiego, podobnie i w "Kronice ptaka nakręcacza" nie ma żadnej ckliwości, melodramatu czy sentymentalizmu. Życie jest brutalne i bezwzględne. Zdaje się, że "Kronika ptaka nakręcacza" może być traktowana jako książka o cierpieniu, o losie lub powieść o śmierci. Na pewno jest to powieść magiczna, odrealniona, kreacyjna, jednak nie tworzy ona świata fantasmagorycznego, świata, który bezwzględnie nie może istnieć, ponieważ fabuła u Marukamiego zawsze opiera się także na twardej rzeczywistości, wnika w realia i stara się otwierać dusze bohaterów; jest to więc magia psychologiczna i egzystencjalna równocześnie. Powieść można by analizować pod wieloma kątami, są to przecież dwie powieści w jednej, a każda z nich posiada swoje własne liczne odnogi. Najlepiej pochylić się nad tekstem i zasmakować samemu tej wytrawnej, wybornej prozy.

Muza SA: "Kronika ptaka nakręcacza"

piątek, 15 kwietnia 2016

Andrzej Stasiuk "Taksim"

Jeżeli ktoś miałby opisać ten czas i te wydarzenia, to tylko Stasiuk. I na szczęście Stasiuk zabrał się za napisanie tej i takiej książki. książka o Europie B, o południowe-wschodnich jej połaciach, gdzie biedni ludzie prowadzą biedne życie w biednej scenerii biednych miasteczek. Kwitnie handel. Zmienia się świat. Upada komunizm. Nastaje wolny rynek. Nie jest to dobrodziejstwo dla każdego. Bogaci się bogacą, biedni są coraz z bardziej biedni. Ale to wszystko jest scenerią, tłem, punktem odniesienia. Książka opowiada o podróżach, o przemierzaniu tysięcy kilometrów, o twardej przyjaźni dwóch mężczyzn, o stylu życia w drodze, o kupnie i sprzedaży, noclegach na pace rozklekotanego samochodu w śpiworach, pośród towaru i mimo to w zimnie, o napotykanych, mijanych ludziach, o przejazdach, powrotach i ucieczkach w odurzenie Beherovką, o niezliczonej ilości wypalonych papierosów i o miejscach zapomnianych przez Boga i ludzi, znanych jedynie celnikom, służbom leśnym, policji i wojsku. "Taksim" jest ballada o tym wszystkim, snutą, mruczaną, popychana jak samochód, któremu zgasł silnik i nie chce ponownie odpalić, wędrująca przez gorszą Europe balladą, która nie ocenia, tylko opowiada. Kto widział "Orbis pictus" Martina Šulíka ten będzie miał wyobrażenie o nastroju książki Stasiuka; ten film od razu wywołał we mnie skojarzenia z książką. Książka Stasiuka jest mi tym bardziej bliska, że od lat darze ogromna sympatią Słowację i jej przyjaznych mieszkańców; mogę powiedzieć, że tę część książki Stasiuka widziałem na własne oczy. Nie handlowałem wprawdzie nigdy, ale włóczyłem się tymi wioskami i miasteczkami, górami, odwiedzałem knajpy i widziałem tych ludzi; wielu z nich Stasiuk opisał, chociaż nigdy nie widział ich na oczy. Ta książka szczerze i do bólu opisuje rzeczywistość, jest prawdziwa. Uważam to za ogromną jej zaletę, ponieważ sądzę, że bezcenny jest ten moment, w którym pisarz utrafia w jakiś moment naszego życia i można o nim powiedzieć" "tak właśnie było". jest w tej książce jeszcze jedna niezwykle istotna rzecz, mianowicie Stasiuk nie boi się pisać o tym, przed czym większość zamyka oczy. Jego proza nie jest ucieczką w wymyślone światy, nie jest eskapizmem, rejteradą, przymilaniem się nieskomplikowanemu legionowi czytelników. Jeżeli mogę się tak wyrazić w związku z treścią opisywanej powieści, to proza Stasiuka jest wartością dodana na tle zalewających nas ostatnio (od lat) książek o rzeczach i sprawach nieistniejących, czyli w sumie o niczym. Dziękuję, panie Stasiuk, pana zdrowie!

Czarne: "Taksim"

wtorek, 12 kwietnia 2016

Kōbō Abe "Kobieta z wydm"

Książka opowiada o skrajnej sytuacji, w której znalazł się jej bohater. Nie odczytywałbym tej książki dosłownie; historia w niej zawarta jest mało prawdopodobna (aczkolwiek nie niemożliwa) i nieco absurdalna. W sumie nie na darmo autora "Kobiety z wydm" porównuje się do Kafki. Sytuacja, w której znalazł się poszukiwacz nieznanej odmiany chrząszcza, przypomina jak żywo dziwne uwięzienie Józefa K. Bohater, który chciał złapać owada, sam został złapany niczym owad, bezwolny i bezbronny, chociaż usiłujący się uwolnić. Właśnie, jego sytuacja jest ambiwalentna, ponieważ z jednej strony podejmuje próby ucieczki, z drugiej zżywa się ze swoim więzieniem. Książkę więc można odczytać jako studium przymusowej asymilacji, która z czasem staje się coraz mniej przymusowa.
Jest to książka o zmianie środowiska, o nowym doświadczeniu, o chwilowej ucieczce od własnego życia przedłużonej na lata. Kobo zawarł w niej również aspekt społeczny. Niedawno obejrzałem japoński film z 1960 roku "Naga wyspa", w którym małżeństwo z dwójka dzieci mieszka na wyspie pozbawionej wody, na której uprawia ziemię i hoduje rośliny. W tym celu każdego dnia musi wypłynąć łodzią do najbliższego miasteczka, skąd czerpie słodką wodę, by z ogromnym mozołem dostarczyć ją na swoją wyspę tak, aby nie uronić ani kropli. Każda wizyta na stałym lądzie to przymus czerpania wody. Podobna sytuacja zawarta jest w książce Kobo; tu także woda jest bezcenna, a człowiek toczy nieustanną walkę z permanentnie napierającym piaskiem usiłującym zniszczyć wioskę na wydmach. Zarówno film, jak i książka pokazują Japonię, której nie znają turyści, Japonię daleką od zaawansowanego rozwoju technologicznego, Japonię bliższą natury, zatrzymaną w czasie, prymitywna i surową, w której mozolna i ciężka praca dominuje w ciągu dnia i która rozporządza ludzkim życiem.
Kobo stworzył książkę wielowymiarową, uniwersalną, gdyż człowiek zawsze jest zależny od jakiegoś przymusu, nieustannie zmaga się z czynnikami usiłującymi ograniczyć jego wolność i niech nas nie zmyla telewizory 4K i hybrydy na naszych ulicach, bo stan wolności nie zawsze zależy od stanu posiadania, a czasem nawet wręcz przeciwnie, im więcej w naszym posiadaniu rzeczy materialnych, tym mniejsza wolność.
Kobe w "Kobiecie z wydm" pokazał jak silny jest w człowieku instynkt przetrwania, do czego zdolny jest człowiek w obliczu zagrożenia. Oczywiście przy okazji zwrócił uwagę na to, w jak niewielkim stopniu prawo i cywilizacja która je stworzyła dba o jednostkę. Mamy też w powieści wątek rodem z westernu: jednostka kontra społeczność, skłócenie z otoczeniem, walka o swoje prawa w obliczu bezprawia, próba uwolnienie się jako leitmotiv całej książki Kobo pasuje i do tego wątku.
Na niewielu w sumie stronach składających się na "Kobitę z wydm" Kobo stworzył gęstą od nawiązań i znaczeń historię, mrożącą przy okazji krew w żyłach, wartką, intrygującą i ciekawą fabularnie, ze zmieniającą się sytuacją wewnętrzną bohatera oraz okolicznościami mającymi na niego wpływ. To wielka sztuka połączyć atrakcyjną formę z treścią niemal intelektualną, metaforyczną, niemal egzystencjalną; Kobo niewątpliwie dokonał tego w "Kobiecie z wydm".


Znak: "Kobieta z wydm"

sobota, 9 kwietnia 2016

128. "Śmiertelny pocałunek" [1955]

"Kiss Me Deadly", reż. Robert Aldrich [usa, 1955]
Łabędzi śpiew kina noir z intrygą zmierzającą do wyjaśnienia wiążącego się z aktualnymi wówczas obawami i histerią u co niektórych. Trup pada gęsto, akcja idzie ostro do przodu, ale Mark Hammer prześlizguje się przez wszystkie pułapki i poznaje przerażającą prawdę. Piękny, ale mocno pokręcony fragment filmu to piosenka "I'd Rather Have the Blues" Nat King Cole'a śpiewana przez Mady Comfort... głosem Kitty White; tym bardziej to dziwne, że Comfort jest podobnie jak White śpiewaczką jazzową.
Są w filmie wątpliwości, skąd na przykład wziął się w filmie przedmiot ogólnego pożądania, to nie jest wyjaśnione, ale nie jest to przecież aż atak istotne w porównaniu z faktem, co z tym przedmiotem można zrobić. Kiedy w finałowej scenie Friday otwiera walizkę brak jej w ogóle instynktu samozachowawczego, postępuje jak gdyby była zahipnotyzowana. Film jest miejscami brutalny, nie stroni od przemocy, bohater jest cyniczny, bezwzględny i nieco zdezorientowany, a raczej zaślepiony żądzą wyjaśnienia zawartości tajemniczej walizki (i to na długie lata przed 1994 rokiem! ;) ), dzięki czemu wzrośnie jego renoma jako prywatnego detektywa. W alternatywnym zakończeniu ponosi podobno porażkę, podobno dopiero wydanie DVD z 1997 roku przywróciło oryginalne zakończenie filmu.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Sylvie Sinnons "Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyzną”

Sążnista, bogata w fakty i zdjęcia biografia Leonarda Cohena, mistrza poezji śpiewanej, pisarza, mnicha, kochanka i samotnika. Na ponad 560 stronach autorka zawarła niebywała ilość informacji, niemniej czasem i tak pozostaje niedosyt, ale przecież jednego interesuje coś bardziej od drugiego. Książka zajmująca tak samo jak życie Cohena. Napisała ją kobieta, która bardzo wysoko ceni twórczość Kanadyjczyka, ale nie stawia mu pomnika, moim zdaniem stara się być obiektywna. Z książki można dowiedzieć się wiele nieznanych informacji, na przykład to, że Cohen uwielbia komputery i internet, że na debiutanckiej płycie akompaniował mu incognito zespół Kaleidoscope (ten amerykański psychodeliczny, nie brytyjski folkowy). Głównymi nurtami w książce przeplatającymi się wzajemnie i wpływającymi na siebie są: twórczość Cohena, jego związki z kobietami, trasy koncertowe i duchowa droga Cohena, kiedy został mnichem i uczniem guru Zen. Dowiadujemy się o tak zdumiewających faktach, jak ten, że Cohen był przez całe życie niepewny i nieśmiały, że w usa dopiero płyta "I'm Your Man" przyniosła mu większe uznanie krytyków i przysporzyła fanów, że wytwórnia Columbia nie zdecydowała się wydać na rynku amerykańskim albumu "Various Positions". Dziwne to fakty, ponieważ ja sam pamiętam szał na Cohena w połowie lat 80-tych w Polsce, a przecież my byliśmy wtedy za Żelazną Kurtyną i z Zachodu niewiele do nas jednak docierało, w każdym razie płyty Cohena nie funkcjonowały na oficjalnym rynku wydawniczym. W książce Simmons opowiada zarówno o dobrych jaki i złych rzeczach, obiektywnie opisując życie takim jakie po prostu jest, narkotyki, alkohol, kobiety, zawód na przyjaciołach, zdrada, samotność obok sukcesu, uwielbienia, miłości, zadowolenia z siebie. Otrzymujemy portret człowieka przede wszystkim skromnego, pracowitego, potrafiącego poświęcić się dla innych, portret poety i autora piosenek trudnych do zestawienia z innymi, bo trudno znaleźć podobnego do Cohena autora. Cohen jest jeden, niepowtarzalny i oryginalny po prostu.


Marginesy: "Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyzną"

niedziela, 3 kwietnia 2016

127. "Straszne skutki awarii telewizora" [1969]

"Ecce homo Homolka", reż. Jaroslav Papoušek [Czechosłowacja, 1969]. Film nieco proroczy, bo już w czasach, kiedy istniały zaledwie dwa programy telewizyjne, ukazuje zgubny wpływ awarii odbiornika telewizyjnego na rodzinę, w której relacje oparte są na dominacji kobiet. Równie dobrze przyczyna może tkwić także w uległości mężczyzn. Jednakże w filmie znaleźć można liczne odniesienia do sytuacji politycznej, czyli po inwazji na Czechosłowację wojsk Układu Warszawskiego, brak pomocy dla wołającego o nią, liczne motywy zamknięcia, protestu, niezgody, uległości, bezradności, braku porozumienia, niemożności robienia tego, na co ma się ochotę. Bardzo dobre kino.