wtorek, 15 grudnia 2009

60. "Rebeka" (1940)



















"Rebecca", reż. Alfred Hitchcock (usa 1940). W Monte Carlo zamknięty w sobie wdowiec Maxim poznaje młodziutką pannę do towarzystwa; zapomina przy niej o swojej pierwszej żonie i postanawia się oświadczyć. Młoda para przybywa do wielkiej posiadłości w Kornwalii, gdzie niedoswiadczona dziewczyna musi przejąć obowiązki pani domu. Nie okazuje się to takie proste, tym bardziej, że duch pierwszej pani de Winter unosi się wciąż jeszcze w powietrzu i zdaje się, że pamięć o zmarłej jest w posiadłości silnie zakorzeniony. Co będzie się działo dalej?
Film podobny w atmosferze do o rok późniejszego "Podejrzenia". Akcja rozwija się początkowo leniwie i w pierwszej partii "Rebeka" przypomina bardziej film obyczajowy niż thriller. W tej części filmu mamy jednak staranne przygotowanie do późniejszych wydarzeń, poznajemy bohaterów - i co ważniejsze - przeszłość Maxima oraz charakter dziweczyny. Romans przechodzi w drugi etap: małżonkowie przybywają do rodzinnej posiadłości de Wintreów. Tu Hitchcock zaczyna nas niepokoić, bo rzeczy przestają być raptem sielankowe. Fontaine musi sprostać nie tylko nowej roli (przejście od kopciuszka do księżniczki... Taka niby dwukodowość, ale oczywiście na podobnej zasadzie mógłbym udowodnić nawet stukodowość), ale przede wszystkim musi uporać się z niezwykle żywymi wspomnieniami swojej poprzedniczki, które zdają się byc już na trwałe zakorzenione we wszystkich kątach posiadłości. Największa opozycjonistką wobec nowej pani de Winter jest wieloletnia służąca pani Danvers. To ona pieczołowicie pielęgnuje pamięć o byłej żonie Maxima, nie omieszkując na każdym kroku porównywać młodą nieopierzoną żonkę do monolitu i wzoru, jakim wydaje się być pierwsza pani de Winter. Ale... nastepuje suspens i rzeczy raptem zaczynają ukazywać się w całkiem nowym świetle. Jeśli już o świetle mowa, to zdjęcia Barnesa (znów analogia do "Podejrzenia") współtworzą atmosferę niepokoju, zdajmując pomieszczenia posiadłości w misternej grze światła i cienia (stukodowość: nawiązania do powieści gotyckich!), niczym z filmów ekspresjonistycznych. Cudowna jest muzyka Franza Waxmana, który urodził się na tym samym łóżku i w tym samym szpitalu co ja. Ona też odgrywa niebagatelną rolę we współtworzeniu atmosfery niepokoju.
W "Rebece" można jeszcze odnaleźć sporo wątków i aluzji (jak na przykład dyskretna sugestia, że pani Danvers darzyła swoją chlebodawczynię podziwem nie pozbawionym erotycznego podtekstu). Sam Hitchcock pojawia się w filmie jako człowiek na zewnątrz kabiny telefonicznej. Laurence Olivier, który cztery lata później miał zadebiutować jako reżyser swoim "Henrykiem V" (filmem ponoć nowatorskim pod względem prowadzenia kamery w scenach batalistycznycjh), tu ma raczej defensywną rolę, gra bowiem człowieka z ogromnym ciężarem na barkach. Fontaine zresztą też gra osobę niepewną i zagubioną, często chowając głowę miedzy ramiona i patrząc swoimi wiecznie niedowierzającymi oczami; to jednak trzeba umieć zagrać i obojgu aktorom wychodzi do przekonująco. Jest kilka mankamentów rzecz jasna. Żona powiadziała mi, że na miejscu Fontaine już na trzeci dzień zwolniłaby panią Danvers, no ale wówczas nie byłoby thrillera kryminalnego, tylko sielankowa opowieść o małżeńskim szczęściu. Na koniec pragne zwrócic uwagę na scenę przenikania kamery przez kraty bramy na kilkadziesiąt lat przed "Zawodem: reporter" Antonioniego.

piątek, 13 listopada 2009

Beethoven - Symfonie

Wzięło mnie ostatnio na powrót - po niestety bardzo długim czasie - do tej wspaniałej muzyki. Zacząłem ponowny odsłuch od szóstej symfonii, jednak ten wstrętny brak czasu nie pozwolił mi dokończyć mój ambitny projekt... Na boks skałda się 5 kompaktów, czyli około 329  minut muzyki (pięć i pół godziny). Czy istnieje w naszej wartkiej współczesności taka luka czasowa, która pozwoliłaby odizolować się człowiekowi od wszystkiego na tak długi czas i skupić wyłącznie na muzyce? Wątpię. Następne symfonie będą musiały pozcekać na swoją kolej (tym bardziej, że już "odpaliłem" koncerty klawesynowe Bacha) i oby nie czekały na nią zbyt długo. 

Jedna rzecz, znamienna chyba dla naszych czasów, była przyczyną wyjęcia z półki boksu z wszystkimi symfoniami Beethovena. Otóż kupiłem niedawno moim Córeczkom film "Barbie i magia pegaza", w którym jako muzyczny podkład wykorzystano fragmenty Symfonii Pastoralnej; muzyka Beethovena uderza tu od pierwszych scen (tyle jestem jeszcze w stanie wytrzymać filmu z Barbie) i to wystarczyło, żeby odżyła we mnie potrzeba posłuchania tej przecudnej muzyki w wykonaniu Orchestre Révolutionnaire et Romantique pod dyrekcja Johna Eliota Gardinera.

PS. tak naprawdę, to nikt chyba jeszcze nie przesłuchał dziewięciu symfonii Beethovena pod rząd, prawdwa? ;)

czwartek, 12 listopada 2009

59. "Ziemia" (1930)












"Земля", reż. Aleksandr Dowżenko (ZSRR, 1930). W sadzie pośród jabłoni umiera dziadek Wasyla. Przed śmiercią obiecuje dać znać, jak jest na tamtym świecie. Wasyl i jego ojciec kłócą się nieustannie o kolektywizację, której Wasyl jest zwolennikiem. Do wsi przybywa pierwszy traktor, którym Wasyl w jeden dzień zaorał pole, czym przekonał ojca do zmiany. Jednak zawistny Koma podstępnie zabija Wasyla. Doprowadza to do utraty wiary u ojca, który organizuje pogrzeb bez popa. Przyroda zatacza cykl i matka Wasyla wydaje na świat dziecko. Tak wygląda w skrócie fabuła filmu Dowżenki. Nikogo nie musi to przekonywać, ale my - fani filmów, które kandydują do miana sztuki (jak łatwo zauważyć, inne filmy prawie wcale mnie nie interesują) - wiemy, że film to nie tylko sam temat i rozwój akcji. Film Dowżenki zaczyna sie od czterech ujęć ziemi, na której targane wiatrem kołysza się kłosy. Trzy pierwsze ujęcia to stopniowe zanikanie nieba na rzecz ziemi, by w czwartej widz mógł już oglądać jedynie ziemię. W ten sposób Dowżenko sprowadził widza na miejsce akcji. Następnie mamy pole pełne słoneczników, a potem sad z gałęziami drzew uginającymi się od ciężaru jabłek. W tej idyllicznej scenerii umiera dziedek, a nam wydaje się, że gdy umrze nie pójdzie do raju, tylko z chwilą śmierci opuści raj. Obietnica dziadka przekazania z zaświatów znaku to pierwszy sygnał rozprawy z wiarą; kolejnym etapem będzie satyryczny obrazek ojca przemawiającego do grobu dziadka i "odpowiedzi" dawane ojcu przez ukrytych urwisów. Kuliminacją tego wątku stanie się świecki pogrzeb Wasyla. Drugi wątak, kolektywizacja wsi, zaczyna się od sporu ojca z Wasylem. Następnie widzimy przybycie traktora do wioski. Film staje się w następnej sekwencji uogólnieniem mechanizacji; w świetnych awangardowych zdjęciach widzimy od orki, przez żniwa i młóckę po wypiekanie w piecach jak powstaje chleb. Fotografia wrecz oszałamiająca, wiele kątów ustawienia kamery, zmienne plany, ogniskowanie ostrości na centralnej postaci kadru z rozmiekczoną fotografią tła. Wszystko to zmontowane w dosyć dynamiczny sposób. Trzeci wątek filmu opowiada o ludzkiej namiętności, o zawiści, zdolności człowieka do zabójstwa z raczej wątpliwego powodu, więc traktuje o ludzkiej słabości, a także o przeogromnym bólu (co ciekawe rozpacz siostry Wasyla, to chyba jeden z pierwszych pokazanych na ekranie aktów kobiecych). Wątki spaltają się ze sobą, tworząc jednolitą całość, zamknietą klamrą obrazów natury, która jest nieodłączna i wszechobecna. "Ziemia" to film wspaniały, poetycki, nastrojowy, starannie i niebanalnie sfotografowany - jedno z ostatnich wielich dzieł niemego kina.

wtorek, 3 listopada 2009

58. "Gospoda w Tokyo" (1935)

"Tokyo no yado" (東京の宿), reż. Yasujiro Ozu (Japonia, 1935). Kihachi wraz ze swoimi dwoma małymi synkami Zenko i Kuniko wędruje wokół wielkich zakładów w poszukiwaniu pracy. Cierpią głód i zmęczenie; zarabiają grosze łapiąc bezdomne psy. W swoich beznadziejnych wędrówkach od fabryki do fabryki spotykają znajdującą się w podobnych warunkach młodą wdowę Otakę z córką Masako. Szczęście uśmiecha się do Kihachiego, kiedy spotyka znajomą z dawnych lat, Otakę. Otaka znajduje mu pracę i przyjmuje ojca z chłopcami pod swój dach. Odżywaja w niej również jakieś dawne wspomnienia, niejasne, lecz pozwalające na piastowanie nadziei zwiazanych ze swoim gościem. Kihachi jednak znów spotyka Otakę i zaczyna jej pomagać. Kiedy Masako zapada na dezynterię, a Otaka nie ma pieniędzy, by umieścić córkę w szpitalu, Kihachi postanawia pomóc, zaś jedyny sposób, w jaki może to zrobić, nie jest zgodny z prawem...
Ostatni niemy film mistrza Ozu. Niezwykle melancholijna muzyka i przejmująco smutna historia. Świetne są początkowe zdjęcia ludzi błąkających się posród rozległych industrialnych przestrzeni wypełnionych trawą, porzuconymi bębnemi po kablach, zagmatwanym żelastwem, poprzecinanych przewodami elektrycznego napięcia na licznych wysokich słupach i zarośniętymi szynami. Wszystko to sprawia wrażenie ogromnej pustki, dla której pożarcie kilku bazradnych osób pozbawionych własnego miejsca na ziemi to fraszka. Film Ozu posiada wyraźne przesłanie społeczne, realizm jego jest czasem przygniatający, ale jest w nim też widoczny humanizm wyraźnie podkreślony w kilu scenach. Takie skupienie się na losach człowieka, podczas gdy Japonia stawała się państwem militarnym, nie mogło się podobać. W okresie 1937-1947 Ozu nakręcił zaledwie 4 filmy ze swojej bogatej filmografii, na która skałda się blisko 60 tytułów. Na szczęście to "milczenie" reżysera zostało przerwane i Ozu powrócił w latach 50-tych do bardzo wysokiej formy.

piątek, 30 października 2009

57. "Wakacje z Moniką" (1953)

















"Sommaren med Monika", reż. Ingmar Bergman (Szwecja, 1953). Monika (Harriet Andersson) i Harry (Lars Ekborg) spotykają się ze sobą. Oboje już pracują, jednak Monika zostaje zwolniona. Młodzi postanawiają rzucić wszystko i wybierają się w beztroską podróż po rzece łodzią motorową w bezludne okolice. Ten film Bergmana nie jest tym razem żadnyjm moralitetem czy traktatem o koegzystencji ludzi i Boga, za co krytykował Bergmana jego główny adwersarz w Szwecji, Bo Widerberg. Trochę dziwna to krytyko, bo nie przypuszczam, żeby Widerberg nie znał "Wakacji z Moniką" (ani innych filmów Bergmana o czysto ludzkich sprawach). Tematem filmu jest dojrzałość i odpowiedzialność. Film podzielony jest na trzy zcęści. Pierwsza przedstawia początek znajomości Moniki i Harrego oraz narodziny ich uczucia. Mamy też przy okazji wiele zdjęć tętniacego zyciem i praca Sztokholmu, wspaniale utrwalonego na taśmie przez Gunnara Fischera. Druga część jest bajeczna wręcz i niemal idylliczna. Monika i Harry spędzaja ze soba beztrosko czas na bezludnych plażach, pala ogniska, kapia się i kochają. Są w tej części dwie wyłamujace się z tego sielankowego nastroju sekwencje, które zapowiadaja trzecia część. Oto kochankowie wracają do miasta i zaczynają wspólne życie, które okazuje się być czymś zupełnie innym od ich wspólnej wakacyjnej idylli. Nie potrafią sprostać wymaganiom rzeczywistości, maja coraz mniej ze sobą wspólnego, nie potrafi ich nawet zespolić dziecko. Bergman poruszył w "Wakacjach z Moniką" temat iluzji, fałszywych wyobrażeń o wspólnym życiu, niemożliowści dotarcia do drugiego człowieka, być może z powodu niedojrzałości bohaterów (pewnie gdyby byli starsi, Bergman uczyniłby Harry'ego i Monikę zgorzkniałymi i obarczonymi balastem nieudanych doświadczeń), film o braku porozumienia, więc też w jakims sencie traktujący o samotności we dwoje.

poniedziałek, 26 października 2009

56. "Pamiętnik pani Hanki" (1963)


"Pamiętnik pani Hanki", reż. Stanisław Lenartowicz (1963). Dosyć przewrotny obraz ostatnich miesięcy przed wybuchem II Wojny Światowej, rzekłbym ironiczny, bo oto mamy obraz rozgrywający się pośród wyższych swer, polityków i drcydentów, zaś tematem filmu jest na tym poważnym tle niemoralne i błahe życie lekkoducha, jakim jest tytułowa pani Hanka (jak zawsze wyborna Lucyna Winnicka), której głównym zajęciem jest poskramianie wciąż odradzającej się nudy. A poskramia ją na wszelkie próżne sposoby (bale, rauty, romanse, plotkowanie, wyścigi konne itd.). Jako że Winnicka gra osobę głupią i kekkomyslną, więc jej postępowanie wkrótce pzrestaje być prywatnym kaprysem żony dyplomaty, gdy wplątawszy się w kolejny romans, staje sie bohaterką skandalu... szpiegowskiego. Świetna scenografia, kostiumy - całe oddanie realiów schyłku Dwudziestolecia oraz ówczesnej atmosfery. Film powstał oczywiście na podstawie powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza.

czwartek, 22 października 2009

55. "Moskwa" (1927)

"Москва", reż. Michaił Kaufman (ZSRR, 1927). Zanim jeszcze dwaj genialni bracia z Białegostoku, Wiertow i Kaufman, stworzyli swoje wiekopomne dzieło, "Człowieka z kamerą filmową", Michaił wyreżyserował film o stolicy Rosji. Jest to nieco dziwny obraz Moskwy. W pierwszym ujęciu widzimy kubły na śmieci i buszującego pośród nich kocura. Wstaje dzień, budzi się miasto, ruszają do pracy służby porządkowe, wyruszają w niezliczone kurs tramwaje i autobusy. Następnie mamy przegląd ulic, skwerów, placów - wszystko skrupulatnie poprzedzone adekwatnym napisem. Kolejny fragment filmu prezentuje migawkowo moskiewskie fabryki i zakłady pracy. Dalej następuje prezentacja czasu wolnego Moskwiczan. W końcu zapada zmierzch, niedobitki starego świata (pamiętajmy, że to okres NEP-u) bawią się w restauracjach przy suto zastawionytch alkoholem stolikach, podczas gdy człowiek sowiecki spędza wieczór w klubie na lekturze prasy, grze w szachy, gimnastyce i grze na instrumentach w orkiestrze dętej. I raptem znów kamery powracają w światło dnia, tym razem przedstawiając Moskwe od strony dyplomatycznej (mamy nawet polski akcent). Po kalejdoskopowym przeglądzie kilku zagranicznych attache w Moskwie, następuje relacja z podpisania sowiecko-niemieckiego paktu o nieagresji (który był podpisany w Berlinie, więc prawdopodobnie tu przedstawiono jedynie jego ratyfikację), a po niej różne migawki z zebrań, w których biora różni radzieccy politycy oraz puste krzesło po Leninie... Film kończy efektowna sekwencja radiowej anteny, z której na cały swiat nadawane sa - jak głosi napis - informacje o prężnym rozwoju młodego radzieckiego państwa.

No i od kronikarskiego przeglądu moskiewskiego życia, reżyser przeskoczył w politykę i propagandę. Nawiązania do filmu Walthera Ruttmanna ustępują obecnie niezbyt zrozumiałym dla kogoś nie będącego historykiem aluzjom politycznym. To znaczy łatwo da się odczytać to, że owe sekwencje były podyktowane ówczesną sytuacją na arenie międzynarodowej, ale nie chce mi się tego po prostu analizować i uważam ten fragment filmu za nieco nużący. Bezcenny jest jednak obraz Moskwy tamtych lat i wiele dałbym, żeby istniały takie filmy pokazujące ówczesną Polskę.


środa, 21 października 2009

54. "Trzy pieśni o Leninie" (1934)

"Три песни о Ленине", reż. Dżiga Wiertow (ZSRR, 1934). Kolejny ciekawy film Wiertowa, ostatni już w awangardowym duchu, gdyż to nie było ani właściwe miejsce, ani odpowiedni czas dla jego sztuki. Partii nie podobał się formalizm filmów Wiertowa i aby mógł dalej zajmować się kręceniem filmów, Wiertow musiał pójść na kompromis jeszcze dalej, niż robił to dotychczas. Najczystszym i najpełniejszym tchnieniem sztuki Wiertowa jest całkowicie apolityczny, genialny i rewelacyjny "Człowiek z kamerą filmową". W tym filmie wypowiedział się estetycznie w pełni. Nigdy później nie operował już tak swobodnie tematyką z dala od linii wyznaczonej przez partię. Jego przypadek przypomina z pewnością burzę wywołana po premierze "Lady Makbet z mceńskiego powiatu" Szostakowicza, który był także mocno krytykowany za formalizm swojej opery. Nie wiem dokładnie, kiedy ten sam problem dotknął Wiertowa; przypuszczam, że już w 1929 roku, dlatego "Entuziazm" jest już bardzo poprawny tematycznie, chociaz jego forma wciąż zaskakuje niesfornością. następny film, "Trzy pieśni o Leninie" wydaje się być kolejnym krokiem w stronę kompromisu, gdyż forma tego filmu jest już bardziej konwencjonalna. Pean na cześć przywódcy rewolucji składa się z trzech części. W pierwszej części przyglądamy się życiu małego miasteczka gdzieś w środkowej Azji, widzimy codzienne zajęcia mieszkańców, egzystencjalną krzątaninę; bohaterką jest mała dziewczynka, która zdobywa wiedzę, uczy się o Leninie, rewolucji itd. Druga żałobna część przedstawia ciało Lenina w trumnie wystawione na widok publiczny oraz zastygłych w oniemieniu żałobników; ów obrazek przeplatany jest archiwalnymi materiałami z Leninem przemawiającym do ludzi bądż w otoczeniu współpracowników, do czego podkład muzyczny stanowi ponury marsz żałobny. Trzecia część to prezentacja dorobku młodego socjalistycznego państwa (Magnitogorsk, elektrownia wodna, kanał dla statków, elektryfikacja, przodownictwo pracy itd.), które realizuje idee swego zmarłego przywódcy. W tej części mamy wmontowane fragmenty innych filmów Wiertowa ("Jedenasty rok" i "Entuzjazm"), jak gdyby reżyser chciał jeszcze sięgnąć do szczęścliwych i bestroskich lat swobodnego robienia filmów zgodnie z własną wolą, a przynajmniej z jej znaczącym udziałem.

53. "Entuzjazm (Symfonia Donbassa)" (1931)



"Энтузиазм (Симфония Донбасса)", reż. Dżiga Wiertow (ZSRR, 1931). Film niezwykły. Jest to próba połączenie obrazu z dźwiękiem. Powstał niezwykle awangardowy film, w którym obraz jest zrytmizowana i uzależniony od muzyki. Istotną rolę odgrywa montaż, często bardzo dynamiczny. W pierwszych scenach filmu przeżyłem szok, bo w sowieckim filmie mamy obraz religijnego ludu rosyjskiego zgromadzonego przed ogromną cerkwią, całujacego stopy figury Chrystusa itd., jednak "czar" prysł, gdy film dochodzi do scen przerabiania cerkwi na klub. Centralnym punktem filmu jest jego długa partia ukazująca pracę kopalni i hut. Jak zawsze fotografia jest nienagana, przemyślana i pomysłowa. "Muzyka" bywa szorstka i często składa się z naturalnych dźwięków przetworzonych w ciągły modulowany kakofonię, co robi ogromne wrażenie. Podtytuł filmu ma więc w pełni zastosowanie w samym obrazie Wiertowa.  Nawiązuje też zapewnie do "Berlina - Symfonii wielkiego miasta" Ruttmanna oraz "Melodie der Welt", w którym również podjęto próbę impresjonistycznego połaczenie obrazu z muzyka. Kto wie, czy te przykłady nie były impulsem dla Chaplina i nie podsunęły mu rozwiązania, jak nadal w latach trzydziestych kręcić wciąż nieme filmy?

52. "Jedenasty rok" (1928)

"Одиннадцатый", reż. Dżiga Wiertow (ZSRR, 1928). Film nakręcony przez czołowego awangardowego reżysera radzieckiego Wiertowa z okazji 10 rocznicy Rewolucji Pażdziernikowej (swoją premierę miał rok później). Niektóre sceny są zapowiedzią "Człowieka z kamerą filmową" z 1929 roku. Podwójne i potrójne ekspozycje, ciekawy montaż, piękna fotografia, wiele pomysłów na ustawienie kamery, za którą stał brat reżysera Michaił Kaufman. Dwa typowe dla propagandy sowieckiej nurty tematyczne filmu to przemysł i rolnictwo. Wiertow potrafi jednak pokazać gigantyczne zwoje rur i obracające się z zawrotną prędkością błyszczące tryby maszyn w poetycki sposób. Nie moja sprawa jest, co pokazuje, a czego nie pokazuje reżyser. Obozów pokazać nie mógł. Dzisiaj na pewno filmy Wiertowa ogląda się dziwnie; kto pamięta dawne czasy komunizmu, ten być może nie dostrzeże formalnego piękna i kunsztu Wiertowa, które to cechy są jednak ewidentne. Także i ja - jak pewnie wielu innych ludzi - mam w pamięci lekturę Sołżenicyna, Nadieżdy Mandelsztam i Aleksandra Wata - tego się nie wymazuje zwyczajnie z pamieci, zaś świadomość tematyki tych lektur może wywoływać ambiwalentne uczucia podczas oglądania filmów sowieckich. Jednak - na szczęście - obecnie mamy już całkiem inne czasy, myślę więc, że dokumenty Wiertowa możemy dziś oglądać bez jakichkolwiek uprzedzeń. W każdym razie ja tak je oglądam. Tym bardziej, że problemy ideologiczne poruszane w tych filmach są już na szczęście martwe.

piątek, 9 października 2009

Farsa

Pokojowa nagroda Nobla dla prezydenta kraju, który prowadzi DWIE wojny - oto prawdziwa farsa...

środa, 7 października 2009

51. "Tajemnice duszy" (1926)

"Geheimnisse einer Seele", reż. Georg Wilhelm Pabst (Niemcy 1926). Martin Fellman żyje sobie szcześliwie ze swoją żoną Ruth, jednak małżeństwo jest bezdzietne z powodu impotencji Martina. Pewnego dnia w sąsiedztwie zostaje dokonane morderstwo. Niebawem Martin dowiaduje się, że w odwiedziny przyjedzie kuzyn, przyjaciel z dzieciństwa. Wydarzenia kumulują się w głowie Martina, który zaczyna odczuwać silną zazdrość i niejasny, niewytłumaczalny pociąg do zamordowania własnej żony.  Nie mogąc patrzeć na wszelkie ostre przedmioty, Martin ucieka od stołu podczas kolacji i w barze, do którego się udaje, poznaje psychoanalityka. Wkrótce panowie zaczynaja się reguralnie spotykać i doktor Orth sięgając coraz głębiej w podświadomość swego pacjenta, stawia dioagnozę i uzdrawia Martina.
To drugi oparty na psychoanalizie film, który dane mi było zobaczyć. Pierwszym był "Nerven" Roberta Reinerta z 1919 roku. Pabst nakręcił "Tajemnice duszy" pomiędzy wrześniem a listopadem 1925 roku i był to następny film reżysera po słynnej "Zatraconej ulicy". W "Tajemnicach duszy" mamy połączenie nowej rzeczowości (Neue Sachlichkeit) z ekspresjonizmem. Wyrazem tego drugiego kierunku w sztuce jest w filmie niewatpliwie siedmiominutowa sekwencja snu Martina. Na tym zwidzie doktor Orth opiera swój proces leczenia Martina; jego przypadłość zostaje analitycznie wyjaśniona, rzeczowo zdefiniowana i skutecznie wyleczona. Bardzo dobre kino, również wizualnie, ponieważ historię dolegliwości i lęków Martina Pabst przedstawił sprawnie i w bardzo atrakcyjny sposób. Obok czysto filmowych ujęć, mamy też nieco reporterskie: Martin przechodzi przez ulicę, czemu kamera przygląda się z dużej odległości dając wrażenie dokumentalności. Pod koniec filmu mamy też kamerę uwolnioną, gdy biegnie za Martinem pod stromy stok wzgórza. Film widziałem na stacji Arte, gdzie napisy obok orygianlnych niemieckich, tłumaczone były na francuski, a że oboma nie własciwie nie władam nawet w niewielkim stopniu, świadczy to o uniwersalnym języku filmu, skoro większość fabuły jednak dosyć dobrze zrtozumiałem.

poniedziałek, 5 października 2009

50. "Młody Sherlock Holmes" (1924)






"Sherlock Jr.", reż. Buster Keaton (1924). Buster Keaton wyświetla jako operartor filmy w małym teatrze i studiuje książkę o tym, jak zostać dedektywem. Oświadcza się dziewczynie, ale podstępny czarny charakter kradnie zegarek jej ojca, oskarżając no to Keatona. Keaton musi teraz oczyścić się z zarzutu o odzyskać dziewczynę.
Komedia Bustera Keatona jest równocześnie przykładem filmu w filmie. Mamy tu możliwość obejrzenia, jka wygladały małe teatry wyświetlające dawniej filmy oraz jak prezentowały się projektory. W filmie mieszają się jawa ze snem oraz fantazja z rzeczywistością. Meritum akcji rozgrywa się we śnie Keatona, w którym bohater wchodzi do ekranu i zaczyna brać udział w akcji wyświetlanego filmu. Film podpowiada Keatonowi rozwiązanie zagadki kryminalnej, jednocześnie czyniąc z przeciętnego chłopca super-dedektywa. Widać, że twórcy filmowi byli doskonale świadomi siły oddziaływania dziesiątej muzy na widza i film Keatona na pewno daje wyraz tej świadomości.
Akcja filmu jest szybka, scenariusz pomysłowy, gagi sypią się jak z rękawa, spro zabawnych nieprawdopodobieństw - wszystko to gwarantuje dobra zabawę.

49. "Paryżanka" (1923)

"A Woman of Paris" (1923), reż. Charles Chaplin. Marie zamierza poślubić Jeana, jednak rodzice młodych nie chca się na to zgodzić. Para planuje wspólną ucieczkę do Paryża i tam pragna wziąć ślub, ale palny krzyżuje im samobójstwo ojca Jeana. Przytłoczona sytuacją Marie jedzie do Paryża sama. Po roku widzimy ją ponownie, jako utrzymankę bogatego Pierre'a Revel. Traf sprawia, że Jean także zamieszkał z matka w Paryżu i dawni kochankowie spotykaja się. Jean maluje portret Marie i odzywają dawne uczucia...
Pierwszy niezależny film Chaplina od czasu powołania do życia wspólnie z Mary Pickford i Douglasem Fairbanksem wytwórni United Artists (wcześniej Chaplin związany był kontraktem z wytwórnią First National). Chaplin nakręcił dramat o miłości, która nie mogła zostać spełniona. Uczucia bohaterów targane są przez los, ale i sama marie nie do końca wie, czego pragnie. Komfortowa sytuacja materialna i niestabilny uczuciowo status Marie przeciwstawiony jest silnemu uczuciu Jeana, który jest jednak biednym malarzem. Film Chaplina ma na pewno pretensje do psychologicznego zaglądania w głąb dusz rozchwianych bohaterów. W dniach swojej premiery "Paryżanka" nie zyskała zbyt pochlebnych recenzji, być może dlatego, że po Chaplinie wszyscy oczekiwali cąłkiem innego filmu. Dlatego Chaplin nigdy już nie powtórzył swojego eksperymentu i myślę, że stało się to z korzyscią dla nas. Bo jak wyglądałby świat bez "Gorączki złota" lub "Naszych czasów"? "Paryżanka" pozostanie ciekawym i miłym dla oka (nawiązania do ekspresjonizmu) dramatem, który mimo swej przygnębiającej wymowy, posiada jednakże ów chaplinowski element wiary w życie i optymizmu. Tak czy inaczej, dla miłośników Chaplina, który w tym filmie nie występuje, pozycja obowiązkowa.

48. "Astrópía" (2007)














"Astrópía" (2007), reż, Gunnar B. Gudmundsson. Rozpieszczona blondynka Hildur znajduje się na lodzie, z chwilą, gdy jej chłopak Jölli trafia do więzienia za jakieś ciemne sprawki. Sytuacja zmusza Hildur do podjęcia pracy w wypożyczalni filmów i gier RPG. Tymczasem Jölli obmyśla plan ucieczki.
Dla mnie super odrealniająca komedia, bez jakichkolwiek pretensji do syntez czy analiz. Należy się jej po prostu poddać. Wpierw mamy socjologiczne zderzenie dwóch światów: Hildur przyzwyczajona do wszystkiego podanego na tacy, ma problemy w odnalezieniu się w świecie przeciętnych ludzi. Trafia do sklepu, gdzie klienci zdają się mieć jeszcze wyżej głowy w chmurach od niej. Dodatkowo ma teraz do czynienia z ludźmi kompletnie zakręconymi. Wreszcie zaczyna się odnajdywać w nawych warunkach, przyłacza się do graczy w grę fantasy... i w tym momencie film staje się zderzeniem rzeczywistości i fantazji. Wiele świetnych komicznych sytuacji, sporo aluzji do filmów fantasy. Forma par exellence komiksowa. Polecam ten zakręcony i trudny do sklasyfikowania film.

piątek, 25 września 2009

47. "Kodeks 46" (2003)






"Code 46", reż. Michael Winterbottom (Wlk. Brytania, 2003). W niedalekiej pzryszłości obywatele kontrolowani sa przez państwo, aż po regulacje urodzin oraz intymne stosunki. Państwo dba, aby nie powstawały genetyczne mezalianse, co reguluje tytułowy kodeks nr 46. Obywatele lepsi genetycznie żyją w metropolii, zaś gorsi - bez prawa wstępu do niej - na otaczającej nertopolię pustyni. William udaje się do Szanghaju w celu zbadania sprawy przecieku przepustek w ręce osób nieuprawnionyhc. Na miejscu poznaje Marię i to spotkanie odmienia jego życie...
Film świetny. Klimat - bomba. Współtworzą go rewelacyjna muzyka i zdjęcia. Nie jest to klasyczne science-fiction, fani takiego mogą odczuć rozczarowanie; film raczej opowiada o uczuciu dwojga ludzi w zindustrializowanym świecie; ich związek zdaje się być tak samo odhumanizowany, jak otaczająca ich rzeczywostość. Są też w filmie aluzje społeczne (podział na posiadąjących i nie posiadających możliwość wstepu do pewnych stref). Miałem wrażenie, że ów filmowy Szanghaj to przede wszystkim miasto, poza nim (długie zdjęcia z lotu ptaka jak w "Rekolekcjach na temat ciemności" Herzoga) to raczej pejzaże Bliskiego Wschodu.
Sen Samanthy Morton według mnie jak najbardziej na miejscu, bo to jest sugestia jej przeznaczenia. Być może jest to tez aluzja do "Nieba nad Berlinem", w którym Marion śni Damiela, by później spotkać go na jawie.
Cały film jest raczej chłodny, żeby nie rzec, że wręcz zimny, w swojej atmosferze i to może odrzucać widza łaknącego gorącej rozrywki, utrudniać odbiór. Dla mnie jest to jednak zaleta. Film leciał ostatnio na TVP Kultura pod tytułem "Pafagraf 46".

46. "Kroki w chmurach" (2000)







"Dhaai akshar prem ke", reż. Raj Kanwar (Indie, 2000). W wyniku pomyłki Karan zostaje pzrez rodzinę Sahiby wzięty za jej męża Oboje nie potrafią się z tego wyplątać i brną w kłamstwo coraz dalej. Karan jest jednak związany z inną kobietą...
Jak to bywa w operze mydlanej, mamy do czynienie ze światem pozorów. Nic nie jest tu rzeczywiste i prawdziwe, wszystko pozorne i wystawne. Film indyjski nauczył się pokazywać pozory rzeczywistości w zachęcający, atrakcyjny sposób. Łączy w sobie wiele gatunków filmowych: melodramat, komedię, sensację, musical. Jak żadna chyba obecnie kinematografia na świecie, konematografia indyjska odwołuje sie do tradycji kina, tworząc pełne przepychu widowiska. W filmie na wszystko jest czas; prosta akcja jest opowiadana na różne, często wodewilowe sposoby, posuwa się do przodu, ale nie odczuwa przymusu jakichś rygorów, mamy więc sporo miłych dygresji, jak na przykład barwny korowód weselny na traktorach śpiewający chóralną miłosna piosenkę (jeśli ktoś myslał, że miłość może być wyznawana na traktorze jedynie w sowieckiej Rosji w latach 30-tych, ten tkwi w wielkim błędzie). Reżyser potrafi świetnie zbudować zarówno sytuacje melodramatyczne jak tez i dramatyczne. Pełnymi garściami czerpie się w tym filmie z istniejących w kulturze wzorców, archetypów, jest raz szekspirowsko, raz teledyskowo, innym razem egzystencjalnie, by za chwilę było kryminalnie. Wszystko to mieści się w jednej konwencji wodewilowego widowiska. Bardzo dobrze się to ogląda i jest mniej pretensjonalne od niektórych kultowych produkcji uesańskich, na pewno zaś mniej niesmaczne. Jesli ktoś ma pomylone pojęcie, co jest rozrywką lub zabawą, to powinien obejrzeć.
Muzyka to osobna sprawa. Film aż iskrzy się od piosenek. Muzyka jest wyśmienicie zaaranżowana i niezwykle różnorodna. Mamy więc współczesna muzyke indyjską, ale za chwilę pojawia się trąbka, gitara elektryczna, sitar, rzewna gitara akustyczna, saksofon. Kompozycje tworzą swoisty callage stylistyczny.

45. "Once" (2006)







"Once", reż. John Carney (Irlandia, 2006). Historia spotkania dwojga ludzi. On jest ulicznym grajkiem, ona emigrantką z Czech. Świetny film. Prosty, ludzki, bezpretensjonalny. Kręcony nieco pod Dogmę taką nerwową niestabilną kamerą, co daje spore wrażenie autentyczności. Kilka surrealistycznych scen, jak przechadzka zatłoczoną ulicą z odkurzaczem ciągnionym za rurę. Polonicum, czyli plakat Chopina na ścianie w irlandzkim sklepie z instrumentami, aż zrobiło mi się bardzo miło. Poza tym sporo świetnej muzyki (chociaż tu mały minus za zbytnią monotonię).

44. "Królowa Śniegu" (1957)







"Снежная королева", reż. Lew Atamanow (ZSRR, 1957). Film na podstawie jednaje z najbardziej znanych baśni Andersena. Kaj zostaje uprowadzony przez tytułowa Króloą Śniegu, Całując go mrożącym pocałunkiem, Królowa sprawia, że Kaj zapomniał o przeszłości. Zrozpaczona przyjaciółka Kaja, Gerda, wyruszsa na jego poszukiwanie.
Co tu sie rozpisywać, ten film jest kolejnym przykładem na to, że w cieniu Disneya powstawały wspaniałe animacje, wzruszające i piękne historie. Rysunek jest jak na lata 50-te niezwykle stranny, dojrzały rzekłbym i raczej nie przerysowany, jak to u Disneya powszechnie bywało. Poza tym film Atamanowa powstał dwa lata przed fantastyczną Disneyowską ekranizacją "Śpiącej królewny" i kto wie, czy pod względem rysunku, jego staranności i malarskości nie była to jedna z inspiracji dla Clyde'a Gieronimego? Historia jest w filmie przedstawiona bardzo wiernie w stosunku do literackiego pierwowzoru.

czwartek, 24 września 2009

43. "Jeśli dziś wtorek - jesteśmy w Belgii" (1969)





"If It's Tuesday, This Must Be Belgium", reż. Mel Stewart (usa, 1969). Do Europy udaje się grupa uesańskich turystów, aby zwiedzić stary kontynent w osiemnaście dni. Przewodnikiem jest Charlie, wyznający coś w rodzaju zasady: w każdym mieście inna dziewczyna. Jednak jego wycieczka nr 225 jest całkiem inna od poprzednich, ponieważ pośród jej uczestników znajduje się powabna projektantka mody, Samantha...
Uesańskie oko przygląda się Europie... Ale też spoziera na kilku swoich obywateli, a przekrój ich jest dosyć spory: od hotelowego kleptomana, przez weterana II Wojny Światowej, playboya-mitomana, konserwatywnego ojca, wyzwoloną obyczajowo córkę, po projektantkę mody, która stoi przed ważnym wyborem życiowym, ale nie jest pewna, czy chce wyjść za mąż za George'a. Mamy w filmie charakterystyczne dla europejskich krajów obrazki (rynek serowy w Amsterdamie, jodłowanie w Szwajcarii itp.). Różnice kulturowe stanowią tu podstawę mniej lub bardziej udanych komediowych sytuacji, ale też śmiech wzbudzają charaktery poszczególnych bohatreów oraz zwykły komizm sytuacyjny (np. wejście do niewłaściwego autobusu Irmy, która od tej pory podróżuje przez Europę z wycieczką Japończyków itd.). W sumie fajny, stonowany humor, na poziomie, bo bez prostactwa i grubiaństwa. Sporą zaletą filmu są liczne epizodyczne role znanych ludzi: Donovan śpiewa własna piosenkę, Vittorio de Sica gra szewca, John Cassavetes pojawia się jako gracz, w filmie możemy też zobaczyć Anitę Ekberg i Joan Collins.




Odnośnie zarzutów, że humor nieco trąci myszką: humor rzeczywiście jest czasem nieco staroświecki, więc nie trafia obecnie do każdego, ale - mimo to - film da się bez propblemu oglądać. Jeśli nie jako komedię, to jako film obyczajowy, bo po prostu zrobiony jest dobrze.
I na koniec: oczywistą rzeczą jest, że najmagiczniejszym fragmentem filmu jest ten, gdy Donovan śpiewa "Lord of the Reedy River". Tu w wersji z dokręconym nie wiadomo skąd obrazem:



42. "Kapryśne lato" (1968)








"Rozmarné léto", reż. Jiři Menzel (Czechosłowacja, 1968). Genialny Jiři Menzel i jeden z jego wspaniałych filmów. Fantastyczne aktorstwo (powściągliwe, z dbałoscią o szczegóły i o gesty), piękne zdjęcia (to nie w "Piratach z Karaibów" po raz pierwszy nakręcono deszcz padający na stojące na stole naczynia, o nie) i humor raz gorzki, innym razem pogodny. Ludzkie problematy, namiętności, słabości, przyzwyczajenia, upodobania - to w skrócie streszczenie filmu...
Obejrzałem ostatnio po raz kolejny i ten film nic, absolutnie nic nie traci ze swojej spokojnej i opanowanej, a jednocześnie bezwzględnej siły wyrazu. Wymieszanie subtelnego humoru z gęstym filozofowaniem o życiu, to już jest mieszanka wybuchowa. A przeciez mamy jeszcze groteskowość ludzkiej natury, która bywa tak kapryśna, jak lato...

Nieme kino

Warto orozmawiać o niemym kinie. Kino to jest dziś niemal nieznane, czasem tylko ktoś zna jakiś głośny tytuł, a przecież już wówczas kładziono podwaliny pod współczesne kino, zajmowano się tematami, które teraz przemiela się po raz enty jak jakiś mielony kotlet, obmyślano fantastyczne pomysły, bez pomocy komputerów kręcono nieprawdopodobne sceny, bez udziału kaskaderów tworzono dech zapierające ujęcia... Posiadam wielki szacunek dla tamtych Artystów (inaczej nie mogę o nich mówić). Dzisiaj nieme filmy mogą być odbierane jako archaiczne, wszak mass media starają się wyrabiać nasze gusta, abyśmy bez popitki łykali wszelkie terrory i grindhousy, dla mnie jednak stare dobre nieme kino jest w porównaniu z dzisiejszym fantastyczne, niesamowite, frapujące, z innego świata...

Przede wszystkim nie można odbierać niemego kina przez pryzmat kina współczesnego. Nie wolno nigdy zapominać daty powstania dzieła. Podobnie twórczsość Horacego i Marcjalisa posiada niepodważalne miejsce w historii literatury i nikt nie śmie stwierdzić, że są to twórcy archaiczni bo powstały "Ulisses" i "Śmierć Wergilego"; to samo powinno mieć miejsce w przypadku kina niemego. To, że teraz powstają filmy lepsze technicznie, nie znaczy, że dawne filmy są gorsze. Jest odwrotnie: dzisiejsze filmy nakręcone 80 lat temu wygladałyby tak, jak znane nam filmy sprzed osiemdziesięciu lat. Być może pozornie wyglada to na tautologię, ale jest stwierdzeniem prawdziwym.

41. "Gosposia" (2002)








"Une femme de ménage", reż. Claude Berri (Francja, 2002). Jacquesa opuszcza żona, w jego mieszkaniu panuje chaos, więc postanawia zatrudnić gosposię. W kawiarence, gdzie zwyczajowo przesiaduje, czyta ogłoszenie, na które odpowiada. Poznaje Laurę, która wkracza do jego domu z miotła w ręce (albowiem nie znosi odkurzaczy)...
Spokojny i cichy film Berri'ego. Powoli poznajemy prawdę o historii żony Jacqueesa, obserwujemy, jak pod wpływem obecności młodej dziewczyny, utrata żony staje się nieważna i... doczekujemy się na końcu tego, co stać się musiało. Początkowo reżyser próbuje zmylić widza i póki nie poznajemy prawdyo głuchych telefonach, możemy przypuszczać, że film może być thrillerem (nie znamy przecież intencji gosposi). Berri snuje swoją opowieść w prosty, aczkolwiek nie pozbawiony powabu sposób. Jest to banalna historia, opowiedziana bez zbędnej w takim przypadku brawury, opowieść o ludziach, o ich rozstaniach, o tym jak sobie radzą z własną pustką. Otwarte zakończenie bardzo pasuje do całości. Przed Jacquesem stoją aż trzy drogi i wcale nie jest pewne, czy nie wkroczy na tę najmniej prawdopodobną (powrót do żony). Film nie powala może i po jednokrotnym obejrzeniu jakoś nie dręczy duszy, jednak myślę, że nie zmarnowałem półtorej godziny.

40. "Do góry nogami" (1982)








"Do góry nogami", reż. Stanisław Jędryka (Polska, 1982). Szóstka karlusów (chłopaków) pasjonuje się fuzbalem (piłką nożną) i ugania po hałdach i placach (podwórkach) za szmacianką. Zapatrzenie są w piłkarzy najlepszego klubu w Polsce, Ruchu Wielkie Hajduki (obecnie Chorzów). Wokół nich biegnie normalna codzienność. Na wszelkie kłopoty chłopcy mają niezawodny sposób: stają na rękach. Obserwują bacznie toczące się wokoło dorosłe życie i... zaczynaja mieć na nie coraz większy , aczkkolwiek nieświadomy, wpływ.
Film Jędryki przypomina balladę ludową, bogato okraszoną rubasznym ploretariackim humorem. Początkowo historia oscyluje wokół obyczajowych obserwacji, aż niespodziewanie wykluwa się akcja. Pierwsza godzina filmu to jednak raczej próba rekonstrukcji życia śląskich rodzin w zamieszkujących familoki, wędrujących przez hałdy, pasjonujących się piłką nożną itd. Film zaczyna się w dniu otwarcia w Wielkich Hajdukach (dzisiejszy Chorzów Batory) stadionu Ruchu. Jest rok 1935. Mecz z Wartą Poznań przyciąga tłumy. Tuż obok wielkiego wydarzenia chłopcy kopią szmaciankę, wołając na siebie nazwiskami zawodników Ruchu (Wilim - skrót od Wilimowski, Peterek, Brom, Tatuś, Wodarz...). To ich cały świat. Dorosłe życie jednak wciąż zaczepia szóstkę bajtli (dzieciaków) na różne sposoby. Raz muszą Wilimowi i Peterkowi kupić wódkę, innym razem muszą zemścić się na lokaju zarządcy Huty Batory za przebicie szmacianki, stają się świadkami śmiertelnego postrzelenia sąsiada, musza przyprowadzać napranych (pijanych) ojców z szynku, pożyczając od sklepikarki 50 groszy dowiadują się, co znaczy słowo "gwarancja" i tak dalej i dalej. W końcu nastaje dzień 27 sierpnia 1939 roku i słynne zwycięstwo Polski nad Węgrami 4:2 (3 bramki Wilimowskiego); chłopcy słuchają realcji radiowej. To oczywisty znak, że dobiegł koniec wolnej Polski. Nastaje okupacja i teraz dopiero zaczyna się akcja filmu. Zbieg wydarzeń sprawia, że czynnie przyczyniają się do nieszczęścia. Więcej już nie zdradzę.
Prócz rozbawiania, film Jędryki potrafi też zamyślić albo zauroczyć (scena, gdy Edzio gra "Simpson" miłosną pieśń na puzonie). Pokazuje też, że dzieci potrafią być okrutne. Muzyka weterana polskiej kinematografii Korzyńskiego - w porządku. Realia przedstawione są bardzo starannie, z dbałością o reklamy Rodiona i Nivei. Czasem zdarzy się, że ulica przejedzie dwukrotnie ten sam czerwony samochód, jak gdyby w Hajdukach było tylko jedno auto. W scenach na stadionie Ruchu też można się czepiać, że w kadr wchodzą oświetleniowe słupy, zainstalowane 30 lat później i zegar Omega, który na stadionie pojawił się dopiero w 1939 roku. Ale tu chyba należy znać historię; dla laików to wszystko przejdzie bez zastrzeżeń. Ogromnym plusem filmu jest cudowna fotografia Jahody. Niczym zdjęcia, kadry są komponowane poprzez ekspozycję pierwszego planu z miękko fotografowanym tłem. Może jutro dorzucę kilka screenów jako przykłady. Cały film - to dla mnie zaleta - mówiony językiem śląskim, co prawda w nieco bardziej zrozumiałej formie, ale jednak nie tak literacko polskiej jak w na przykład w "Rodzinie Milcarków", gdzie gwary wcale nie da się usłyszeć.

39. "Cyrulik syberyjski" (1998)








"Сибирскiй цирюльникъ", reż. Nikita Michałkow (Rosja/Francja/Czechy/Włochy, 1998). Uesanka Jane Callahan jedzie do Rosji wezwana przez szalonego konstruktora McCrackena, by pomóc w zdobyciu finansowego wsparcia u Wielkiego Księcia. Na leśnej stacji do pociągu wchodzi rozbawiony oddział kadetów. Do przedziału Jane trafia kadet Andriej Tołstoj. Spotkanie to zmieni ich całe dotychczasowe zycie...
Trudno jednoznacznie sklasyfikować ten film. Jest to bowiem po części komedia, film przygodowy, romans, melodramat, obyczaj, film historyczny i dramat. Lekkość i wdzięk pierwszej części filmu i powaga oraz melodramatyczność drugiej połowy mnie przywodzi na myśl "Skrzypka na dachu", gdzie do momentu wesela film był błogi i wesoły, by od momentu zepsucia wesela przez żołnierzy stać się miejscami wręcz ponury. Wynalazek McCrackena - ogromna maszyna parowa do ścinania drzew - z jednej strony przywołuje mi na myśl latającą maszynę w "Arizona Dream", z drugiej szalone wynalazki z "80 dni dookoła świata". Michałkow pokazał Rosję w nieco meuropejski, a miejscami nawet uesański sposób. Akkcja filmu zresztą rozgryywa się w dwóch płaszczyznach czasowych na dwóch różnych kontynentach (spaja ją retrospektywa). Obyczajowe fragmenty z festynu są świetne: walka kilkuset mężczyzn na pięści z gołymi torsami na śniegu, picie wódki ze szklanek - jedną za drugą, szalona zabawa bez zahamowań, otrzeżwiające polewanie wodą prosto z przerębli - to wszystko jest jakby arcyrosyjskie. Ale mamy też dramaturgiczne zdarzenia (na przykład pożegnanie śpiewem na dworcu, czy kolacja w szpitalu), które pokazane są już w zachodni sposób. Szczególnie zaś uesańskie jest zakończenie (chociaż nie jest to happy end) oraz epizody rozgrywające się w usa. Sam Michałkow wyznaczył dla siebie małą, aczkolwiek eksponowana rolę, zagrał bowiem samego cara Aleksandra III. Małą rolę miał też w filmie Michałkowa Daniel Olbrychski.
Film zrobiony z rozmachem, akcja z dramatycznymi kuliminacjami, historia traktowana jako całość raczej niebanalna. Można zarzucić filmowi Michałkowa niespójność i zbyt duży rozmach stylistyczny - można jak najbardziej. Film jednak ogląda się dobrze i moge polecić go z czystym sumieniem.

38. "Kuszenie cichej Weroniki" (2000)








"Kuszenie cichej Weroniki", reż. Krystian Lupa (Polska, 2000). Weronika mieszka ze swoja podstarzałą ciotką w niszczejącym dworku. Posiadłość zamieszkuje jeszcze darzący Weronike platonicznym uczuciem Johannes oraz Demeter. Z tym drugim Weronika prowadzi swoistą grę przypominającą flirt; Johannes pociąga ją duchowo, Demeter fascynuje fizycznie...
Film Lupy to przeniesienie na ekran wyreżyserowanego przez niego samego spektaklu w 1997 na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu. Oparty jest na prozie Roberta Musila. Nakręcony w autentycznym dolnośląskim na wpół zruinowanym domostwie (co buduje niesamowita atmosferę) oraz w pięknych plenerach nad Bobrem, często z zastosowaniem kamery kręconej z ręki, film Lupy jest swoistym i jedynym w swoim rodzaju zapisem duchowego rozdarcia, tłumionej fascynacji oraz eksperymentów, jakich podejmuje się kobieta, by zrozumieć siebie. Oczywiście film jest par exellence artystyczny; język jest tu czysto Musilowski (kto czytał "Człowieka bez własciwości", wie, o czym piszę). Lupa jest reżyserem, którego na szczęście nie ogranicza żaden producent, powstało zatem dzieło bezkompromisowe, które zajmuje się wyłącznie tematem, nie schlebianiem gustów publiczności - nie jest więc łatwe w odbiorze.

37. "M-morderca" (1931)











"M", reż. Fritz Lang (Niemcy, 1931). Berlińska policja gorączkowo poszukuje mordercy małych dzieci. Miasto żyje w permanentnej psychozie. Pierwszy dźwiękowy film Langa... a jaka maestria w zastosoawniu nowego przełomowego wynalazku dla kina. Pomiędzy ostatnim niemym filmem Langa "Kobieta na Księżycu", a pierwszym jego filmem dźwiękowym minęły dwa lata; reżyser nie spieszył się chyba, wolał poczekać i starannie przygotować się do nowej epoki.
Film jest zrealizowany w sposób staranny, drobiazgi odgrywają w nim ogromną rolę (od opakowania po cukierkach po koślawe litery w liście pisanym na drewnianym parapecie). Czasem w grze aktorskiej widać jeszcze pewne cechy znane z niemych filmów, ale odczuwalne jest to chyba w epizodach takich, jak nalot policji na spelunę czy kłótnię w piwiarnii.
Czy motyw zamknięcia Petere Lorre w opuszczonym budynku nie przypomina trochę tego z "Windą na szafot" Malle'a, gdzie Travernier zostaje zamknięty w windzie?
To nie jest tylko film Petera Lorre, jest to przecież pierwsza część dyptyku z Otto Wernickem grającym komisarza Kalra Lohmanna (drugą częścią jest oczywiście "Testament doktora Mabuse" z 1933 roku).
Film oparty jest na autentyczych wydarzeniach, które miały jednak miejsce w Düsseldorfie.
Z ksiażki ""Kino - wehikuł magiczny" dowiedziałem się, że film Langa miał nazywać się pierwotnie "Mordercy są wśród nas" ("Die Mörder sind unter uns"), ale tajemnicze naciski z zewnątrz sprawiły, że został zmieniony. Tytu wykorzystał w swoim rozrachunkowym z nazizmem filmie Wolfgang Staudte w 1946 roku.

"Chanson d'Armor" (1934) c.d.





36. "Chanson d'Armor" (1934)


"Chanson d'Armor", reż. Jean Epstein (Francja, 1934). Niewinny wyrusza w podróż, która jest metaforą życia i nieszczęśliwej miłości. Film rozgrywa się w przepięknych pejzażach Bretanii. Jest awangardową alegorią; posiada na wpół dokumentalny i na wpół fabularny charakter. Trwa zaledwie 43 minuty, ale w tym krótkim czasie reżyser stworzył piękne i poetyckie cudo. Dialogów w filmie prawie wcale nie ma - są za to pieśni. To one tworzą nieziemski klimat smutku i melancholii. Bohater filmu (Niewinny) opuszcza szkołę jako dorosły mężczyzna, idzie po błogosławieństwo do proboszcza, po czym pakuje manatki i wyrusza w podróż. W tym miejscu filmu pojawia się pierwsza pieśń (kompletne zaskoczenie), do której obraz stanowią kolejno: widok katedry, migawki z targu, chłopi przy pracy i wreszcie długi i powolny obrót kamery dookoła własnej osi ukazujący drzewa. W miasteczku wędrowiec poznaje kobietę (Jean-Marie), którą ratuje z rąk człowieka-psa, jednak ona należy do bogatego narzeczonego. Podczas festynu wygrywa walkę zapaśniczą i w nagrodę idzie z Jean-Marie na spacer, który jednak kończy się przejęciem dziewczyny przez narzeczonego. Bohater zaciąga się na statek i wypływa w morze. Film kończy jedna z najlepszych podwójnych ekspozycji z tych, które kiedykolwiek widziałem. Jean-Marie leży na plaży w białej sukni, u jej głowy siedzi Niewinny, kamera wędruje od jej nóg do jego głowy, a wszystko to przenika nieustannie poruszana falami morska woda...
---
Obsada:
Yvon Le Mar'hadour - Jean-Marie Maudez
François Viguier - Niewinny
Georges Prieur - narzeczony
i inni
Twórcy:
Reżyseria: Jean EpsteinScenariusz: Jean des Cognets
Zdjęcia: Georges Lucas i J. Lucas
Muzyka: Jacques Larmanjat

35. "Berlin. Symfonia wielkiego miasta" (1927)






"Berlin: Die Sinfonie der Großstadt", reż. Walther Ruttmann (Niemcy, 1927). Jeden dzień z życia Berlina w latach dwudziestych.
Film Ruttmanna zapoczątkował serę tak zwanych portretów miast - zainspirował Wiertowa do nakręcenia fantastycznego filmu "Człowiek z kamerą" oraz Kaufmana (brata Wiertowa) do zrealizowania "Moskwy". "Berlin..." to fotograficzna opowieść o życiu wielkiej metropolii od świtu po noc. Kamery wędrują ulicami miasta i rejestrują to, co ciekawego dzieje się dookoła. Fotografia i montaż (nie tak dynamiczny jak u Wiertowa) są wyśmienite. Gdyby nie jedyny w filmie wtręt fabularny (samobójca na moście), trudno byłoby uwierzyć, że mamy do czynienia z niemym kinem. Film nie posiada napisów - broni się wyłacznie obrazem.

34. "Turkszib" (1929)






"Турксиб", reż. Wiktor Turin (ZSRR, 1929). Dokumentalny film przedstawiający budowę kolei żelaznej z Syberii do Turkiestanu.
Film zaczyna się od sportretowania życia w Kazachstanie, następnie reżyser przedsatwia powód, dla którego należy zbudować kolej (transport bawełny), nastepnie na step ruszają geologowie i mierniczy, w końcu ruszają maszyny i robotnicy. Film jest narastaniem, od spokojnych i cichych widoków wyniosłych i osamotnionych gór, po zaludnienie i ożywienie bezludnych obszarów. Na pewno jest to film propagandowy, dziś jednak - skoro ta propaganda dawno już straciła swą aktualność - fajnie jest przyjrzeć się dobrze zrealizowanej całości, interesujacym zdjęciom, wartkiemu montażowi, a także krajobrazom oraz ludzkiemu trudowi, który jednak wart jest podziwu, ponieważ tory przetrwały imperium i służą po dzis dzień.
"Turksib" był kręcony w 1926 roku, zaś premiera odbyła się dopiero trzy lata później.