wtorek, 31 maja 2016

Guillaume Apollinaire "Poeta zamordowany"

"Poeta zamordowany" to zbiór opowiadań plus tytułowa nowela zajmująca połowę książki. Apollinaire sięga po swoje ulubione środki wyrazu, groteskę, humor, hiperbole, surrealizm, nierzeczywistość, łączenie światów realnego z nierealnym. Nowela "Poeta zamordowany" opowiada historię życia i śmierci młodzieńca o imieniu Croniamantial, który zyskał rozgłos swoimi wierszami, ale nie zaznał szczęścia w miłości. jego życie to splot dziwnych przypadków, a kiedy stoi u szczytu sławy, zmienia się sytuacja na świecie, poezja zostaje potępiona, zaś poeci stają się przedmiotem prześladowań, z zastosowaniem egzekucji i linczów włącznie. Nowela, jak zresztą większość opowiadań zawartych w tomie, posiada podtekst autobiograficzny. Poeta jest osobą niezrozumiałą dla tłumu i nie potrafi zaznać osobistego szczęścia. Głęboko przeżywa odrzucenie i żarliwie broni poezji, co przypłaca życiem. Pośmiertny pomnik stawia poecie Ptak z Beninu (alter ego Pabla Picassa). Interesująca jest w noweli kwestia sterowania tłumem przeciw poetom, a także zastosowane wobec nich represje przypominające totalitaryzm. Apollinaire pisał "Poetę zamordowanego" mniej więcej w tym samym czasie, w którym Franz Kafka tworzył swoją "Kolonię karną". Kolejne opowiadania, a raczej miniatury, zajmują się przeróżną tematyką, od Ludwika bawarskiego, przez ludzi bez cienia, ambicji kucharza usiłującego stworzyć jedzenie odpowiadające gatunkom literackim, po powrót króla Artura do Londynu w XXIII wieku oraz serwowanie magicznych receptur na różne dolegliwości oraz spełniających pragnienia. Książka powstawała w latach 1910-1916, kończy ją więc apokaliptyczna miniatura o okropnościach I Wojny Światowej, która równocześnie spaja klamrą cały zbiór, bowiem w miniaturze tej wskrzeszony zostaje Croniamantal. Dodam tylko, że Apollinaire wplótł w tomik opowiadań sporo poezji. Mimo małych rozmiarów, książka jest różnorodna, intrygująca, niepokojąca, tajemnicza.

sobota, 28 maja 2016

Guillaume Apollinaire "Jedenaście tysięcy pałek, czyli miłostki pewnego hospodara"

Apollinaire zaskoczył całkowicie. Gdyby ktoś się uparł, mógłby nazwać tę niewielkich rozmiarów książkę pornograficzną. Niektóre fragmenty są po prostu niesmaczne i trzeba silnej woli, żeby nie rzucić książką w kąt. Ale... twórca określenia surrealizm nie zamierzał chyba wywołać jedynie tanią sensację. Podobno "Jedenaście tysięcy pałek" Apollinaire napisał z potrzeby zarobkowej, powieść ukazała się jedynie z inicjałami. G.A. jako jej autora, wydał ją więc - i to w drugim obiegu - anonimowo. Skandal i tak wywołał, jednak uważny czytelnik nie może nie zwrócić uwagi na ewidentną przesadę w opisach zawartych w książce, co można wziąć za oznakę parodii. Apollinaire tworzy raczej nierzeczywisty świat seksu, przemocy, dewiacji i zbrodni. W 1907 roku taka mieszanka była na pewno szokująca i przez długie lata była we Francji zakazana. Jednak dotyk surrealizmu jest w niej wyraźnie dostrzegalny. Bohater chłoszcze brzuch pielęgniarki, co powoduje mobilizację armii Japońskiej, dzięki czemu odpiera ona atak wojsk rosyjskich. Surrealizm, hiperboliczne opisy orgii, komiczność, humor (bohater nosi nazwisko Valkutascu), groteska - wszystko to niweluje pornograficzny charakter książeczki Apollinaire'a. Oczywiście nie da się jej przeczytać pomijając liczne opisy orgii, desadyzmy, niesmaczności, przemoc, dewiacje i perwersje, jednak trzeba szczerze sobie powiedzieć, że wszystko to podane jest w cudzysłowie. Na pewno książka mówi wiele o ludzkiej naturze i nie pozostaje obojętna dla czytelnika, który albo zdecydowanie ją odrzuci, albo będzie nią zachwycony. Pośrednio ta książka mówi o nas samych: jak bardzo jesteśmy otwarci, albo jak dalece zakłamani. Podobno nic, co ludzkie, nie jest nam obce... ;)

Kingsley Amis "Rosjaneczka"

Profesor slawistyki specjalizujący się w literaturze rosyjskiej prowadzi na pozór uporządkowane życie. Ma bogatą zonę, szałowy samochód, dom, pracę zgodną z jego pasją, poważanie i autorytet z nią związane, Raz w tygodniu gra w tenisa, polemizuje z kolegami z uczelni, pisze obszerną pracę o Lermontowie, nie posiada dzieci, ma za to sporo wolnego czasu. czegóż więcej chcieć?
Do Londynu przybywa radziecka poetka Anna, którą Ryszard poznaje w środowisku rosyjskich emigrantów i postanawia pomóc jej w uwolnieniu wciąż przetrzymywanego w więzieniu po zakończeniu wyroku brata. Jest koniec lat osiemdziesiątych i Związek Radziecki chyli się ku upadkowi, jednak dawne formy trwają w nim nieustannie.
Amis opisał w swej książce kontrast pomiędzy Wschodem a Zachodem, uwypuklił różnice pomiędzy światem zniewolonym i światem wolnym. "Rosjaneczka" jest także jednak książką o intelektualistach, porusza kwestię emigracji. Wszystko to jednak stanowi doskonale nakreślone tło dla losów Ryszarda, jego uwikłania w romans z Anną, który przez starania poetki o uwolnienie brata posiada podtekst polityczny. Okazuje się, że życie Ryszarda wcale nie jest takie, jak wyglądało,, że dał uwieść się pozorom życia, wklęsł w wygodną rutynę. Najgorsze jednak, że nie znał swojej żony. Ryszard znajduje się w kleszczach pomiędzy żona i kochanką i musi podjąć konkretną decyzję, wyzwolić się z iluzji, wybrać stronę i poczynić pierwszy krok.
Mimo obyczajowego charakteru powieści z naciskiem na życie intelektualne, Amis potrafił wpleść wątek rodem z thrillera, bo oto bohater decyduje się na krok, postanawiając żyć z Anną, co prowadzi do lawiny nieprzyjemnych konsekwencji. Okazuje się, że żona postanawia wziąć na nim odwet. Ryszard nie znał jej z tej strony; był do tej pory całkowicie nieświadomy, do czego może być zdolna zraniona i opuszczona kobieta. Dodajmy, że żonie Ryszarda nie chodzi o zawrócenie męża z obranej drogi, ale o zemstę...
"Rosjaneczka" jest na pewno powieścią o życiu w iluzji oraz o przebudzeniu. Impulsem dla otwarcia oczu i spojrzenia na sprawy w sposób umożliwiający dostrzeżenie ich prawdziwego wyglądu jest miłość. Amis nie chciał jednak powiedzieć, że miłość przezwyciężą wszystko, "Rosjaneczka" nie jest przecież czystym romansem, jeżeli w ogóle można nazwać ją w ten sposób, nie jest też książka naiwną, a na pewno nie ma w niej ani krzty sentymentalizmu. Jest to raczej powieść o losie, który chociaż przewrotny i nieprzewidywalny, można kształtować pod warunkiem posiadania świadomego i jasnego spojrzenia na fakty. Otwórz oczy, a nie zginiesz.

wtorek, 24 maja 2016

John Lennon, Hunter Davies "Listy"

Tytuł tej książki nie powinien brzmieć "Listy", ale "Korespondencja" lub "Zapiski". Listów jest w niej najmniej, aczkolwiek kilkadziesiąt się znajdzie; lwią część zajmują pocztówki, dedykacje, ankiety, rysunki z dopiskami, jest kilka pism oficjalnych, całe mnóstwo karteluszek (na przykład z poleceniami do wykonania dla domu) i w końcu kilka tekstów zamieszczonych w gazetach. Książka posiada układ chronologiczny i podzielona jest na rozdziały z poszczególnych okresów życia Lennona. Lennon lubił pisać dosyć sporo, jednak większość tekstów w jego korespondencji jest zwięzła, lapidarna, często ograniczająca się do pozdrowień z podpisem. W korespondencji Lennon ucieka się do skrótów, znanych jedynie adresatowi aluzji, bawi się językiem, tworzy neologizmy; tylko kilka listów jest tego pozbawionych. Niestety, często utrudnia to lekturę. Dla dobrze władających językiem angielskim to wydanie może stanowić jednak gratkę, gdyż każdy list (nazwijmy je tak ogólnie) obok tłumaczenia posiada fotokopię oryginału, jest zatem doskonała okazja, żeby zapoznać się z listami artysty w oryginalnej formie (kłopot jednak z tym, że Lennon nie pisał zbyt starannie i czytelnie). Reasumując, książka z listami Lennona będzie bezcenna dla fanów, co jest rzeczą oczywistą, a także otworzy oczy tym, którzy nie znali bliżej Lennona, nie spodziewali się, że jest w tym człowieku coś więcej  poza statusem ikony rocka. Lennon w listach przedstawia się jako człowiek inteligentny, błyskotliwy, pełen humoru, zainteresowania światem i ludźmi (chociaż w swojej autobiografii Eric Clapton twierdzi nieco inaczej), jest człowiekiem niedoskonałym (skok w bok z May Pang), ale otwartym, wrażliwym i świadomym swojej wartości. I pomimo całego tego szumu wokół jego życia pozostał po prostu sobą. Jak napisał do fana w jedym z listów (cytuję z pamięci): "bogactwo daje ci możliwość kupowania lepszych gatunkowo rzeczy i nie martwisz się o byt swojej rodziny, poza tym jesteśmy wszyscy takimi samymi ludźmi, z takimi samymi troskami i radościami".

Pruszyński i S-ka: "John Lennon. Listy"

czwartek, 19 maja 2016

Charlotte Link "Obserwator"

Bardzo dobry kryminał, trzyma w napięciu i lubi zmylić tropy, a nawet jeśli ktoś wcześniej odgadnie, kto zabił, to w prozie Charlotte Link jest zawsze coś interesującego poza wątkiem kryminalnym: wnikliwe portrety bohaterów, tło społeczne i obyczajowe, nieco psychologii. Jest też u Link ciekawa, niepokojąca atmosfera, klimat. Poza tym pani Link dzieli swoje książki (te, które znam) na dwie części. Pierwsza to poszukiwanie sprawcy (kryminał), a druga ujęcie go i ocalenie osoby będącej w jego szponach (dreszczowiec), dlatego nie jest aż tak ważne u Link, czy odgadniemy sprawcę, bo później trzeba jeszcze zmierzyć się z nim w ostatecznej potyczce. Charakterystyczne dla autorki jest budowanie motywów postępowanie przestępcy na pobudkach psychologicznych. W "Obserwatorze" mamy to w piękny sposób nakreślone. Czytelnik poznaje te motywy, zagłębiając się w psychikę mordercy i jakkolwiek są to opisy o nieco behawiorystycznym charakterze, to jednak są; nie wymagajmy zresztą za wiele, to nie jest przecież powieść psychologiczna tylko kryminał. Po lekturze dwóch książek Charlotte Link (czytałem wcześniej "Dom sióstr") nie można też nie zwrócić uwagi na powtarzające się motywy: zimowa sceneria, Anglia, jako miejsce rozgrywania akcji, zamknięcie w pułapce, przemoc psychiczna oraz fizyczna wobec kobiet, osamotnienie, motyw starości, oraz postać outsidera.

Sonia Draga: "Obserwator"



wtorek, 17 maja 2016

Delphine de Vigan "Nic nie oprze się nocy"

Ta książka miała spory potencjał, ale moim zdaniem autorka nie wykorzystała go. Książka jest podobno oparta na historii matki autorki, ale nie do końca wiadomo, gdzie prawda, a gdzie fikcja. Bardzo drażnił mnie dosyć prosty język, jak na kogoś, kto wspomina o "Paryskim spleenie", Rimbaudzie i Prouście. Moim zdaniem błędem de Vigan jest kumulowanie samobójstw; aż trudno uwierzyć, że aż tylu ludzi popełniło je w jednej rodzinie oraz wśród jej znajomych. Przyzna, że spodziewałem się zupełnie czegoś innego po "Nic nie oprze się nocy": portretu młodej i wrażliwej dziewczyny wchodzącej w prawdziwe życie, a otrzymałem miejscami wlokącą się sagę rodzinną z dosyć powierzchowną psychologią. Rozwleczona na wiele lat jest bardziej kroniką, niż studium popadania w szaleństwo. Autorka nagromadziła na kartach książki sporo ponurych faktów, lecz pisze o nich językiem beznadziejnym, przeplatając to co straszne z wyszczególnianiem wyjazdów, miejsc, nazw miast, przyrządzanych potraw, wyliczania kosmetyków itd.  Dopiero w końcowej partii książki, kiedy de Vigan bądź jej alter ego, narratorka "Nic nie oprze się nocy" zaczyna zdradzać przyczyny, dla których opisuje historię obłędu swej matki, robi się ciekawiej i wnikliwiej, choć nie jest to niestety zbyt długi fragment książki czy tez powieści, bo nożna dyskutować nad zawartością procentową fikcji w tym tekście. de Vigan według mojego skromnego zdania usiłuje poruszać zbyt wiele problemów na raz: obłęd, samobójstwo, kazirodztwo, anoreksja, choroby, kwestie społeczne, stosunki rodzinne, jednak nie da się oprzeć wrażeniu, że jest to raczej wymienianie problemów pozbawione głębszej ich analizy. Na szczęście nie ma w prozie de Vigan taniej ckliwości i cukierkowatości, jest brutalność i bezwzględność, niestety nie ma tam także głębi, jest tylko wrażenie ślizgania się po faktach, opisach, wycieczka po powierzchni z rzadkimi próbami zapuszczenia się nieco niżej w celu dotarcia do korzeni wydarzeń.

Sonia Draga: "Nic nie oprze się nocy"

poniedziałek, 16 maja 2016

131. "Poszukiwacze zbawienia" [1925]

"Salvation Hunters", reż. Josef von Sternberg [usa, 1925] Film opowiada historię kobiety z dzieckiem oraz mężczyzny (w napisach nazywanymi Dziewczyną i Chłopcem), którzy usiłują znaleźć sobie miejsce w świecie i poszukują szczęścia, metaforycznie nazwanego w tytule zbawieniem. Zbawienie jest koniecznie, ponieważ otacza ich wrogi, agresywny, przebiegły, bezlitosny świat ludzi pozbawionych skrupułów, panuje przeraźliwa bieda, bezrobocie. Film przygniata wręcz nastrojem przygnębienia i beznadziei, którą aktorzy wyrażają często w teatralnym apatycznym bezruchu. W końcu kiedy Dziewczyna nie ma czym posilić syna, decyduje się udać do stręczyciela. Pierwszy klient nie potrafi jednak spełnić swoich pragnień, gdyż pokoju nie chcą opuścić Chłopak i syn Dziewczyny; zostawia im banknot i wychodzi. Stręczyciel chcąc "uczłowieczyć" proceder i ułatwić Dziewczynie wykonywanie nowego "zawodu", postanawia zabrać wszystkich na wycieczkę na wieś. Sternberg pozwala swoim bohaterom wyzwolić się z dwuznacznej pułapki. Ten happy end trochę psuje wymowę filmu, jest na siłę przyszytym optymizmem, który ma u widza wzmocnić poczucie wartości i wiarę w poprawę jakości życia, jednak nie można uwolnić się od wrażenia, że to trochę naiwne. Napisy są w filmie trochę bombastyczne i uciekają do rażących dziś metafor; są stylizowane na teksty biblijne i zbyt aforystyczne, nie jest ich jednak na szczęście zbyt wiele. Mocnym atutem filmu jest fotografia, starannie skadrowana i urozmaicona przez stosowanie różnych planów. O grze aktorskiej już wspominałem, że w niektórych sekwencjach jest świadomie teatralna w celu wzmocnienia siły przekazu. Film, oprócz sekwencji marzenia, o nieco komicznym charakterze, charakteryzuje twardy realizm. Skrajne części filmu kręcone są w plenerze, środkowa w dusznym, ponurym pokoju, co wiąże się ściśle z treścią film. Bohaterowie są pozornie wolni w otwartej przestrzeni nabrzeża, na pokładzie pogłębiarki, na ulicach miasta; wówczas wszystko jest jeszcze możliwe. Potem wpadają w szpony stręczyciela i tę pułapkę symbolizują zamknięte wnętrza obskurnej kamienicy. Na koniec uwalniają się na łące symbolizującej prawdziwa wolność i nowe horyzonty. Film kończy ujęcie podobne do zakończenia "Dzisiejszych czasów", w którym Chaplin i Paulette Goddard odchodzą drogą w stronę słońca.

sobota, 14 maja 2016

130. "Dezerter" [1933]

"Дезертир", reż. Wsiewołod Pudowkin [ZSRR, 1933]. Mówi się, że to ostatni film radzieckiej szkoły filmowej, później był już socrealizm. Moim zdaniem już w tym filmie jest pół na pół. Obok zapierających dech w piersiach sekwencji, migotliwych bardziej od współczesnych teledysków, i ciekawych kątów patrzenia kamery mamy nudny jak flaki z olejem fragment akademii z okazji wykonania 350% normy i zakończenia pracy w 30 zamiast 36 założonych dni, w dodatku z ogromnym posągiem Lenina z wyciągnięta ręką w tle. Fabuła jest prosta: w hamburskim doku strajkują robotnicy, gnębią ich przemysłowcy i policja. Wybucha strajk generalny.  Tytułowy bohater nie bierze w nim udziału, stoi z boku. Jako fachowiec zostaje zaproszony do fabryki w ZSRR, gdzie dokonuje wyżej wymienionych czynów na polu pracy, ale niespodziewanie dowiaduje się, że jego przyjaciel, przywódca strajkujących w Hamburgu zostaje zamordowany. Ta wiadomość zmienia go z "dezertera" w ochotnika; wraca do Niemiec i przyłącza się do strajku oraz walk ulicznych. Wizualność jest największym atutem tego filmu. W tamtych latach był na pewno awangardową agitką, ale dziś, gdy nie istnieje państwo ZSRR, ani nie ma już prawie wcale siły ustrój, który w tym utopijnym państwie propagowano, pozostaje napawać się praca kamery, dynamicznym montażem, ogromnymi zbliżeniami, migotliwością scen, zaś na polityczny aspekt przymrużyć oczy.

piątek, 13 maja 2016

Henryk Waniek "Wyprzedaż duchów"

Żyjemy w świecie, w którym wszystko zmierzono, zważono, opisano, zanalizowano, sklasyfikowano. Rzeczywistość jest oswojona, miasta przeludnione, Panuje powszechna industrializacja, kwitnie cynizm polityków, nieprzerwanie trwają amerykańskie wojny, zalewa nas potok drogich i nietrwałych towarów, mami reklama. Czy w tym całym zgiełku racjonalizmu jest miejsce na pierwiastek irracjonalny? Książka Henryka Wańka odpowiada twierdząco na to pytanie. czytelnicy obeznani z innymi pozycjami autora wiedzą, że Waniek zajmuje się głównie historią oraz rzeczywistością magiczną, Temat rozpatrywany jest z wielu stron; maja w powieści swoje miejsce i czas zarówno zwykłe duchy, upiory, legendarne stwory z sudeckich podań z Liczyrzepą/ Karkonoszem na czele, mowa o duchach azjatyckich, w całkiem nowym wymiarze pojawiają się tak zwyczajne zjawiska jak na przykład mgła, która posiada wiele imion, a raczej każdy rodzaj mgły nosi inna nazwę, działają tez siły natury, alchemia, magia, wykrzywieniu ulega przestrzeń. Waniek nie napisał jednak powieści grozy, absolutnie nie; gdybym miał "Wyprzedaż duchów" porównać do innej książki, to byłaby to "Podróż na Wschód" Hermana Hesse. Waniek napisał bowiem powieść o fizycznej i duchowej podróży przez Sudety, podróż prowadzącą w głąb lasu, na strome niedostępne stoki, ale i w głąb poznania, w poszukiwaniu duszy bądź w celu uzyskania dowodów, że istnieje, podróż duchowa, mistyczna, magiczna. Można o książce powiedzieć też śmiało, że jest filozoficzna albo ezoteryczna. Każdy rozdział opisuje jedną z wędrówek duchowych, będących jednocześnie przygodą. Najczęściej bohaterowie w różnych konfiguracjach i o różnym stopniu wtajemniczenia w wiedzę ezoteryczną zapuszczają się w góry. Ich guru jest Pater, stary hippis mieszkający w chacie ze swoimi dziewczynami, słuchający Franka Zappy, kopcący fajkę i sporządzający nalewki z dodatkiem wymieszanych ziół. Jego chata jest centrum, miejscem zbornym, jednak duchowym przywódcą, człowiekiem sprawiającym wrażenie osoby najbardziej wtajemniczonej, niemal wszechwiedzącej, jest tajemniczy, małomówny J (pisane bez kropki, gdyż nie będące skrótem, lecz nazwą umowną dla kogoś, czyjego imienia nikt nie zna). . Jest J znawcą tajemnych mocy i spraw, niechętnie jednak dzieli się swoją wiedzą, raczej stara się obudzić u innych - ale jakby od niechcenia, bez przymusu i jak gdyby mu na tym nie zależało - pragnienie poznania. J jest niemym przewodnikiem, jest centralnym punktem okręgu, tworzącego okrąg, jak plastycznie na pierwszych stronach powieści określa konfigurację narrator książki. Każdy bohater jest w jakimś sensie poszukiwaczem duchowości i każdy pragnie jeśli nie odkryć, to chociaż otrzeć się o tajemnice sudeckich gór, poczuć magię, która ukryła się tam gdzieś podskórnie i czasem zmienia świat rzeczywisty w nierzeczywisty. Jest to magia o pradawnym pochodzeniu, wieczna ezoteryka, okultyzm, wiedza tajemna; mnożą się i gęstnieją idee, które nie łączą się w całość, ich obraz jest zamazany, trudno dostępny, gdyż różne rodzaje tajemnic koegzystują obok siebie. Magia tworzy wizje, wykrzywia rzeczywistość, wprowadza pierwiastki nadnaturalne i odrealnia - tego poszukują bohaterowie "Wyprzedaży duchów". Poszukują i znajdują, chociaż kontakt bywa ulotny, często ledwie wyczuwalny.
Język i styl Wańka to mistrzostwo. Buduje zdania tworząc napięcie, pełne poezji i metafor. Autor w piękny sposób opisuje zjawiska przyrody, nadejście nocy, zmiany pór roku, krajobraz. Są to opisy magiczne i liryczne zarazem, pełne zaskakujących metafor, jednak rozproszone w powieści z ogromnym wyczuciem. Jestem zachwycony książką Henryka Wańka i mam ogromny apetyt na więcej.

129. "Zew morza" [1927]

"Zerw morza", reż. Henryk Szaro [Polska, 1927] W ramach uzupełnienia mojej wiedzy o polskich filmach niemych przyszła kolej na zdigitalizowany w 2013 roku "Zew morza". Film trwa 2 godziny i to w wersji niepełnej, ponieważ nie dotrwał w całości do naszych czasów. W "Historii filmu polskiego, tom 1" autor zarzuca mu rwaną akcję, ale ja raczej zarzuciłbym mu dłużyzny. Przez półtorej godziny film ciągnie się z małymi wyjątkami na udane sceny dosyć mocno; jest to w tym czasie melodramat z nikłymi elementami komediowymi i jeszcze bardziej śladowymi obyczajowymi. Jerzy Marr (Stach) gra dosyć przyzwoicie, lecz Maria Malicka (Hanka) nie grzeszy zbytnio urodą i trudno zrozumieć, dlaczego tak nagle i bez pamięci zakochuje się w niej i rzuca dla niej ucharakteryzowaną na Louise Brooks Norę Ney (Jola). Akcja przyspiesza w ostatnich trzydziestu minutach, a film przemienia się niespodziewanie w sensacyjne kino akcji (mamy nawet pościg samochodowy, a następnie okrętowy), jednak ta dynamiczniejsza część filmu nie jest równa i mocno zwalnia na morzu. Warto obejrzeć, bo trzeba znać swoją historie, także historię filmu. Bezcenne są sekwencje kręcone na nieistniejących już pod taką postacią ulicach Gdańska. Potężnym plusem filmu jest skomponowana przez Krzesimira Dębskiego muzyka, doskonale zsynchronizowana z filmem. Sporo ujęć nakręcono w plenerze. Kamera jest raczej statyczna, jak na 1927 rok, montaż nawet, nawet, ale w jednej sekwencji (pożegnanie Stacha na dworcu) kierunek ujęcie (opuszczający peron pociąg) nie zgadza się z kontrujęciem, w którym rodzice machają Stachowi w stronę przeciwną odjeżdżającemu pociągowi. Cóż, zdarza się; obecnie tez wyłapuje się podobne i większe lapsusy. "Zew morza" powstał na podstawie oryginalnego scenariusza, czyli nie był adaptacją książki. Na marginesie następująca refleksja: Filmoteka Narodowa odnawia stare polskie filmy (i nie tylko polskie, bo "Mania" z Polą Negri to film niemiecki), ale ułamek z tych prac ukazuje się na DVD, Dlaczego, pytam, Filmoteka Narodowa odsuwa widzów od filmów, nad którymi pracuje? To nie jest pytanie retoryczne.

środa, 11 maja 2016

Jerzy Maśnicki "Niemy kraj. Polskie motywy w europejskim kinie niemym (1896–1930)"

Kiedy dowiedziałem się o istnieniu tej książki, byłem zachwycony; oto ktoś zajął się moim ulubionym okresem historii kina, analizując go od strony powiązań z Polską. Z drżącym, a raczej z walącym sercem sięgałem po e-booka, który omal nie wypadł mi z rąk. Jednakże już czytając wstęp mój entuzjazm opadł, autor bowiem zaznacza w nim, że zajmie się wyłącznie filmami powstałymi w Europie Zachodniej i nie zdoła opisać wszystkich filmów. Odpadła więc kinematografia Rosyjska i radziecka, a filmów pozostało zaledwie ponad siedemdziesiąt. Ale dobre i to; ktoś inny - mniej zainteresowany tematem - nawet przy tej ilości tytułów poczułby przecież przesyt. I od razu napiszę, że mimo moich obaw nie, nie zawiodłem  się na publikacji Maśnickiego.
Książka ta otwiera oczy na fakt, jak niewiele wiemy o swojej własnej historii, o wpływie Polski na inne kraje oraz o zmienności nastrojów odzwierciedlonych na ekranie wraz ze zmianami politycznymi. Ja sam znałem kilka tytułów ledwie, wiadomo filmy o Chopinie i ekranizacje "Quo vadis?" to oczywistości, "Gra w szachy" Raymond Bernarda z 1926 roku też nie jest mi obca, ale większość tytułów była dla mnie zaskoczeniem. Kto bowiem wie, że na Zachodzie do 1930 roku zekranizowano pięć powieści Gabrieli Zapolskiej? Ja nie wiedziałem.
Maśnicki dzieli swą książkę na kilka rozdziałów, w których grupuje filmy pod względem cech wspólnych, na przykład ekranizacje powieści, filmy propagandowe, filmy żydowskie, filmy historyczne, filmy z polskimi bohaterami i tak dalej. Rozdziały ułożone są chronologicznie, chronologia panuje także wewnątrz każdego rozdziału. Czasem - na szczęście - autor wymienia filmy sowieckie, ale niestety na pełny opis nie ma co liczyć. Filmy "zachodnie" opisane są dosyć szczegółowo. Autor zajmuje się ich produkcją, wydźwiękiem jaki wywołały, przytacza recenzje ówczesnej prasy, opinie cenzorów, programy filmowe, przedstawia zainteresowanie polskich pism zajmujących się tematem kina, a także polskiej dyplomacji, szczególnie w okresie spięć z Niemcami. Wiele filmów nie dotrwało do naszych czasów i znane są teraz jedynie z opisów. W Niemczech powstało chyba najwięcej polskich filmów, ale sporo z nich nakręcono we Włoszech, we Francji, a nawet w Wielkiej Brytanii i w Hiszpanii.
Książkę Maśnickiego uważam pod względem faktograficznym za bezcenną. Przyznam się, że dawno już nie "połknąłem" tak zachłannie żadnej książki fabularnej jak stało się z tą publikacja naukową. Chylę czoła przed autorem za jego trud i mrówczą pracę, odsłaniającą rejony, których istnienia czytelnik byłby bez niej nieświadomy.

słowo / obraz terytoria: "Niemy kraj"

poniedziałek, 9 maja 2016

W więzieniu

W więzieniu więzień więźniowi więźniem,
Patrzą na siebie, a w oczach węże.
Walczą ze sobą; trwa, nie ustaje
Branie człowieka w ponury najem.
Więzień się panem staje powoli,
Kiedy innemu brak sił i woli.
W dwoistej roli każdy zostanie:
Podwójnym sługą albo pół-panem.

Szczęśliwe syczaki

Szpak szeptał szczerze, szukając szczegółów,
Szczaw szukał szczęścia, szarak szczawiu szukał,
Szaruga szczelnie szybowała szaro,
Szedłem szparko szosą szeroko szemrzącą.

Pytania, pytanka...

Morze być może,
Ale czy na pewno?
Góral nam podpowie, że
Rzecz ta jest niepewną.
Czy niepewność jest pewna,
gdy może jest możliwe?
Bądź niepewność pewna,
Gdy twierdzimy fałszywie?
Czy unik unikiem
Sam siebie wywala?
Czy nawałowi się zdarzy,
Że czasem nawala?
Czy motor poznał tory
Jak trzeba równolegle?
Czy tylko sekundą
prostopadle je przebiegnie?
Czy ryba zna rybaka,
A góra górala?
Jak lawina
Pytanie
Za
Pytaniem
na
Głowę
Nam
Się
Zwala
...

niedziela, 8 maja 2016

"Ballada o kowboju i lodzie"

Razu pewnego wśród Dzikiego Zachodu
Kowboj chciał skosztować zimniutkiego lodu,
Ale że słońce mocno świeciło,
Lodu dokoła nigdzie nie było.
Rzekł zatem: "Trudno, daremna rada,
Lodu gdzieś indziej poszukać wypada".
Osiodłał konia, na wierzch mu wskoczył
I pognał przed siebie, gdzie poniosą oczy.

Południe było i ostra spiekota,
Żar lał się z nieba, zbójnik, niecnota,
Kowboja głowa mokra od potu
Myśli nie wyda, jak niebo grzmotu.
Lód mu potrzebny teraz, tu zaraz,
Inaczej wpadnie w poważny marazm.
Ponaglił konia, na wierzchu podskoczył
I pognał przed siebie, gdzie poniosą oczy.

Wtem nadszedł wieczór, kowboja szczęka
zaczęła z zimna miarowo szczękać.
"Chłód bratem lodu" pomyślał wreszcie.
I na noc stanął w przygodnym mieście.
Śnił mu się neon i szampan z lodem,
Który niósł kelner przed sobą przodem.
Przytulił konia, łzą oko zmoczył
I w sen przed siebie pognał uroczy.

I tak wędrował miesięcy wiele,
trudy podróży odczuł na ciele.
Skonany bardzo Meksyk przemierzył
I w Hondurasie co nieco przeżył.
Sił mu w Panamie ubyło dość sporo,
Lecz wzmocnił w Kolumbii swą duszę chorą
Bezlikiem kawy: pił on i pił koń
Aż ta używka waliła im w skroń.

W Brazylii dobił się tańcem i pląsem.
Już patrzeć spokojnie nie umiał na słońce.
A słońce wesoło wciąż sobie świeciło,
Lecz lodu jak dotąd dokoła nie było.
Już miał się poddać i już umrzeć miał,
Gdy zorientował się, że przed górą stał.
A góra ta była pokryta lodem,
Więc wybrał się na nią pospiesznym chodem.

Wiara wstąpiła, odżyły marzenia,
W górę się wzbijał na kamień z kamienia.
Był coraz wyżej, koń malał w dole
"Ja lodu pragnę, ja lody wolę!"
I stanął na szczycie, dumny i mężny,
Pierś mu się cała z radości pręży.
Już język zbliża do bryły lodu
I... już nigdy nie ujrzał Dzikiego Zachodu.

Języka nie oderwał i pozostał na szczycie.
Może biedaka tam kiedyś odwiedzicie?

środa, 4 maja 2016

Paweł Huelle "Śpiewaj ogrody"

Akcja książki rozgrywa się w Oliwie, czasem przenosząc się do Gdańska, do Sopotu, na kaszubską wieś i w kilka innych jeszcze miejsc. Huelle po raz kolejny więc podejmuje temat swojego ukochanego Trójmiasta. "Śpiewaj ogrody" jest też typową książką dla autora, łączą się w niej różne czasy historyczne, oraz ludzie - znani z kart historii oraz fikcyjni anonimowi, których wspólnym mianownikiem jest Gdańsk.
Huelle opisał historię przyjaźni dojrzałej Grety z młodym chłopcem, narratorem powieści, którego nie poznajemy z imienia. Greta jest Niemką, która postanowiła po wojnie pozostać w Gdańsku; spotyka się z chłopcem, ucząc go języka niemieckiego, opowiadając swoje życie oraz wszczepiając mu miłość do muzyki. Powieść Huelle jest peanem na cześć muzyki, równocześnie pokazuje że w niebezpiecznych czasach nawet bycie muzykiem potrafi być groźne,a nawet więcej, sama muzyka stanowi zagrożenie. "Śpiewaj ogrody" jest historią o niebezpiecznych czasach, o złu, które czyha, budzi się, dominuje, usypia, znów powstaje. Jest opowieścią o naturze człowieka, która zmusza do popełniania niegodziwości i potworności. Zło w powieści jest cieniowane, podlega gradacji, stopniowaniu, deklinacji. Ale człowiek stara się temu przeciwstawić, oprzeć, a przynajmniej nie zgadzać się, kiedy jest wobec zła bezsilny. Próbuje żyć. Czasem traci bezpowrotnie to, co bezcenne, najbliższe osoby - męża, dziecko... Trwa w niepewności, ale nie poddaje się. To jest pozytywny przekaz książki Pawła Huelle. Mimo kataklizmów, ludzie obdarzają się miłością, przyjaźnią, pomocą.
Książka napisana jest, że tak powiem gęsto, autor często zmienia bohaterów i czas historyczny, wszystko jednak łączy pięknie w całość. Huelle pisze językiem przystępnym, nie wdając się w filozoficzne dywagacje, lubi jednak wtrącać mnóstwo fachowych terminów,a to z zakresu muzyki, a to z dziedziny botaniki; taka odrobina erudycji może komuś przeszkadzać, dla mnie jednak nie stanowi problemu, ponieważ tylko wzbogaca treść i ukazuje poważny stosunek autora względem czytelnika, którego ma za człowieka wykształconego i oczytanego. Proza Huelle posiada pulsujące natężenie, nie nuży czytelnika, wciąż prowadzi go w nowe miejsca, zmienia swą temperaturę, od zimnych opisów, po emocjonalne  akordy związane z stanem emocjonalnym bohaterów, kończąc na elegijnym i nostalgicznym zakończeniu powieści. "Śpiewaj ogrody" przypomina kompozycję muzyczną o niezliczonej liczbie modulacji, wątków, tematów, zmieniających się nastrojów. czasem poezja, czasem proza. I jak zwykle Huelle potrafi to wszystko zmieścić na niewielkiej liczbie stron, gdyż książka nie posiada imponujących rozmiarów.
Huelle z lubością wyszukuje postaci związanych nawet na krótko z Trójmiastem (Rilke, Schopenhauer), wyławia z otchłani przeszłości dawne nazwy ulic, ożywia ludzi, przybliża mało znane fakty. W zadziwiający sposób łączy przeszłość z teraźniejszością, budując pomiędzy tymi nieprzenikalnymi i pozbawionymi na osi czasu bezpośrednich punktów styczności pojęciami pomosty. Światy z książek Pawła Huelle można przyrównać do skarbnicy, w której czytelnik odnajdzie przeróżne wartościowe przedmioty - zawsze wzbogacają czytelnika, a przy tym są ciekawa opowieścią o ludzkich losach, o uczuciach, pasjach i - co najważniejsze - potrafią wzruszyć, wywołać emocje. Mnie, gdy czytałem ostatnie strony książki, po plecach przebiegały dreszcze.

Znak: "Śpiewaj ogrody"