środa, 19 lipca 2017

Nadieżda Mandelsztam "Wspomnienia"

     "Wspomnienia" zaczynają się od pierwszego aresztowania O.M. Nadieżda wydobywa z pamięci fakty aż do powtórnego aresztowania poety. Książka kończy się próba odtworzenia z relacji świadków ostatnich miesięcy życia Mandelsztama w obozie. Jest to próba oddzielenia prawdy od legendy, zdarzeń autentycznych od wymyślonych. Pełen dramatyzm tych ostatnich stron jest w stanie pojąć jedynie ten chyba, kto doświadczył tego samego; wszelka empatia jest, musi być zawodna, połowiczna.
   Gdyby nie Nadieżda Mandelsztam, nie znalibyśmy dziś wierszy Osipa Mandelsztama z okresu po pierwszym aresztowaniu, w Woroneżu, na wygnaniu. Znalibyśmy tylko wczesne wiersze z okresu akmeizmu, te, które zdołał jeszcze poeta wydać, zanim (już) w połowie lat dwudziestych nigdzie nie mógł już liczyć na jakąkolwiek publikację. Nadieżda Mandelsztam ocalała cudem, więc wiersze jej męża swe życie także zawdzięczają cudowi; po drugim aresztowaniu O.M. (tak o nim pisze we "Wspomnieniach") Nabieżda nie była nigdzie zameldowana i jej tułacze życie po obrzeżach wielkich miast ocaliło ją, która nosiła w sobie wiersze Mandelsztama. Tak, nosiła w sobie, ponieważ uczyła się ich wszystkich na pamięć, każdego dnia powtarzała je, by nie zapomnieć. Czyż to nie jest piękny dowód miłości?
     Pomiędzy oboma aresztowaniami były cztery lata zesłania, głównie w Woroneżu ("Woroneż - wroni nóż" pisał poeta w jednym z wierszy), gdzie cierpiąc ogromna biedę małżeństwo Mandelsztamów  z jednej strony obawiało się w każdej chwili ponownego aresztowania, z drugiej strony czerpało radość z każdej zyskanej chwili. To wygnanie było zawieszeniem życia. Nie wyobrażam sobie, co mogli czuć. Nadieżda opisuje wszystko po kilkudziesięciu latach precyzyjnie, chłodno, bez krzyku, spokojnie, bez łez. Pamięta ludzi, fakty, przywołuje obawy, wymienia nazwiska, sytuacje, ich wagę. Zadziwia fakt, jak w ZSRR z niby błahych oficjalnych komunikatów ludzie potrafili odczytywać nadchodzące zmiany, czystki, innymi słowy, spoglądać we własną przyszłość. Było to przeczuwanie nadchodzącej grozy, a raczej przeczucie jej nasilenia, gdyż sama groza nigdy nie ustawała, zbliżania się ogromnych fal, jednej za drugą. Fal niosących zniszczenie.
     Wspomnienia Nadieżdy Mandelsztam pokazują siłę wiary w to, co się robi, przekonanie o konieczności. Osip Mandelsztam zdając sobie doskonale sprawę z konsekwencji tego co robi, nie przestał pisać wierszy. Nie potrafił. Nie mógł. Mawiał do żony, że w ZSRR poeci muszą być ogromnym zagrożeniem dla systemu, skoro zabija się ich za wiersze czyli za zapisane słowa. Nadieżda wspomina przyjaźń Mandelsztamów z Anną Achmatową. Zwraca uwagę, ze była to jedyna osoba, która nie bała się odwiedzać wygnańców w Woroneżu. Dlatego być może, że żyła tak samo w strachu; jej mąż Gumiłow, również będący poetą, został zastrzelony przez Czeka już na początku lat dwudziestych, a syn Anny Achmatowej tkwił w obozie. Achmatowa rozpaczliwie starała się o jego powrót. Dlatego rozumiała sytuację Mandelsztamów. Pomocy Mandelsztamom udzielał także Wiktor Szkłowski (ten sam, który pomagał w latach 40-tych Aleksandrowi Watowi). "Wspomnienia" opowiadają o strachu, o milczeniu, o wycofaniu, o niepodawaniu ręki, o nieprzyznawaniu się do znajomości, o stłamszeniu dobra w człowieku, o bohaterskich wyjątkach, takich jak Szkłowski i Achmatowa.
     Tłem wspomnień Nadieżdy Mandelsztam jest życie w państwie terroru. Życie osobiste wpisane w polityczny horror. Jest to więc relacja nie tylko z życia zaszczutej inteligencji, konkretnych, żywych osób, ale także panorama egzystencji w państwie, które prześladowało swoich własnych obywateli, w systemie, który likwidował swoje dzieci, swoich gorliwych wyznawców. Nadieżda Mandelsztam opisała także metody pracy swego męża, zostawiła ślad, w jaki sposób powstawała jego poezja. Wszystkie te czynniki wpływają na to, że "Wspomnienia" Nadieżdy Mandelsztam to szalenie interesująca lektura. Z naszej perspektywy odczytywać ją można w sposób nieco profetyczny: jak wyglądałby świat, gdyby... Ponieważ nigdy nie wiadomo, w którą stronę zwróci się historia. Po I Wojnie Światowej nikt nie wyobrażał sobie, że wkrótce nadejdzie Druga. Nigdy nie wiadomo, co zdarzy się w przyszłości. Oby same dobre rzeczy. Ale...

wtorek, 18 lipca 2017

Franz Kafka "Proces"

Książka przeczytana po raz setny i wciąż ten sam niepokojący odbiór, jako że najróżniejsze procesy wciąż trwają, większość ludzi niczego nie jest świadoma, rośnie kontrola instytucji nad człowiekiem, a ludzi bezbronnych i zagubionych przybywa. I niech nikogo nie zmylą tony rzeczy, którymi nas otoczono, uśmiechnięci i szczęśliwi ludzie w spotach reklamowych...Człowiek człowiekowi wilkiem, człowiek człowiekowi oprawcą, człowiek człowiekowi katem. Człowiek człowiekowi... a co dopiero bezduszna instytucja człowiekowi... Ponadczasowa metafora Kafki to labirynt, w którym ławo się zgubić, z którego trudno wyjść, którego nie można opuścić. Pozorne uwolnienie, pozorne wyjście z labiryntu. Oniryzm, metaforyczność, duszna atmosfera niepokoju tylko zwielokrotniają możliwość interpretacji. Pewne jest tylko to, że nie istnieje jedno jedyne wyjaśnienie. Znów labirynt, ponownie błądzenie, szukanie, zagubienie... Jeżeli chcielibyśmy odgadnąć prawdziwy zamysł autora - co więcej niż pewne jest nie do odgadnięcia - musielibyśmy zdecydować się wyłącznie na jedną interpretację, jednak wielkość tej powieści polega na tym, że można ja analizować na wiele różnych sposobów, a otrzymane rezultaty wcale się nie musza ze sobą kłócić. Każdy ma tu własne pole do popisu. Znając fakt zerwania zaręczyn Kafki z Felicią Bauer w 1914 roku, co uznaje się za impuls do rozpoczęcia pisania przez Kafkę "Procesu", dochodzi jeszcze jedna możliwość odczytania utworu, a mianowicie przez pryzmat życia osobistego. Rozgałęzienia labiryntu. Bez końca. Oprócz surrealistycznej fabuły uwagę zwraca język Kafki. czytać wielokrotnie złożone zdania Kafki, napisane precyzyjnie, z użyciem najstaranniej dobranych słów, biegać oczami przez spiętrzone poziomy ich konstrukcji - to najczystsza przyjemność dla miłośnika języka, jakiegokolwiek, bo każde zapisane słowo to magiczny znak, wydrukowane zaklęcie. Magia przeistaczania znaku w sens. Ha, popadłem w taki ton, jak gdybym bił w dzwon... :) Ale w taki właśnie sposób przenika do duszy języka muzyka ;) I tym oto wesołym akcentem dywagacje uznaję za zamknięte :)

poniedziałek, 17 lipca 2017

wtorek, 11 lipca 2017

Przemysław Słowiński i Danuta Uhl-Herkoperec "Urlike Meinhof. terror, seks i polityka"

     Po obejrzeniu filmu "Baader - Meinhof" w reżyserii Udi Edela pojawiło się we mnie sporo pytań, wątpliwości, zarysowań na obrazie sytego i bogatego państwa jakim była republika Federalna Niemiec. Chciałem się także dowiedzieć więcej na temat niemieckiego terroryzmu oraz ludzi, którzy tworzyli Frakcję Czerwonej Armii. Kiedy wpadła mi w ręce biografia Urlike Meinhof nie wahałem się i postanowiłem od razu się z nią  zapoznać, chociaż dziwny podtytuł "terror, seks i polityka" wyzwolił we mnie odrobinę bliżej niesprecyzowanej nieufności.
     Biografia zaczyna się od rozważań autorów na temat, czym był niemiecki terroryzm lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. W uproszczeniu autorzy oscylują pomiędzy walka o prawa a zwykłym bandytyzmem. Twórcy książki zadają również pytanie, na ile świadoma tego co robi była sama Urlike Meinhof. Po postawieniu pytań Słowiński i Uhl-Herkoperec przechodzą do opisu życia tytułowej bohaterki. Dzieciństwo w cieniu swastyki, powikłania rodzinne, poczucie sprawiedliwości małej Urlike, pierwsze doświadczenia życiowe, utrata ojca i zastąpienie go przez nową partnerkę życiowa matki. Powojenna młodość Urlike Meinhof została opisana na tle wydarzeń politycznych ówczesnych lat. Miały one zaciążyć na dalszych losach bohaterki książki. Niespodziewanie biografia zaczyna nabierać cech powieści; dzieje się tak kiedy autorzy zaczynają fabularyzować niektóre wydarzenia, a opisują je w sposób nieco irytujący, gdyż swymi opisami sytuacji, wydarzeń i rozmów sugerują, że byli tego wszystkiego świadkami. Biografia rozszczepia się na dwie połowy i rzetelność ulatuje z niej na rzecz szczegółowego opisu seksu. Nieufność związana z podtytułem książki zaczyna się coraz bardziej krystalizować.
     Ostatnia część książki przedstawia działalność terrorystyczna Urlike Meinhof. Przedstawiona jest ona głównie przez pryzmat napadów na banki, jakich RAF dokonywał na terenie całej Republiki Federalnej oraz opisu strzelanin, gdy któryś z członków organizacji natknął się na policję. Wspomniany jest też manifest napisany przez Meinhof, a dotyczący założeń RAF-u oraz miejskiej partyzantki. No i opisany jest także obóz szkoleniowy na Bliskim Wschodzie, gdzie członkowie Raf-u ćwiczyli się w strzelaniu i w rzucaniu granatami. Mimo że autorzy doskonale wiedzą, co czuła Urlike, kiedy ktoś zdejmował jej stanik, nie dowiemy się od nich o stosunkach panujących wewnątrz grupy. Fakt, że Meinhof nie lubiła się z Baaderem jest raczej niewystarczający. Baader rządził i krzyczał na członków, świadomy wyznaczonych celów ale jak z miłośnika szybkich i drogich samochodów stał się przywódca radykalnej lewicowej organizacji, o tym się w książce nie wspomina. Autorów nawet nie razi ten kontrast pomiędzy walką z systemem ogłupiającym ludzi dobrobytem, a indywidualnymi potrzebami liderów wojującej z tym systemem organizacji, potrzebami podszytymi konsumpcjonizmem.  Wszak Gudrun Ensslin tez nie została ujęta podczas napadu na bank, ale w trakcie zakupów w butiku...
     Książka stawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Odznacza się tez brakiem logiki. Nie oburza się mianowicie na strzały policji ostra amunicja do ludzi, natomiast krytykuje odpowiedź na nie. Zresztą w końcowej części w trakcie podsumowania autorzy zapominają o przyczynach, zajmując się jedynie skutkami. Myślę, że lepiej byłoby skupić się na suchych faktach, niż snuć niekonsekwentne rozważania i stawiać skrajnie subiektywne tezy. Sięgając po biografię Urlike Meinhof chciałem przede wszystkim wzbogacić swoja wiedzę w fakty, znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, nie ukrywam bowiem, że metoda walki zbrojnej nie jest dla mnie środkiem akceptowalnym, jednak potrafię zrozumieć ludzi postawionych pod ściana w sytuacji bez wyjścia. Tylko czy członkowie RAF-u znaleźli się w takiej ostatecznej sytuacji? Tego nie dowiemy się z tej książki. Dowiemy się natomiast o pierwszych uniesieniach erotycznych Urlike Meinhof. Druga i trzecia generacja RAF-u dokonała bardziej brutalnych i krwawych porwań i napadów, należałoby więc umieścić pierwsza generację w odpowiednim kontekście, daremnie jednak szukać jakiegokolwiek porównania. Mnożą się natomiast epitety "lewacki" i "banda", co sugeruje o braku obiektywizmu autorów. Jest natomiast podany prze[pis na zupę piwną, którą gotowała Urlike Meinhof... Takie "fakty" mówią same za siebie. Nie miałem jeszcze na moim blogu tagu "nie polecam". Ta książka jest pierwszą, która zmuszony jestem takim tagiem oznaczyć. I oby ostatnią.
PS. Fotografia okładki książki jest celowo zdeformowana korelując z treścią.

czwartek, 22 czerwca 2017

Elias Canetti "Tajemne serce zegara"

     "Tajemne serce zegara" Eliasa Canetti nie jest książką łatwą do czytania, ale też jest trudna do opisania. Canetti przez całe swe życie prowadził notatki, w których w aforystycznej na ogół formie zawierał swoje przemyślenia, opisywał swój stosunek do świata oraz do sztuki. Tematyka tych zapisków jest oczywiście znacznie szersza, tu staram się tylko uogólnić, by ewentualny przyszły czytelnik mógł mieć o książce jako takie wyobrażenie. W omawianym tomie znajdują się zapiski z lat 1973-1985 (w języku polskim ukazały się także wcześniejsze zapiski z lat 1941-1972 w książce zatytułowanej "Prowincja ludzka"). W przeważającej mierze mają one charakter aforyzmu, lapidarnego zdania, które stara się w zwięzły sposób wyrazić abstrakcję, tudzież objąć wzrokiem większa przestrzeń. Czasami zestawienie kilku zaledwie słów tworzy skojarzenie z czymś niewyobrażalnie wielkim, na przykład kiedy Canetti pisze o śmierci, o starości, o wspomnieniu. Niezbyt to obszerna książka, bo licząca zaledwie 162 strony, jednak jej pierwsza lektura wymaga poświęcenia czasu na zastanowienie się nad każdym kolejnym wersem. Nie ma tu galopowania. Albo jest, ale wówczas nie ma zrozumienia. Zresztą i zrozumienie nie zawsze przychodzi do czytającego niniejsze zapiski, nawet gdy ten nie spieszy się z lekturą. Niektóre zdania dotykają takich abstrakcji, że ciężko stwierdzić o co konkretnie chodzi. Przyczyny tego są różne: mój brak wyobraźni (odznaczę się tutaj nieskromna pokorą...), niezbyt gruntowna znajomość poruszanych zagadnień, także me nieobycie na opisywanych terenach, forma zapisków (bezosobowe zwroty, chyba autora do samego siebie, albo takie jak ten zapisek, od którego wziął się tytuł zbioru: "Nikomu nieznane tajemne serce zegara"), nieznajomość kontekstów osobistych (chociaż aluzje do trylogii autobiograficznej wyłapywałem) i ogólnych. Dokonałem teraz na sobie pokutnego biczowania, ale prawda jest taka, że niektóre książki niektórych autorów uczą pokory; czytelnik biorący się za lekturę, który zakłada, że wie wszystko, jest czytelnikiem, hmmm, jak by to nazwać?... Zbyt pewnym siebie? W każdym razie po zadanych sobie biczem razach zwrócę jeszcze uwagę na fakt, że zapiski te z całą pewnością nie były łatwe do tłumaczenia. Chciałbym w tym miejscu podziękować pani Marii Przybyłowskiej za wspaniałe tłumaczenia książek Eliasa Canetti na język polski. Kontynuując, do wielu z aforystycznych zapisków należy odnaleźć swój własny klucz. Nawet te nie do końca pojmowalne, mogą urzekać pięknem, poezją, czarem, mądrością, siłą skojarzeń w zestawionych ze sobą słowach. Do książki Canettiego można później wracać, mieć ją przy sobie i otwierać w dowolnym momencie na przypadkowej stronie, by odczytać losowo wybrane zdanie. Ja do Canettiego wracam często, myślą, wertując książki, czytając je od nowa. Warto sobie zadawać trud. Oto mój marnej jakości aforyzm na koniec recenzji.

niedziela, 18 czerwca 2017

Alfred Kubin "Po tamtej stronie"



     Alfred Kubin nigdy nie był pisarzem, chociaż napisał jedną jedyna książkę w swoim bardzo długim życiu. Był rysownikiem, grafikiem, malarzem, ale nie pisarzem. "Po tamtej stronie" Kubin napisał w szczególnym okresie swojego życia, po śmierci ojca i w trakcie choroby żony. Opuściły go wtedy siły twórcze i chociaż aż kipiał od pomysłów, nie potrafił je przenieść do swoich rysunków. Postanowił więc napisać powieść. Był rok 1909. Książkę napisał w 12 tygodni po czym już uwolniony od niemocy, zilustrował ją własnymi rysunkami. Jak już wspomniałem jest to jedyna książka napisana przez Alfreda Kubina, jest to też jedyna książka w swoim rodzaju, bo przed nim takiej książki nie napisał nikt..
     Całą fabułę w ogólnym zarysie opisać można w kilku słowach, byłoby to jednak spore uproszczenie, gdybyśmy skupili się wyłącznie na wydarzeniach. Jest to przecież w równym stopniu książka o Państwie Snu, jak też książka o kolorach. Kubin opisuje Państwo Snu w wielu barwach, są to jednak barwy ciemne, mroczne, barwy budzące strach i obawy, barwy wręcz monochromatyczne wraz z wieloma odcieniami, takie, jakie stosował w swoich pracach sam autor. Opowieść o przeprowadzce do Państwa Snów stworzonego przez Klausa Paterę gdzieś w Azji na granicy z Rosją to pozornie linearnie snuta narracja, która urasta do wielkiej metafory, wielkiej przepowiedni i wielkiego nierealistycznego snu.
     Patera wzbogaciwszy się w Chinach postanowił stworzyć swe własne państwo, państwo szczęścia, państwo do którego dotrzeć mogą tylko starannie wyselekcjonowani obywatele. Narrator, nie wymieniony w powieści z nazwiska, był kolegą szkolnym Patery, po czym na wiele lat stracił z nim kontakt. Teraz przybywa do niego wysłannik Patery z zaproszeniem do Państwa Snów. Narrator zgadza się zamieszkać w kraju Patery i wraz z żoną wyrusza do nowej ojczyzny. Otoczone gigantycznym murem Państwo Snu okazuje się czymś przeciwnym do raju, ale nie ma niestety z niego ucieczki, nie istnieje droga odwrotu. Początkowo warunki są znośne, lecz z upływem czasu pogarszają się. Na zdrowiu upada także żona narratora, a kiedy umiera, ten traci sens życia i równocześnie otwierają się mu oczy na otaczającą go rzeczywistość.
     Państwo Snu przypomina stary zbutwiały świat, w którym nosi się ubrania sprzed kilkudziesięciu lat, domy są na wpół zrujnowane i dzieją się dziwne rzeczy. W państwie nie ma jednolitej waluty, pieniądze mają zmienną wartość, a czasem nie płacąc za usługę można otrzymać jeszcze "resztę". Fryzjer-filozof posiada za pomocnika małpę, która wykonuje wszelkie czynności związane z goleniem. Nad Państwem Snu nie widać nieba, ani gwiazd, ani słońca, ani księżyca. Świat jest szary, ponury i przypomina świat takich późniejszych pisarzy, jak Franz Kafka czy Bruno Schulz. Wszyscy mieszkańcy kraju stworzonego przez Klausa Patere ulegają tak zwanemu Wielkiemu Czarowi Zegarowemu. Powyższe przykłady opisują doskonale dziwność tego państwa.
     Alegorycznie można odebrać "Po tamtej stronie" jako pierwszy opis zniewolenia społeczeństwa, na długo przed Huxleyem i Orwellem. Kubin podobnie jak Kafka intuicyjnie przeczuł i opisał przyszłość. Twórczość Kubina jest zresztą uważana za prekursorską względem ekspresjonizmu i surrealizmu. Można też powiedzieć, że w scenach końcowych książki (tych zatytułowanych "Piekło"), autor niczym Goya w swoich rysunkach przedstawia okrucieństwa i koszmary, które odbierać można jako przeczucie zbliżającej się I Wojny Światowej. Państwo Patery wraz z osłabieniem sił jego twórcy, który ogromną siłą woli kontrolował jego rzeczywistość, zaczyna popadać w chaos. Jeżeli życie w Państwie Snu na początku książki można nazwać dziwnym, to pod koniec zamienia się w jeden gigantyczny koszmar, co zresztą było do przewidzenia. Rozpad świata powoduje rozpad wartości oraz upadek obyczajów. Kubin wpisuje to oczywiście w fabułę, potęgując tym samym jej ponury wydźwięk.
     W książce zawartych jest mnóstwo fantasmagorycznych opisów, przypominających senne marzenie. Do końca nie wiadomo, czy wydarzenia opisane w powieści są marzeniem sennym, koszmarną rzeczywistością, czy też przeplataniem się jednego z drugim. Ogromna wyobraźnia autora sprawia, że "Po drugiej stronie" czyta się tak, jak gdyby oglądało się cykl grafik, przedstawiających niesamowite zdarzenia i niezwykłe stwory (Kubin nie przypadkowo ilustrował osiem tomów zbiorowego wydania pism Edgara Allana Poe), świat niczym z surrealistycznych obrazów, budzący niepokój, przerażenie, koszmary, lęk, zgrozę.
     Niezwykłość książki Alfreda Kubina polega na jej wielowymiarowości. Nie każda książka jest napisana niczym obraz. Nie każda powieść potrafiła przeczuć nadchodzące czasy, wojnę, biurokrację, przemoc. Nie każdy autor pisząc powieść kładł podstawy pod nowe kierunki w sztuce i chociaż Kubin robił to przede wszystkim w swoich rysunkach, to jednak niepokojąca ich atmosfera, bliźniacza do późniejszego nadrealizmu, znajduje się także w jego powieści; ekspresjonistyczny krzyk przerażenia w surrealistycznym świecie przypominającym koszmar. Współczesny czytelnik bez trudu rozpozna opisany przez Kubina świat - może dzięki temu właśnie, że opisany jest w sposób metaforyczny, czyli uniwersalnie, ale też dzięki temu, że takie rzeczy zawarte w "Po tamtej stronie" jak groteska, absurd, koszmar, strach, dezintegracja i wiele innych to są wciąż elementy, z którymi nie potrafiliśmy się uporać, które bez trudu wyłowić można z całokształtu naszej współczesności, które nie zniknęły z niej do tej pory.
     Wciąż żyjemy w niepewności. Nasza rzeczywistość jest w miarę okiełzanym chaosem, ale chaos posiada cechę uśpionego wulkanu: w każdej chwili może się obudzić. Wielu wielkich pisarzy opisało nasz świat i rządzące nim siły: niepewność, absurd, przypadek, biurokrację, nieład, przemoc, autokrację, kłamstwo. Obok Orwella, Kafki, Sołżenicyna, Huxleya i wielu, wielu innych postawić można także śmiało Kubina, mimo ze napisał tylko jedna książkę. Tyle tylko, że Kubin swoją książkę napisał najwcześniej, stał się tym samym prekursorem i profetycznym wizjonerem. Nie można o tym zapomnieć, czytając "Po tamtej stronie". I dlatego też warto dziś czytać Kubina, nie tylko ze względu na jego niepokojącą, fantastyczną, niezwykłą, senną wizję świata.

środa, 14 czerwca 2017

Zuza Malinowska "Złoty wąż"

     Kiedy zbudujesz domek z kart i kiedy wyjmiesz z jego środka jedną z nich, istnieją trzy możliwości tego co się zdarzy. Pierwsza możliwość: domek pozostaje nienaruszony, druga: domek częściowo się wali, trzecia: cały domek z kart ulega zniszczeniu. Drugi wariant posiada mnóstwo wariantów podrzędnych, gdyż zniszczenia mogą przybierać mniejsze bądź większe rozmiary. I tak jest w życiu, jedna decyzja powoduje rozwój wypadków, których nie da się cofnąć, jednak gdyby wybrać w kluczowym momencie coś całkiem innego, wydarzenia potoczyłyby się w sposób alternatywny i to one byłyby realistyczne, a wszelkie inne stałyby się jedynie utraconymi możliwościami. "Złoty wąż" Zuzanny Malinowskiej to powieść opowiadająca o takich alternatywnych wyborach i o tym, co by było gdyby...
     Akcja książki, a raczej wypadałoby powiedzieć, że akcje, więc tak właśnie mówię: akcje toczą się względem siebie równolegle, prostopadle i nachodzą na siebie niczym sinusoida na linie prostą. Dlatego trudno wskazać tylko jednego bohatera powieści. Bohaterami w świecie realnym są Iza, Adam oraz Ivo. Iza i Adam są małżeństwem, które przechodzi kryzys. Kiedyś ogarnięci szaleńczą miłością, teraz powoli stygną, chociaż wciąż są do siebie bardzo przywiązani, Czytają sobie wzajemnie historię o złotym wężu Oronie i jego miłości do Wei. W książce Malinowskiej, napisanej wartkim, świetnym, bogatym i urozmaiconym językiem o wysokiej kulturze, który jednak nie sprawia kłopotu czytelnikowi, nie spowalnia go, w książce tej światy wzajemnie się ze sobą przenikają, bohaterowie podejmują decyzje, które rzutują na ich przyszłość, przybliżając ich bądź oddalając od celów. Czasem są w pełni odpowiedzialni za podjęte decyzje, czasem kieruje nimi silna namiętność, a czasem konieczność. Wzajemna koegzystencja światów oraz ich przenikanie się jest bardzo charakterystyczne dla "Złotego węża"; książka posiada kunsztowną, skomplikowana formę. Na pierwszy rzut oka zdaje się być gąszczem trudnym do przebycia, jednak kiedy czytelnik zdecyduje się poddać narracji i swobodnie pozwoli się jej unosić, wówczas lektura na pewno doprowadzi do całościowego obrazu, do połączenia pozornie porozrzucanych elementów układanki w jedną logiczna całość.
     Ścieżki bohaterów biegną w różne strony, ale zawsze towarzyszą im dwie siły, od których nie potrafią uciec, ani nawet oddalić się. Są to miłość i śmierć. Pierwsza siła, sprawcza, stanowi o wartości ludzkiego życia. Dla niej są w stanie ponieść konsekwencje, przejść przez liczne próby, doświadczyć zagrożenia, ponieważ warto kochać, ponieważ miłość sprawia, że życie nabiera sensu. Druga, śmierć, siła destrukcyjna, stoi w opozycji do miłości. Dla bohaterów walczących o miłość śmierć stanowi finalną ewentualność podjętych przez nich starań; w razie porażki czekać ich może taki koniec. Podróż węża Orona, ucieczka Adama, bądź chore serce Ivo to ocieranie się o śmierć, mniej lub bardziej realną, a raczej mnie lub bardziej prawdopodobną. Malinowska zdaje się mówić, że zły wybór niesie w sobie ryzyko ostateczności. Bohaterowie zarówno w świecie realnym jak i w krainach baśniowych często znajdują się na rozdrożach, zmuszeni do dokonania wyboru,którego konsekwencji nie są w stanie przewidzieć. W zależności od tego, jaka kartę wyciągną z domku, nic się nie stanie, ich świat częściowo się zawali, albo runie w całości jak domek z kart. "Złoty wąż" jest książką o podejmowaniu decyzji, o kluczowych i decydujących momentach, ale też o konsekwencjach i alternatywach.
     Przenikanie się światów uważam w książce Malinowskiej za wyśmienity pomysł.  Baśniowy świat, który nawiązuje do poprzedniej książki Zuzy Malinowskiej "Drzewo opowieści", jest opisany i opowiedziany barwnie i pomysłowo; mimo że zawiera wiele znanych baśniowych elementów, fragmenty rozgrywające się w baśniowych krainach czyta się z zapartym tchem. szczególnie udana i brawurowa jest opowieść o staraniach Luga o rękę Amiry, Jest to kolejna opowieść w opowieści, niezwykle barwna, intrygująca, wręcz cudowna. Baśniowe opowieści Malinowskiej maja posmak "Siddharthy" Hermanna Hesse oraz "Opowieści z tysiąca i jednej nocy". Ich posmak jest nieco orientalny, trochę przygodowy i odrobinę filozoficzny, jak filozoficzna jest w sumie cała książka Zuzy Malinowskiej "Złoty wąż". Bez baśniowych historii, książka Malinowskiej byłaby może nie prosta, ale jednowymiarowa opowieścią o poszukiwaniu miłości, o kruchości miłości, o utracie miłości, o przechodzeniu z miłości w miłość. Klechdy baśniowe wzmacniają sens powieści, ubarwiają ją, podkreślają wymowę, będąc jednocześnie samoistnymi pięknymi historiami na ten sam temat: którą drogą pójść, którą wybrać ścieżkę, dokąd dojdę, czy wybrałem słusznie i co spotka mnie na końcu drogi:miłość albo śmierć. Albo pustka.
     Kiedy nie wiesz, co masz zrobić, gdy nie wiesz jak masz to zrobić, nie wyciągaj karty z domku zbudowanego z wielu różnych kart. Czy wiesz, która kartę masz wyciągnąć? Czy wiesz, co stanie się, gdy zdecydujesz się na tę jedną, na tę właśnie kartę? Czy dokonasz właściwego wyboru? Życie jest gąszczem najróżniejszych wyborów. Życie jest miłością, do której chcesz zmierzać, ale musisz wybrać właściwa drogę. Życie jest porażką, gdy zboczysz z właściwej drogi. Ale skąd miałeś w chwili wyboru wiedzieć, że ta właśnie przed momentem obrana droga jest tą właściwą? Zuza Malinowska w swojej pięknej filozoficznej, baśniowej i realistycznej zarazem książce zadaje powyższe pytania. Uzyskać na nie odpowiedź jest na pewno trudno. Ale warto przeczytać "Złotego węża" i samemu spróbować odszukać odpowiedzi. Warto wyruszyć w podróż, której kresem jest poznanie odpowiedzi. to podróż wgłąb siebie. To podróż w życiowe meandry, zakręty i rozdroża. Ruszajmy więc!

poniedziałek, 12 czerwca 2017

146. "Samotnicy" [1992]

"Singles", reż. Cameron Crowe [USA, 1992]
Pierwszy raz film ten widziałem w epoce, w czasie rozkwitu kultury grunge i tej całej X-Generation. Miałem wtedy 25 lat. Teraz ten film ma 25 lat... Oczywiście odbieram go dzisiaj zupełnie inaczej, niż wtedy. Zacznijmy od tego, że nigdy nie byłem fanem grunge'u i że muzykę z tego nurtu uważałem za wtórną wobec muzyki z Ery Wodnika, za taka kalkę, tylko z bardziej podkręconymi potencjometrami.Nie był to więc dla mnie żaden film kultowy. Poza tym drażniła mnie moda, te czapki z daszkiem do tyłu, koszule flanelowe związane w pasie itp. To wszystko przysłoniło mi odbiór tego filmu.
Dziś jest to dla mnie fajna komedia romantyczna, ale taka a rebours przez większą część, bo wszyscy chcieli i równocześnie nie chcieli być ze sobą, mieli wątpliwości, zawahania wymieszane z okresami zatracenia zmysłów.
Sporo jest w tym filmie doskonałych dialogów, o których nie pamiętałem przez te 25 lat. Jest nawet jeden świetny wywód o kondycji współczesnej muzyki, że nie ma już takich kompozycji jak "Iron Man" czy "Smoke On The Water", zakończoną stwierdzeniem, że wkrótce nawet wojny będą sponsorowane, co przechodzi już w aluzję do plastikowej kondycji współczesności. Dużo też Crowe zawarł w filmie trafnych obserwacji męsko-damskich, nadając im nieco gorzko-kwaśny posmak. Nie ma w tej komedii romantycznej fragmentów lukrowanych i przesłodzonych. Można powiedzieć, że zakończenie filmu jest nazbyt hollywoodzkie, jednak gdy przeanalizuje się zmienność losów par w trakcie filmu, to nie możemy dać żadnej gwarancji, że zakończenie takie byłoby definitywne, gdyby film trwał na przykład pół godziny dłużej. Dla mnie nie jest to w każdym razie zakończenie zamknięte.
Bardzo fajnie Crowe ukazał krąg przyjaciół, wzajemne relacje, wspomaganie się, pocieszanie, próby rozbudzania uczuć. Trafiona jest także konstrukcja filmu, ten podział na opatrzone tytułem epizody. Na pewno nie można powiedzieć, że "Samotnicy" jest typowa dla swojego gatunku. Pozornie posiada wszystkie elementy charakterystyczne dla komedii romantycznej, ale poszczególny rysunek, tonacje, akcenty, lekko ironiczny wydźwięk wielu scen wyróżniają film Crowe'a od innych filmów z tego gatunku. Nie ma tez w filmie żadnego bogacza zakochanego w ubogiej obrończyni starych domów, czy wysoko postawionego polityka zadurzonego w niani, nie, są zwykli młodzi ludzie starający się odnaleźć miejsce w świecie, niewiele mogący, uczący się i dorabiający do studiów praca w kawiarni. jest to więc film adresowany do młodych ludzi.
Tak. Z pewnością przede wszystkim młodzi ludzie wybierali się na "Samotników" do kin, jednak trudno nie zauważyć, że jest to film uniwersalny. Teraz, z perspektywy lat trudno mi powiedzieć o tym filmie, ze jest pokoleniowy, bo problemy w nim poruszone dotyczą ludzi zarówno sprzed ostatniej dekady XX wieku, jak in obu dekad wieku następnego. W mniejszym stopniu alienacja i życie samotnicze było typowe dla jednostek już przed wiekami; nie jest to w każdym razie żadna nowość.
Pod względem muzycznym film "Samotnicy" tez nie jest sztandarem ówczesnego pokolenia. Fakt, ze sporo w nim muzyki grunge, ale motyw przewodni filmu to zwykły popowy kawałek z odrobinę bardziej przesterowana gitarą. Zespół Cliffa jest jak gdyby parodią grunge'u, a Eddie Vedder, który gra w filmie samego siebie, w zespole pełni rolę nie wokalisty, ale perkusisty. Niemniej ducha czasu bez trudu da się w filmie wyczuć, ale od strony muzycznej raczej, bo buntu, kontrkulturowej niezgody, opozycji wobec amerykańskiego snu w filmie nie ma. Hołd dla rocka jest złożony klasykom: Cliff gra na gitarze na grobie Hendriksa, Steve ma płyty The Who, The Clash, Lou Reeda, a ulubioną piosenką Lindy jest "May This Be Love" oczywiście wykonywaną przez The Jimi Hendrix Experience. Chociaz oczywiście pojawiają sie też murale Mother Love Bone, koszulki z Mudhoney czy SUB POP W filmie pojawiają się na scenie dwa zespoły, Alice in Chains oraz Soundgarden. Czy zrządził to przypadek, czy jakieś mroczne przeznaczenie, ale zarówno wokalista Alice in Chains Layne Staley jaki i frontman Soundgarden Chris Cornell już dziś nie żyją (podobnie jak basista Mike Inez),a żaden z nich nie umarł śmiercią naturalną. Życie dopisało więc swoisty ponury epilog do filmu Camerona Crowe'a i dopowiedziało to czego reżyser nie ukazał, a mianowicie ciemnej strony życia i permanentnej bliskości śmierci. Nadaje to filmowi obecnie całkiem nowy wymiar, ukazuje bowiem osoby, które wtedy były jeszcze still alive, chociaż Staley był już w 1992 roku poważnie uzależniony od heroiny, zmieniając go w swoisty dokument. Chwila, która została utrwalona w bursztynie...
Zadziwiające jest to, jak prędko mija czas, jak elektryzująca muzyka zmienia się w klasykę, jak moi rówieśnicy obrócili się w kamienne posągi pokryte patyną, lecz pozbawione oddechu. Już dawno słowo singiel przestało znaczyć przede wszystkim winylową płytę puszczaną na 45 obrotów, tak kojarzy się jedynie rockowym dinozaurom, dla pozostałych oznacza coś zupełnie innego. Również sens bycia szczęśliwym zmienił znaczenie, ponieważ szczęśliwym można być obecnie żyjąc samemu poza stałym związkiem. Film Crowe'a nieśmiało sugerował już taka sytuację, przewidywał zmianę, jednak nie czynił to pełnym głosem. Sam film także nie jest już dzisiaj tym samym, czym był 25 lat temu, czyli próbą sportretowania Pokolenia X, chociaż nadal bardzo dobrze oddaje atmosferę zagubienia, błądzenia i poszukiwania sensu. Nadal jest to bardzo dobry film o ludzkich uczuciach i pragnieniu bliskości, jednak nie za wszelką cenę, w mieście Jimiego Hendriksa w czasie, gdy dobiegał kresu poprzedni wiek.

sobota, 10 czerwca 2017

Robert Walser "Willa Pod Gwiazdą Wieczorną"

   
     Na literackiej mapie wszechświata lśnią jasno swym odwiecznym blaskiem nazwiska pisarzy, których sława i renoma zdają się nie przemijać, mimo zmiany mód na poszczególne gatunki literackie. Ale na mapie tej prawdziwy miłośnik literatury nie może spocząć na zaznajomieniu się wyłącznie z tym tylko, co najjaśniejsze. Prawdziwy miłośnik literatury, którego charakteryzują otwarte serce i gibki umysł, jest poszukiwaczem pereł, białych kruków, zapomnianych książek i pisarzy. W trakcie takich poszukiwań trafiłem na dwa nazwiska, które mnie zainteresowały. Jednym z nich jest Robert Walser, szwajcarski pisarz z początku ubiegłego wieku, który za życia doceniany był wprawdzie przez współczesnych (cenili go Hesse, Kafka i Musil), jednak nie zdobył większej popularności, niczym Van Gogh popadł w szaleństwo i ostatnie 20 lat życia spędził w zakładzie dla umysłowo chorych.
     Walser był osobą nieporadną życiowo, więc zadziwiający jest fakt jego wczesnego uniezależnienia się od rodziny, prowadzenia życia wędrownego i samotniczego (podobnie jak Rilke i Hesse) oraz liczba wykonywanych przez Walsera zawodów nie związanych z pisaniem. Życie Walsera stało się inspiracja dla jego pisarstwa, pomysły czerpał z własnego doświadczenia i z obserwacji. Tak jest w powieści "Willa Pod Gwiazdą Wieczorna".
     Książka opowiada historię Józefa Marti, który został zatrudniony jako pracownik w biurze pana Toblera. Biuro mieści się w tytułowej willi. Dla Józefa zamieszkanie w niej i podjecie pracy równa się z podniesieniem swego dotychczasowego poziomu życia. Tobler jest wynalazcą i w chwili zatrudnienia Józefa zajęty jest projektem zegara reklamowego.
     Pierwsze, co uderzyło mnie w książce Walsera, to precyzyjny język. Walser buduje bardzo klarowne zdania, które niosą w sobie należyta treść, jednak nie są to zdania skąpe w informacje. Przymiotniki używane są w sporej ilości, dzięki czemu opisywany podmiot nabiera naturalnej wielowymiarowości, jest rozpatrywany z wielu stron, co mogłoby sprawiać wrażenie barokowego przesytu, tak się jednak nie dzieje, gdyż opisy Walsera są precyzyjne i służą opowiadaniu. Nie maja charakteru pustych pięknych ornamentów. Takim językiem Walser buduje prawdziwą gęstwinę sensów i znaczeń opowiadanej historii służby Józefa Marti u wynalazcy Toblera. Owo bogactwo osiągnięte zostało także dzięki zabiegowi częstych zmian punktu widzenia, płynnego przechodzenia od ukrytego narratora do subiektywnych przemyśleń Józefa Marti.
     Książka Walsera ukazała się w 1908 roku, lecz mimo faktu, że od tego czasu upłynęło już niemal sto dziesięć lat i że obecnie zawód służącego nie przeżywa swej drugiej bądź trzeciej młodości, zawarte w niej problemy są po dziś dzień aktualne i palące. Należy do nich z pewnością przemoc na bezbronnych dzieciach, faworyzowanie ulubieńców, nieustanne starania o środki finansowe, niepewność przedsięwzięć w dobie kapitalistycznej samowolki, niekompetencja w prowadzeniu interesów, życie ponad stan, walka z wierzycielami, popadanie w długi, wykorzystywanie pracowników przy jednocześnie niskich wypłatach poborów. Walser opisuje to wszystko w swej książce, łącząc ze sobą wszystkie te problemy, zamykając je w obrębie posiadłości Toblera. Zadziwia aktualność i niezmienność tych problemów. Czytając książkę Walsera odnosi się wrażenie, że ma się przed sobą metaforę współczesnego świata, że nihil novi pod słońcem.
     Atmosfera powieści Walsera jest duszna i jak żywo przypomina książki Franza Kafki, który przyznawał się do inspiracji twórczością Roberta Walsera. Tobler usiłuje w coraz bardziej rozpaczliwy sposób znaleźć środki na produkcje swoich wynalazków. Błądzenie i poszukiwanie są u Walsera nie mniej beznadziejne, jak starania Józefa K. w "Procesie" o uniewinnienie. "Willa Pod Gwiazda Wieczorną" opisuje proces pogłębiającego się zmierzchu, upadku, pogrążania się, pozbywania się kolejnych szans na ratunek. Nie jest to jednak powieść depresyjna. Walser w doskonały sposób potrafi połączyć w niej kilka przeciwstawnych cech, które w obrębie jednej powieści stanowią o jej roziskrzonym i wiecznie żywym charakterze. Obok realnych, twardych opisów, Walser umieszcza piękne impresjonistyczne fragmenty. Przecudowny i pełen liryzmu jest opis nocnej wyprawy łódką, czarownej i poetyckiej wycieczki, a raczej chwilowej ucieczki od realnego świata. Obok precyzyjnych opisów, a raczej w ich strefie, Walser potrafi umieścić zdania pełne humoru bądź nawet ciętej ironii.
     Po lekturze książki odniosłem wrażenie, że została ona napisana własną krwią. Krwi utoczył z siebie inteligentny, ogromnie wrażliwy, wnikliwie obserwujący i z wielkim talentem potrafiący opowiadać pisarz. Jest to książka w której czuje się prawdę i szczerość, autentyczność wypowiedzi, wysoka kulturę języka, a jednak nie świadczy to czczej erudycji pisarza, mówi to o jego związku emocjonalnym z opisywanym światem, o smutku, który odczuwa, kiedy opisuje rozpad i o sympatii i współczuciu dla ludzi, których ten rozpad dotyka, których życie zmieni bezpowrotnie, spychając ich na margines. "Willa Pod Gwiazda Wieczorną" stała się dla mnie w ostatnim tygodniu objawieniem literackim. Jest to odkrycie pisarza i jego twórczości, która mnie olśniła i oczarowała. Warto cierpliwie szukać, aby odnaleźć zapomniane perły, takie jak książki Roberta Walsera.

środa, 31 maja 2017

W poszukiwaniu utraconych książek...

Otrzymałem zakupioną na Allegro za 1,30 zł książkę Roberta Walsera "Willa pod gwiazda wieczorną". Piękny tytuł, rzadka książka, zapomniany autor. Po otrzymaniu książki nasunęło mi się kilka refleksji. Otóż na załączonym zdjęciu widać, że książka trafiła do biblioteki w 1985 roku i została wypożyczona zaledwie jeden raz (to, że kupiłem książkę wycofaną z biblioteki zupełnie mi nie przeszkadza, bo treści to nie uszczupla :) ). Świadczy to o kilku rzeczach jednocześnie. Czytelnictwo w Polsce jest naprawdę słabo rozwinięte.Przeciętny, statystyczny czytelnik ogranicza się do romansów, kryminałów, fantastyki. Czytelnicy niechętnie poszukują i poznają nowych pisarzy, a jeszcze mniej grzebią w poszukiwaniu perełek, zdając się na łaski i niełaski public relation wydawnictw. Czytelnicy lekceważą historię literatury, co powoduje wątpliwość, czy oni tak naprawdę interesują się tą głęboką, szeroką i bezkresną dziedziną, skoro sami najczęściej ograniczają się do nowości wydawniczych. Tak, to jest gorzki post. Nie ma na celu nikogo obrazić i do nikogo konkretnego nie pije, raczej ma charakter ogólny, bezosobowy. Od długiego już czasu nurtują mnie różne tego typu wątpliwości. Widać, ze Cmentarz Zapomnianych Książek to przestrzeń niebywale pojemna, ale - co bardziej smutne - prawdziwa. To dzieje się obok każdego z nas, przechodzimy obojętnie obok książek, które mogłyby nas wzbogacić. Nie szukamy, więc również nie znajdujemy. Pozostajemy przy oklepanych ścieżkach, boimy wychylić się poza pewna, utarta drogę. A przecież idea antykwariusza polega właśnie nie na zapełnianiu półek powszechnie znanymi tytułami, ale na szperaniu w poszukiwaniu białego kruka, nieznanej perełki, zapomnianego autora, aby przywrócić go do życia, na wynajdywaniu rarytasów, na wiecznym poszukiwaniu książek, które przemówią do nas swoim cudownym językiem i oczarują nas na wieki...

poniedziałek, 29 maja 2017

"Leaves of Grass"

Śniło mi się przed chwilą. że na moim czytniku pojawiło się polskie tłumaczenie "Źdźbeł trawy" Walta Whitmana, a le po obudzeniu się nawet nie sprawdzałem, bo cuda się nie zdarzają i w Polsce nadal po tylu latach od pierwszego wydania (1855 rok) nie ma całego przekładu. książka dostępna jest jedynie w oryginale...



niedziela, 28 maja 2017

O nadmiernym zbieractwie...


Moim zdaniem każde obsesje są niebezpieczne i nigdy z niczym nie należy przesadzać. Pod tą ogólnie panująca miłością do książek kryje się wiele różnych rzeczy, od prawdziwej miłości do niezdrowej ambicji, od zbieractwa, bez możliwości przeczytania nawet części zebranych książek, po czytanie tylko tych esencjonalnych, najważniejszych, od czytania wyłącznie tylko jednego gatunku - co według mnie zaprzecza miłości do książek - po wszechstronną penetrację wszelkich odnóg i centr literatury, od czytania wyłącznie nowości po sięganie do najgłębszych korzeni, od czytanie dla rozrywki po traktowanie literatury jako nieodłącznego elementu życia i odnajdywaniu w książkach prawd i mądrości. i tak można mnożyć. A jeszcze jest wiele odcieni pośrodku i niezliczona ilość konfiguracji. Podobnie jest ze zbieractwem (chociaż to brzmi trochę negatywnie), tu też jest mnóstwo powodów, namiętności, planów, aby mieć, a potem przeczytać. Jako zwolennik złotego środka osobiście kolekcjonuję wyłącznie najbliższe mi tytuły, a nabywam tylko te, które zamierzam przeczytać. Obecnie mam zakupionych niedawno 6 książek z zamiarem ich przeczytania, co już przerasta na chwile obecna moje możliwości. A na półce stoją jeszcze książki kupione wcześniej, przed kilkoma miesiącami lub nawet latami z takim samym zamiarem. zwykła ludzka słabość nie pozwala zrezygnować z zakupu, a brak czasu utrudnia lekturę. No i tak to się nakręca, czyli człowiek wpada w błędne koło. I dobrze będzie, jeśli potrafi się z niego wydostać. I biada, jeśli tego nie zrobi, bo zostanie zasypany stosami, tomami, woluminami i regałami... 

Haruki Murakami "Po zmierzchu"

    Kiedy przyjrzeć się wielkiemu miastu, jakim jest Tokio, z góry, przypomina ogromny organizm złożony z milionów elementów. Każdy ma poczucie, że jest częścią całości i jednocześnie, że jest sobą, indywidualnym człowiekiem z nazwiskiem i z własną historią. W książce "Po zmierzchu" Murakami postanowił przyjrzeć się bliżej kilkorgu mieszkańców miasta, których ścieżki przecinają się, łączą, bądź zbliżają do siebie, lecz nigdy się ze sobą nie zetkną.
    Akcja toczy się w ciągu kilku nocnych godzin u schyłku jesieni, kiedy długo trzeba czekać na świt. Jest to opowieść o przygodnych spotkaniach, o ludziach zagubionych w ciemnościach, żyjących z dnia na dzień, starających sobie jakoś radzić. Każdy z nich ma swoje sprawy i przeszłość. Murakami stara się, żeby jego bohaterowie nie byli z papieru, stąd podczas nocnych spotkań, nawet nie zawsze świadomie, o coś chodzi, rodzą się powiązania i ludzie zaczepiają się o siebie wzajemnie, na chwilę, na kila dłuższych chwil. Krzyżowanie się ścieżek bohaterów wywołuje poczucie zagubienia i odnajdywania, zbliżania się i oddalania. O wszystkim decyduje przypadek. W wypadku małej zmiany Takahashi równie dobrze mógł nie spotkać w całonocnym barze Mari Asai, wówczas nie zagadnąłby dziewczyny i wydarzenia potoczyłyby się w zupełnie inny sposób. Mari nie poznałaby w tym wypadku Kaoru, jej wejrzenie w tokijska ciemność byłoby inne, bo inne byłoby jej doświadczenie. Murakami splata więc losy, tworząc kaskady przypadków, bądź porusza zdarzenia niczym lawinowy upadek kamieni domina.
    Bohaterowie Murakamiego zawsze noszą w sobie ciężary, z którymi starają się uporać w sposób osobliwy, gdyż na ogół akceptują je i dźwigają z nadzieją na zmianę, bądź bez takiej nadziei. Trwają i cierpliwie wszystko znoszą. Nie jest to być może sposób godny polecenia, jednak wspomniane ciężary nigdy nie bywają błahe. Takahashi zmaga się z poczuciem osamotnienia i ciąży mu fakt, że jest sierotą. Mari martwi się rozluźnieniem więzi z siostrą Eri, ta zaś zmaga się z utrata sensu tego, co robiła dotychczas, więc zapada w długotrwały sen. Ucieczka przed rzeczywistością. O każdym niemal bohaterze "Po zmierzchu" można wyjawić jakąś tajemnicę. Nawet drugoplanowe postaci coś skrywają, jak na przykład dziewczyna, która uciekając przed mafią, zmienia nieustannie miejsca.           Murakami nie daje jednoznacznie odpowiedzi, czy istnieje droga wyjścia. Zawiesza jej udzielenie, chociaż symboliczne nastanie dnia po ciemnej nocy sugeruje, że nadzieja zawsze istnieje. "Jest jeszcze czas do nadejścia następnej ciemności".
    Książka napisana jest rytmicznymi, krótkimi frazami, które rozbrzmiewają niczym akordy. Czyta się ja dobrze, mimo zawiłej formy. Forma sprawia, że ta niezbyt długa powieść staje się jeszcze ciekawsza. Murakami daje w niej po raz kolejny wyraz swojej fascynacji muzyką, która jest obecna od hip-hopu po Bacha, ale miłością autora - jak wiadomo - jest jazz, więc o nim jest najwięcej wzmianek, a Takahashi jest nawet jazzowym puzonistą w amatorskim zespole. Znaleźć można w powieści także kilka aluzji do filmów i literatury. Meri poznajemy zaczytana nad grubą książką, później Takahashi streszcza jej fabułę "Love Story". Sam autor nie udaje swej nieobecności i w licznych miejscach książki sugerując swoją obecność.
    "Po zmierzchu" Haruki Murakamiego nie jest książką pogodną. To pełna mroku i półcieni opowieść o zagubionych duszach zagubionych w zakamarkach wielkiego miasta, które unoszone są przez wartkie nurty Losu w nieznanym kierunku. Ale jest to równocześnie piękna opowieść o ludziach, o ich uczuciach, obawach i nadziejach. O tym, że słońce znowu wzejdzie i skończy się noc. I wtedy znikną ciemności.

sobota, 27 maja 2017

Friedrich Kellner "Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy"

Kellner w opozycji do narodowego socjalizmu w swoim pisanym do szuflady dzienniku krytykował wszelkie poczynania nazistów, rozszyfrowywał propagandę prasową, kpił z bonzów partyjnych. Jego dziennik jest obrazem czasów wojny, która Kellner zdecydowanie potępiał i już we wrześniu 1939 roku uznawał za przegraną. Można się z niej dowiedzieć najróżniejszych rzeczy, na przykład, że już w czasie napaści na Polskę wprowadzono w III Rzeszy kartki żywnościowe. Kellner potępiał także bierność Anglii i Francji, które to państwa obwiniał za niemieckie sukcesy militarne. Przytacza także wypowiedzi wielu ludzi, z którymi rozmawiał, i nie może wyjść ze zdumienia, jak bardzo ludzie są okłamywani, jak bezkrytycznie wierzą w propagandę. Bardzo ciekawe świadectwo historyczne.

Jerzy Pilch "Wiele demonów"

Mała miejscowość w Beskidach. Połowa lat pięćdziesiątych. W tajemniczych okolicznościach znika młodsza córka pastora, Ola. Książka jest wnikliwym opisem małej społeczności ze wskazaniem na wzajemne relacje i oddziaływanie. Doskonały język, wiele humoru. Jest też kryminałem, który nie spieszy się do rozwiązania zagadki, z zaskakującym zakończeniem. Duszny klimat, atmosfera pełna napięcia. Bohaterowie żywi, krwiści, wiarygodni, pełni emocji, charyzmy. Każdy coś skrywa, każdy ma swego demona. Nie wiadomo komu ufać, komu wierzyć. W książce mieszają się także światy: magiczny i realny. Natura ludzka jest przez Pilcha pod lupą obserwowana, opisywana i w nawet skomentowana. Każdy jest inny. Jest to także książka o miłości, a raczej o miłościach, jak potrafią się od siebie różnić. Pilch na[pisał ją w formie gawędy snutej przez naocznego obserwatora wydarzeń. Świetna powieść, jedna z lepszych, które ostatnio czytałem.

wtorek, 16 maja 2017

Stanisław Lem "Dzienniki gwiazdowe"

Jest to absolutne arcydzieło. Książka była pisana na przestrzeni niemal czterdziestu lat, od 1954 do 1993 roku, w którym Lem opisał ostatnia podróż Ijona Tichy'ego. Tichy to międzygwiezdny podróżnik odwiedzający planety we Wszechświecie. Spotyka na nich najprzeróżniejsze istoty o różnym stopniu rozwoju cywilizacyjnym, ale wszystkie obciążone są czysto ludzkimi wadami i przywarami. Pod płaszczykiem science-fiction Lem nieustannie przygląda się naszej cywilizacji i z niepokojem opisuje kierunki jej rozwoju. "Dzienniki gwiazdowe" pełne są aluzji do zimnej wojny, komunizmu, zachodniego konsumpcjonizmu, do bezmyślnego rozwoju techniki, przeludnienia. Doszukiwać się można zresztą najprzeróżniejszych aluzji. Zabawa jest przednia. Na jednej z planet Tichy styka się na przykład z wyszalniami, czyli z miejscami wyładowania złych emocji. Przygody Ijona Tichy'ego napisane są językiem niezwykle barwnym. Lem lubi bawić się słowem, jego znaczeniami, często je zmieniając. Uprawia też namiętnie słowotwórstwo. "Dzienniki" aż iskrzą się od nowych słów, w czym Lem przypomina Leśmiana. Lektura książki daje ogromną satysfakcję, bawi, w wielu momentach wywołuje kaskady śmiechu, jednocześnie dając sporo do myślenia. Można ją czytać na wielu poziomach i nigdy nie nuży, gdyż zawsze odkrywa się w niej coś nowego, co wcześniej umknęło uwadze czytelnika. Jest to książka z tych, do których zawsze się wraca. Pomysłowość Lema nie zna granic, podobnie jak jego fantazja. Już ogromna satysfakcję sprawia odszukiwanie nawiązań, a jest ich całą beczka. Od barona Münchhausena, przez Guliwera, Robinsona Crusoe, bajki Krasickiego, pamiętniki Paska, po współczesność. Czytając "Kongres futurologiczny" przestajemy się dziwić, że zawistny Philip K. Dick napisał na Lema donos do FBI, bo Lem pisarsko wyprzedził go o lata świetlne i to na jego własnym terenie. Ale nawet pominąwszy doszukiwania się nawiązań literackich, odnajdywanie w "Dziennikach gwiazdowych" dwuznaczności i aluzji do życia ludzi na planecie Ziemia ukrytych w świecie obcych, dziwnych cywilizacji daje czytelnikowi przednia zabawę. Dodawszy jeszcze niesamowitą porcję humoru czytelnik nie może nie być zadowolony z lektury przygód Ijona Tichy'ego. Rzadko polecam książki, gdyż uważam, że każdy posiada swój gust, swoje upodobania, dlatego zazwyczaj ograniczam się do w miarę obiektywnego opisu lektury, w tym wypadku jednak nie mogę, po prostu nie mogę się powstrzymać i muszę, naprawdę muszę Wam tę książkę polecić. Tłumaczy mnie fakt, że czynię to z czystym sercem i że wielu z was będzie mi jeszcze za to wdzięcznymi ;)

niedziela, 14 maja 2017

Vladimir Nabokov "Maszeńka"


Nabokov w przedziwny sposób uwielbia splatać ludzkie losy i już w jego debiutanckiej powieści "Maszeńka", opublikowanej w 1926 roku, jest to nad wyraz widoczne, a nawet - można tak rzec - stanowi kanwę książki. W berlińskim pensjonacie wdowy Dorn mieszkają rosyjscy emigranci, wśród nich Ganin i Ałfirow. Ałfiorow oczekuje przybycia żony, której nie widział ze względu na zawieruchę rewolucyjno-wojenną kilka lat. Ganin zamierza wkrótce opuścić Berlin i przenieść ię do Francji. Podekscytowany Ałfiorow pokazuje Ganinowi fotografię zony, w której ten, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu - rozpoznaje swą młodzieńczą miłość, Maszeńkę. W myślach Ganina pojawia sie solidny zamęt, wspomnienia zaczynają mieszać się z rzeczywistością, a nawet dominować nad nią. Lew Ganin postanawia odebrać Ałfiorowi żonę, lub inaczej mówiąc odzyskać dawne uczucia, które tak w nim wezbrały.

"Maszeńka" jest powieścią niewielkich rozmiarów, co nie przeszkodziło Nabokovowi stworzyć misterna i pełną splątanych z sobą ludzkich losów książkę. Sam fakt umieszczenia w pensjonacie kilku bohaterów, którzy mimowolnie natykają się na siebie, prowadząc na małej przestrzeni swój emigrancki żywot, musi doprowadzić do efektu wzajemnego przenikania się. Małą przestrzeń posiada charakter klaustrofobiczny. Już otwarcie powieści ukazuje  Ganina i Ałfiorowa uwięzionych w windzie pozbawionej światła. Okna pensjonatu z jednaj strony wychodzą na kolejowe tory, tak ze Ganina nie opuszcza wrażenie, że pociągi przejeżdżają przez jego pokój. Na korytarzu wciąż się ktoś na kogoś natyka. Owe drobne szczegóły budują niepokojącą atmosferę "Maszeńki". Rzeczywistością Ganina jest wielkomiejski hałaśliwy Berlin, podczas gdy jego myśli sięgają do sielskiej i wiejskiej miejscowości wypoczynkowej nieopodal Petersburga, gdzie poznali się i pokochali z Maszeńką.

Książka jest więc zbiorem kontrastów. Przeszłość i dzień dzisiejszy. Miasto i wieś. Pociągi w Berlinie i rower młodego Ganina na wiejskiej rosyjskiej drodze. Rodzinny dom i emigracja. Rzeczywistość i marzenie. I jeszcze kilka pomniejszych. Kontrastuje także sama forma książki, która raz sięga po ekspresjonizm i modernizm (opisy Berlina), innym razem stawiając na liryzm i sentymentalizm nawet (wspomnienia czasu spędzonego z Maszeńką na wsi). Ton powieści także rozpięty jest pomiędzy różne półtony, od groteski (owo zamknięcie w windzie nie jest niczym innym), przez tragizm, liryzm aż po beznamiętność ostatnich stron książki. Obok prozy w książkę Nabokov wplótł także fragmenty wierszy oraz listy Maszeńki do Ganina. Zabieg ten jak najbardziej ma w powieści swoje zastosowanie, gdyż uwypukla groteskowość i powikłanie losów.

Czy kilka dni Ganina spędzone w malignie, we wspomnieniu, w podekscytowaniu, w obłokach w oczekiwaniu na przyjazd Maszeńki doprowadzą do zmiany? Czy Ganin ucieknie z Maszeńką do Paryża? Jak zareaguje Maszeńka na widok Ganina witającego ją na peronie? Takie pytania nurtują podczas lektury książki Nabokova, który stworzył na jej kartach pozornie statyczna sytuację. Statyczną, gdyż akcja książki rozgrywa się przede wszystkim we wspomnieniach Ganina. Pozornie, ponieważ wspomnienia owe zmierzają ku realnemu celowi, który napędza teraz Ganina solidnie naelektryzowanego, że tak powiem, oczekiwaniem na przyjazd dawnej ukochanej. Nie do końca wiadomo, czy miłość wygasła. nie wiadomo, czy odżyje. nie jest powiedziane, jak zachowają się dawni kochankowie. I przez to napięcie czytelnik musi przejść wraz z przewracaniem kolejnych stron powieści. Nie sposób zadać sobie kilku pytań o to, jak opisana w książce sytuacja wpłynie na losy bohaterów. Czy miłość przetrwała? Czy to tylko wspomnienie na chwilę zawładnęło duszą stęsknioną za przeszłością? Wspomnienie dawnych dobrych czasów snute w wielkim obcym mieście położonym w odległym kraju, w którym przez ciasne pokoiki pędzą masywne i hałaśliwe parowozy.


czwartek, 11 maja 2017

Wiesław Myśliwski "Ostatnie rozdanie"

"(...) czas jak rzeka jak rzeka płynie, Unosząc w przeszłość tamte dni"

Czesław Niemen "Czas jak rzeka"


Pośród tylu spraw i rzeczy, które wypełniają nasze życie, kto z całą pewnością wskazać może bez wahania te najważniejsze? Czyż w chwili głębokiego zastanowienia nawet te najoczywistsze z nich nie sprawiają wrażenia względnych, ulotnych, zmiennych? To co wczoraj wydawało się oczywiste, dzisiaj sprawia wrażenie ambiwalencji. Co kiedyś było esencją, dziś może stracić na ważności. W swojej ostatniej jak na razie powieści "Ostatnie rozdanie" Wiesław Myśliwski przedstawia losy swego anonimowego bohatera, jego meandry, mielizny, zwroty, dzikie nurty i spokojne wody. Bohater ulega licznym przeobrażeniom; zmienia się jego światopogląd, sposób myślenia, tracą i zyskują na wartości coraz to nowe sprawy. Ów podmiot liryczny snujący wspomnienia wydarzeń i ludzi, zmagający się z własna pamięcią, przypomina drzewo w szczerym polu, które targane jest przez szalony wicher i podlega zmianom pór roku. Jego sytuacja jest więc dwoista: równocześnie jest w niej coś trwałego i zmiennego.

Pamięć odgrywa w powieści znacząca rolę. Myśliwski nie bez powodu rozpoczyna swoja powieść od próby uporządkowania przez bohatera notesu z adresami i numerami telefonów. Bohater staje przed syzyfową pracą wydobycia z pamięci ludzi i przyporządkowania ich do zanotowanych w notesie danych. Okazuje się, że posiada on zapisanych ludzi, którzy całkowicie wytarci zostali z pamięci. Taki notes, jako symbol życia, a może nawet metafora stanu świadomości, dobitnie świadczy o przewartościowaniach, jakim ulega każde życie. I jak nic innego dobitnie przemawia o banalnej prawdzie, że nie sposób nad wszystkim zapanować. Cóż zatem pozostało? Pogodzić się? Wziąć się za bary z pamięcią? Czyli z czym? Z własna słabością? Ulec i płynąć pogodzony ze stanem rzeczy?

Pozory istotności rzeczy i spaw są w książce Myśliwskiego aż nadto namacalne. Bohater nie wie do końca, kim jest, kim chce być, co ma robić. Chce zostać malarzem, ale gdy jak kość w gardle utkwi mu w martwym punkcie idea namalowania cierpiących wdów, porzuca pędzel i farby. Zwraca się za namową matki ku konkretnemu zawodowi krawca, ale i tu znowu nie może wyjść poza wstępną naukę prucia ubrań. Są jeszcze pomysły na zostanie szewcem i masarzem, ale i one umierają śmiercią naturalną. Zostaje biznesmenem. Czy jednak osiąga zadowolenie? Należy odpowiedzieć przecząco. Wprawdzie pojawiają się sukcesy, a wraz z nimi pieniądze, jednak jego samotność leży cieniem nad wszystkim co robi. Zdaje się, że jego działanie nie ma żadnego konkretnego celu, że wynika z potrzeby robienia czegoś, bo tak trzeba. W każdym razie wydaje się, że wszystko co robi, robi - jak śpiewali Beatlesi - for no one.

W życiu bohatera pojawiają się kobiety. I znowu są to związki, przelotne, przygodne, przyniesione przez wiatr i przez wiatr zmiecione. Wyjątkiem jest jego związek z Marią, który wprawdzie kończy się jak pozostałe związki - rozstaniem, którego przyczyn czytelnik nie poznaje - jednak posiada specyficzną i oryginalną kontynuację. Maria mianowicie pisze do bohatera przez pozostałą część jego życia listy pełne miłości. Bohater nie odpisuje na żaden z nich, co może świadczyć o tym, że listy owe powstają w jego wyobraźni i stanowią kompensację tego, czego nie dało uzyskać się w życiu rzeczywistym - prawdziwego uczucia. Maria wysyła swoje wyznania zawsze z jednego miejsca, z miasta, w którym się poznali, w którym się pokochali i w którym bohater książki urodził się i wychował. Wskazywałoby to na pewnego rodzaju tęsknotę za szczęśliwymi czasami młodości, za wieczną próbą powrotu do źródeł. 


"Ostatnie rozdanie" jest z pewnością książką podsumowującą twórczość Myśliwskiego. Napisana w formie luźnych wspomnień płynących niczym rzeka, ale nie wyłaniających się z niepamięci linearnie, wypełniona jest drobnymi sprawami, które są istotne dla każdego człowieka (takimi jak praca), sprawami większymi (miłość do matki i do kobiety, relacje z ludźmi), rzeczami banalnymi (gra w pokera). Znajdują się w niej znane już z poprzednich książek Myśliwskiego motywy przypadku, pozorów, zmienności, pamięci, korzeni, stosunku do egzystencji, miłości, sztuki, przewrotności losu, korelacji między przeszłością i teraźniejszością, historii, gry pozorów... Motywy wiejskie są mniej widoczne, co być może czyni powieść bardziej uniwersalną. Piękno prozy Myśliwskiego - nie mogę napisać większego komunału, ale i nie będzie to mijało się w najmniejszym stopniu z prawdą - jest wielkie. Maestria pisania o głębokich prawdach językiem konkretnym - nieodparta. I nawet jeśli - o czy jeszcze celowo nie wspomniałem, a co jest także bardzo namacalne w "Ostatnim rozdaniu" - ludzki los zmuszony zostanie do przekroczenia Lety, do bezpowrotnego przedostania się na drugą stronę, wówczas za każdym razem sięgając po twórczość Wiesława Myśliwskiego powracać będziemy mogli do przeszłości, do tamtych bohaterów, którzy w tak dogłębny sposób wyrazili siebie, do ich życia, do tamtych dni, które przeżyli, które w pamięci utraciły na wyrazistości i w których każdy z nas bez trudu może znaleźć chociaż część siebie.

środa, 12 kwietnia 2017

Hanna Krall "Dowody na istnienie"

Doskonały reportaż Hanny Krall podejmujący temat Holocaustu, a dokładnie zajmujący się losami osób, które go przeżyły. Książka posiada formę opowieści rozbitej na epizody, które tematycznie łączą się w jedną całość. Bohaterami są anonimowi Żydzi, którzy zmuszenie zostali do ułożenia swego życia od podstaw, zupełnie na nowo i którzy w różny sposób radzili sobie bądź też nie z ciężarem, jaki przyszło im udźwignąć. Wielu z nich nie znało swoich rodzin; byli tak zwanymi dziećmi z walizek, ponieważ w walizkach zostali podrzuceni (lub porzuceni) przez pragnących ocalić ich życie rodziców, którymi kierowała nadzieja, że trafią na dobrych ludzi gotowych pomóc. Wielu z nich nie wiedziało nawet o swoim żydowskim pochodzeniu. Poszukują się wzajemnie po świecie, zamieszczając ogłoszenia w prasie z załączonymi - najczęściej jedynymi jakie posiadają - fotografiami. Dochodzi do pomyłek, gdyż czas zatarł już sporo w pamięci, w grę wchodzi także nadzieja i niepewność, a czasem tak silne pragnienie spotkania, że zdarzają się przypadki świadomego wprowadzenia w błąd, potwierdzenia o powinowactwie jedynie w celu zakończenia udręki. Wiele aryjskich matek zaadoptowało żydowskie dzieci i aż do śmierci traktowało je jak własne, nie wyobrażając sobie wyjawienia dzieciom prawdy. Czasem prawda wychodziła na jaw całkiem przypadkiem.

Historie skomplikowane, często nieprawdopodobne. Spaja je przede wszystkim konieczność stawienia twarzą w twarz z przyszłością. Trzeba nadal dźwigać swój ciężar przez życie. I nic nie jest w stanie zetrzeć w podświadomości pokładów okropieństw i okrucieństwa, jakiego ocaleni byli świadkami, które sami doświadczyli. Krall kreśli historie lekkim piórem, unikając wzbudzania w czytelniku bezpośrednich emocji. Pisarka zamiast grać na uczuciach czytelnika, podsuwa mu fakty, które mają za zadanie zmusić czytelnika do myślenia, a może i do empatii, jednak nie stosuje takich chwytów, jakich używa Swietłana Aleksijewicz, która swym opowiadaniem przygważdża czytelnika, osacza go, nie daje mu przestrzeni. Krall taką przestrzeń przed czytelnikiem otwiera. Umożliwia mu samodzielna decyzję o tym, co ma myśleć i czuć. Dlatego "Dowody na istnienie" to książka, którą czyta się w miarę łatwo, bez poczucia przygnębiającej wagi tematu, ale tez bez lekceważenia tej wagi. Nie przypadkiem wspomniałem o autorce "Ostatnich świadków", ponieważ książki Swietłany Aleksijewicz przychodziły mi często na myśl w czasie lektury reportażu Hanny Krall. Nie umiałem oprzeć się wrażeniu podobieństwa w celu i odmienności w tonie.

O Holocauście napisano już wiele, kto wie, czy nie wyeksplorowano tego tematu do granic możliwości. Pisano o nim w najprzeróżniejszej formie, od lapidarnych opowiadań (Borowski) po opasłe opracowania i analizy (Friedlander). fakty i ich chronologia są obecnie - że się tak wyrażę - kanoniczne; każdy kulturalny człowiek zna nie tylko wydarzenia, ale i jest świadomy ich znaczenia (pomijam wrogim milczeniem tych, dla których akceptacja Holocaustu jest obecnie wyrazem odradzających się tu i ówdzie złowrogich ideologii). Oprócz faktów znane są także bezlitosne i przerażające liczby, trudne do pojęcia i do zaakceptowania (lecz daremnie, ponieważ wszystko się już dokonało). W tym gąszczu literatury najciekawszymi pozycjami są właśnie te, które przybliżają los zwykłych ludzi, mówią o ich uczuciach, o strachu, o zagubieniu, o tym wszystkim, co działo się, kotłowało i rozsiewało ból oraz przerażenie w środku człowieka. Dane en masse oczywiście także potrafią zadać bolesny cios, jednak kiedy zdejmie się zasłonę anonimowości, wkracza się w zupełnie inny wymiar, w którym statystyka zastąpiona zostaje współczuciem. I taką książkę napisała Hanna Krall, o ludziach z własnymi nazwiskami i historiami.

sobota, 8 kwietnia 2017

Raymond Chandler "Żegnaj, laleczko"

Philip Marlowe w swej drugiej odsłonie, gdyż jest to druga książka, w której Raymond Chandlera umieścił go jako bohatera. Książka z 1940 roku, napisana jeszcze przed przystąpieniem Stanów Zjednoczonych do wojny. W Los Angeles trwa jednak jawna wojna dobra ze złem, w której Marlowe zdecydował się wziąć udział, kiedy obrał zawód prywatnego detektywa. Marlowe jest samotnym myśliwym, tropicielem do wynajęcia za pieniądze, jednak posiada w sobie kodeks moralny i kiedy ktoś proponuje mu śledztwo, zaznacza, że weźmie je tylko w takim wypadku, gdy sprawa nie będzie niezgodna z prawem. Jego zawód jest traktowany pobłażliwie przez policjantów, którzy ironizują na jego temat, jakoby był człowiekiem od spraw rozwodowych. Marlowe jest impregnowany na tego typu opinie, to człowiek, który robi swoje i nie schodzi z raz obranej drogi. Można powiedzieć o nim wiele, ale nie to, że pozbawiony jest charakteru.

Jego działaniem często rządzi przypadek. W ten sposób zaczyna się jedna z najgłośniejszych książek Chandlera "Żegnaj, laleczko". Marlowe wybiera się do dzielnicy LA w celu odszukania zaginionego fryzjera, ale potężny mężczyzna zaciąga go siłą do baru i tam detektyw staje się mimowolnym świadkiem awantury, która kończy się zabójstwem. Policja w trakcie przesłuchania radzi mu, aby trzymał się od sprawy z daleka, to jednak nie leży w naturze Marlowe'a. No i człowiek, który powiedział o sobie, że "kłopoty to moja specjalność", pakuje się w sam ich środek. Dalszy rozwój wypadków jest do przeczytania w książce Chandlera i nie ma sensu go opisywać. Warto jednak zwrócić na kilka rzeczy z drugiej warstwy powieści.

Pierwsza z nich, to wszechobecność zła. W książkach Chandlera trudno o spotkanie z naprawdę prawym człowiekiem. Każdy bohater ma na sumieniu coś przeskrobanego. Płotki interesują Marlowe'a przede wszystkim w kategorii przydatności do prowadzonej aktualnie sprawy. Najczęściej z pomocą kilku dolarów bohater otrzymuje poszukiwane informacje. Nie spotkał jeszcze nieprzekupnego człowieka. Spotyka za to ludzi uzależnionych od władzy pieniądza, zniewolonych przez alkohol bądź narkotyki. Większość bohaterów nosi ze sobą pistolet, co świadczy nie tylko o ich niezgodnej z prawem działalności, ale przede wszystkim mówi o środowisku, w którym działają, o jego zawsze niebezpiecznym charakterze. Czytając książki Chandlera - już o tym pisałem w poprzedniej recenzji - ma się wrażenie otoczenia przez wszechobecny mrok. Nie sposób odszukać nawet mglistego światełka w tunelu. Na kartach tych książek panuje poczucie beznadziei i niewiary w człowieka, który u Chandlera jest skorumpowany, bezwzględny, przebiegły, egoistyczny i zdolny do najgorszego. Czasem motywem działania bywa miłość, jednak zawsze okazuje się, że czai się za nią zdrada, morderstwo, pragnienie zysku. Wobec tej wszechobecności zła, nie można mieć zastrzeżeń do łatwości, z jaka Marlowe pakuje się w kolejne kłopoty, bo wydaje się, że nie ma strony, w która obróciwszy się, nie czaiła się jakaś nieodkryta jeszcze mroczna tajemnica.

Druga z nich, jest natury społecznej, dla której wydawałoby się nie ma miejsca w czarnym kryminale. Chandler lubi jednak urozmaicać swoje książki o przeróżne aspekty. W "Żegnaj, laleczko"podjęty jest problem rasizmu. W lokalu, w którym Marlowe znalazł się zaciągnięty przez myszkę Malloya zostaje zabity Murzyn. W dalszej części powieści Chandler robi liczne aluzje do stosunku społeczeństwa i opinii publicznej wobec takich zdarzeń. Marlowe'a przeglądającego następnego dnia gazetę wcale nie dziwi, że nie ma w niej ani słowa o zabójstwie Murzyna. Podczas przesłuchania poznaje także stosunek policji, która nie będzie przykładała się do odszukania winnego śmierci Murzyna uznając, że jest to zbyt trudne zadanie w tak ogromnym mieście jakim jest Los Angeles w stosunku do błahości zdarzenia. Chandler w książce próbuje przeciwstawić się tego typu postawie, dając tym samym wyraz swej niezgody na rasizm i związaną z nim nierówność.

Trzecia z nich to życiowa postawa, jaką Marlow przyjmuje wobec rzeczywistości. Pozbawiony jest jakichkolwiek złudzeń, w jakim świecie żyje. Jest już na tyle doświadczony przez sprawy, które prowadził i nie daje się zwieść na jakiekolwiek pozory. Musi się jakoś bronić. najprostszym sposobem jest jego upodobanie do alkoholu i tytoniu. jest uzależniony od whisky, pali papierosa za papierosem, ale lubi tez zwolnic i zapalić fajkę, a jak wiadomo fajka, to celebracja, nabijanie, leniwe pykanie, czas poza czasem. Inną odskocznią Marlowe'a od rzeczywistości sa szachy. wieczorami nad szklaneczka lubuje się w analizowaniu rozgrywek. Jak na detektywa jest tez człowiekiem inteligentnym i oczytanym. Jednego z policjantów nazywa Hemingwayem, ale ulubionym pisarzem Marlowe'a jest Szekspir. "Żegnaj. laleczko, jak chyba żadna inna książka Chandlera naszpikowana jest aluzjami do twórczości poety ze Stradfordu nad Avonem. No i w końcu chyba najbardziej charakterystyczną cecha Marlowe'a w jego stosunku do rzeczywistości jest cięta ironia, sarkazm i cynizm. W obronie własnego poczucia godności i w celu nie zatracenia się w mrokach przestępczego świata, Marlowe dystansuje się używając tych cech w swoich wypowiedziach; w omawianej książce jest tego chyba najwięcej z wszystkich powieści, którymi bohaterem jest Philipe Marlowe. Oprócz wyżej wzmiankowanej funkcji odgrodzenia się od zła tego świata, wypowiedzi Marlowe;'a niezwykle ubarwiają książki Chandlera; czeka się na nie z niezwykłą niecierpliwością.

Przed przystąpieniem do napisania niniejszej recenzji miałem poważne obawy, o czym pisać,żeby nie powtórzyć się z poprzednimi recenzjami książek Chandlera, które w końcu na upartego można uznać za podobne do siebie. Ja wole jednak mówić o nich, że są niezwykle spójne. Okazało się, że się rozpisałem,. Jednak czytając każdą kolejną książkę Raymonda Chandlera, odkrywa się w niej jakiś aspekt nieobecny w innych jego książkach. Zawsze warto poszukiwać, zawsze opłaca się poszukiwać. Nawet wśród wydawałoby się tego, co oczywiste. Miłej lektury.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Aleksander Wat "Dziennik bez samogłosek"

"Dziennik bez samogłosek" Aleksandra Wata to bez wątpienia proza intymna. Wat robił swoje zapiski w zeszytach pomiędzy 1953 a 1967 rokiem. W styczniu 1940 roku Wat został we Lwowie aresztowany i do listopada 1941 roku przebywał w licznych sowieckich więzieniach, a później na zesłaniu w Kazachstanie. Życie w więzieniu oraz pobyt na zesłaniu w prymitywnych warunkach odbiło się poważnie na zdrowiu pisarza, który do końca życia odczuwał potworne bóle głowy. Niniejsza książka jest w pewniej części świadectwem cierpień Wata, jego stosunku do choroby, z tym że Wat nie pragnął współczucia, ale zrozumienia, bo - jak pisał - znajomi nie potrafili uwierzyć w jego przeciągłe bóle. Wat, nie potrzebujący litości, pozbawił swe notatki emocjonalnego tonu; są one świadectwem rozpatrywania choroby z pomocą intelektu. sama choroba zresztą nie zajmuje aż tak wiele miejsca w książce, nie sposób jednak o niej nie napisać, skoro doprowadziła ona pisarza do desperackiego aktu (w lipcu 1967 roku popełnił samobójstwo).

Największą część notatek zajmują rozmyślania Wata nad nurtującymi go przez całe życie problematami. Są to: istota komunizmu, polska inteligencja w okresie stalinizmu, charakterystyka postaw polskich pisarzy wobec reżimu (w większości przypadków opisanych anonimowo; Ola Watowa, żona pisarza, w niektórych przypadkach nazwiska podaje w przypisach), wspomnienia wracające do sowieckich więzień, historia polskiej literatury, rozważania nad poezją i religią (Wat był Żydem, który w okresie uwięzienia nawrócił się na chrześcijaństwo, jednak pod koniec życia skierował swoja wiarę ku korzeniom judaizmu). Do tego dochodzą jeszcze bardzo osobiste akcenty, stanowiące wyraz miłości do żony oraz syna. Lektura nie należy do najłatwiejszych, gdyż Wat używa języka w dużym stopniu intelektualnego, nie stroniąc od abstrakcyjnych pojęć, a także przetyka swoje pisma licznymi zdaniami francuskimi, niemieckimi, rosyjskimi, angielskimi i łacińskimi. Warto jednak podjąć próbę przebrnięcia przez intelektualne wywody Wata, chociażby w celu wyłowienia perełek zdań o aforystycznym charakterze, których w książce znajduje się cały ogrom. Warto też zapoznać się z jego punktem widzenia, ze sposobem myślenia, zapoznać się z poglądami autora "Mojego wieku", nie należą one wcale do banalnych i są nie tylko gruntownie przemyślane, ale nawet - można rzecz - doświadczone na własnej skórze podczas licznych przesłuchań w sowieckich więzieniach.

"Dziennik bez samogłosek" podzielony jest na trzy części. Część pierwsza, Moralia, pisana jest prawdopodobnie pomiędzy 1953-1957 rokiem w formie luźnych spostrzeżeń i aforyzmów przeplatanych sążnistymi opisami pobytu w szpitalu. Druga część, tytułowy Dziennik bez samogłosek, to notatki z lat 1963-1965, pisane w Paryżu, a potem w Berkeley, gdzie Wat przeprowadził z Czesławem Miłoszem wywiad-rzekę, opublikowany później w formie książki pod tytułem "Mój wiek". Trzecia część, Kartki na wietrze, z lat 1966-1967, to najbardziej przejmująca część książki, w której Wat zdecydowany już na samobójstwo z wielką miłością pisze o życiu z Olą Watową, wspomina przeszłość, przedstawia rodzaj swojej autobiografii i daje wyraz trosce, co nastąpi, kiedy już odejdzie, jak wpłynie to na jego rodzinę. Jeszcze się waha, bo wie, że ma dla kogo żyć, ale wciąż cierpi i traci już siły. Ma 67 lat, kiedy decyduje się na przedawkowanie lekarstw... Książkę kończy dwustronicowy, niesamowity, do bólu przejmujący, zupełnie inny w tonie od reszty książki, pełen emocji i miłości pean dla żony, jedyny w swoim rodzaju. To musiała być trudna decyzja. I bolesna dla Oli Watowej, kiedy zdecydowała się zredagować teksty swego męża w celu wydania ich w formie książki. To pierwsze można bez trudu wyczytać między wierszami zapisków Wata, drugiego możemy domyśleć się z kontekstu. Dowiedzieć się o tym można prawdopodobnie z książki Oli Watowej "Wszystko co najważniejsze...", ale ta lektura dopiero przede mną.

środa, 5 kwietnia 2017

Vladimir Nabokov "Pnin"

Groteskowość egzystencji bywa okrutna. Bywa? Należałoby raczej napisać, że jest, ponieważ trudno raczej w tym wypadku o wyjątki. Dla postronnego obserwatora wydawać się może śmieszna, może tez wzbudzić współczucie, co nie zmienia jednak faktu, że człowiek w szponach groteski podlega żywiołowi o bezwzględnym charakterze. Uświadomienie groteskowości własnego położenia nieodzownie wiązać się musi z odczuciem jej bolesności. Lepiej już żyć - o ile to możliwe - w nieświadomości, co jednak powiązane jest z czymś równie nieprzyjemnym jak ból, z naiwnością. Istnieje jeszcze kilka szkół: ignorowanie lub stawianie czoła, albo kompensacja. Można też najzwyczajniej w świecie oszukiwać siebie, że wszystko jest w porządku i że los jest w miarę przychylny, może nie za szczodry, ale nie okrutny. Błędne koło.

Profersor Timofiej Pnin jest emigrantem z Rosji wykładającym dla bardzo wąskiego grona studentów język rosyjski w podrzędnym uniwersytecie na prowincji w USA. Sam już fakt, ze Pnin przebył tak wielką drogę, aby uczyć studentów, którzy mylą Annę Kareninę z braćmi Karamazow, trąci groteską. Ale to nie wszystko. Nabokov w pierwszych rozdziałach opowieści o profesorze Pninie w bezlitosny sposób przedstawia szaleńcze działanie groteskowych sił na swoim bohaterze. Pnin żyje na swoim uniwersytecie, niczym na wyspie otoczonej morzem; ma na niej wszystko, co mu potrzeba (przede wszystkim bibliotekę), jednak jego położenie może zmienić się w każdej chwili. Przeciw Pninowi buntują się zarówno okoliczności jak i ludzie, że nie wspomnę o tak zwanej złośliwości rzeczy martwych. Bohater Nabokova z racji, że jest obcym w obcym kraju (nie opanował nawet za dobrze języka angielskiego), jest wykorzeniony i słabo zahaczony. Lekki powiew złego losu może go obalić. Ale Pnin nie jest tego świadomy; zdaje się być żaglem na wietrze lub dryfującą na oceanie łódką.

Nabokov opisuje los emigranta, ukazując jego niepewną pozycję oraz wyobcowanie. Są to bez wątpienia fragmenty o podłożu autobiograficznym. Dlatego być może amerykańskie środowisko akademickie zostało opisane satyrycznie, z zacięciem; podobne w tonie przedstawienie sytuacji można odszukać u Gogola i Czechowa. Na pewno autor zwraca uwagę na różnice kulturowe pomiędzy Wschodem a Zachodem. Książka jest w pewnym sensie portretem Ameryki lat 50-tych ubiegłego wieku. Można ją także traktować jako próbę zapisu ówczesnej świadomości (chociaż Zimna Wojna nie jest jakoś szczególnie wzmiankowana przez Nabokova), powiedzmy, że chodzi o stan umysłów, poziom wiedzy, ambicje kulturalne -to wszystko naznaczone jest mniej lub bardziej groteską. Tematem książki jest także owa opisywana we wstępie groteskowość dotycząca nie zjawisk ogólnych, ale bezpośrednio piętnująca ludzkie życie, to jedyne, wyjątkowe życie każdego odrębnego człowieka.

Rola przypadku, niefortunnego zbiegu okoliczności, życie jako igraszka szyderczych sił, które czasem upodobają sobie kogoś bardziej od innych, na tym w głównej mierze skupia się autor "Pnina". Mistrzostwo Nabokova polega jednak nie na dręczeniu bohatera kolejnymi niepowodzeniami. Mistrzostwo to wyraża się w reakcji czytelnika, który w miarę pojawiania się kolejnych przeciwności, przestaje się śmiać i zaczyna współczuć Pninowi. Pnin jest bohaterem, którego można polubić, trochę zdziwaczały i często bezradny, jednak na ogół budzący coś mieszającego sympatię z politowanie. Nie rzecz jednak we współczuciu Pninowi, gdy zmaga się z piętrzącymi się problemami niczym Don Kichot z wiatrakami. istotą jest samo współczucie, albo - ujmując to nieco inaczej - ważne jest zrozumienie, co dzieje się z człowiekiem, kiedy staje się igraszką i nie może w pełni decydować o swoim losie Kiedy przychodzi zrozumienie, uśmiech musi zniknąć z twarzy, ponieważ nie ma niczego do śmiechu w byciu groteskowym. Nabokovowi chodzi więc o nasz stosunek do problemu groteski, o zmianę sposobu myślenia o niej: nie pojmowanie  groteski jako coś zabawnego, ale przyjęcie do świadomości, że jest przerażająca i niebezpieczna. Już chociażby z takiego prostego powodu, że pozbawia człowieka godności. Człowiek zaś odarty z godności zostaje upokorzony, staje się słaby i uległy.

W swej krótkiej, acz treściwej książce, Nabokov stawia wiele pytań. Czy człowiek może uniknąć swego losu? Czy można przewidzieć wydarzenia? Czy mamy na nie wpływ i czy jesteśmy świadomi ich konsekwencji? Wszak jeden nasz wybór, decyduje o dalszym rozwoju wydarzeń, posiada decydujący wpływ na przyszłość. Czy zdolni jesteśmy wziąć się za barki z Losem? Niejednoznaczna odpowiedź pada w zakończeniu książki. Każdy może dopowiedzieć sam sobie, czy możliwy jest happy end, czy w walce z większymi od na siłami mamy szansę, aby się nie poddać?

Na koniec warto jeszcze napisać o intelektualnej warstwie książki. Mam wrażenie, że Nabokov był jednym z pionierów new age'u. Dotyk postmodernizmu jest nad wyraz namacalny; liczne odniesienia kulturowe, mniej lub bardziej jawne aluzje do książek i filmów wypełniają po brzegi - pisząc obrazowo - niewielkich rozmiarów "Pnina". Nabokov eksperymentuje także z narracją, ale to okazuje się dopiero w finale opowieści. Jeśli komuś nie wystarcza sama idea groteskowości jako siły nmiszczącej, w książce Nabokova odnaleźć może niezmierzone bogactwo aluzji kulturowych, do których rozwiązania i dopasowania do adekwatnych tytułów, pozycji, kompozycji czy obrazów nie wystarczy sama lektura tej książki. To tyle (albo aż tyle).
,

czwartek, 30 marca 2017

Raymond Chandler "Wysokie okno"

Miasto Los Angeles kojarzy się z ciepłem, jasnym bezchmurnym niebem, ze słonecznymi promieniami, które rozświetlają ulice pogodnym blaskiem. Promienie słońca to synonim radości i pogody ducha, gdyż wprawiają w dobry nastrój. Miasto Los Angeles kojarzy się z wakacyjną atmosferą, beztroską, zamożnością, powodzeniem. Tak kojarzy się Miasto Aniołów w stereotypach, jednakże w książkach Raymonda Chandlera miasto podlega przeobrażeniu, uwalniając się od stereotypów. Kiedy sięgacie po jego książki, możecie zapomnieć o jasnym pogodnym świecie, wkroczycie bowiem w strefę głębokiego mroku. I nawet jeśli akcja rozgrywa się w środku upalnego lata, mrok będzie najbardziej odczuwalnym wrażeniem. I nie uwolnicie się od tego mroku, nie uciekniecie przed nim, ponieważ dotkniecie tajemnicy mroku ludzkiej duszy.

Czy możliwa jest nadinterpretacja książki, której fabuła dotyczy próby wyjaśnienia jakiejś zagadki przez prywatnego detektywa? Czy nie należy zadowolić się jedynie wartką i zmienną akcją powieści, zamiast dodawać jej sensów i znaczeń, których prawdopodobnie w niej nie ma, a jeżeli nawet są, nie były świadomym zamiarem autora? Ale skoro autor świadomie założył, że tematem jego książki - czemu nie da się zaprzeczyć - będzie w uproszczeniu walka dobra ze złem, to czy rozważania na temat tej odwiecznej opozycji mogą być traktowane jako nadinterpretacja?

Philip Marlowe, prywatny detektyw z Los Angeles, otrzymuje zlecenie odzyskania drogocennej monety. Sprawa ma być prosta i przeprowadzona dyskretnie. Poszlaki wiodą do synowej właścicielki rzadkiej wczesno-amerykańskiej monety odlanej ze złota. Marlowe zabiera się za robotę. Początek książki jest charakterystyczny dla Chandlera. Niezamożny, ale przede wszystkim niezależny Marlowe wkracza w świat luksusu do domu pani Murdock. Następuje zestawienie odmiennych światów, nie zderzenie, ale sugestia na pewno świadoma i oczywista. Czytając książki Chandlera zawsze miałem wrażenie, ze autor, oprócz samej kryminalnej fabuły, opisuje także skrawek rzeczywistości. Oddawanie realiów jest wręcz ewidentne, Padają nazwy ulic, nazwy sklepów, marki samochodów, papierosów. Czytelnik ma nieodparte poczucie, ze znajduje się na ulicy Los Angeles albo Pasadeny. "Skręciłem w trzecią przecznicę od Bulwaru Zachodzącego Słońca".

Książka Chandlera - zresztą nie tylko ta - to przede wszystkim dialogi. Pisana jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej, narratorem jest główny bohater, Philip Marlowe. Dialogi są przede wszystkim wyrazem stosunku ludzi względem siebie. Można rzec, że w książkach Chandlera, chociaż i to oczywiście ma miejsce, pojedynki na pięści i strzały z broni palnej stanowią niewielki procent w stosunku do szermierki słownej. Ta stanowi największa wartość prozy Chandlera. Marlowe odznacza się ostrym słowem, lubi ironię i nie stroni od żartobliwych uwag. Obecnie - moim zdaniem - Jo Nesbø wzoruje swojego Harry Hole'a na postaci Marlowe'a - dla mnie szczytny to wzór. Wspomniana na wstępie opozycja zła i dobra na pewno przejawia się w tych licznych dialogach, ale nie można mówić o jasnym rozróżnieniu. Marlowe to detektyw z zasadami, nieprzekupny, ale nie waha się użyć przekupstwa w celu uzyskania informacji. W razie potrzeby jego pięść trafi, wyrzucona ze sporą siłą, w podbródek bądź w nos oponenta. Sam zresztą tez zbiera razy. Raz na wozie, raz pod. Badając półświatek Los Angeles, Marlowe trafia czasem na zagubione dusze i kiedy tylko może, niesie im pomoc (tak jest w "Wysokim oknie"). Dla Marlowe'a dobro jest celem nadrzędnym, inaczej nie wykonywałby swego zawodu, jednak jest w pełni świadomy wymieszania dobra ze złem, zła z dobrem. Nic nie istnieje w czystej formie, przynajmniej nie tu, na ulicach Miasta Aniołów.

Książkę Chandlera można nazwać symfonią mrocznego miasta. Można nazwać rozprawą o wartościach. Można też o niej mówić jako o świadectwie swoich czasów, o obyczajach i moralności. Ale jest to przede wszystkim świetny kryminał z krwistym głównym bohaterem w głównej roli, który rozwiązuje z pozoru łatwe zagadki, wiodące go w meandry głębokiego mroku pozornie słonecznego miasta, Zagadki te zawsze wiodą go do czegoś ukrytego za nimi, do zbrodni i nikczemności. Śmiało można powiedzieć, że struktura książek Chandlera jest szkatułkowa; odkrywając jedną tajemnicę, okazuje się że za nią znajduje się następna. A za następna jeszcze jedna. To naprawdę wyborna lektura. Nie pisałem jeszcze o tym? W takim razie piszę to teraz. Wybaczcie tę zmyłkę na początku recenzji o nadinterpretacji, ale i tak w końcu dotarłem do sedna: bardzo dobry kryminał.