wtorek, 16 października 2018

Arkadij i Borys Strugaccy „Ślimak na zboczu”


















Już sama fabula tej książki nie jest prosta. Dwa wątki łączą się ze sobą z pozoru luźno, jak luźno połączone są ze sobą dwa światy, w których żyją bohaterowie, a które graniczą ze sobą. Pierec żyje w świecie Zarządu, Kandyd mieszka w Lesie, który Zarząd stara się poznać, przejąć, zbadać i przeistoczyć. Zarząd przypomina bardzo w duchu „Proces” Kafki. Pierec błądzi jego korytarzami, próbując zrozumieć, o co chodzi. Las jest organizmem opornym i buntowniczym, przeciwstawiającym się ingerencjom Zarządu. Wszystko co się w nim znajduje, opisane na stronicach tej niewielkiej książki, bogactwem przewyższa niejedna wielotomową powieść fantasy. Wyobraźnia Strugackich rozkwita całą pełnią; można powiedzieć o „Ślimaku na zboczu”, że jest książką bardziej psychodeliczną od „Ubika". Mnóstwo w niej niedopowiedzeń, aluzji. Nie dowiemy się niczego o powiązaniach przyczynowo-skutkowych. Możemy zapomnieć o pytaniu „dlaczego?". Metaforyczność powieści może przytłaczać czytelnika przyzwyczajonego do konwencjonalnej narracji i zwyczajowej linii fabularnej. Potrafię wyobrazić sobie krzyki i zarzuty, że niezrozumiałe, niedopowiedziane, niewyjaśnione, wydumane, za bardzo pokręcone... Cóż, taka ta książka ma być, gdyż ma pozostawiać szerokie pole do interpretacji. Na pewno Zarząd kontra Las przypominać może opozycję rząd — społeczeństwo. Sam fakt, że Zarząd nie może opanować Lasu, a nawet go zrozumieć jest dosyć wymowny, a sugestia, że Las nie pozwala się spacyfikować Zarządowi też daje do myślenia. Wątek Piereca błąkającego się w labiryncie Zarządu to także aluzja do wszechobecnej władzy. Pod koniec tego wątku Strugaccy w przewrotny sposób dokonują przewartościowania, ale nie będę niczego zdradzać. Las także nie należy do miejsc bezpiecznych, a tym bardziej zrozumiałych. Jest nieprzewidywalny, jest niebezpieczny, jest niezrozumiały. Kandyd, pilot śmigłowca, który uległ wypadkowi i częściowo stracił pamięć, żyje w jakiś sposób zasymilowany z ludnością zamieszkującą Las, jednak ciągnie go do Miasta i stara się podjąć wyprawę, chociaż sam nie wie, w jakim celu i co go w Mieście czeka. Las nie dopuszcza do powrotu Kandyda do Zarządu, Las okazuje się gęstwina trudną do przebycia. Mus pozostać na miejscu, podobnie jak Pierec musi pozostać na swoim, czy tego chce, czy nie chce. Każdy ma swoje miejsce? Każdy posiada swą dolę, swój los, którego nie można odmienić? Strugaccy stawiają wiele pytań i nie dają na nie odpowiedzi. Być może opisany w książce świat jest podobny do tego, który zamieszkujemy, chociaż tak bardzo się różni. Być może podobne są opisane sytuacje, chociaż fantastyczne zdarzenia występują tylko w opisanej historii? Być może coś kryje się za tajemniczymi murami Zarządu? Być może coś czai się w liliowych oparach leśnej mgły? Zapraszam do lektury.

piątek, 5 października 2018

152. "Skrzypek z Florencji" [1926]


"Der Geiger von Florence", reż. Paul Czinner [Niemcy, 1926] 82 min. 8/10
Film ukazuje konflikt córki z ojcem, który faworyzuje swą drugą żonę. Nie należy sie jednak spodziewać głębokich analiz psychologicznych, na szczęście nie. Czinner po pokazaniu konfliktu idzie w sytonę jego konsekwencji a także sposobu wyjścia. A że ów sposób jest uroczo banalny? Siłą tego filmu nie jest samam intryga, a raczerj budowanie poszczególnych scen oraz gra aktorska Conrada Veidta (Cesare w "Gabinecie doktora Caligari") oraz przede wszystkim Elisabeth Bergner, która mając 29 lat doskonale wcieliła się w rolę podlotka. O atrakcyjności filmu stanowi także motyw podróży; urokliwe, zalane słońcem i porośnięte cyprysami zbocza włoskich wzgórz, szwajcarrske i włoskie miasteczka o charakterystycznej zabudowie, którymi wędruje grana przez Bergner Renée, dają filmowi spory oddech i wywołują poczucie beztroski oraz wolności. Jak krajobrazy, zmienne są w filmie także nastroje, od dramatu, przez komedię, Ich huśtawka uzależniona od zdarzeń nie pozwala na nudę, brak uwagi. Wreszcie attutem filmu jest sama fotografia oraz kadry, on które zadbano z dużą pieczołowitością, tak że oglądając je trudno nie zauważyć w nich sporej dawki poczucia estetyki. W odbiorze filmu pomaga jeszcze jego doskonała jakość, gdyż telewizja arte znana jest z prezentowania niemych filmów po ich gruntownym odrestaurowaniu, co daje zawsze olśniewający efekt.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Kirył Bułyczow „Miasto na górze”

































       Rurarz Kroni słyszał przypowieść o legendarnej bibliotece. Mieszka w podziemnym mieście, zajmuje się reperacją uszkodzonych rur. Zna tylko podziemia. Należy do najniższych, najbardziej pogardzanych warstw społecznych, które wykonują najbrudniejszą robotę w najuciążliwszych warunkach. Biblioteka go wciąż nęci i kiedyś, podczas naprawy daleko wysuniętego od podziemnego miasta odcinka rur, postanawia poszukać zapomnianego zbioru ksiąg.
      Utopii, antyutopii, książek apokaliptycznych jest sporo. Bułyczow łączy te gatunki w jedno. Napisana w 1983 roku książka nie powala może odkrywczością, niemniej nie można jej odmówić sprawności literackiej. Zadziwia natomiast indolencja cenzury, która zezwoliła na publikację tej książki. Wydawałoby się z dzisiejszej perspektywy, że zawołanie na boga Reda albo podział na elitarną klasę, która w podziemiach rządzi klasą robotniczą uznać należy za aluzje nazbyt czytelne, a jednak cenzura zezwoliła, przepuściła i książka się ukazała.
      W podziemiach planety po katastrofie nuklearnej kryli się ludzie. Ich społeczeństwo rychło podzieliło się na uprzywilejowane warstwy rządzące i wykorzystywane niższe warstwy społeczne. Utrzymywane byłu w permanentnym kłąmstwie. Bardzo znajoma sytuacja. Wszystko zresztą w „Mieście na górze” jest znajome, gdyż jest to odniesienie do znanego nam ustroju komunistycznego, w którym nieliczne elity rządziły niezliczonym ilościowo społeczeństwem. Można powiedzieć, że książka Bułyczowa jest bezczelna, gdyż niemal w jawny sposób (chociaż pod płaszczykiem konwencji science-fiction) zakłada rozpad państwa i upadek systemu. Wciąż zastanawia mnie, jak cenzorzy tego nie wyłapali..
      Powieść Bułyczowa jest napisana na wysokim poziomie. Jej forma ewoluuje wraz z biegiem wydarzeń. Nie ma mowy o nudzie. Aby osiągnąć efekt atrakcyjności Bułyczow dzieli powieść na części tematyczne, które poprzedza enigmatyczny wstęp. Autor w kolejnych częściach stosuje odrębny punkt widzenia, łączący się w finałowych partiach w całość, w wielogłos walczących o wolność i własne życie ludzi. Ekspresjonistyczna, symultaniczna narracja kluczowych scen, przywodząca na myśl trzecią część arcydzieła Hermanna Brocha „Lunatycy”, tylko potęguje dramaturgię. Walka o wolność, walka o życie, o egzystencję, cóż może być ważniejszego? Jednak Bułyczow nie ma problemu z odpowiedzią na takie pytanie; dla niego ważniejsze jest poświęcenie, zaangażowanie, solidarność, niesienie pomocy. Pod tym względem jest to przepiękna, pełna humanizmu książką.
      Wartka akcja, bohaterowie, do których się przywiązujemy, gdyż Bułyczow zadbał, byśmy spędzili z nimi nieco czasu wyjętego spoza głównej fabuły, wciągająca historia, za tym liczne aluzje do totalitarnego systemu. Parcie człowieka do władzy, zapamiętanie w jej utrzymaniu. Przebudzenie się, otworzenie oczu na nowe horyzonty. Na kłamstwo i tyranię. Nie mogę nie polecić. Pierwszy raz czytałem dawno temu, teraz postanowiłem sobie odświeżyć; nie żałuję, bo po wielu latach to nadal bardzo dobra książka, wieloznaczna, aluzyjna i metaforyczna. Bardzo polecam.

środa, 29 sierpnia 2018

Boris Vian „Jesień w Pekinie”






















      Jednych ta książka oczaruje, innych odrzuci. Będą i tacy, którzy zdegustowani nieknutymi wątkami, będą zachwycenie jej językiem. Od razu zaznaczę, że jestem miłośnikiem surrealizmu pod każdą postacią i uważam, że w ogromnym skrócie banalna konwencjonalna fabuła oparta na związkach przyczynowo-skutkowych jest mniej wartościowa (od razu mnie kamieniować) od fabuły nadrealistycznej, sennej, odrealnionej. Ale kiedy tak przyjrzeć się zwykłej rzeczywistości, to lubi ona igrać z nami w najmniej oczekiwanych momentach i w najmniej przewidywalny sposób. Innymi słowy, surrealizm jest wszędzie wokół nas. Zatem Vian w swej książce przede wszystkim bawi się znaczeniami i sensem. Można powiedzieć, że ta gra osnuta jest na fabule albo że fabuła się z niej wyłania lub że jest podporządkowana tej grze. Na pewno „Jesień w Pekinie” to doskonała zabawa lingwistyczna. Jest to także książka oparta na czarnym humorze. Każdy miłośnik Rolanda Topora będzie zadowolony. Książka Viana pokazuje, jak najzwyczajniejsze rzeczy można przeinaczyć, przenicować. 
      Już sama koncepcja budowy kolei na pustyni jest zamysłem stricte absurdalnym, ale na tym nie koniec, bo później następują przewartościowania sensu i w wątpliwość popada twierdzenie, czy to jeszcze jest pustynia, skoro biegnie przez nią kolej itd. Vian napisał książkę niezbyt obszerną, za to bogatą w sens i bezsens, w grę znaczeniami, w dekonstrukcję semantyczną, w nadawanie nowych rześkich, aczkolwiek nielogicznych przekazów słów i zwrotów. Ta książka niejednego zdegustuje, gdyż w chwili powstawania starała się przełamywać seksualne tabu, a ściślej mówiąc poszerzać tematykę literacką o rejony dotychczas zakazane, lub penetrowane przez nielicznych śmiałków (Miller, Nin, Apollinaire, Jasieński, Celine). Dziś, kiedy proces ten zatoczył koło i wszystko już było, skandaliczność „Jesieni w Pekinie” wydaje się nieco przestarzała, ale... nigdy nie można zapominać, jaki był czas powstania dzieła (obojętnie, czy chodzi o płytę, książkę, obraz, film), kontekst jest niezwykle istotny. Vian był spóźnionym surrealistą, owszem, lecz w dziedzinie literatury znajdował się bliżej czołówki, niż w dziedzinie malarstwa czy filmu
        Ostrzeżenie jest jasne: to nie jest książka dla każdego. Często epatuje 
nieuzasadnionym erotyzmem (lecz nie zawsze dosłownym, częściej sugerowanym, jednak w bardzo dobitny sposób), jak w powieści sensacyjnej trup kładzie się gęsto i jak w odwiecznej dychotomii miłość graniczy ze śmiercią. To jednak jest książka niezwykle oryginalna, błyskotliwa w kwestii lingwistycznej. Wyższy poziom językowy, niż „przyszedł”, „usiadł”, „powiedział". Przy okazji jest to — co mnie zawsze ogromnie cieszy — poważny prztyczek w nos postmodernizmu, który uważa się za Bóg wie jaki nowatorski, a wielu fanów new age nie ma pojęcia o twórcach o kilka dekad wcześniejszych wyprzedzających ten nurt. Można powiedzieć, że postmodernizm to dziesiąta woda po kisielu po surrealizmie. Dlatego zawsze warto znać to, co powstawało wcześniej, by uniknąć naiwnej konstancji, że teraz jest oryginalnie i nowatorsko a dawniej było tylko staromodnie.

sobota, 18 sierpnia 2018

Stefan Hertmans „Wojna i terpentyna”
































      W ogromnym skrócie tytuł książki mówi niemal wszystko. Bohaterem jest dziadek pisarza, który walczył na frontach I Wojny Światowej, a po jej zakończeniu został malarzem. Swe dzieje spisał już jako siedemdziesięcioletni nestor, wykazując zadziwiającą pamięć do szczegółów, do ludzi, do wydarzeń. Zeszyty dziadka Urbaina trafiły w ręce wnuka, który wpierw przetrzymał je w szufladzie, w końcu zabrał się do ich lektury, a następnie do przepisywania. Na ich podstawie powstała „Wojna i terpentyna” Stefana Hertmansa.
      Książkę można podzielić na trzy główne części: opowieść o rodzinie sprzed wojny, opowieść o wojnie oraz opowieść o założeniu rodziny i malarstwie Urbaina po wojnie. Każda z tych tematycznych części jest drobiazgowa, dokładna, wnikliwa. Dziadek Hertmansa pamięta — jak już to zostało wzmiankowane — zdumiewająco wiele. Posuwa się nawet do przytaczania tak drobnych szczegółów, jak opis kamieni, niespodziewane pojawienie się tęczy, szczegółowy opis warunków panujących w okopach. Przywołuje uczucia, które nim władały w adekwatnych momentach, reakcje organizmu, zachowania ludzi. Okropieństwa wojny opisane są sugestywnie i pozbawione wewnętrznej cenzury; odnosi się wrażenie turpistycznego, odpychającego realizmu. Przerażają warunki, w jakich musieli bytować żołnierze. Nie bez przyczyny mottem książki jest cytat z „Na Zachodzie bez zmian” Ericha Marii Remarque'a.
      Hertmans przywołując na kartach książki postać swego dziadka, zastanawia się nad tym, co jako dziecko rozumiał. Dziadek podarował mu wykonany własnoręcznie samolocik-zabawkę z tajemniczymi numerami na kadłubie. Po latach w trakcie lektury wspomnień okazało się, że owe cyfry to zaszyfrowana data tragicznej śmierci idola dziadka, belgijskiego lotnika, który zginął tragicznie w trakcie zawodów w 1910 roku. Hertmans tropi podobne kody przekazywane przez dziadka, stara się po latach zrozumieć to, czego nie potrafił pojąć będąc dzieckiem. Łączy nić przeszłości z przyszłością. Doprowadza go to do niezwykłych odkryć...
      Historia życia dziadka Urbaina to na poły dokumentalna na poły fabularyzowana opowieść o życiu zwykłym i niezwykłym, udanym i nieudanym, spokojnym i niespokojnym, spełnionym i niespełnionym. Jest to także opowieść o utracie niewinności przez całe narody, o zanikaniu pewnych wartości, w konsekwencji czego współczesne wojny są bardziej brutalne i bezwzględne i cierpi w nich większa ilość osób cywilnych. Opowieść o sztuce, o tragicznej miłości, o odkrywani przeszłości, o poznawaniu własnego dziadka, którego Hertmans jako wnuk upamiętnił w swej książce, ocalił od zapomnienia, wydobył z tłumu bezimiennych ludzi niczym jeden z miliona kamieni otoczaków, takich, jak ten jeden jedyny spośród nich, który dziadek Urbain podarował pewnego razu swemu wnukowi Stefanowi, jako tajemniczy symbol mający połączyć go z nieznaną mu jeszcze wtedy przeszłością dziadka.

piątek, 17 sierpnia 2018

Stefan Hertmans „Nawrócona”
































      „Nawrócona” Stefana Hertmansa to książka zdumiewająca. Nie olśniewająca, nie powalająca, ale właśnie zdumiewająca. Jest to książka, która poszukuje, która penetruje, która bada, stawia pytania, usiłuje odgadywać, rekonstruować, hipotetycznie przywoływać przeszłość. Jednak to nie koniec na tym. Hertmans przenosząc czytelnika w odległą o tysiąc lat przeszłość, równocześnie pozostawia go we współczesności. Mamy ukazaną dawną historię oraz badacza, który stara się tę historię odtworzyć. Fabuła łączy się z rodzajem reporterskiej relacji z podróży hipotecznymi śladami Chamutal, dziewczyny, która porzuciła swe dotychczasowe życie i z miłości zmieniła swe wyznanie na judaizm. Książka opowiada jej historię, stara się zrekonstruować jej losy.
      Szereg stawianych przez autora dylematów jest znaczny. Okazują się one aktualne w naszym współczesnym świecie. Problem tolerancji nie zostaje rozwiązany od wieków, od zarania ludzkości. Skłonność do zła, do pogromów czynionych bliźnim tylko z tego powodu, że są odmienni, że wierzą w inne wartości i mają swoją wizję świata i życia. Dylemat stanowienia o własnym życiu, a w podtekście także rola tradycji w możliwości podejmowania w tej dziedzinie decyzji, co wiedzie do kolejnej kwestii, czy próba samostanowienia o własnym losie to akt godny potępienia, czy akceptacji? Kwestia poszanowania odmiennej wiary to nadal bolesny ciąg narastających zdarzeń, zdaje się, że nie posiadających kresu i zmierzający do zakończenia pozbawionego happy endu...
      Powieść — nie powieść Hertmansa jest próbą połączenia przeszłości z przyszłością. Jest to opowieść o średniowieczu, o ludziach, obyczajach, wydarzeniach. Autor w bardzo ciekawy sposób szuka po upływie tysiąca lat śladów pozostałych po tym, co dawno minęło. Stara się rejestrować zmiany, ale nie zatrzymuje się tylko nad tym. W największe zdumienie wprawia zawsze to, co oparło się upływowi tak długiego czasu, co przetrwało dziesięć stuleci, kruche zapisy podniszczonych dokumentów, zarośnięte ścieżki, ślady po osiedlach i synagogach, ukształtowanie obszarów, którymi wędrowała Chamutal w swej permanentnej ucieczce.
      „Nawrócona” to opowieść o losie i wyborze. O zyskach i stratach, ale nie w sensie merkantylnym, raczej w sensie gorzkiego rozliczenia, gdyby Chamutal miała możliwość zastanowić się nad swym przeznaczeniem. Kto zresztą wie, czy nie miała takiej okazji; czyż zakończenie jej egzystencji, nawet jeśli tylko odgadywane przez Hertmansa, logicznie nie prowadzi do wniosku, że Chamutal przemyślała swoje życie i dlatego poddała się wobec tego wszystkiemu, przeciwko czemu się buntowała?

      Dotykanie tych samych kamieni, które dotykał ktoś tysiąc lat temu... Stefan Hertmans usiłuje szukać dawnych miejsc, w których ten dawny dotyk połączyłby się z nowym dotykiem po tym, jak upłynęło niewyobrażalnie dużo lat. Zdumiewa, że nie wszystko doszczętnie zniknęło. Zadziwia, że przeszłość nadal potrafi trwać w agresywnej teraźniejszości, opierać się zmianom i dewastującej polityce wdrażania przyszłości, w której zapewniony byt mają średniowieczne studnie w rynkach wielkich miast, ale nie zarośnięte trawą, porośnięte omszałymi kamieniami ustronne pozostałości po dawnych miasteczkach i osadach. kamienie te będą trwać może jeszcze długo, lecz równie długo będą zapomniane i wyparte ze zbiorowej świadomości, niedostępne dla turystów, może tylko dla ważek, motyli i opadających liści. ❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦
Zdjęcie przedstawia pierwszą stronę odnalezionego w Aleksandrii dokumentu o numerze T-S 16.100, który stał się kanwą napisanej przez Hertmansa książki.

wtorek, 31 lipca 2018

Trzy szybkie opinie o trzech ksiażkach

Mariusz Urbanek „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna”

Temat z pozoru nie za ciekawy, jednak Urbanek napisał książkę, która czyta się z pasją, płynnie i wartko, jak gdyby była to zajmująca powieść sensacyjna. Autor nie koncentruje się jedynie na zagadnieniach matematycznych, a raczej śledzi życiowe drogi, wybory, przymusy związane z historią. Opowiada losy ludzi, snuje opowieść o tym, jak ich ścieżki rozeszły się po świecie od stolika w Kawiarni Szkockiej we Lwowie w różnych kierunkach. Urbanek przedstawia sylwetki najważniejszych postaci, nawet ich cechy charakteru, przyzwyczajenia, anegdoty z nimi związane, wymienia tytuły książek i pisze, kto koniecznie musiał wszystko spisywać, a kto gardził zapisywaniem swoich myśli na papier. Z książki jasno wynika, że polski matematyk miał znaczący udział w budowie bomby atomowej, a w przypadku bomby wodorowej jest wymieniany jako jeden z dwóch jej autorów (Edward Teller to ten drugi, obok Stanisława Ulama, Węgier i Polak dwa bratanki...). Zresztą "Genialni" zawiera mnóstwo ciekawych faktów, o których mało się wie. Cóż, nie mamy okazji cieszyć się z sukcesów naszych piłkarzy, bądźmy więc dumni, że mieliśmy tak dobrych matematyków.


James Graham Ballard „Delikatność kobiet”

Autobiografia autora „Imperium słońca”, „Wyspy” oraz „Wystawy okropieństw”, książki będącej inspiracja dla zespołu Joy Division do napisania piosenki otwierającej album „Closer". Ballard zaczyna swe wspomnienia od dzieciństwa spędzonego w Szanghaju, a kończy spektakularnym sukcesem, jakim była ekranizacja przez Spielberga jego prozy. Autor koncentruje się na relacjach damsko-męskich oraz na przyjaźniach. Z trudem z kontekstu można wyczytać aluzje do jego prac literackich, za to sporo opisów kontaktów, podniet, fascynacji, penetracji, konfiguracji. Po jakimś czasie to męczy. Ekshibicjonizm Wichy przy ekshibicjonizmie Ballarda jest skarlały i w zarodku.



Charlie LeDuff „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki”

Pierwsze strony wprawiły mnie w zachwyt, który jednak coraz bardziej zanikał, im bliżej było do końca książki. Męski, bezkompromisowy, momentami brutalny język świadczyłby może o opisywanej kryzysowej sytuacji, jednak nadmiar kolokwializmów, jakikolwiek miałyby cel i zastosowanie, po pewnym czasie męczy. Druga sprawa, że w książce nie ma żadnej sekcji zwłok, jak sugeruje tytuł. Oczekiwałem rzeczowej analizy przyczyn upadku Detroit, otrzymałem zbiór historyjek z pogrążonego w chaosie miasta. Oczywiście z kontekstu tych historyjek kreśli się obraz miasta pogrążonego w marazmie, jednak aluzja to stanowczo za mało. Truizmy w stylu "To miasto umierało już, kiedy powstawało" (cytat z pamięci) są nic niewarte bez wyjaśnienia, a takiego w książce nie znajdziemy. LeDuff skupia się na ludziach, którzy nie opuścili miasta, na warunkach ich życia, na postawach polityków. "Krajobraz po katastrofie" byłby chyba lepszym i mniej mylącym tytułem. Sekcja zwłok ma jednak za zadanie poznanie przyczyn, których książka LeDuffa nie podaje.

czwartek, 12 lipca 2018

151. „Aleja snajperów” [1997]

„Aleja snajperów”, reż. Michel Winterbottom [USA/Wielka Brytania, 1997] Reżyser, który nie unika trudnych tematów i tym razem stanął na wysokości zadania. Trudno oceniać taki film, tym bardziej że ta wojna była niestety częścią mojej młodości i sprawiła, że do dziś mam ambiwalentny stosunek do amerykańskich wojen, a każda kolejna utwierdza mnie jedynie w przekonaniu o ich wielkim cynizmie. Film wspaniale zmontowany z autentycznego materiału i fikcji. Porusza istotny problem zagrożenia, obawy o życie, bezsensowności wojny. Cierpienia pokazane jest na przykładzie dzieci z sierocińca, które stara się wyrwać z piekła oblężonego Sarajewa brytyjski dziennikarz. Wiele aspektów jest w tym filmie zaledwie zarysowanych, no ale są to przecież tematy na osobne filmy. Pogoń za dziennikarską sensacją, rozwód w rodzinie królewskiej jako temat ważniejszy od wojny w Bośni i wiele innych do wyłowienia z dialogów i scen filmu. Wiele drastycznych scen potęguje realizm. Na tle wojny kontrast sielskiego życia w Londynie. I piękna iskierka nadziei w postaci potrzeby uratowania Emiry, dziewięcioletniej dziewczynki, która straciła na wojnie rodziców, to budujący wątek filmu.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Tadeusz Konwicki „Kalendarz i klepsydra”


































Znużony nieco swymi dotychczasowymi prozatorskimi dokonaniami autor postanowił napisać dla odmiany dziennik. Trafiło na rok 1974. Jednak wszyscy chcący poznać bieżące wydarzenia w tym roku z życia autora, niech raczej porzucą swe oczekiwania i przestawią się na cos zupełnie innego. Nawet forma dziennika jest bowiem jedynie umowna. Konwicki nie stosuje dat, posługuje się jedynie z pomocą podania aktualnego dnia tygodnia, mnożą się więc czwartki, soboty, poniedziałki, środy. Wiele zapisków to dygresyjne wędrówki poprzez najróżniejsze obszary literatury, filmu, wspomnień, rozważań na najróżniejsze tematy. Książka napisana snadnie, często wręcz kolokwialnie, barwnie ujmująca tematy, często z ogromną dozą humoru, czasem z potężną szczyptą goryczy. Wiele w „Kalendarzu i klepsydrze” wspomnień o ludziach, ciepło o Wilhelmie Machu, z dozą ironii o Stanisławie Dygacie. Nieprzypadkowo na okładce książki patrzy na nas ogromny rozleniwiony kot. To kot Iwan, który trafił do rodziny Konwickiego od państwa Iwaszkiewiczów; perypetie związane z jego pobytem w rodzinie to najśmieszniejsze fragmenty książki (chociaż nie zawsze są one do śmiechu). Konwicki wspomina swą młodość, Kolonię pod Wilnem, ludzi z tamtych stron. Opisuje swe podróże, między innymi do USA, ZSRR, Chin, Węgier i do krainy młodości. Pisze o swoich książkach i o swoich filmach. Wspomina znajomych. Ta luźna forma niezmiernie mi odpowiada. Jest to asumpt do wyrywkowych powrotów do książki, do odnajdywania co ciekawszych fragmentów i smakowania się nimi. A znajduje się ich w książce Konwickiego sporo. Od historii rabowania niemieckich transportów w czasie okupacji, po anegdoty związane z ambasadorowaniem polskiej kinematografii za granicą, albo komedio dramatycznej historii wizy potrzebnej do wyjazdu do Berlina Zachodniego. O nudzie w trakcie lektury nie ma mowy, jest za to sporo powiedziane w sposób interesujący, intrygujący, skłaniający do myślenia, bawiący. Każdy z fragmentów tekstu Konwickiego o odmiennym od pozostałych charakterze składa się na wielobarwną i różnorodną mozaikę, tworząc całość wyrywkową i fragmentaryczną, za to zajmującą, intrygującą, nawet prowokującą do polemiki, gdyż Konwicki lubi prowadzić często ciekawe i dziwne gry z samym sobą, ale także i z czytelnikiem.

sobota, 23 czerwca 2018

Henryk Waniek „Finis Silesiae"
































       Nie wiem, czy macie to samo co ja uczucie podczas lektury książek opowiadających o minionych czasach, kiedy ogarnia mnie tęsknota i żal za tym, co minęło, odeszło, nie wróci, pozostało szczątkowe i niewyraźne? To jest uczucie bardzo dziwne, a zarazem naturalne, gdyż gdybyśmy mieli więcej czasu zastanowić się nad tym, stwierdzilibyśmy wszechobecność odchodzenia, przemijania, zapadania w niepamięć. Każda sekunda jest błyskiem i agonią zarazem. Henryk Waniek w swej powieści wywołał we mnie takie właśnie myśli, takie emocje. Wszystko to spotęgowane jest u mnie jeszcze bardziej dlatego, że akcja książki rozgrywa się w miejscach doskonale mi znanych i bliskich mojemu sercu. Jednak czyż każdy czytelnik nie wyobrazi sobie podczas lektury "Finis Silesiae" swego regionu? Każde miejsce ma przecież swoją przeszłość, swą — że tak się wyrażę minioność.
       Akcja "Finis Silesiae" rozgrywa się pod koniec lat trzydziestych w Gleiwitz (Gliwice) oraz Beuthen (Bytom), dwóch śląskich miastach, w których mieszkają bohaterowie, on zakochany w niej dorobkujący fotograf oraz ona, jego muza. Oboje są Niemcami, oboje Ślązakami, oboje są młodzi i obojgu wydaje się, że ich czas trwa niewzruszenie, że ich młodość nigdy się nie skończy, że wszystko można przezwyciężyć, że tu i teraz w tej ziemi rosną ich korzenie. Równocześnie wchodzą w dorosłe życie, nie zawsze jednak są razem. "Finis Silesiae" to fantazja na temat ich miłości, równocześnie historia ich rozłąki, oddaleń i powrotów.
       Dlaczego fantazja? Waniek wpadł na pomysł napisania swej książki, kiedy wpadł mu w ręce wydany w 1942 roku album "Die schlesische Landschaft", na który składają się 163 fotografie Śląska wykonane w drugiej połowie lat 30-tych. Wańka zaintrygowały w tym wydawnictwie dwie rzeczy. Pierwsza, uderzająca i zastanawiająca, to brak jak na owe czasy na fotografiach w albumie propagandy; nie ma flag ze swastyką, ani mundurów, są krajobrazy, góry i lasy. Druga, bardziej tajemnicza, to przewijająca się na zdjęciach postać zagadkowej kobiety, zawsze z odwrócona od obiektywu twarzą. To musiało intrygować, zastanawiać, kusić do stworzenia literackiej opowieści o związku fotografa z jego enigmatyczną ukochaną. Waniek nie oparł się pokusie i napisał swą fantazję na temat miłości tych dwojga ludzi. Książka niby jest fikcją, lecz wiele w niej faktów.
       Granice. Ta kwestia pojawia się w powieści Wańka wielokrotnie i w różnym sensie. Paul i Brigitte mieszkają na granicy Niemiec i Polski, to granica dzieląca dwa państwa, dwa światy, ale też przebiegająca niewidocznymi barierami pomiędzy domami i ludzkimi sercami. Jest to podział ziemi śląskiej na dwa narodowe żywioły. Granica przebiega także pomiędzy pojmowaniem przez Paula fotografii a zapotrzebowaniem na taką o całkiem innym charakterze przez ówczesną prasę. Granicami podzielone są poglądy, pojmowanie świata, stosunek do ludzi, do władzy. Pomiędzy uczuciem Brigitte i uczuciem Paula także biegnie granica. Podzielone są przestrzenie i podzielone czasy. Czas powieści u Wańka lubi wyprzedzenia, wędrówki w przyszłość, podobnie jej autor lubi porównywać i eksponować różnice, kontrastować dawne z przyszłym, dawne z dawnym, teraz z teraz. Przez 60 lat wiele się zmieniło, jednak zdarza się i tak, że w tym czasie cos pozostało o dziwo bez zmian; i na to wrażliwość Wańka jest wyczulona.
       Piękno powieści Wańka nie polega jedynie na przedstawieniu historii uczucia Brigitte i Paula. Waniek swym piórem dokonuje próby uchwycenia minionego czasu w podobny sposób, jakiego użył protoplasta Paula, tworząc swój album z fotografiami Górnego i Dolnego Śląska. Czy chciał tym samym wykreować przeszłość, ukazać ją w pożądanym przez siebie świetle, podobnie jak fotografia Paula ignorując istnienie nazistowskich mundurów i reżymu Hitlera, kreowała Śląsk wolny od polityki? Nie wiem do końca. 
       Ujęcie tematu jest oryginalne, gdyż znam chyba tylko przykład Horsta Bienka, który opisywał w swych książkach przedwojenne Gliwice, utrwalał ich czas miniony, a tym samym własne dzieciństwo spędzone w tym mieście. Po wojnie jednakże obaj pisarze znaleźli się po dwóch różnych stronach granicy i to, co wolno było napisać po jej zachodniej stronie, na wschód od niej było, delikatnie mówiąc, niewskazane. Powieść Wańka wypełnia lukę w polskiej literaturze, opowiadając otwarcie o tym, że na Śląsku mieszkali Niemcy, którzy uważali ten region za swoje miejsce, za swą małą ojczyznę.
       "Finis Silesiae"... Koniec Śląska... Koniec pewnego okresu historycznego, zmiana, jak nadeszła wraz z zakończeniem wojny... Konieczność dziejowa, czy wielka ludzka tragedia, którą jest przymus opuszczenia swego domu na zawsze? Ani Śląsk, ani jego mieszkańcy nie byli potem już tacy sami. Zmiana władzy, przesunięcie granic, wiązały się ze zmianą mentalności, z innym gospodarowaniem, z — jak się to później okazało — degradacją tej ziemi, upadkiem przemysłu.. To wszystko można wyczuć w książce tylko podskórnie; głównym tematem jest obraz schyłku epoki, zmierzanie do kresu. Fotografia w książce stanowi symboliczną próbę przeciwstawienia się temu. Takim samym buntem jest miłość dwojga młodych ludzi, ich potrzeba wspólnego spędzania czasu, podejmowane podróże, rozmowy, trzymanie się za rękę, łączące ich sprawy, fascynacja przyrodą i urodą śląskiej ziemi od Gór Izerskich po Katowice.
       Wszystko, co odeszło, nigdy już nie wróci. Banalne, do szpiku kości, aczkolwiek prawdziwe stwierdzenie. Pozostają ślady, strzępy, urywki, fotografie. Odchodzą ludzie, którzy mogliby je opisać, snuć na ich kanwie opowieści. Całe szczęście, że mamy chociaż utrwalone sekundy minionych chwil. I piękne nostalgiczne opowieści o ludziach zamieszkujących kiedyś dawno, dawno temu kraje położone za siedmioma morzami, za siedmioma górami czasu.

wtorek, 22 maja 2018

Robert Walser „Jakub von Gunten. Dziennik”




































 


     Bardzo niejednoznaczna, tajemnicza i dziwna książka. Niby opowieść o dojrzewaniu, o wchodzeniu w życie, ale czy to nie jest tylko pozór? Nic dziwnego, że Walser inspirował Kafkę; jednak czyż nie można odszukać w „Jakubie von Gunthen” większej liczby pisarzy zainspirowanych prozą Walsera? Kiedy pojawił się fragment dramatu wpleciony w prozę, pomyślałem, że to się stało na kilka-kilkanaście lat przed „Ulissesem” Joyce'a. Czyż rozpad świata w „Sklepach cynamonowych” Schulza nie przypomina degradacji Instytutu Benjamenty? Dziwne podróże, sny, zmiana scenerii przywołuje na myśl „Wilka stepowego” Hermanna Hesse. Fabuła prosta i surrealistyczna zarazem.
      Do Instytutu Benjamenty, prowadzonego przez rodzeństwo, przybywa Jakub von Gunten, młody arystokrata. Instytut jest szkoła dla służących... Jakub pragnie w ten sposób odciąć się od wpływów rodziców, decydować w osobliwy sposób, bo poprzez wierną służbę, o własnym losie. Arystokrata służącym? Właśnie... Jakub nawiązuje osobliwe relacje ze swoimi nauczycielami oraz obserwuje swoich kolegów.Walser tworzy osobliwe ich portrety, uwypukla niezwykłe cechy charakterów, zwraca uwagę na usposobienie, nawet na budowę ciała. Książka Walsera ma jednocześnie posmak erotyzmu i rozkładu, co może być sprzecznością, ale równie dobrze oznaczać może zespolenie dwóch destrukcyjnych sił. Zespolenie bądź tarcie. Nic nie jest jasne, wiele jest domysłów. Walser świadomie kreuje świat owiany tajemniczością, złożony ze sprzeczności. Rzeczywisty świat przenika się u Walsera z nierzeczywistością wypełniona majaczeniami. Być może jest to tautologia, ale tautologia doskonale oddająca charakter książki Walsera.
      Na 122 stronach znajduje się bardzo gęsty tekst. Niektóre zdania posiadają głębię równoznaczną z całymi akapitami u innych pisarzy. Wiele zdań ma charakter aforyzmów. Język precyzyjny, chirurgiczny, przebogaty. Walser z jego pomocą tworzy wręcz cuda, płynnie przechodząc z konkretnych opisów w liryzm, w oniryzm, w piętrowe znaczenia, w rozległe metafory, w przestrzenne konstrukcje o głębokim, szerokim oddechu, by za chwilę znów skupić się na małej, dusznej przestrzeni.
      Zdumiewa trafność obserwacji Walsera oraz łatwość manipulacji spostrzeżeniami. Podziw budzi także umiejętność wydobycia nastroju z pomocą kilku trafnych uwag, połączenie ich w całość, płynność, z jaką autor tworzy bieg narracji. Owo mistrzostwo widoczne jest na przykład w tym fantastycznym fragmencie, w którym Jakub opisuje, w jaki sposób stracił dziesięć marek w „restauracji z damską obsługą". Jest to jeden z najbardziej zmysłowych fragmentów książki, chociaż o wydarzeniach opowiada przecież bardzo ogólnie i jest przeplatany konkretnymi myślami Jakuba, w których chłopiec wyraża świadomość tego, że jest naciągany.
      Podczas lektury zastanawiałem się nad następującą kwestią: czy Walser miałby dziś szansę wydać swoją książkę? Czy to nie jest lektura zbyt gęsta, za bardzo wieloznaczna, trudna do ujęcia, wielopoziomowa. Interpretacja... czy jest możliwy prosty opis „Jakuba von Gunthen". Jest. Ale czy ten opis nie będzie aby tylko nędznym surogatem, który upraszcza do granic możliwości książkę Walsera? Będzie. Kończę więc mój surogat i zachęcam do wejścia w ten niezwykły świat wyobraźni Roberta Walsera, pisarza dziś zapomnianego, jak bardzo niesłusznie, jak ogromnie niesprawiedliwie...

czwartek, 19 kwietnia 2018

Stephen Vizinczey „W hołdzie dojrzałym kobietom”





















      W tej książce dominuje tematyka erotyzmu. Autor działa — aż dziw, że później został pisarzem — na rozkazy swego libido. Teza książki skierowana jest do dojrzewających chłopców i głosi, że najlepsze doświadczenia erotyczne znajdą u tytułowych dojrzałych kobiet, mają też unikać jak ognia rówieśnic, które nie znają wcale miłości, nie mają doświadczenia, są skupione na sobie itd. Wiele przypowieści jest groteskowych, wiele zabawnych, na przykład ta, kiedy bohater umówił się na randkę d kina z brzydką dziewczyną, w przeświadczeniu, że taka będzie bardziej ochocza, skoro nie ma adoratorów, a ta przyszła na spotkanie z dwoma koleżankami i nawet do niego nie podchodząc, powiedziała do towarzyszek: widzicie, jednak ktoś się ze mną umówił, po czym minęły go i odeszły.
      Książka, oprócz licznych opisów perypetii z płcią przeciwną i opisów związków o różnym charakterze, jest równocześnie autobiograficznym pamiętnikiem Vizinczeya. Wspomina amerykańską okupację Austrii, komunizm na Węgrzech, powstanie, ucieczkę z kraju, włoski epizod i przeprowadzkę na drugi kontynent. Nieco to równoważy odrobinę zbyt nachalne pochylanie się nad tematyką seksu. Można przeczytać, ale na kolana powalony nie zostałem.

poniedziałek, 12 marca 2018

Len Deighton „Winterowie. Dzieje berlińskiej rodziny 1899-1945”



Jest to saga trochę na wzór „Buddenbrooków”, ale w stylu Hansa Fallady albo jeszcze bardziej Kirsta. Autor skupia się na losach ludzi, historia jest w tle i decyduje o tych losach, ale mniej w książce jest o niemieckich podbojach z lat 1939-1941, a więcej zamachach na Hitlera. Książkowa rodzina Winterów jest w pewnym stopniu personifikacją losów wielu Niemców. Książka pokazuje, że nie było mowy o czystej rasie, że Żydzi byli w Niemczech zasymilowani, więc uwypukla absurdalność haseł głoszonych przez nazistów. Mamy solidny przekrój niemieckiego społeczeństwa, od bogatych przemysłowców, po biednych robotników, mamy koneksje z Żydami, z czerwonymi, z Amerykanami, z opozycją, z nazistowskimi fanatykami. Powieść Deightona pokazuje też, jak zmieniał się świat na przestrzeni pokoleń, od samochodów na korbkę po czołgi, od niezgrabnych sterowców po wielkie bombowce. Małym minusem jest, że autor nie wykracza poza znane fakty, a raczej, że na ich kanwie nie tworzy dramatycznych wydarzeń, dopiero końcowe sceny powieści to wynagradzają: ironiczna rola czerwonej flagi z sierpem i młotem oraz równie ironiczny los braci Winterów.

sobota, 3 marca 2018

Halina Poświatowska „Opowieść dla przyjaciela”

      Książka pisana od powrotu z Ameryki do ostatniego roku życia poetki jest osobliwą relacją osoby świadomej kruchości własnego życia z prób kochania cieszenia się. Jest opisem rzeczy, które człowiek robi w cieniu własnej śmierci, a każda z nich może być ta ostatnią. Jest zapisem balansowania między życiem a śmiercią, między miłością a niebytem. Poświatowska w formie listu, wspomnienia, monologu w szczery sposób przywołuje wydarzenia ze swego życia, jest rodzajem autobiografii. Jest to opowieść o małżeństwie, o miłości, o sracie bliskiej osoby, o umieraniu pacjentów, czemu przygląda się Poświatowska, sama w tym czasie żyjąca na krawędzi pomiędzy miłością i śmiercią. Jest także opowieścią o życiu w szpitalach i sanatoriach, więc o bezdomności i wędrownej egzystencji od kliniki do kliniki. Podróż do Stanów też była tego częścią, gdyż poetka popłynęła tam wyłącznie w celu dokonania operacji serca, więc w cellu ratowania swego życia, w celu ocalenia wszystkiego tego, co może się jeszcze wydarzyć, bo życie, gdy trwa, przynosi możliwości, a śmierć nie niesie ze sobą nic. Po operacji zaczyna się okres większego bezpieczeństwa, spokojniejsza egzystencja z uciszonym sercem; wówczas Poświatowska postanawia — nie znając języka — studiować w USA, stara się o stypendium, otrzymuje je i kończy studia w Smith Collage w ciągu trzech lat. W książce opis tego okresu jest znaczący, gdyż poetka zapomina na chwilę o drugiej stronie, o czającym się mroku, jedzie z przyjaciółkami na słoneczną Florydę, w wielkim samochodzie pokonuje setki kilometrów i trudno w tym fragmencie książki nie pomyśleć o „W drodze” Jacka Kerouaca. Nowo narodzona poetka zakochuje się w profesorze filozofii, odwiedza muzea, przegląda stare księgi, podziwia średniowieczne malarstwo. Po skończeniu studiów pragnie powrócić do kraju. I wraca. Opis powrotu kończy książkę. Jej zakończenie nie jest jednak tylko ostatnim zdaniem zakończonym kropką na wydrukowanym papierze, gdyż trudno przejść obojętnie obok tej pięknej poetycko-realistycznej prozy, trudno nie zatrzymać się na chwile i nie zastanowić się nad kruchością życia, nad przemijalnością, nad sensem naszej egzystencji. Trudno nie zadać pytanie dlaczego?". I trudno się pogodzić z koniecznością. Dlatego Opowieść dla przyjaciela zostaje w człowieku. To jedna z tych książek, które coś w nas poruszają i nawet jeśli się już do nich nie wraca, to nigdy się ich nie zapomina.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Wit Szostak "Oberki do końca świata"

       W magiczny świecie wykreowanym przez Wita Szostaka w książce „Oberki do końca świata” życie płynie sobie gdzieś obok historii w małym wiejskim środowisku. We wsi mieszka ród Wichrów, którzy z pokolenia na pokolenie muzykują, rżnąc na weseliskach ogniste oberki. Wichrowie są bohaterami książki; wokół nich toczą się zdarzenia, z nimi powiązani są postronni bohaterowie, jak gdyby zależni od tego, co porabiają któryś z Wichrów. Ta rodzina z upływem czasu rozrasta się i rozprzestrzenia. Młodzi wyjeżdżają do miasta, a nawet za ocean. Szostak piękną frazą opisuje zwyczajność w niezwyczajny sposób. Chyba można mówić o magicznym realizmie. Sposób opisywania niektórych faktów przez autora przywodzi w każdym razie na myśl właśnie ten model ujmowania opowieści, snucia narracji, budowania nastroju. Wykreowanych bohaterów targają zwykłe ludzkie namiętności. Sztuką jest umiejętność opowiedzenia tego w niezwyczajny sposób i to się bardzo dobrze Szostakowi powiodło.
      Książka Szostaka przedstawia świat pełen muzyki. Czytającemu zdaje się, że jest ona wszędzie, że z każdego kąta dobiegają dźwięki skrzypiec, harmonii, bębnów, że świat jest pełen zabawy, wesela, radości, łączenia się w pełne miłości związki małżeńskie. To tylko pozór, bo Szostak ukazuje degradację zawodu ludowego muzyka, wypieranie go przez nowoczesność. Tym samym przeobraża się u Szostaka wiejski świat, a to, co było jego solą, odchodzi powoli w niebyt. Odpowiednikiem dezintegracji wiejskich tradycji jest u bohaterów ich przemijalność, proces starzenia się i zmiana roli, jaką pełnili w wiejskiej społeczności. Kto był kiedyś uznawany za najlepszego we wsi skrzypka, teraz jest tylko obiektem zainteresowania naukowców rejestrujących na taśmy magnetofonowe ludową muzykę, by ocalić chociaż jej nikłą cząstkę. Można się łatwo domyśleć, że ;później nikt nie będzie słuchać tych zapisanych taśm, że legną na półce w oczekiwaniu na kurz.
      Szostak napisał książkę w stylu: byli, żyli, przeminęli. Słodko-gorzki ton opowieści nie powinien nikogo zmylić, gdyż jasno widać, do jakiego końca zmierza historia naznaczona piętnem przemijalności. Podobnie jak mija życie człowieka, przemijają systemy, zdarzenia, kultury, znaczenia i społeczności. Zastępowane są one oczywiście przez nowe systemy, kultury itd., ale dla człowieka, który wychował się i żył w jednej, taka nowa kultura jest co najmniej obca, trudna do przyswojenia, wręcz niemożliwa do uznania za swoją. Trzeba się w niej jakoś odnaleźć i żyć, ale to już nie to samo. 
      „Oberki do końca świata” to piękna książka o przemijaniu, o odchodzeniu w cień, jest to także książka o miłości, o muzyce, o zwyczajnych ludzkich sprawach, a w domyśle o prawach rządzących ludzkim postępowaniem, o potrzebie miłości, o dążeniu do celu, o mądrości ludowej, o elementarnych najpiękniejszych rzeczach, które doświadczane są przez każdego z nas tak powszechnie, że często nie zwracamy na nie uwagi, uznając je za coś naturalnego i gdyby tylko coś się w tej materii zmieniło, wywołałoby to w nas ogromne zdziwienie, że może być inaczej. W samym tytule książki zawarta jest gorzka prawda, chociaż na pozór brzmi on optymistyczne, sugerując, że muzyka będzie brzmieć bez końca. Lektura książki jednak weryfikuje ten optymizm, bo oto na naszych oczach dobiega kresu opisywany świat i wiemy już, że nic go nie uratuje. Może tylko, podobnie jak taśma magnetofonowa utrwalająca oberki, świat ów trwać będzie na kartach takich książek, jak ta pięknie i nostalgicznie napisana przez Wita Szostaka.