piątek, 8 września 2017

Ota Pavel "Śmierć pięknych saren"/ "Jak spotkałem się z rybami"





    Każda niemal okres dzieciństwa jawi się po latach jako mitologiczna kraina szczęścia, beztroski, radości, przygód, pierwszych doświadczeń. Po latach rośnie przepaść pomiędzy pełnym obowiązków i ograniczeń życiem dorosłym, a niewinnymi latami dorastania. Ota Pavel powraca w swoich opowiadaniach do krainy dzieciństwa, nieświadomy zbliżającej się śmierci, lecz świadomy, w chwilach gdy ustawała, choroby psychicznej. Kto wie czy Pavel pisząc swoje wspomnienia w formie fabularnej prozy, nie starał się aby podświadomie utrwalić minionego czasu w celu skupienia się na samej czynności kreatywnego snucia opowieści, by w ten sposób odegnać od siebie oznaki choroby. Nie wiemy, na ile pisał dla siebie, a na ile dla czytelnika.
      Obie książki Oty Pavla łączy postać narratora, którym jest sam autor, oraz jego otoczenie: miejsca, w których przebywa, osoby, z którymi spędza czas; łączy je historia jego życia oraz pasja do wędkowania. Łączy je płynąca wciąż woda i nieustannie upływający czas. To proza czysto autobiograficzna. "Śmierć pięknych saren" ukazała się przed śmiercią autora, "Jak poznałem się z rybami" została wydana pośmiertnie.
      Zachwycająca jest w tych książkach tonacja. Oto z mroków wojny wyłania się odrobina nadziei, małe iskierki błyszcza niczym łuski słońca na falach toczącej się rzeki. Ludzie wierzą, że będzie dobrze. Robią swoje. Ojciec musi wzmocnić synów, których wysyłają do Terezina, poluje więc na sarny, żeby zdobyć mięso. Gdy sam zostaje wezwany, by udać się do obozu, wybiera się na nocny połów karpi. Życie toczy się blisko, tuż obok wszechobecnej śmierci i póki ich drogi się nie skrzyżują, trzeba iść przed siebie, trwać, przetrwać, przeżyć, oddychać. Piękne to przesłanie napisane przez człowieka, który borykał się z choroba psychiczną i który już kilku lat przed napisaniem "Śmierci pięknych saren" starał się ją poskromić lub może nawet ułaskawić, skoro była silniejsza od niego. Pavel miał powody do pesymizmu, a jednak pesymizmu w jego autobiograficznej prozie nie znajdziemy. W obu książkach jest wyraźnie wyczuwalne pogodzenie się z koleją rzeczy, z naturą, z koniecznością, ale nie ma w tej akceptacji oznak depresji. Tak jak napisałem, jest trwanie i robienie tego, co konieczne. Rzeka płynie, człowiek żyje, sprawy się dzieją, można jeszcze łowić ryby i cieszyć się pogodnym dniem.
     W "Śmierci pięknych saren" bohaterem opowiadań jest ojciec narratora. Pavel opowiada o jego wzlotach i upadkach z ogromną estymą; pisze o nim ciepło, tkliwie, z poczuciem humoru i z ogromną wyrozumiałością. Ojciec jest zwykłym człowiekiem z przywarami oraz z zaletami, z talentem do obwoźnej sprzedaży, ze słabością do zony swego szefa, z pasja wędkowania, z troską o los rodziny. Blaski i cienie Pavel opisuje bez potępienia i entuzjazmu jak gdyby nad ludzką naturą ciążyło fatum, od którego nie można się uwolnić i jedynie co można zrobić, to je akceptować. W drugiej części, czyli w "Jak spotkałem się z rybami", bohaterem staje się teraz sam narrator, który dorasta, staje się mężczyzną, usamodzielnia się i starzeje, podczas gdy postać ojca staje się drugoplanowa.
      Podczas gdy w pierwszej książce mamy olbrzymie urozmaicenie pod względem tematycznym, w drugiej autor skupia się przede wszystkim na łowieniu ryb. Mimo tego, to w wydanej po śmierci autora książce wyczuwa się ogromną nostalgię za dzieciństwem, za przeszłością. Bohater powraca do miejsc znanych z pierwszej autobiograficznej książki, spotyka opisanych w niej ludzi, załatwia sprawy, których nie udało się wykonać ojcu ("Złote węgorze") i zamienia się z ojcem rolami, przejmując nad nim w pewnym sensie opiekę bądź troskę. Jednolitość tematyczna wbrew pozorom wcale nie nuży. Poszczególne przygody związane z wędkowaniem mają przeróżny posmak, czar i powab. Jest w nich zawarte piękno i beztroska kajakowego spływu, oraz szaleńcza i karkołomna jazda z ogromna ryba zawiniętą w mokry ręcznik, są stricte życiowe nawiązania, bo przecież nie chodzi wyłącznie o ryby, chodzi o coś ważniejszego, o wypełnienie sensem życia, o wierność wobec rodziny, o szacunek.
      Pavel napisał dwie wyjątkowe książki, nierozdzielne wobec siebie, piękne, wyciszone, mądre, pełne uroku, ciepłą, humoru, człowieczeństwa. Znajdziecie w nich pasję, urodę życia, wyrozumiałość, przywiązanie, nostalgię i drobne ludzkie radości. Jest tez historia, dole-niedole, bessy, pożegnania, wojna, obozy, lecz filozoficzna warstwa prozy Oty Pavla, tej niezwykłej i trudnej do porównania z czymkolwiek prozy, mówi  cichym lecz pewnym siebie głosem, że wszystko minie, że wszystko płynie, jak rzeka, jak czas, jak karpie i węgorze i że po złych czasach przychodzą dobre, że zmienność jest immanentną częścią bytu i jeśli nie udało się zrobić czegoś dawniej, to można to zrobić później, że złote węgorze są zawsze w rzece i przyjdzie czas, że w końcu je złowisz. Wystarczy poczekać, uzbroić się w cierpliwość, płynąć przez zdarzenia życia tak jak ryby w wodzie omijające zatopione pnie drzew i zwodnicze, groźne wiry.


Czechosłowacki reżyser Karel Kachyna nakręcił dwa wspaniałe filmy na podstawie autobiograficznych książek Oty Pavla. Porównując film "Śmierć pięknych saren" do książki. można powiedzieć, ze reżyser wykazał się nieco własna inwencja, ubarwiając pewne epizody zdarzeniami, których nie ma w książce. Owe "dodatki" są jednak idealnie w duchu opowiadań Pavla i moim skromnym zdaniem absolutnie nie rażą. Głównie są to fragmenty, w których ojciec sprzedaje odkurzacze, co w książce potraktowane jest dosyć ogólnie. Filmy Kachyny są podobne do filmów takich polskich reżyserów jak Jan Jakub Kolski czy Andrzej Barański, co w moich oczach jest sporym komplementem. ten ostatni zresztą tez nakręcił nostalgiczny film o łowieniu ryb oraz o powrocie do przeszłości, jednak zawierający więcej goryczy za tym co utracone. Polecam książki i filmy.



   

wtorek, 5 września 2017

Marcin Wicha "Jak przestałem kochać design"






















   Pamięć o naszych najbliższych przejawiać się może w najprzeróżniejszych formach, ale jedno jest pewne: istnieją dziedziny życia automatycznie kojarzące się nam z osobami, które odeszły od nas na zawsze. To nie musza być nawet całe dziedziny, wystarczają fragmenty, skrawki. Zapach lub kilka taktów piosenki potrafią przywołać silne wspomnienia. Dla Marcina Wichy bodźcem przywodzącym wspomnienia o ojcu jest design, świat rzeczy, sposoby, w jakie ich zewnętrzne formy wypełniają przestrzeń, architektura, stoły kreślarskie, ołówki, książki, strzępy słów, urywki zdarzeń związane z projektowaniem.
     Piotr Wicha był architektem. Marcin dorastał w domu pełnym poglądów, idei, rozmów i indywidualnych spojrzeń na świat rzeczy. Już na samym początku książki autor daje do zrozumienia, że atmosfera domu rodzinnego wpłynęła na jego życie, decydując zarówno o postrzeganiu szczegółów,  jak też o zawodzie, który wybrał. A obrał Wicha dla siebie profesję grafika. Pozostał więc w ścisłym związku z projektowaniem i designem. "Jak przestałem kochać design" jest książką poświęconą pamięci zmarłego ojca, to niewątpliwie jest prawda. Równocześnie Wicha pisze w niej o tym wszystkim, co wiąże się z zawodem ojca; drugim jej tematem - nierozerwalnym z pierwszym - jest oczywiście design. W przewrotnym tytule Wicha sugeruje koniec swej do niego miłości, lecz nie dajmy się temu zwieść.
     Na kolejnych stronach autor zagłębia się coraz bardziej w tajniki sztuki wzornictwa przemysłowego. Autor przybliża poglądy ojca na wzornictwo PRL-u. Wicha przywołuje szereg nazwisk i zjawisk, począwszy od architekta, po którym prawie nic nie pozostało, po polską szkołę plakatu, znaną na całym świecie. Wicha odwołuje się zarówno do ojców wzornictwa, jak też do najbardziej znanych współczesnych twórców wyglądu przedmiotów użytkowych. Nie mamy do czynienia jednak z czymś w rodzaju tematycznego leksykonu. Wicha z lubością skupia się na często anegdotycznej stronie opisywanego zjawiska. Lubi uwypuklać paradoksy, rzeczy osobliwe, nietypowe. Inteligencja miesza się z dużą dozą humoru, co jest moim zdaniem ogromnym atutem książki. Nie muszę oczywiście wspominać o rzeczy oczywistej, czyli o erudycji autora.
     Książka Marcina Wichy jest napisana dla wielu z nas, szczególnie dla tych, którzy nie zawsze dostrzegają wszystkie otaczające nas szczegóły i wiele zjawisk wokół nas uznają za coś normalnego i naturalnego, aczkolwiek nie wartego refleksji. Wicha postanowił zmienić nasz punkt widzenia. Rzeczy posiadają swój wygląd i otaczają nas. Jednak ilu z nas zadaje sobie pytanie, dlaczego ten przedmiot wygląda waśnie tak? Co decyduje o jego kolorze? W jaki sposób tak dobrze mieści się w ręce? Lub dlaczego taki kanciasty i brzydki przedmiot jest równocześnie tak nieprzyzwoicie drogi? Wicha przybliża nam laikom świat wzornictwa, podejmuje kwestię estetyki, funkcjonalności, nowoczesności. przemijalności przedmiotów, trwałości wzorów, powszechności i ekskluzywności. niektóre przedmioty są trwałe. Niektóre, takie jak kasety magnetofonowe czy maszyny do pisania dzisiaj zostały zastąpione plikami muzycznymi i programami do edycji tekstów. Jest to bowiem książka o naszej współczesności oraz o drodze, jaka do niej prowadzi nasze przedmioty.
     "Jak przestałem kochać design" (którego autor nie przestał kochać) czyta się płynnie. Każda kolejna strona przynosi ciekawe informacje i w mirę lektury rośnie ich ciekawość. Wicha pisze językiem w mirę przystępnym; nie mam do niego najmniejszych zastrzeżeń. Nie ma mowy o przeładowaniu fachową terminologią. Poczucie humoru autora wzmaga jeszcze i tak już sporą ilość walorów tej osobliwej książki. Osobliwej, gdyż jest ona przecież zarówno wspomnieniem bliskiej autorowi osoby, jak też luźną analizą tematu wzornictwa przemysłowego.
     Książka Wichy jest też wejrzeniem w minioną epokę, próbą ukazania czytelnikowi, co było w PRL-owskim designie interesujące bądź degustujące. Można chyba rzec, ze książka napisana przez syna wspominającego ojca przez pryzmat wzornictwa jest rodzajem podróży sentymentalnej do lat dzieciństwa, jednak zaznaczyć trzeba równocześnie, że akcent położony jest bardziej na podróży, niż na sentymencie. To bardzo udaną próbą wejrzenia wstecz w minioną bezpowrotnie epokę, która kojarzy się autorowi z domowym ciepłem, z rozmowami z ojcem oraz z miłością, która pozostała we wszystkim, co ożywia o wspomnienie ojca. Gorąco polecam. Nie bójcie się designu!
   

sobota, 2 września 2017

Markus Zusak "Złodziejka książek"

     Wielką sztuką jest napisać książkę o przerażających czasach, o straszliwym państwie w sposób, by nie przerazić, by nie wzbudzić strachu. Każdy z nas jest świadomy czym była II Wojna Światowa i jakie okropności się z nią wiążą. Markusowi Zusakowi udało się opowiedzieć historię z tamtych czasów i jednocześnie oczarować nią czytelnika, wcale nie udając, że czasy nie były wcielonym złem.
     Już narrator książki stanowi zaskoczenie, jest nią bowiem spersonifikowana Pan Śmierć. Tak właśnie; w książce jest ona rodzaju męskiego. Zbiera żniwa, zabiera w swe dłonie dusze, jest wszędzie i wszystko widzi, jednakże swej pracy nie wykonuje z lubością i z zapałem. Wykonuje ją bo musi. Jest zmęczona tym co robi, w czym przypomina Śmierć z filmu Fritza Langa z 1921 roku. Na swej drodze Śmierć spotyka dziewczynkę, której postanawia się przyglądać. Dzięki temu poznajemy losy Liesel Meminger.
     Zusak napisał piękną opowieść o ludzkiej solidarności. Jest to historia dzieciństwa, więc potrzebne są w niej relacje z rodzicami i rówieśnikami. Liesel mieszka u przybranych rodziców i przyjaźnie się w szkole z Rudy Steinerem. Relacje te są serdeczne i głęboko ludzkie, mimo najróżniejszych konfliktów. Panuję między nimi porozumienie, podskórna sympatia. W każdym razie stosunki między tymi bliskimi sobie osobami, a raczej relacje Liesel z wszystkimi ważnymi dla niej osobami maja charakter wręcz idylliczny. Dziewczynka w czasach wojennych i dyktatury narodowych socjalistów doznaje dobra. Ten kontrast pogłębia przepaść pomiędzy tym, co jest ludzkie a co nieludzkie. Podobnie jak treść książki Zusaka brzmi tytuł czeskiej tragikomedii "Musimy sobie pomagać" Jana Hřebejka z 2000 roku i nie dla tytułu tylko go przywołuję, gdyż sytuacja w książce przypomina sytuację w filmie. Tyle że do książki Zusaka bardziej niż słowo musimy pasowałoby chcemy, albo po prostu pomagamy sobie.
     Liesel spotyka na swej drodze oczywiście także i złych ludzi, jest to nieuniknione, jednak dziewczynka potrafi wymykać się złu, przechodzić z godnością ponad i obok niego. Dopiero przyjaźń z Maksem ukarze Liesel prawdziwe zło i zada cierpienie, nie będzie mogła bowiem znieść losu zgotowanego jej przyjacielowi. Nie zdoła się z tym pogodzić.
     W najgłębszych ciemnościach nawet najbledsze światło niesie z sobą nadzieję. Dla Liesel takim światłem jest przyjaźń i dobroć najbliższego otoczenia, ale równocześnie dziewczynka jest zafascynowana książkami i stara się je poznawać, czytać. Nie waha się przed kradzieżą. Kradzieży książki nie uznaje za zło. Swego czynu Liesel nawet nie rozważa w takich kategoriach; po prostu ona musi czytać i musi posiadać książki. Niektóre z nich czyta nawet kilkunastokrotnie. "Złodziejka książek" jest niewątpliwie peanem na temat czytania.
     Książka swoim tonem w wielu  miejscach przypomina "Małego księcia". Szczególnie przypowieść, której autorem jest Max, napisana jest w podobny sposób. Nic więc dziwnego, że Max swoimi tekstami potrafi tak urzec Liesel. Ta jest przecież łakoma na piękne opowiadania. I w tym aspekcie doskonale ja rozumieją wszyscy miłośnicy książek. Książki dają Liesel radość, dają jej wolność, są jej przyjaciółmi, które odgradzają dziewczynkę od okropieństw, prowadząc innymi drogami w lepsze światy. Liesel potrafi jednak oddzielić fikcję od rzeczywistości i kiedy trzeba, nie ucieka przed światem. To świadczy zarówno o jej odwadze, jak też o świadomości, która posiada.
     Można by długo jeszcze analizować sytuacje i powiązania w "Złodziejce książek", jednak wymagałoby to zdradzenia fabuły, czego chciałbym uniknąć. Zapewniam jednak, że możliwości jest wiele, Zusak napisał bowiem piękną, głęboką i - można chyba się pokusić o takie stwierdzenie - uniwersalną książkę, która wywołuje gamę uczuć i lawinę myśli. W której radość miesza się ze smutkiem, dobro ze złem, konieczność z wyborem i nienawiść z miłością. Każda zresztą nawet najlepsza książka kiedyś się kończy, podobnie jak każda recenzja. Kiedy kończyłem lekturę "Złodziejki książek" odczuwałem niedosyt i smutek, ponieważ nie chciałem jeszcze rozstawać się z książką oraz z jej bohaterką, a jednak musiałem to zrobić. Na całe szczęście lubię powracać do przeczytanych już książek, więc na myśl o powrocie do "Złodziejki książek" na mej twarzy pojawił się uśmiech. :)
   

czwartek, 31 sierpnia 2017

Jo Nesbø "Pragnienie"

     Brzmi to nieco dziwnie, ale tak trzeba napisać: wykładowca Harry Hole powraca. Nie komisarz, nie śledczy, nie policjant, ale wykładowca. Nie jest to oczywiście dla czytelników cyklu Jo Nesbø żadna nowość, tylko informacja, że Harry nadal stara się zajmować teorią, podczas gdy sytuacja nie pozwala mu na to, zmuszając go do zajęcia się praktyczna stroną kryminologii. Harry, którym targają wątpliwości, gdyż zajmowanie się tropieniem zabójców zawsze wpływa na jego życie prywatne, postanawia jednak pomóc norweskiej policji w rozwiązaniu kolejnej zagadki.
     Książki Jo Nesbø zawsze zajmują się problemami współczesności: narkotykami, nieumiejętnością okiełzania swoich pragnień, co prowadzi do zbrodni, bezwzględnym działaniem za wszelka cenę, karierowiczostwem, podziałem społeczeństwa na biednych i zamożnych, problemem mass mediów. W "Pragnieniu" mass media także odgrywają niebagatelną rolę. Czujnym okiem śledzą zmagania policji z przestępcą, informując o tym na bieżąco społeczeństwo. Obraz działania publikatorów jest u Nesbø nakreślony ciemnymi barwami. Media nie tylko zajmują się informowaniem, lecz swym działaniem niejednokrotnie przeszkadzają policji, publikując szczegóły śledztwa - zdobyte oczywiście drogą przekupstwa - które dla  jego dobra nie powinny ujrzeć światła dziennego. Krytyka mediów nie pierwszy raz pojawia się w cyklu o Harrym Hole.
     Stary dobry Hole prowadzi tym razem śledztwo w sprawie zabójstw młodych kobiet, które łączy Tinder, czyli miejsce w Internecie umożliwiające umawianie się na randki. Nesbø doskonale wykorzystuje modę na nowe technologie, by pokazać ich niebezpieczną stronę. Zagrożenie to stanowi równocześnie punkt wyjścia dla rozwoju akcji. Nie będę zdradzać, jak się rozwinie i którymi drogami podąży. Na pewno nie będzie nudnie i bezdyskusyjnie będzie zaskakująco. Po drodze kilka razy zmylicie tropy i swój sposób myślenia o poszczególnych bohaterach. "Pragnienie" jest dosyć skomplikowaną książką, małym labiryntem strachu, w którym łatwo się zagubić i jedno jest pewne: żadna nić Ariadny nie doprowadzi nas do wyjścia.
     Na szczęście nad całością czuwa kompetentny człowiek, Harry Hole, który poświęci wszystko czym dysponuje, by rozwikłać zagadkę i schwytać zabójcę kobiet. Poświęci, wykorzysta, nie zawaha się. Nie mając zbyt wiele czasu do stracenia, gdyż zabójca działa szybko, Harry musi jak najrychlej zdemaskować go i unieszkodliwić. Każda godzina jest drogocenna.
     Z ogromna przyjemnością, mimo że sprawy nie należą do najprzyjemniejszych, śledzić możemy po raz kolejny Herry'ego podczas śledztwa. Nesbø - to mogę zagwarantować - nie uczynił z swego bohatera osadzonego bezpiecznie w szkole policyjnej rezydenta. Nawiedzają go od dawna znane duchy przeszłości, kusi butelka, lgną do niego kobiety, zmaga się z Olegiem, walcząc o jego zaufanie, jednocześnie usiłując zachować własną niezależność i nie schodzić z obranej drogi, co można spokojnie nazwać rzeczami wzajemnie się wykluczającymi. Cóż, życie... Typowa dla Harry'ego ambiwalentna rzeczywistość.
     Budzi trochę wątpliwości zawiłość zakończenia, ta zmienność sytuacji, jednak można to autorowi ostatecznie wybaczyć. Jesteśmy z mim już od dawna i na pewno po tylu świetnych książkach, które przeczytaliśmy, na wiele rzeczy skłonni jesteśmy przymknąć oko. W każdym razie  ja jestem do tego zdolny.
     Tych, którzy przeczytali dziesięć poprzednich tomów, nie ma nawet co zachęcać do lektury "Pragnienia"; oni i tak sięgną po tę książkę. Dylemat pojawia się wraz z nowym czytelnikiem. Czy warto zachęcać go do lektury jedenastego tomu, bez zapoznania się z dziesięcioma poprzednimi? Napiszę tak: "Pragnienie" trzeba poznać. Prędzej czy później. Macie dwie drogi. Albo zaczynacie od końca i sięgacie zachęceni po "Człowieka nietoperza", albo od razu po niego i sięgacie i wytrwale - inaczej się nie da - zmierzacie do "Pragnienia". Wybór należy do Was. Miłej lektury.

piątek, 25 sierpnia 2017

Alejo Carpentier "Podróż do źródeł czasu"


   Dawno minęły już czasy, kiedy petroglify były najnowszymi dziełami sztuki graficznej, teraz zalewają nas piktogramy. Nie mieszkamy już w jaskiniach, nie okrywamy naszej nagości liśćmi, nie musimy rozpalać ognisk, gromadzić się w stadach dających bezpieczeństwo i polować na zwierzynę. Cywilizacja, kultura, rozwój. Jesteśmy otoczeni przez nowoczesność, żyjemy w nadchodzącej przyszłości, to znaczy w danym momencie teraźniejszości kiełkuje już jutrzejszy nowy wspaniały dzień. Zapomnieliśmy skąd przybyliśmy, kim byliśmy. A przecież nie wzięliśmy się znikąd.
     Carpentier w połowie lat pięćdziesiątych napisał książkę, w której przedstawia bohatera zamkniętego w pułapce współczesnego zindustrializowanego świata. Wiedzie on życie wypełnione rutyną i obrządkami, takimi jak akty miłosne, które dokonywane są z regularnością godną szwajcarskiego zegarka w w konkretny dzień tygodnia o wyznaczonej i znanej małżonkom porze, praca, która aczkolwiek twórcza, podlega presji reklamy i rynku. Świat, w którym żyje (akcja książki rozpoczyna się w Nowym Jorku, w mieście będącym symbolem największego rozkwitu cywilizacyjnego) przytłacza go, krępuje. Niczym deski ratunku bohater chwyta się zlecenia odszukania w amazońskiej dżungli prymitywnych instrumentów muzycznych i opuszcza miasto, udając się - sam jeszcze nie wie dokładnie gdzie, ale przypuszcza, że do dżungli. Tak naprawdę jednak zmierza ku przeszłości, w nieznane, ale też i w nieuświadomione.
     Podróż bohatera jest dosłowna i symboliczna. Carpentier opisuje autentyczne miejsca i żywych ludzi. Metaforycznie bohater cofa się przez epoki, przez barok, średniowiecze, aż do początku cywilizacji. Cofa się od form skomplikowanych po najprostsze, od potrzeb wyrafinowanych, po najkonieczniejsze. O ironio poszukiwane instrumenty znajduje szybko na jakimś prymitywnym targu, gdyż miejscowi Indianie od setek lat wyrabiają je i naśladują z ich pomocą śpiew ptaków. Bohater nie zatrzymuje se jednak, gdyż poczuł dotyk wolności, spadły z niego krępujące go pęta cywilizacji. Postanawia odrzucić swe dotychczasowe życie i zamieszkać w wiosce w środku dżungli, gdzie życie toczy się w zależności od kaprysów pogody i w której podstawowym celem jest przetrwanie. jedyne z czego nie potrafi zrezygnować, to komponowanie muzyki...
     Carpentier zadaje pytanie, czy możliwa jest ucieczka od cywilizacji? Czy człowiek potrafi cofnąć się świadomie ku formie skrajnie prymitywnej? Czy ma to sens? Czy cena rezygnacji z dóbr cywilizacji jest warta wolności i nieskrępowanej miłości do prostej kobiety? Pytań jest wiele, a odpowiedzi mają w sobie smak goryczy. Każdy ma swoje miejsce. Każdy może zapragnąć zmiany. Strzeż się swoich pragnień, mówi znane porzekadło... Nieświadomy swych pragnień bohater w drodze do miejsca, którego istnienia i charakteru nie jest świadomy tak samo, jak tego czego chce. Pragnie być wolny i nieskrępowany. Chce poczuć się jak nagie dziecko. Pragnie odzyskać radość z tego, że jest. Czy to się może udać?

PS. Książka Carpentiera oprócz wspomnianych wyżej dylematów pokazuje także dwa skrajnie różne od siebie światy, które istnieją równolegle do siebie i które niczego o sobie wzajemnie nie wiedzą. jest to piękna pieśń na cześć przyrody Ameryki Południowej oraz recytatyw opowiadający o tym, że wbrew aktualnej dacie w kalendarzu, czasy wzajemnie sie przenikają, nasz obecny i dawny.

czwartek, 24 sierpnia 2017

Roland Topor

Roland Topor "Dziennik paniczny"
Roland Topor "Najpiękniejsza para piersi na świecie"
Roland Topor "Cztery Róże dla Lucienne"
Roland Topor "Święta księga cholernego Proutto"


Hurtowo cztery książki w ramach nadrabiania zaległości.
Topor to Francuz z Polskim pochodzeniem, ale ważniejsze od geograficznego jest jego pochodzenie kulturalne. Topor pochodzi z prostej linii od przedwojennych francuskich surrealistów i to jest bardzo wyczuwalne w jego prozie. książki Topora (oprócz ostatniej) to zbiory opowiadań, krótkie zgrabnie napisane formy, w których dominuje absurd, groteska, surrealizm, gra słowem i znaczeniami i pewnie jest sporo aluzji do ogólnie pojętego życia we Francji, które niestety nie bardzo są zawsze klarowne i czytelne. Ten brak na ogół nie utrudnia lektury, ponieważ ta da czytać się na różnych poziomach,a sam fakt obcowania z surrealizmem i groteską nawet pozwala rozkoszować się wyłącznie absurdalnością opisanych sytuacji bez wnikania do czego są aluzjami. Opowiadania czyta się fantastycznie i szybko, pod warunkiem, że nie jest się bezkrytycznym wyznawcą idei drobnomieszczaństwa i że posiada się dystans do świata oraz panujących w nim - często równie absurdalnych i groteskowych jak te opisane w opowiadaniach Topora - reguł. Topor potraf ośmieszyć zarówno wyścig zbrojeń jak i damsko-męskie konwenanse. Z lubością piętnuje - w czym przypomina Luisa Buñuela oraz Federico Felliniego - bezkrytyczne oddanie religijnemu kultowi. Topor bierze na tapetę wyświechtane przywary i oczywiste oczywistości (zwrot celowo użyty), z praktycznie z niczego tworząc całe anty-światy. Czytając książki Topora zrywa się ze śmiechu boki, chociaż często najczęściej mamy do czynienia z czarnym ja smoła humorem.Można powiedzieć o książkach Roland Topora, że są to męskie bezkompromisowe i bezpruderyjne rozprawy ze światem na intelektualne pięści. Nie dla wrażliwych, nie dla miłośników harmonii, raczej dla tych wszystkich, którzy podskórnie widzą świat w podobny sposób do Topora, ale nie są na tyle odważni, by na taką skalę go zbesztać słowem ;)

niedziela, 30 lipca 2017

Szczepan Twardoch "Król"

      Twardoch kreśli ostatnie dni przed II Wojną Światową w bardzo sugestywny sposób, sięgając głównie po znane powszechnie cechy tamtego czasu, wykorzystując autentyczne wydarzenia i wprowadzając do powieści historyczne postaci, tak że czytelnik ma wrażenie autentyzmu, dobrego oddania ducha tamtych lat. Antysemityzm, ONR, jaskrawe społeczne kontrasty, socjalizm - wszystko to charakteryzowało przedwojenną Polskę i u Twardocha jest obecne. Można powiedzieć, że przedwojenna Warszawa znana była z cwaniaczków i drobnych przestępców (lumpenproletariackie powiedzonko "kup pan cegłę" to chyba już czasy powojenne, a może się mylę, ale doskonale oddaje ducha okresu międzywojennego) i Twardoch respektuje to, a nawet więcej, z tego wywodzi się cała historia, tyle że Twardoch posuwa się w powieści o kilka kroków dalej i swoich bohaterów kreuje w powieści na przywódców warszawskiej mafii w stylu Al Capone'a. I tu trafiamy w sedno książki...
     Wszystko jest piękne, ładne, gładkie. Aż za piękne, za ładne i za gładkie. Pomijając oczywiście drobiazgowe opisy ściągania haraczu w bezwzględny i brutalny sposób. Po głębszym zastanowieniu świat warszawskiego półświatka, podobnie jak opisane realia, zdają się posiadać cechy ikonograficzne. W transpatrentny sposób kreują fikcję powieściową, a by czytelnik miał poczucie autentyzmu (po to owe słowa klucze jak boks, Piasecki, socjalizm, premier, Bereza Kartuska), przy jednoczesnym, tak jest i niestety, komiksowym podejściu do tematu.
   "Król" Szczepana Twardocha ukazał się po "Morfinie", ale czas rozgrywania akcji wcześniejszy jest w tej pierwszej wymienionej powieści (ostatnie lata okresu międzywojennego wobec pierwszych tygodni okupacji), postanowiłem więc w takiej kolejności zapoznać się z tymi książkami. Decyzja okazała się równocześnie tak samo dobra, co tragiczna w skutkach. Ot, meandry czytelniczych dziwactw, nawyków i upodobań...
     Po lekturze książki Twardocha nie wiem po co została napisana ta historia. Na pewno nie po to, żeby bawić (chociaż zabawa gatunkami i przemocą jest wśród niektórych kręgów modna i akceptowalna). Czy miała zastanowić? Do czego, skoro zostały w niej pomieszane fakty, zdarzenia, ludzie, postawy? Bo przekonywać kogoś, że drogą przestępstwa najszybciej dojdzie się do większego stanu posiadania, to oczywista oczywistość (celowo używam tu pleonazmu). Podobnież, że seks z żoną szefa daje więcej satysfakcji niż chodzenie za rączkę do teatru z niewinnym dziewczątkiem. Jaki więc cel przyświecał autorowi, kiedy pisał "Króla"? Moim zdaniem chciał stworzyć zgrabną opowieść o drastycznych czasach, rozgrywająca się pośród brutalnych typków, a że lepiej wychodzi mu pisanie książek niż rysowanie komiksów, napisał komiks bez obrazków. Takie odnoszę wrażenie.
     Książkę dobrze się czyta, jest interesująca, barwna, obfitująca w dramatyczne zdarzenia, sensacyjna i brutalna. Moim zdaniem nie udaje tego czym jest i czym nie jest. Na pewno jest powieścią o znamionach postmodernizmu, stylizowaną na pełne przemocy filmy pewnego amerykańskiego kultowego reżysera (którego ja uważam za filmowego grafomana). Jest komiksem bez obrazków, w którym bohaterzy opierają się wszelkim przeciwnościom i wychodzą bez szwanku z każdej opresji (przynajmniej do czasu, ale nagromadzenie tych bohaterskich czynów także wskazuje na komiksową formę). Bawi i straszy jednocześnie. To jednak zbyt krzykliwy kontrast, zbyt spora rozbieżność. Można przeczytać tę książkę w taki właśnie sposób: jako dobrą zabawę i zajmująca historię. Można, jak najbardziej. Tylko czy aby równocześnie nie trzeba jej tak czytać? Bo nie jest niczym więcej, niż zabawą?

PÓŁ DAWKI MORFINY, CZYLI EPILOG

     Po lekturze "Króla" zabrałem się za lekturę "Morfiny". Dobrze, że obrałem taką właśnie kolejność. "Morfina" napisana jest w podobnym stylu, kreuje okres okupacji podobnie jak "Król" kreuje schyłek Dwudziestolecia Międzywojennego nie unikając sensacyjnych wydarzeń i sprawiając wrażenie zabawy dla zabawy. Dobrze się stało, ponieważ czytając powieści Twardocha w odwrotnej kolejności nie przeczytałbym "Króla". Tak nie doczytałem "Morfiny", nie dałem już rady. Co za dużo, to niezdrowo.

środa, 19 lipca 2017

Nadieżda Mandelsztam "Wspomnienia"

     "Wspomnienia" zaczynają się od pierwszego aresztowania O.M. Nadieżda wydobywa z pamięci fakty aż do powtórnego aresztowania poety. Książka kończy się próba odtworzenia z relacji świadków ostatnich miesięcy życia Mandelsztama w obozie. Jest to próba oddzielenia prawdy od legendy, zdarzeń autentycznych od wymyślonych. Pełen dramatyzm tych ostatnich stron jest w stanie pojąć jedynie ten chyba, kto doświadczył tego samego; wszelka empatia jest, musi być zawodna, połowiczna.
   Gdyby nie Nadieżda Mandelsztam, nie znalibyśmy dziś wierszy Osipa Mandelsztama z okresu po pierwszym aresztowaniu, w Woroneżu, na wygnaniu. Znalibyśmy tylko wczesne wiersze z okresu akmeizmu, te, które zdołał jeszcze poeta wydać, zanim (już) w połowie lat dwudziestych nigdzie nie mógł już liczyć na jakąkolwiek publikację. Nadieżda Mandelsztam ocalała cudem, więc wiersze jej męża swe życie także zawdzięczają cudowi; po drugim aresztowaniu O.M. (tak o nim pisze we "Wspomnieniach") Nabieżda nie była nigdzie zameldowana i jej tułacze życie po obrzeżach wielkich miast ocaliło ją, która nosiła w sobie wiersze Mandelsztama. Tak, nosiła w sobie, ponieważ uczyła się ich wszystkich na pamięć, każdego dnia powtarzała je, by nie zapomnieć. Czyż to nie jest piękny dowód miłości?
     Pomiędzy oboma aresztowaniami były cztery lata zesłania, głównie w Woroneżu ("Woroneż - wroni nóż" pisał poeta w jednym z wierszy), gdzie cierpiąc ogromna biedę małżeństwo Mandelsztamów  z jednej strony obawiało się w każdej chwili ponownego aresztowania, z drugiej strony czerpało radość z każdej zyskanej chwili. To wygnanie było zawieszeniem życia. Nie wyobrażam sobie, co mogli czuć. Nadieżda opisuje wszystko po kilkudziesięciu latach precyzyjnie, chłodno, bez krzyku, spokojnie, bez łez. Pamięta ludzi, fakty, przywołuje obawy, wymienia nazwiska, sytuacje, ich wagę. Zadziwia fakt, jak w ZSRR z niby błahych oficjalnych komunikatów ludzie potrafili odczytywać nadchodzące zmiany, czystki, innymi słowy, spoglądać we własną przyszłość. Było to przeczuwanie nadchodzącej grozy, a raczej przeczucie jej nasilenia, gdyż sama groza nigdy nie ustawała, zbliżania się ogromnych fal, jednej za drugą. Fal niosących zniszczenie.
     Wspomnienia Nadieżdy Mandelsztam pokazują siłę wiary w to, co się robi, przekonanie o konieczności. Osip Mandelsztam zdając sobie doskonale sprawę z konsekwencji tego co robi, nie przestał pisać wierszy. Nie potrafił. Nie mógł. Mawiał do żony, że w ZSRR poeci muszą być ogromnym zagrożeniem dla systemu, skoro zabija się ich za wiersze czyli za zapisane słowa. Nadieżda wspomina przyjaźń Mandelsztamów z Anną Achmatową. Zwraca uwagę, ze była to jedyna osoba, która nie bała się odwiedzać wygnańców w Woroneżu. Dlatego być może, że żyła tak samo w strachu; jej mąż Gumiłow, również będący poetą, został zastrzelony przez Czeka już na początku lat dwudziestych, a syn Anny Achmatowej tkwił w obozie. Achmatowa rozpaczliwie starała się o jego powrót. Dlatego rozumiała sytuację Mandelsztamów. Pomocy Mandelsztamom udzielał także Wiktor Szkłowski (ten sam, który pomagał w latach 40-tych Aleksandrowi Watowi). "Wspomnienia" opowiadają o strachu, o milczeniu, o wycofaniu, o niepodawaniu ręki, o nieprzyznawaniu się do znajomości, o stłamszeniu dobra w człowieku, o bohaterskich wyjątkach, takich jak Szkłowski i Achmatowa.
     Tłem wspomnień Nadieżdy Mandelsztam jest życie w państwie terroru. Życie osobiste wpisane w polityczny horror. Jest to więc relacja nie tylko z życia zaszczutej inteligencji, konkretnych, żywych osób, ale także panorama egzystencji w państwie, które prześladowało swoich własnych obywateli, w systemie, który likwidował swoje dzieci, swoich gorliwych wyznawców. Nadieżda Mandelsztam opisała także metody pracy swego męża, zostawiła ślad, w jaki sposób powstawała jego poezja. Wszystkie te czynniki wpływają na to, że "Wspomnienia" Nadieżdy Mandelsztam to szalenie interesująca lektura. Z naszej perspektywy odczytywać ją można w sposób nieco profetyczny: jak wyglądałby świat, gdyby... Ponieważ nigdy nie wiadomo, w którą stronę zwróci się historia. Po I Wojnie Światowej nikt nie wyobrażał sobie, że wkrótce nadejdzie Druga. Nigdy nie wiadomo, co zdarzy się w przyszłości. Oby same dobre rzeczy. Ale...

wtorek, 18 lipca 2017

Franz Kafka "Proces"

Książka przeczytana po raz setny i wciąż ten sam niepokojący odbiór, jako że najróżniejsze procesy wciąż trwają, większość ludzi niczego nie jest świadoma, rośnie kontrola instytucji nad człowiekiem, a ludzi bezbronnych i zagubionych przybywa. I niech nikogo nie zmylą tony rzeczy, którymi nas otoczono, uśmiechnięci i szczęśliwi ludzie w spotach reklamowych...Człowiek człowiekowi wilkiem, człowiek człowiekowi oprawcą, człowiek człowiekowi katem. Człowiek człowiekowi... a co dopiero bezduszna instytucja człowiekowi... Ponadczasowa metafora Kafki to labirynt, w którym ławo się zgubić, z którego trudno wyjść, którego nie można opuścić. Pozorne uwolnienie, pozorne wyjście z labiryntu. Oniryzm, metaforyczność, duszna atmosfera niepokoju tylko zwielokrotniają możliwość interpretacji. Pewne jest tylko to, że nie istnieje jedno jedyne wyjaśnienie. Znów labirynt, ponownie błądzenie, szukanie, zagubienie... Jeżeli chcielibyśmy odgadnąć prawdziwy zamysł autora - co więcej niż pewne jest nie do odgadnięcia - musielibyśmy zdecydować się wyłącznie na jedną interpretację, jednak wielkość tej powieści polega na tym, że można ja analizować na wiele różnych sposobów, a otrzymane rezultaty wcale się nie musza ze sobą kłócić. Każdy ma tu własne pole do popisu. Znając fakt zerwania zaręczyn Kafki z Felicią Bauer w 1914 roku, co uznaje się za impuls do rozpoczęcia pisania przez Kafkę "Procesu", dochodzi jeszcze jedna możliwość odczytania utworu, a mianowicie przez pryzmat życia osobistego. Rozgałęzienia labiryntu. Bez końca. Oprócz surrealistycznej fabuły uwagę zwraca język Kafki. czytać wielokrotnie złożone zdania Kafki, napisane precyzyjnie, z użyciem najstaranniej dobranych słów, biegać oczami przez spiętrzone poziomy ich konstrukcji - to najczystsza przyjemność dla miłośnika języka, jakiegokolwiek, bo każde zapisane słowo to magiczny znak, wydrukowane zaklęcie. Magia przeistaczania znaku w sens. Ha, popadłem w taki ton, jak gdybym bił w dzwon... :) Ale w taki właśnie sposób przenika do duszy języka muzyka ;) I tym oto wesołym akcentem dywagacje uznaję za zamknięte :)

wtorek, 11 lipca 2017

Przemysław Słowiński i Danuta Uhl-Herkoperec "Urlike Meinhof. terror, seks i polityka"

     Po obejrzeniu filmu "Baader - Meinhof" w reżyserii Udi Edela pojawiło się we mnie sporo pytań, wątpliwości, zarysowań na obrazie sytego i bogatego państwa jakim była republika Federalna Niemiec. Chciałem się także dowiedzieć więcej na temat niemieckiego terroryzmu oraz ludzi, którzy tworzyli Frakcję Czerwonej Armii. Kiedy wpadła mi w ręce biografia Urlike Meinhof nie wahałem się i postanowiłem od razu się z nią  zapoznać, chociaż dziwny podtytuł "terror, seks i polityka" wyzwolił we mnie odrobinę bliżej niesprecyzowanej nieufności.
     Biografia zaczyna się od rozważań autorów na temat, czym był niemiecki terroryzm lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. W uproszczeniu autorzy oscylują pomiędzy walka o prawa a zwykłym bandytyzmem. Twórcy książki zadają również pytanie, na ile świadoma tego co robi była sama Urlike Meinhof. Po postawieniu pytań Słowiński i Uhl-Herkoperec przechodzą do opisu życia tytułowej bohaterki. Dzieciństwo w cieniu swastyki, powikłania rodzinne, poczucie sprawiedliwości małej Urlike, pierwsze doświadczenia życiowe, utrata ojca i zastąpienie go przez nową partnerkę życiowa matki. Powojenna młodość Urlike Meinhof została opisana na tle wydarzeń politycznych ówczesnych lat. Miały one zaciążyć na dalszych losach bohaterki książki. Niespodziewanie biografia zaczyna nabierać cech powieści; dzieje się tak kiedy autorzy zaczynają fabularyzować niektóre wydarzenia, a opisują je w sposób nieco irytujący, gdyż swymi opisami sytuacji, wydarzeń i rozmów sugerują, że byli tego wszystkiego świadkami. Biografia rozszczepia się na dwie połowy i rzetelność ulatuje z niej na rzecz szczegółowego opisu seksu. Nieufność związana z podtytułem książki zaczyna się coraz bardziej krystalizować.
     Ostatnia część książki przedstawia działalność terrorystyczna Urlike Meinhof. Przedstawiona jest ona głównie przez pryzmat napadów na banki, jakich RAF dokonywał na terenie całej Republiki Federalnej oraz opisu strzelanin, gdy któryś z członków organizacji natknął się na policję. Wspomniany jest też manifest napisany przez Meinhof, a dotyczący założeń RAF-u oraz miejskiej partyzantki. No i opisany jest także obóz szkoleniowy na Bliskim Wschodzie, gdzie członkowie Raf-u ćwiczyli się w strzelaniu i w rzucaniu granatami. Mimo że autorzy doskonale wiedzą, co czuła Urlike, kiedy ktoś zdejmował jej stanik, nie dowiemy się od nich o stosunkach panujących wewnątrz grupy. Fakt, że Meinhof nie lubiła się z Baaderem jest raczej niewystarczający. Baader rządził i krzyczał na członków, świadomy wyznaczonych celów ale jak z miłośnika szybkich i drogich samochodów stał się przywódca radykalnej lewicowej organizacji, o tym się w książce nie wspomina. Autorów nawet nie razi ten kontrast pomiędzy walką z systemem ogłupiającym ludzi dobrobytem, a indywidualnymi potrzebami liderów wojującej z tym systemem organizacji, potrzebami podszytymi konsumpcjonizmem.  Wszak Gudrun Ensslin tez nie została ujęta podczas napadu na bank, ale w trakcie zakupów w butiku...
     Książka stawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Odznacza się tez brakiem logiki. Nie oburza się mianowicie na strzały policji ostra amunicja do ludzi, natomiast krytykuje odpowiedź na nie. Zresztą w końcowej części w trakcie podsumowania autorzy zapominają o przyczynach, zajmując się jedynie skutkami. Myślę, że lepiej byłoby skupić się na suchych faktach, niż snuć niekonsekwentne rozważania i stawiać skrajnie subiektywne tezy. Sięgając po biografię Urlike Meinhof chciałem przede wszystkim wzbogacić swoja wiedzę w fakty, znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, nie ukrywam bowiem, że metoda walki zbrojnej nie jest dla mnie środkiem akceptowalnym, jednak potrafię zrozumieć ludzi postawionych pod ściana w sytuacji bez wyjścia. Tylko czy członkowie RAF-u znaleźli się w takiej ostatecznej sytuacji? Tego nie dowiemy się z tej książki. Dowiemy się natomiast o pierwszych uniesieniach erotycznych Urlike Meinhof. Druga i trzecia generacja RAF-u dokonała bardziej brutalnych i krwawych porwań i napadów, należałoby więc umieścić pierwsza generację w odpowiednim kontekście, daremnie jednak szukać jakiegokolwiek porównania. Mnożą się natomiast epitety "lewacki" i "banda", co sugeruje o braku obiektywizmu autorów. Jest natomiast podany prze[pis na zupę piwną, którą gotowała Urlike Meinhof... Takie "fakty" mówią same za siebie. Nie miałem jeszcze na moim blogu tagu "nie polecam". Ta książka jest pierwszą, która zmuszony jestem takim tagiem oznaczyć. I oby ostatnią.
PS. Fotografia okładki książki jest celowo zdeformowana korelując z treścią.

czwartek, 22 czerwca 2017

Elias Canetti "Tajemne serce zegara"

     "Tajemne serce zegara" Eliasa Canetti nie jest książką łatwą do czytania, ale też jest trudna do opisania. Canetti przez całe swe życie prowadził notatki, w których w aforystycznej na ogół formie zawierał swoje przemyślenia, opisywał swój stosunek do świata oraz do sztuki. Tematyka tych zapisków jest oczywiście znacznie szersza, tu staram się tylko uogólnić, by ewentualny przyszły czytelnik mógł mieć o książce jako takie wyobrażenie. W omawianym tomie znajdują się zapiski z lat 1973-1985 (w języku polskim ukazały się także wcześniejsze zapiski z lat 1941-1972 w książce zatytułowanej "Prowincja ludzka"). W przeważającej mierze mają one charakter aforyzmu, lapidarnego zdania, które stara się w zwięzły sposób wyrazić abstrakcję, tudzież objąć wzrokiem większa przestrzeń. Czasami zestawienie kilku zaledwie słów tworzy skojarzenie z czymś niewyobrażalnie wielkim, na przykład kiedy Canetti pisze o śmierci, o starości, o wspomnieniu. Niezbyt to obszerna książka, bo licząca zaledwie 162 strony, jednak jej pierwsza lektura wymaga poświęcenia czasu na zastanowienie się nad każdym kolejnym wersem. Nie ma tu galopowania. Albo jest, ale wówczas nie ma zrozumienia. Zresztą i zrozumienie nie zawsze przychodzi do czytającego niniejsze zapiski, nawet gdy ten nie spieszy się z lekturą. Niektóre zdania dotykają takich abstrakcji, że ciężko stwierdzić o co konkretnie chodzi. Przyczyny tego są różne: mój brak wyobraźni (odznaczę się tutaj nieskromna pokorą...), niezbyt gruntowna znajomość poruszanych zagadnień, także me nieobycie na opisywanych terenach, forma zapisków (bezosobowe zwroty, chyba autora do samego siebie, albo takie jak ten zapisek, od którego wziął się tytuł zbioru: "Nikomu nieznane tajemne serce zegara"), nieznajomość kontekstów osobistych (chociaż aluzje do trylogii autobiograficznej wyłapywałem) i ogólnych. Dokonałem teraz na sobie pokutnego biczowania, ale prawda jest taka, że niektóre książki niektórych autorów uczą pokory; czytelnik biorący się za lekturę, który zakłada, że wie wszystko, jest czytelnikiem, hmmm, jak by to nazwać?... Zbyt pewnym siebie? W każdym razie po zadanych sobie biczem razach zwrócę jeszcze uwagę na fakt, że zapiski te z całą pewnością nie były łatwe do tłumaczenia. Chciałbym w tym miejscu podziękować pani Marii Przybyłowskiej za wspaniałe tłumaczenia książek Eliasa Canetti na język polski. Kontynuując, do wielu z aforystycznych zapisków należy odnaleźć swój własny klucz. Nawet te nie do końca pojmowalne, mogą urzekać pięknem, poezją, czarem, mądrością, siłą skojarzeń w zestawionych ze sobą słowach. Do książki Canettiego można później wracać, mieć ją przy sobie i otwierać w dowolnym momencie na przypadkowej stronie, by odczytać losowo wybrane zdanie. Ja do Canettiego wracam często, myślą, wertując książki, czytając je od nowa. Warto sobie zadawać trud. Oto mój marnej jakości aforyzm na koniec recenzji.

niedziela, 18 czerwca 2017

Alfred Kubin "Po tamtej stronie"



     Alfred Kubin nigdy nie był pisarzem, chociaż napisał jedną jedyna książkę w swoim bardzo długim życiu. Był rysownikiem, grafikiem, malarzem, ale nie pisarzem. "Po tamtej stronie" Kubin napisał w szczególnym okresie swojego życia, po śmierci ojca i w trakcie choroby żony. Opuściły go wtedy siły twórcze i chociaż aż kipiał od pomysłów, nie potrafił je przenieść do swoich rysunków. Postanowił więc napisać powieść. Był rok 1909. Książkę napisał w 12 tygodni po czym już uwolniony od niemocy, zilustrował ją własnymi rysunkami. Jak już wspomniałem jest to jedyna książka napisana przez Alfreda Kubina, jest to też jedyna książka w swoim rodzaju, bo przed nim takiej książki nie napisał nikt..
     Całą fabułę w ogólnym zarysie opisać można w kilku słowach, byłoby to jednak spore uproszczenie, gdybyśmy skupili się wyłącznie na wydarzeniach. Jest to przecież w równym stopniu książka o Państwie Snu, jak też książka o kolorach. Kubin opisuje Państwo Snu w wielu barwach, są to jednak barwy ciemne, mroczne, barwy budzące strach i obawy, barwy wręcz monochromatyczne wraz z wieloma odcieniami, takie, jakie stosował w swoich pracach sam autor. Opowieść o przeprowadzce do Państwa Snów stworzonego przez Klausa Paterę gdzieś w Azji na granicy z Rosją to pozornie linearnie snuta narracja, która urasta do wielkiej metafory, wielkiej przepowiedni i wielkiego nierealistycznego snu.
     Patera wzbogaciwszy się w Chinach postanowił stworzyć swe własne państwo, państwo szczęścia, państwo do którego dotrzeć mogą tylko starannie wyselekcjonowani obywatele. Narrator, nie wymieniony w powieści z nazwiska, był kolegą szkolnym Patery, po czym na wiele lat stracił z nim kontakt. Teraz przybywa do niego wysłannik Patery z zaproszeniem do Państwa Snów. Narrator zgadza się zamieszkać w kraju Patery i wraz z żoną wyrusza do nowej ojczyzny. Otoczone gigantycznym murem Państwo Snu okazuje się czymś przeciwnym do raju, ale nie ma niestety z niego ucieczki, nie istnieje droga odwrotu. Początkowo warunki są znośne, lecz z upływem czasu pogarszają się. Na zdrowiu upada także żona narratora, a kiedy umiera, ten traci sens życia i równocześnie otwierają się mu oczy na otaczającą go rzeczywistość.
     Państwo Snu przypomina stary zbutwiały świat, w którym nosi się ubrania sprzed kilkudziesięciu lat, domy są na wpół zrujnowane i dzieją się dziwne rzeczy. W państwie nie ma jednolitej waluty, pieniądze mają zmienną wartość, a czasem nie płacąc za usługę można otrzymać jeszcze "resztę". Fryzjer-filozof posiada za pomocnika małpę, która wykonuje wszelkie czynności związane z goleniem. Nad Państwem Snu nie widać nieba, ani gwiazd, ani słońca, ani księżyca. Świat jest szary, ponury i przypomina świat takich późniejszych pisarzy, jak Franz Kafka czy Bruno Schulz. Wszyscy mieszkańcy kraju stworzonego przez Klausa Patere ulegają tak zwanemu Wielkiemu Czarowi Zegarowemu. Powyższe przykłady opisują doskonale dziwność tego państwa.
     Alegorycznie można odebrać "Po tamtej stronie" jako pierwszy opis zniewolenia społeczeństwa, na długo przed Huxleyem i Orwellem. Kubin podobnie jak Kafka intuicyjnie przeczuł i opisał przyszłość. Twórczość Kubina jest zresztą uważana za prekursorską względem ekspresjonizmu i surrealizmu. Można też powiedzieć, że w scenach końcowych książki (tych zatytułowanych "Piekło"), autor niczym Goya w swoich rysunkach przedstawia okrucieństwa i koszmary, które odbierać można jako przeczucie zbliżającej się I Wojny Światowej. Państwo Patery wraz z osłabieniem sił jego twórcy, który ogromną siłą woli kontrolował jego rzeczywistość, zaczyna popadać w chaos. Jeżeli życie w Państwie Snu na początku książki można nazwać dziwnym, to pod koniec zamienia się w jeden gigantyczny koszmar, co zresztą było do przewidzenia. Rozpad świata powoduje rozpad wartości oraz upadek obyczajów. Kubin wpisuje to oczywiście w fabułę, potęgując tym samym jej ponury wydźwięk.
     W książce zawartych jest mnóstwo fantasmagorycznych opisów, przypominających senne marzenie. Do końca nie wiadomo, czy wydarzenia opisane w powieści są marzeniem sennym, koszmarną rzeczywistością, czy też przeplataniem się jednego z drugim. Ogromna wyobraźnia autora sprawia, że "Po drugiej stronie" czyta się tak, jak gdyby oglądało się cykl grafik, przedstawiających niesamowite zdarzenia i niezwykłe stwory (Kubin nie przypadkowo ilustrował osiem tomów zbiorowego wydania pism Edgara Allana Poe), świat niczym z surrealistycznych obrazów, budzący niepokój, przerażenie, koszmary, lęk, zgrozę.
     Niezwykłość książki Alfreda Kubina polega na jej wielowymiarowości. Nie każda książka jest napisana niczym obraz. Nie każda powieść potrafiła przeczuć nadchodzące czasy, wojnę, biurokrację, przemoc. Nie każdy autor pisząc powieść kładł podstawy pod nowe kierunki w sztuce i chociaż Kubin robił to przede wszystkim w swoich rysunkach, to jednak niepokojąca ich atmosfera, bliźniacza do późniejszego nadrealizmu, znajduje się także w jego powieści; ekspresjonistyczny krzyk przerażenia w surrealistycznym świecie przypominającym koszmar. Współczesny czytelnik bez trudu rozpozna opisany przez Kubina świat - może dzięki temu właśnie, że opisany jest w sposób metaforyczny, czyli uniwersalnie, ale też dzięki temu, że takie rzeczy zawarte w "Po tamtej stronie" jak groteska, absurd, koszmar, strach, dezintegracja i wiele innych to są wciąż elementy, z którymi nie potrafiliśmy się uporać, które bez trudu wyłowić można z całokształtu naszej współczesności, które nie zniknęły z niej do tej pory.
     Wciąż żyjemy w niepewności. Nasza rzeczywistość jest w miarę okiełzanym chaosem, ale chaos posiada cechę uśpionego wulkanu: w każdej chwili może się obudzić. Wielu wielkich pisarzy opisało nasz świat i rządzące nim siły: niepewność, absurd, przypadek, biurokrację, nieład, przemoc, autokrację, kłamstwo. Obok Orwella, Kafki, Sołżenicyna, Huxleya i wielu, wielu innych postawić można także śmiało Kubina, mimo ze napisał tylko jedna książkę. Tyle tylko, że Kubin swoją książkę napisał najwcześniej, stał się tym samym prekursorem i profetycznym wizjonerem. Nie można o tym zapomnieć, czytając "Po tamtej stronie". I dlatego też warto dziś czytać Kubina, nie tylko ze względu na jego niepokojącą, fantastyczną, niezwykłą, senną wizję świata.

środa, 14 czerwca 2017

Zuza Malinowska "Złoty wąż"

     Kiedy zbudujesz domek z kart i kiedy wyjmiesz z jego środka jedną z nich, istnieją trzy możliwości tego co się zdarzy. Pierwsza możliwość: domek pozostaje nienaruszony, druga: domek częściowo się wali, trzecia: cały domek z kart ulega zniszczeniu. Drugi wariant posiada mnóstwo wariantów podrzędnych, gdyż zniszczenia mogą przybierać mniejsze bądź większe rozmiary. I tak jest w życiu, jedna decyzja powoduje rozwój wypadków, których nie da się cofnąć, jednak gdyby wybrać w kluczowym momencie coś całkiem innego, wydarzenia potoczyłyby się w sposób alternatywny i to one byłyby realistyczne, a wszelkie inne stałyby się jedynie utraconymi możliwościami. "Złoty wąż" Zuzanny Malinowskiej to powieść opowiadająca o takich alternatywnych wyborach i o tym, co by było gdyby...
     Akcja książki, a raczej wypadałoby powiedzieć, że akcje, więc tak właśnie mówię: akcje toczą się względem siebie równolegle, prostopadle i nachodzą na siebie niczym sinusoida na linie prostą. Dlatego trudno wskazać tylko jednego bohatera powieści. Bohaterami w świecie realnym są Iza, Adam oraz Ivo. Iza i Adam są małżeństwem, które przechodzi kryzys. Kiedyś ogarnięci szaleńczą miłością, teraz powoli stygną, chociaż wciąż są do siebie bardzo przywiązani, Czytają sobie wzajemnie historię o złotym wężu Oronie i jego miłości do Wei. W książce Malinowskiej, napisanej wartkim, świetnym, bogatym i urozmaiconym językiem o wysokiej kulturze, który jednak nie sprawia kłopotu czytelnikowi, nie spowalnia go, w książce tej światy wzajemnie się ze sobą przenikają, bohaterowie podejmują decyzje, które rzutują na ich przyszłość, przybliżając ich bądź oddalając od celów. Czasem są w pełni odpowiedzialni za podjęte decyzje, czasem kieruje nimi silna namiętność, a czasem konieczność. Wzajemna koegzystencja światów oraz ich przenikanie się jest bardzo charakterystyczne dla "Złotego węża"; książka posiada kunsztowną, skomplikowana formę. Na pierwszy rzut oka zdaje się być gąszczem trudnym do przebycia, jednak kiedy czytelnik zdecyduje się poddać narracji i swobodnie pozwoli się jej unosić, wówczas lektura na pewno doprowadzi do całościowego obrazu, do połączenia pozornie porozrzucanych elementów układanki w jedną logiczna całość.
     Ścieżki bohaterów biegną w różne strony, ale zawsze towarzyszą im dwie siły, od których nie potrafią uciec, ani nawet oddalić się. Są to miłość i śmierć. Pierwsza siła, sprawcza, stanowi o wartości ludzkiego życia. Dla niej są w stanie ponieść konsekwencje, przejść przez liczne próby, doświadczyć zagrożenia, ponieważ warto kochać, ponieważ miłość sprawia, że życie nabiera sensu. Druga, śmierć, siła destrukcyjna, stoi w opozycji do miłości. Dla bohaterów walczących o miłość śmierć stanowi finalną ewentualność podjętych przez nich starań; w razie porażki czekać ich może taki koniec. Podróż węża Orona, ucieczka Adama, bądź chore serce Ivo to ocieranie się o śmierć, mniej lub bardziej realną, a raczej mnie lub bardziej prawdopodobną. Malinowska zdaje się mówić, że zły wybór niesie w sobie ryzyko ostateczności. Bohaterowie zarówno w świecie realnym jak i w krainach baśniowych często znajdują się na rozdrożach, zmuszeni do dokonania wyboru,którego konsekwencji nie są w stanie przewidzieć. W zależności od tego, jaka kartę wyciągną z domku, nic się nie stanie, ich świat częściowo się zawali, albo runie w całości jak domek z kart. "Złoty wąż" jest książką o podejmowaniu decyzji, o kluczowych i decydujących momentach, ale też o konsekwencjach i alternatywach.
     Przenikanie się światów uważam w książce Malinowskiej za wyśmienity pomysł.  Baśniowy świat, który nawiązuje do poprzedniej książki Zuzy Malinowskiej "Drzewo opowieści", jest opisany i opowiedziany barwnie i pomysłowo; mimo że zawiera wiele znanych baśniowych elementów, fragmenty rozgrywające się w baśniowych krainach czyta się z zapartym tchem. szczególnie udana i brawurowa jest opowieść o staraniach Luga o rękę Amiry, Jest to kolejna opowieść w opowieści, niezwykle barwna, intrygująca, wręcz cudowna. Baśniowe opowieści Malinowskiej maja posmak "Siddharthy" Hermanna Hesse oraz "Opowieści z tysiąca i jednej nocy". Ich posmak jest nieco orientalny, trochę przygodowy i odrobinę filozoficzny, jak filozoficzna jest w sumie cała książka Zuzy Malinowskiej "Złoty wąż". Bez baśniowych historii, książka Malinowskiej byłaby może nie prosta, ale jednowymiarowa opowieścią o poszukiwaniu miłości, o kruchości miłości, o utracie miłości, o przechodzeniu z miłości w miłość. Klechdy baśniowe wzmacniają sens powieści, ubarwiają ją, podkreślają wymowę, będąc jednocześnie samoistnymi pięknymi historiami na ten sam temat: którą drogą pójść, którą wybrać ścieżkę, dokąd dojdę, czy wybrałem słusznie i co spotka mnie na końcu drogi:miłość albo śmierć. Albo pustka.
     Kiedy nie wiesz, co masz zrobić, gdy nie wiesz jak masz to zrobić, nie wyciągaj karty z domku zbudowanego z wielu różnych kart. Czy wiesz, która kartę masz wyciągnąć? Czy wiesz, co stanie się, gdy zdecydujesz się na tę jedną, na tę właśnie kartę? Czy dokonasz właściwego wyboru? Życie jest gąszczem najróżniejszych wyborów. Życie jest miłością, do której chcesz zmierzać, ale musisz wybrać właściwa drogę. Życie jest porażką, gdy zboczysz z właściwej drogi. Ale skąd miałeś w chwili wyboru wiedzieć, że ta właśnie przed momentem obrana droga jest tą właściwą? Zuza Malinowska w swojej pięknej filozoficznej, baśniowej i realistycznej zarazem książce zadaje powyższe pytania. Uzyskać na nie odpowiedź jest na pewno trudno. Ale warto przeczytać "Złotego węża" i samemu spróbować odszukać odpowiedzi. Warto wyruszyć w podróż, której kresem jest poznanie odpowiedzi. to podróż wgłąb siebie. To podróż w życiowe meandry, zakręty i rozdroża. Ruszajmy więc!

poniedziałek, 12 czerwca 2017

146. "Samotnicy" [1992]

"Singles", reż. Cameron Crowe [USA, 1992]
Pierwszy raz film ten widziałem w epoce, w czasie rozkwitu kultury grunge i tej całej X-Generation. Miałem wtedy 25 lat. Teraz ten film ma 25 lat... Oczywiście odbieram go dzisiaj zupełnie inaczej, niż wtedy. Zacznijmy od tego, że nigdy nie byłem fanem grunge'u i że muzykę z tego nurtu uważałem za wtórną wobec muzyki z Ery Wodnika, za taka kalkę, tylko z bardziej podkręconymi potencjometrami.Nie był to więc dla mnie żaden film kultowy. Poza tym drażniła mnie moda, te czapki z daszkiem do tyłu, koszule flanelowe związane w pasie itp. To wszystko przysłoniło mi odbiór tego filmu.
Dziś jest to dla mnie fajna komedia romantyczna, ale taka a rebours przez większą część, bo wszyscy chcieli i równocześnie nie chcieli być ze sobą, mieli wątpliwości, zawahania wymieszane z okresami zatracenia zmysłów.
Sporo jest w tym filmie doskonałych dialogów, o których nie pamiętałem przez te 25 lat. Jest nawet jeden świetny wywód o kondycji współczesnej muzyki, że nie ma już takich kompozycji jak "Iron Man" czy "Smoke On The Water", zakończoną stwierdzeniem, że wkrótce nawet wojny będą sponsorowane, co przechodzi już w aluzję do plastikowej kondycji współczesności. Dużo też Crowe zawarł w filmie trafnych obserwacji męsko-damskich, nadając im nieco gorzko-kwaśny posmak. Nie ma w tej komedii romantycznej fragmentów lukrowanych i przesłodzonych. Można powiedzieć, że zakończenie filmu jest nazbyt hollywoodzkie, jednak gdy przeanalizuje się zmienność losów par w trakcie filmu, to nie możemy dać żadnej gwarancji, że zakończenie takie byłoby definitywne, gdyby film trwał na przykład pół godziny dłużej. Dla mnie nie jest to w każdym razie zakończenie zamknięte.
Bardzo fajnie Crowe ukazał krąg przyjaciół, wzajemne relacje, wspomaganie się, pocieszanie, próby rozbudzania uczuć. Trafiona jest także konstrukcja filmu, ten podział na opatrzone tytułem epizody. Na pewno nie można powiedzieć, że "Samotnicy" jest typowa dla swojego gatunku. Pozornie posiada wszystkie elementy charakterystyczne dla komedii romantycznej, ale poszczególny rysunek, tonacje, akcenty, lekko ironiczny wydźwięk wielu scen wyróżniają film Crowe'a od innych filmów z tego gatunku. Nie ma tez w filmie żadnego bogacza zakochanego w ubogiej obrończyni starych domów, czy wysoko postawionego polityka zadurzonego w niani, nie, są zwykli młodzi ludzie starający się odnaleźć miejsce w świecie, niewiele mogący, uczący się i dorabiający do studiów praca w kawiarni. jest to więc film adresowany do młodych ludzi.
Tak. Z pewnością przede wszystkim młodzi ludzie wybierali się na "Samotników" do kin, jednak trudno nie zauważyć, że jest to film uniwersalny. Teraz, z perspektywy lat trudno mi powiedzieć o tym filmie, ze jest pokoleniowy, bo problemy w nim poruszone dotyczą ludzi zarówno sprzed ostatniej dekady XX wieku, jak in obu dekad wieku następnego. W mniejszym stopniu alienacja i życie samotnicze było typowe dla jednostek już przed wiekami; nie jest to w każdym razie żadna nowość.
Pod względem muzycznym film "Samotnicy" tez nie jest sztandarem ówczesnego pokolenia. Fakt, ze sporo w nim muzyki grunge, ale motyw przewodni filmu to zwykły popowy kawałek z odrobinę bardziej przesterowana gitarą. Zespół Cliffa jest jak gdyby parodią grunge'u, a Eddie Vedder, który gra w filmie samego siebie, w zespole pełni rolę nie wokalisty, ale perkusisty. Niemniej ducha czasu bez trudu da się w filmie wyczuć, ale od strony muzycznej raczej, bo buntu, kontrkulturowej niezgody, opozycji wobec amerykańskiego snu w filmie nie ma. Hołd dla rocka jest złożony klasykom: Cliff gra na gitarze na grobie Hendriksa, Steve ma płyty The Who, The Clash, Lou Reeda, a ulubioną piosenką Lindy jest "May This Be Love" oczywiście wykonywaną przez The Jimi Hendrix Experience. Chociaz oczywiście pojawiają sie też murale Mother Love Bone, koszulki z Mudhoney czy SUB POP W filmie pojawiają się na scenie dwa zespoły, Alice in Chains oraz Soundgarden. Czy zrządził to przypadek, czy jakieś mroczne przeznaczenie, ale zarówno wokalista Alice in Chains Layne Staley jaki i frontman Soundgarden Chris Cornell już dziś nie żyją (podobnie jak basista Mike Inez),a żaden z nich nie umarł śmiercią naturalną. Życie dopisało więc swoisty ponury epilog do filmu Camerona Crowe'a i dopowiedziało to czego reżyser nie ukazał, a mianowicie ciemnej strony życia i permanentnej bliskości śmierci. Nadaje to filmowi obecnie całkiem nowy wymiar, ukazuje bowiem osoby, które wtedy były jeszcze still alive, chociaż Staley był już w 1992 roku poważnie uzależniony od heroiny, zmieniając go w swoisty dokument. Chwila, która została utrwalona w bursztynie...
Zadziwiające jest to, jak prędko mija czas, jak elektryzująca muzyka zmienia się w klasykę, jak moi rówieśnicy obrócili się w kamienne posągi pokryte patyną, lecz pozbawione oddechu. Już dawno słowo singiel przestało znaczyć przede wszystkim winylową płytę puszczaną na 45 obrotów, tak kojarzy się jedynie rockowym dinozaurom, dla pozostałych oznacza coś zupełnie innego. Również sens bycia szczęśliwym zmienił znaczenie, ponieważ szczęśliwym można być obecnie żyjąc samemu poza stałym związkiem. Film Crowe'a nieśmiało sugerował już taka sytuację, przewidywał zmianę, jednak nie czynił to pełnym głosem. Sam film także nie jest już dzisiaj tym samym, czym był 25 lat temu, czyli próbą sportretowania Pokolenia X, chociaż nadal bardzo dobrze oddaje atmosferę zagubienia, błądzenia i poszukiwania sensu. Nadal jest to bardzo dobry film o ludzkich uczuciach i pragnieniu bliskości, jednak nie za wszelką cenę, w mieście Jimiego Hendriksa w czasie, gdy dobiegał kresu poprzedni wiek.

sobota, 10 czerwca 2017

Robert Walser "Willa Pod Gwiazdą Wieczorną"

   
     Na literackiej mapie wszechświata lśnią jasno swym odwiecznym blaskiem nazwiska pisarzy, których sława i renoma zdają się nie przemijać, mimo zmiany mód na poszczególne gatunki literackie. Ale na mapie tej prawdziwy miłośnik literatury nie może spocząć na zaznajomieniu się wyłącznie z tym tylko, co najjaśniejsze. Prawdziwy miłośnik literatury, którego charakteryzują otwarte serce i gibki umysł, jest poszukiwaczem pereł, białych kruków, zapomnianych książek i pisarzy. W trakcie takich poszukiwań trafiłem na dwa nazwiska, które mnie zainteresowały. Jednym z nich jest Robert Walser, szwajcarski pisarz z początku ubiegłego wieku, który za życia doceniany był wprawdzie przez współczesnych (cenili go Hesse, Kafka i Musil), jednak nie zdobył większej popularności, niczym Van Gogh popadł w szaleństwo i ostatnie 20 lat życia spędził w zakładzie dla umysłowo chorych.
     Walser był osobą nieporadną życiowo, więc zadziwiający jest fakt jego wczesnego uniezależnienia się od rodziny, prowadzenia życia wędrownego i samotniczego (podobnie jak Rilke i Hesse) oraz liczba wykonywanych przez Walsera zawodów nie związanych z pisaniem. Życie Walsera stało się inspiracja dla jego pisarstwa, pomysły czerpał z własnego doświadczenia i z obserwacji. Tak jest w powieści "Willa Pod Gwiazdą Wieczorna".
     Książka opowiada historię Józefa Marti, który został zatrudniony jako pracownik w biurze pana Toblera. Biuro mieści się w tytułowej willi. Dla Józefa zamieszkanie w niej i podjecie pracy równa się z podniesieniem swego dotychczasowego poziomu życia. Tobler jest wynalazcą i w chwili zatrudnienia Józefa zajęty jest projektem zegara reklamowego.
     Pierwsze, co uderzyło mnie w książce Walsera, to precyzyjny język. Walser buduje bardzo klarowne zdania, które niosą w sobie należyta treść, jednak nie są to zdania skąpe w informacje. Przymiotniki używane są w sporej ilości, dzięki czemu opisywany podmiot nabiera naturalnej wielowymiarowości, jest rozpatrywany z wielu stron, co mogłoby sprawiać wrażenie barokowego przesytu, tak się jednak nie dzieje, gdyż opisy Walsera są precyzyjne i służą opowiadaniu. Nie maja charakteru pustych pięknych ornamentów. Takim językiem Walser buduje prawdziwą gęstwinę sensów i znaczeń opowiadanej historii służby Józefa Marti u wynalazcy Toblera. Owo bogactwo osiągnięte zostało także dzięki zabiegowi częstych zmian punktu widzenia, płynnego przechodzenia od ukrytego narratora do subiektywnych przemyśleń Józefa Marti.
     Książka Walsera ukazała się w 1908 roku, lecz mimo faktu, że od tego czasu upłynęło już niemal sto dziesięć lat i że obecnie zawód służącego nie przeżywa swej drugiej bądź trzeciej młodości, zawarte w niej problemy są po dziś dzień aktualne i palące. Należy do nich z pewnością przemoc na bezbronnych dzieciach, faworyzowanie ulubieńców, nieustanne starania o środki finansowe, niepewność przedsięwzięć w dobie kapitalistycznej samowolki, niekompetencja w prowadzeniu interesów, życie ponad stan, walka z wierzycielami, popadanie w długi, wykorzystywanie pracowników przy jednocześnie niskich wypłatach poborów. Walser opisuje to wszystko w swej książce, łącząc ze sobą wszystkie te problemy, zamykając je w obrębie posiadłości Toblera. Zadziwia aktualność i niezmienność tych problemów. Czytając książkę Walsera odnosi się wrażenie, że ma się przed sobą metaforę współczesnego świata, że nihil novi pod słońcem.
     Atmosfera powieści Walsera jest duszna i jak żywo przypomina książki Franza Kafki, który przyznawał się do inspiracji twórczością Roberta Walsera. Tobler usiłuje w coraz bardziej rozpaczliwy sposób znaleźć środki na produkcje swoich wynalazków. Błądzenie i poszukiwanie są u Walsera nie mniej beznadziejne, jak starania Józefa K. w "Procesie" o uniewinnienie. "Willa Pod Gwiazda Wieczorną" opisuje proces pogłębiającego się zmierzchu, upadku, pogrążania się, pozbywania się kolejnych szans na ratunek. Nie jest to jednak powieść depresyjna. Walser w doskonały sposób potrafi połączyć w niej kilka przeciwstawnych cech, które w obrębie jednej powieści stanowią o jej roziskrzonym i wiecznie żywym charakterze. Obok realnych, twardych opisów, Walser umieszcza piękne impresjonistyczne fragmenty. Przecudowny i pełen liryzmu jest opis nocnej wyprawy łódką, czarownej i poetyckiej wycieczki, a raczej chwilowej ucieczki od realnego świata. Obok precyzyjnych opisów, a raczej w ich strefie, Walser potrafi umieścić zdania pełne humoru bądź nawet ciętej ironii.
     Po lekturze książki odniosłem wrażenie, że została ona napisana własną krwią. Krwi utoczył z siebie inteligentny, ogromnie wrażliwy, wnikliwie obserwujący i z wielkim talentem potrafiący opowiadać pisarz. Jest to książka w której czuje się prawdę i szczerość, autentyczność wypowiedzi, wysoka kulturę języka, a jednak nie świadczy to czczej erudycji pisarza, mówi to o jego związku emocjonalnym z opisywanym światem, o smutku, który odczuwa, kiedy opisuje rozpad i o sympatii i współczuciu dla ludzi, których ten rozpad dotyka, których życie zmieni bezpowrotnie, spychając ich na margines. "Willa Pod Gwiazda Wieczorną" stała się dla mnie w ostatnim tygodniu objawieniem literackim. Jest to odkrycie pisarza i jego twórczości, która mnie olśniła i oczarowała. Warto cierpliwie szukać, aby odnaleźć zapomniane perły, takie jak książki Roberta Walsera.

środa, 31 maja 2017

W poszukiwaniu utraconych książek...

Otrzymałem zakupioną na Allegro za 1,30 zł książkę Roberta Walsera "Willa pod gwiazda wieczorną". Piękny tytuł, rzadka książka, zapomniany autor. Po otrzymaniu książki nasunęło mi się kilka refleksji. Otóż na załączonym zdjęciu widać, że książka trafiła do biblioteki w 1985 roku i została wypożyczona zaledwie jeden raz (to, że kupiłem książkę wycofaną z biblioteki zupełnie mi nie przeszkadza, bo treści to nie uszczupla :) ). Świadczy to o kilku rzeczach jednocześnie. Czytelnictwo w Polsce jest naprawdę słabo rozwinięte.Przeciętny, statystyczny czytelnik ogranicza się do romansów, kryminałów, fantastyki. Czytelnicy niechętnie poszukują i poznają nowych pisarzy, a jeszcze mniej grzebią w poszukiwaniu perełek, zdając się na łaski i niełaski public relation wydawnictw. Czytelnicy lekceważą historię literatury, co powoduje wątpliwość, czy oni tak naprawdę interesują się tą głęboką, szeroką i bezkresną dziedziną, skoro sami najczęściej ograniczają się do nowości wydawniczych. Tak, to jest gorzki post. Nie ma na celu nikogo obrazić i do nikogo konkretnego nie pije, raczej ma charakter ogólny, bezosobowy. Od długiego już czasu nurtują mnie różne tego typu wątpliwości. Widać, ze Cmentarz Zapomnianych Książek to przestrzeń niebywale pojemna, ale - co bardziej smutne - prawdziwa. To dzieje się obok każdego z nas, przechodzimy obojętnie obok książek, które mogłyby nas wzbogacić. Nie szukamy, więc również nie znajdujemy. Pozostajemy przy oklepanych ścieżkach, boimy wychylić się poza pewna, utarta drogę. A przecież idea antykwariusza polega właśnie nie na zapełnianiu półek powszechnie znanymi tytułami, ale na szperaniu w poszukiwaniu białego kruka, nieznanej perełki, zapomnianego autora, aby przywrócić go do życia, na wynajdywaniu rarytasów, na wiecznym poszukiwaniu książek, które przemówią do nas swoim cudownym językiem i oczarują nas na wieki...

poniedziałek, 29 maja 2017

"Leaves of Grass"

Śniło mi się przed chwilą. że na moim czytniku pojawiło się polskie tłumaczenie "Źdźbeł trawy" Walta Whitmana, a le po obudzeniu się nawet nie sprawdzałem, bo cuda się nie zdarzają i w Polsce nadal po tylu latach od pierwszego wydania (1855 rok) nie ma całego przekładu. książka dostępna jest jedynie w oryginale...



niedziela, 28 maja 2017

O nadmiernym zbieractwie...


Moim zdaniem każde obsesje są niebezpieczne i nigdy z niczym nie należy przesadzać. Pod tą ogólnie panująca miłością do książek kryje się wiele różnych rzeczy, od prawdziwej miłości do niezdrowej ambicji, od zbieractwa, bez możliwości przeczytania nawet części zebranych książek, po czytanie tylko tych esencjonalnych, najważniejszych, od czytania wyłącznie tylko jednego gatunku - co według mnie zaprzecza miłości do książek - po wszechstronną penetrację wszelkich odnóg i centr literatury, od czytania wyłącznie nowości po sięganie do najgłębszych korzeni, od czytanie dla rozrywki po traktowanie literatury jako nieodłącznego elementu życia i odnajdywaniu w książkach prawd i mądrości. i tak można mnożyć. A jeszcze jest wiele odcieni pośrodku i niezliczona ilość konfiguracji. Podobnie jest ze zbieractwem (chociaż to brzmi trochę negatywnie), tu też jest mnóstwo powodów, namiętności, planów, aby mieć, a potem przeczytać. Jako zwolennik złotego środka osobiście kolekcjonuję wyłącznie najbliższe mi tytuły, a nabywam tylko te, które zamierzam przeczytać. Obecnie mam zakupionych niedawno 6 książek z zamiarem ich przeczytania, co już przerasta na chwile obecna moje możliwości. A na półce stoją jeszcze książki kupione wcześniej, przed kilkoma miesiącami lub nawet latami z takim samym zamiarem. zwykła ludzka słabość nie pozwala zrezygnować z zakupu, a brak czasu utrudnia lekturę. No i tak to się nakręca, czyli człowiek wpada w błędne koło. I dobrze będzie, jeśli potrafi się z niego wydostać. I biada, jeśli tego nie zrobi, bo zostanie zasypany stosami, tomami, woluminami i regałami... 

Haruki Murakami "Po zmierzchu"

    Kiedy przyjrzeć się wielkiemu miastu, jakim jest Tokio, z góry, przypomina ogromny organizm złożony z milionów elementów. Każdy ma poczucie, że jest częścią całości i jednocześnie, że jest sobą, indywidualnym człowiekiem z nazwiskiem i z własną historią. W książce "Po zmierzchu" Murakami postanowił przyjrzeć się bliżej kilkorgu mieszkańców miasta, których ścieżki przecinają się, łączą, bądź zbliżają do siebie, lecz nigdy się ze sobą nie zetkną.
    Akcja toczy się w ciągu kilku nocnych godzin u schyłku jesieni, kiedy długo trzeba czekać na świt. Jest to opowieść o przygodnych spotkaniach, o ludziach zagubionych w ciemnościach, żyjących z dnia na dzień, starających sobie jakoś radzić. Każdy z nich ma swoje sprawy i przeszłość. Murakami stara się, żeby jego bohaterowie nie byli z papieru, stąd podczas nocnych spotkań, nawet nie zawsze świadomie, o coś chodzi, rodzą się powiązania i ludzie zaczepiają się o siebie wzajemnie, na chwilę, na kila dłuższych chwil. Krzyżowanie się ścieżek bohaterów wywołuje poczucie zagubienia i odnajdywania, zbliżania się i oddalania. O wszystkim decyduje przypadek. W wypadku małej zmiany Takahashi równie dobrze mógł nie spotkać w całonocnym barze Mari Asai, wówczas nie zagadnąłby dziewczyny i wydarzenia potoczyłyby się w zupełnie inny sposób. Mari nie poznałaby w tym wypadku Kaoru, jej wejrzenie w tokijska ciemność byłoby inne, bo inne byłoby jej doświadczenie. Murakami splata więc losy, tworząc kaskady przypadków, bądź porusza zdarzenia niczym lawinowy upadek kamieni domina.
    Bohaterowie Murakamiego zawsze noszą w sobie ciężary, z którymi starają się uporać w sposób osobliwy, gdyż na ogół akceptują je i dźwigają z nadzieją na zmianę, bądź bez takiej nadziei. Trwają i cierpliwie wszystko znoszą. Nie jest to być może sposób godny polecenia, jednak wspomniane ciężary nigdy nie bywają błahe. Takahashi zmaga się z poczuciem osamotnienia i ciąży mu fakt, że jest sierotą. Mari martwi się rozluźnieniem więzi z siostrą Eri, ta zaś zmaga się z utrata sensu tego, co robiła dotychczas, więc zapada w długotrwały sen. Ucieczka przed rzeczywistością. O każdym niemal bohaterze "Po zmierzchu" można wyjawić jakąś tajemnicę. Nawet drugoplanowe postaci coś skrywają, jak na przykład dziewczyna, która uciekając przed mafią, zmienia nieustannie miejsca.           Murakami nie daje jednoznacznie odpowiedzi, czy istnieje droga wyjścia. Zawiesza jej udzielenie, chociaż symboliczne nastanie dnia po ciemnej nocy sugeruje, że nadzieja zawsze istnieje. "Jest jeszcze czas do nadejścia następnej ciemności".
    Książka napisana jest rytmicznymi, krótkimi frazami, które rozbrzmiewają niczym akordy. Czyta się ja dobrze, mimo zawiłej formy. Forma sprawia, że ta niezbyt długa powieść staje się jeszcze ciekawsza. Murakami daje w niej po raz kolejny wyraz swojej fascynacji muzyką, która jest obecna od hip-hopu po Bacha, ale miłością autora - jak wiadomo - jest jazz, więc o nim jest najwięcej wzmianek, a Takahashi jest nawet jazzowym puzonistą w amatorskim zespole. Znaleźć można w powieści także kilka aluzji do filmów i literatury. Meri poznajemy zaczytana nad grubą książką, później Takahashi streszcza jej fabułę "Love Story". Sam autor nie udaje swej nieobecności i w licznych miejscach książki sugerując swoją obecność.
    "Po zmierzchu" Haruki Murakamiego nie jest książką pogodną. To pełna mroku i półcieni opowieść o zagubionych duszach zagubionych w zakamarkach wielkiego miasta, które unoszone są przez wartkie nurty Losu w nieznanym kierunku. Ale jest to równocześnie piękna opowieść o ludziach, o ich uczuciach, obawach i nadziejach. O tym, że słońce znowu wzejdzie i skończy się noc. I wtedy znikną ciemności.

sobota, 27 maja 2017

Friedrich Kellner "Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy"

Kellner w opozycji do narodowego socjalizmu w swoim pisanym do szuflady dzienniku krytykował wszelkie poczynania nazistów, rozszyfrowywał propagandę prasową, kpił z bonzów partyjnych. Jego dziennik jest obrazem czasów wojny, która Kellner zdecydowanie potępiał i już we wrześniu 1939 roku uznawał za przegraną. Można się z niej dowiedzieć najróżniejszych rzeczy, na przykład, że już w czasie napaści na Polskę wprowadzono w III Rzeszy kartki żywnościowe. Kellner potępiał także bierność Anglii i Francji, które to państwa obwiniał za niemieckie sukcesy militarne. Przytacza także wypowiedzi wielu ludzi, z którymi rozmawiał, i nie może wyjść ze zdumienia, jak bardzo ludzie są okłamywani, jak bezkrytycznie wierzą w propagandę. Bardzo ciekawe świadectwo historyczne.

Jerzy Pilch "Wiele demonów"

Mała miejscowość w Beskidach. Połowa lat pięćdziesiątych. W tajemniczych okolicznościach znika młodsza córka pastora, Ola. Książka jest wnikliwym opisem małej społeczności ze wskazaniem na wzajemne relacje i oddziaływanie. Doskonały język, wiele humoru. Jest też kryminałem, który nie spieszy się do rozwiązania zagadki, z zaskakującym zakończeniem. Duszny klimat, atmosfera pełna napięcia. Bohaterowie żywi, krwiści, wiarygodni, pełni emocji, charyzmy. Każdy coś skrywa, każdy ma swego demona. Nie wiadomo komu ufać, komu wierzyć. W książce mieszają się także światy: magiczny i realny. Natura ludzka jest przez Pilcha pod lupą obserwowana, opisywana i w nawet skomentowana. Każdy jest inny. Jest to także książka o miłości, a raczej o miłościach, jak potrafią się od siebie różnić. Pilch na[pisał ją w formie gawędy snutej przez naocznego obserwatora wydarzeń. Świetna powieść, jedna z lepszych, które ostatnio czytałem.

wtorek, 16 maja 2017

Stanisław Lem "Dzienniki gwiazdowe"

Jest to absolutne arcydzieło. Książka była pisana na przestrzeni niemal czterdziestu lat, od 1954 do 1993 roku, w którym Lem opisał ostatnia podróż Ijona Tichy'ego. Tichy to międzygwiezdny podróżnik odwiedzający planety we Wszechświecie. Spotyka na nich najprzeróżniejsze istoty o różnym stopniu rozwoju cywilizacyjnym, ale wszystkie obciążone są czysto ludzkimi wadami i przywarami. Pod płaszczykiem science-fiction Lem nieustannie przygląda się naszej cywilizacji i z niepokojem opisuje kierunki jej rozwoju. "Dzienniki gwiazdowe" pełne są aluzji do zimnej wojny, komunizmu, zachodniego konsumpcjonizmu, do bezmyślnego rozwoju techniki, przeludnienia. Doszukiwać się można zresztą najprzeróżniejszych aluzji. Zabawa jest przednia. Na jednej z planet Tichy styka się na przykład z wyszalniami, czyli z miejscami wyładowania złych emocji. Przygody Ijona Tichy'ego napisane są językiem niezwykle barwnym. Lem lubi bawić się słowem, jego znaczeniami, często je zmieniając. Uprawia też namiętnie słowotwórstwo. "Dzienniki" aż iskrzą się od nowych słów, w czym Lem przypomina Leśmiana. Lektura książki daje ogromną satysfakcję, bawi, w wielu momentach wywołuje kaskady śmiechu, jednocześnie dając sporo do myślenia. Można ją czytać na wielu poziomach i nigdy nie nuży, gdyż zawsze odkrywa się w niej coś nowego, co wcześniej umknęło uwadze czytelnika. Jest to książka z tych, do których zawsze się wraca. Pomysłowość Lema nie zna granic, podobnie jak jego fantazja. Już ogromna satysfakcję sprawia odszukiwanie nawiązań, a jest ich całą beczka. Od barona Münchhausena, przez Guliwera, Robinsona Crusoe, bajki Krasickiego, pamiętniki Paska, po współczesność. Czytając "Kongres futurologiczny" przestajemy się dziwić, że zawistny Philip K. Dick napisał na Lema donos do FBI, bo Lem pisarsko wyprzedził go o lata świetlne i to na jego własnym terenie. Ale nawet pominąwszy doszukiwania się nawiązań literackich, odnajdywanie w "Dziennikach gwiazdowych" dwuznaczności i aluzji do życia ludzi na planecie Ziemia ukrytych w świecie obcych, dziwnych cywilizacji daje czytelnikowi przednia zabawę. Dodawszy jeszcze niesamowitą porcję humoru czytelnik nie może nie być zadowolony z lektury przygód Ijona Tichy'ego. Rzadko polecam książki, gdyż uważam, że każdy posiada swój gust, swoje upodobania, dlatego zazwyczaj ograniczam się do w miarę obiektywnego opisu lektury, w tym wypadku jednak nie mogę, po prostu nie mogę się powstrzymać i muszę, naprawdę muszę Wam tę książkę polecić. Tłumaczy mnie fakt, że czynię to z czystym sercem i że wielu z was będzie mi jeszcze za to wdzięcznymi ;)

niedziela, 14 maja 2017

Vladimir Nabokov "Maszeńka"


Nabokov w przedziwny sposób uwielbia splatać ludzkie losy i już w jego debiutanckiej powieści "Maszeńka", opublikowanej w 1926 roku, jest to nad wyraz widoczne, a nawet - można tak rzec - stanowi kanwę książki. W berlińskim pensjonacie wdowy Dorn mieszkają rosyjscy emigranci, wśród nich Ganin i Ałfirow. Ałfiorow oczekuje przybycia żony, której nie widział ze względu na zawieruchę rewolucyjno-wojenną kilka lat. Ganin zamierza wkrótce opuścić Berlin i przenieść ię do Francji. Podekscytowany Ałfiorow pokazuje Ganinowi fotografię zony, w której ten, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu - rozpoznaje swą młodzieńczą miłość, Maszeńkę. W myślach Ganina pojawia sie solidny zamęt, wspomnienia zaczynają mieszać się z rzeczywistością, a nawet dominować nad nią. Lew Ganin postanawia odebrać Ałfiorowi żonę, lub inaczej mówiąc odzyskać dawne uczucia, które tak w nim wezbrały.

"Maszeńka" jest powieścią niewielkich rozmiarów, co nie przeszkodziło Nabokovowi stworzyć misterna i pełną splątanych z sobą ludzkich losów książkę. Sam fakt umieszczenia w pensjonacie kilku bohaterów, którzy mimowolnie natykają się na siebie, prowadząc na małej przestrzeni swój emigrancki żywot, musi doprowadzić do efektu wzajemnego przenikania się. Małą przestrzeń posiada charakter klaustrofobiczny. Już otwarcie powieści ukazuje  Ganina i Ałfiorowa uwięzionych w windzie pozbawionej światła. Okna pensjonatu z jednaj strony wychodzą na kolejowe tory, tak ze Ganina nie opuszcza wrażenie, że pociągi przejeżdżają przez jego pokój. Na korytarzu wciąż się ktoś na kogoś natyka. Owe drobne szczegóły budują niepokojącą atmosferę "Maszeńki". Rzeczywistością Ganina jest wielkomiejski hałaśliwy Berlin, podczas gdy jego myśli sięgają do sielskiej i wiejskiej miejscowości wypoczynkowej nieopodal Petersburga, gdzie poznali się i pokochali z Maszeńką.

Książka jest więc zbiorem kontrastów. Przeszłość i dzień dzisiejszy. Miasto i wieś. Pociągi w Berlinie i rower młodego Ganina na wiejskiej rosyjskiej drodze. Rodzinny dom i emigracja. Rzeczywistość i marzenie. I jeszcze kilka pomniejszych. Kontrastuje także sama forma książki, która raz sięga po ekspresjonizm i modernizm (opisy Berlina), innym razem stawiając na liryzm i sentymentalizm nawet (wspomnienia czasu spędzonego z Maszeńką na wsi). Ton powieści także rozpięty jest pomiędzy różne półtony, od groteski (owo zamknięcie w windzie nie jest niczym innym), przez tragizm, liryzm aż po beznamiętność ostatnich stron książki. Obok prozy w książkę Nabokov wplótł także fragmenty wierszy oraz listy Maszeńki do Ganina. Zabieg ten jak najbardziej ma w powieści swoje zastosowanie, gdyż uwypukla groteskowość i powikłanie losów.

Czy kilka dni Ganina spędzone w malignie, we wspomnieniu, w podekscytowaniu, w obłokach w oczekiwaniu na przyjazd Maszeńki doprowadzą do zmiany? Czy Ganin ucieknie z Maszeńką do Paryża? Jak zareaguje Maszeńka na widok Ganina witającego ją na peronie? Takie pytania nurtują podczas lektury książki Nabokova, który stworzył na jej kartach pozornie statyczna sytuację. Statyczną, gdyż akcja książki rozgrywa się przede wszystkim we wspomnieniach Ganina. Pozornie, ponieważ wspomnienia owe zmierzają ku realnemu celowi, który napędza teraz Ganina solidnie naelektryzowanego, że tak powiem, oczekiwaniem na przyjazd dawnej ukochanej. Nie do końca wiadomo, czy miłość wygasła. nie wiadomo, czy odżyje. nie jest powiedziane, jak zachowają się dawni kochankowie. I przez to napięcie czytelnik musi przejść wraz z przewracaniem kolejnych stron powieści. Nie sposób zadać sobie kilku pytań o to, jak opisana w książce sytuacja wpłynie na losy bohaterów. Czy miłość przetrwała? Czy to tylko wspomnienie na chwilę zawładnęło duszą stęsknioną za przeszłością? Wspomnienie dawnych dobrych czasów snute w wielkim obcym mieście położonym w odległym kraju, w którym przez ciasne pokoiki pędzą masywne i hałaśliwe parowozy.