czwartek, 31 marca 2016

Günter Grass "Szczurzyca"

Można powiedzieć, że dziwna to książka. Napisana po trosze w konwencji snu, po trosze z perspektywy pisarza, z licznymi odwołaniami do kultury i cywilizacji, mocno polska, rozgrywająca się na kilku płaszczyznach, z kilkoma równoległymi akcjami. Grass powraca w niej do Oskara, bohatera "Blaszanego bębenka", który jedzie do Polski na sto siódme urodziny swojej babci, tej od noszenia kilku spódnic jednocześnie. Drugim bohaterem jest pisarz, w domyśle sam Grass, rozmawiający z tytułowa Szczurzycą. Równolegle biegnie wątek fałszerza malowideł kościelnych, specjalistę w domalowywaniu do autentyków gotyckich motywów. Poznajemy też pięć kobiet płynących starą łajbą, które pod pozorem badania zagęszczenia chełbi w Bałtyku, szukają Winety, zatopionego miasta. Watek baśniowy wypełniają postacie z bajek braci Grimm oraz sami bracia Grimm zwanymi w powieści przez Grassa skrótowo Grimmobraćmi. Ostatnim wątkiem jest cywilizacja szczurów i jej wpływ na losy świata. Szczur posiada w powieści kilka znaczeń, jest symbolem żywotności, umiejętności przetrwania największych katastrof, wspólnoty, ale i pogardy; Grass zestawia zachowanie szczurów z zachowaniem ludzi, budując swoisty kontrast, w którym często ludzie wypadają niekorzystnie. "Szczurzyca" jest ostrym oskarżeniem cywilizacji zmierzającej do zagłady, która dokonuje się na kartach powieści. Po zniknięciu z Ziemi ludzi szczury, które przetrwały wielkie "bum-bum", jak mówi o tym Szczurzyca, organizują własne "państwo". Mamy więc do czynienia z zarówno powieścią katastroficzną, apokaliptyczną, utopijną i fantastyczną, a nawet ekologiczną i polityczno-rozliczeniową, ponieważ Grass nie byłby sobą, gdyby nie zabrał się za skórę nazistom. W powieści piętnuje tez okres powojenny, nazywając go czasem kłamstwa, ze względu na fakt, że wielu byłych nazistów zajmowało wówczas w NRF eksponowane stanowiska i pozostało bezkarnymi. Ta wielowątkowa, gęsta i bogata w treść książka, napisana w atrakcyjnej formie daje czytelnikowi znakomitą możliwość do interpretacji, własnych przemyśleń i ustosunkowania do zawartych w niej kwestii. Bardzo dobra, unikatowa w sumie i oryginalna proza.




Wydawnictwo Oskar: "Szczurzyca"

poniedziałek, 21 marca 2016

Zagadkowe krzyki roslin

Założyłem nowy blog o profilu muzycznym; serdecznie zapraszam i zachęcam do komentowania (także tutaj) :)

Zagadkowe krzyki roślin

niedziela, 20 marca 2016

Gajusz Petroniusz "Pieśni miłosne"

Liryka miłosna rzymskiego poety Petroniusza. Sporo w niej pochwał i zachwytów. Petroniusz wychwala swobodę w miłości, daleki jest od zamykania kochanki w złotej klatce. Napisana prostym językiem, potrafi być zmysłowa, a będąc zmysłową, nie porzuca mądrości. Dzieląc te erotyki na fragmenty, otrzymalibyśmy spory zbiór aforyzmów, w każdym razie starczyłoby na dedykację do nie jednej książki ofiarowanej w prezencie. Mało jest w tej poezji jak na teksty starożytne odniesień do rzymskich bogów i postaci, więc nie trzeba wertować encyklopedii. Oprócz wierszy miłosnych znajdują się utwory poświęcone zazdrości, obyczajom i ogólnie pojętej szczęśliwości.
Tomik jest niewielkich rozmiarów, zawiera szesnaście wierszy, z powodzeniem mieści się w kieszeni, można czytać go wielokrotnie i mieć zawsze przy sobie. Książka doskonała?

Wikiźródła: "Pieśni miłosne"

Philip K. Dick "Płyńcie łzy moje, rzekł policjant"

Dziwna to książka, chyba jeszcze dziwniejsza niż "Ubik", ale przecież nic w tym złego. W ogóle dziwnie czyta się książkę fantastyczno naukową, której akcja rozgrywa się około 30 lat temu... Dick stworzył świat przyszłości, na który składają się różne elementy: rzeczywistości, fantazji, nauki, obyczajów, futurologii, science fiction, utopii, światów równoległych itd. Bohater, Jason Travenier, żyje w świecie przypominającym pod wieloma względami Stany Zjednoczone z okresu Lata Miłości, ale państwo rządzone jest policyjnie, społeczeństwo jest radykalnie klasowe i istnieją Obozy Pracy przypominające sowieckie łagry. Po lekturze książki miałem wrażenie, że dla Dicka ważniejsze było umieszczenie odniesień do świata realnego, niż snucie fabuły. Podobno jest to książka w dużej mierze autobiograficzna. Mogłyby na to wskazywać doświadczenia z narkotykami, sporo fragmentów dotyczących płyt i muzyki (Dick prowadził sklep z płytami i stację radiową), problermy z kobietami oraz zniknięcie Traveneira ze świata publicznego, co przypomina starania Dicka, żeby w nim zaistnieć, a który - jak wiadomo - za życia nie potrafił zdobyć uznania. Istotnym wątkiem w książce jest rola mass mediów; Travernier prowadzi cotygodniowy show telewizyjny, który przyciąga publiczność często niesmacznymi sposobami, na przykład publicznym obnażaniem się gości programu. Drugim bohaterem książki jest policjant Felix Buckman zainteresowany problemem zniknięcia z baz danych wszelkich informacji o Travenirrze. Buckman prowadząc śledztwo, nie zdaje sobie nawet sprawy, w jak dużym stopniu sprawa Traverniera łączy ze sobą głównych bohaterów. Myślę że Dick trochę przesadził, łącząc ze sobą obu bohaterów aż tak ściśle, bo wygląda to w ten sposób, jak gdyby świat stworzony przez autora był na tyle ciasny, ze Travernier i Buckman wciąż się o siebie ocierają; od biedy można to jednak zaakceptować. Na pierwszy rzut oka powieść Dicka nazwać można psychodeliczną ze względu na jej złożoną formę (ciśnie się na usta słowo "zakręcona") i liczne odniesienia do kontrkultury hippisowskiej oraz politycznego zamętu końca lat sześćdziesiątych, ale po głębszej analizie odkrywamy kolejne warstwy, następne aluzje i kolejne odniesienia, powierzchnie się piętrzą i powstaje całkiem poplątana forma, która - tu powstaje pewien problem - jednych zachwyci, innych zniechęci. Warto jednak uporać się z tym problemem, warto przebrnąć przez te warstwy, nie jest to bowiem trudna czy hermetyczna książka napisana jakimś zawiłym językiem. Dick pisze dosyć przystępnie, nie rozbudowuje zbytnio zdań, nie szpikuje tekstu nadmiarem obcych słów. Czasem Dick wspomina o twórcach kultury wyższej, o filozofach lub kompozytorach muzyki poważnej, nie zmienia to jednak stylu pisarza. Jego fraza płynie wręcz sama nie napotykając przeszkód. Nie będę oceniać, czy to jest dobre, bo lubię często pomęczyć się nad tekstem, czasem jednak miło jest książce dać się porwać i - przysłowiowo - złapać dwie sroki za ogon, czyli mieć radość z czytania z równoczesnym poczuciem, że książka w ręku nie należy do błahych. Taki jest właśnie Dick i jego książki. "Płyńcie łzy moje, rzekł policjant" nie stanowi wyjątku.


Rebis: "Płyńcie łzy moje, rzekł policjant"

środa, 16 marca 2016

Virginia Woolf "Pani Dalloway" # 2



Druga już lektura tej książki w tym roku. Książka za pierwszyrazem nie odkryła wszystkich swych tajemnic, dlatego powtórne czytanie okazało się wartościowe. Dostrzegłem sporo społecznych odniesień, szczególnie dotyczy to różnic w społeczeństwie, hierarchii. Woolf pokazała tez klasę średnią jako snobistyczną, trochę zdezorientowaną w wydarzeniach politycznych, oddaną monarchii i uznająca autorytet polityków, ale nie ze względu na przekonania, a z powodu zajmowania prestiżowego stanowiska.Za drugim razem jeszcze bardziej zauważyłem w powieści nacisk na upływ czasu. Co chwilę dzwoni Big Ben, inne zegary mu wtórują, narracja sięga raz po raz w przeszłość, postaci sporo wspominają, pani Dalloway rozważa swój wiek biologiczny. Za drugim czytaniem jeszcze bardziej istotnym stał się wątek Septimusa Warrena Smitha, a co za tym idzie Woolf skontrastowała traumę wojenną z blichtrem i pustką londyńskiej koterii. Jest to motyw pacyfistyczny jak by na niego nie patrzeć, kiedy Septimusowi mieszają się zmysły i widz, przywołuje, myśli o swym poległym towarzyszu broni Evansie. Oba wątki łączą się na przyjęciu u pani Dolloway, co główną bohaterkę ukazuje w niezbyt korzystnym świetle i co z pewnością stanowi klucz do odczytania powieści: jak jest naprawdę główna bohaterka, więc i jaka jest warstwa społeczna, którą Dolloway reprezentuje. "Pani Dalloway" jest tez powieścią o odbiorze świata zewnętrznego oraz o tym, jak bardzo mało wiemy o ludziach, z którymi przebywamy. Piękna forma tej książki pozwala czytelnikowi zajrzeć w serca i myśli bohaterów, poznać ich opinie, sposób postrzegania świata, zapatrywania, upodobania; w tym tkwi siła powieści Virginii Woolf, w tym łączeniu światów, kosmosów, jakimi są wobec siebie ludzie, nieprzeniknionych, zamkniętych, widzianych przez lunetę, powierzchownie i tylko częściowo. Jest aż trudne do pojęcia jak w tak niewielkich rozmiarów książce Virginia Woolf zawarła tak wiele. Wkrótce minie sto lat od wydanej w 1925 roku powieści, ale myślę, że "Pani Dalloway" nie zestarzeje się jeszcze długo, gdyż proza ta nawet dzisiaj przewyższa jakością większość pisanych obecnie książek, urzekając niekonwencjonalną formą, wnikliwością, polotem i poważnym podejściem do czytelnika.

Tu pierwsze refleksje z lektury: Virginia Woolf "Pani Dalloway" # 1



Znak: "Pani Dalloway"



poniedziałek, 14 marca 2016

126. "Kwiat granatu" [1968]

"Цвет граната", reż. Sergiej Paradżanow [ZSRR, 1968]. Film poetycki, wizualny, każdy kadr wystudiowany i wysmakowany, malarski. Niesamowita gra barwami, symboliką, dźwiękami. Zapiera dech w piersiach. Niezwykłe, niecodzienne, oryginalne kino; podobnego filmu pewnie już nikt nie nakręci. Film o miłości do słowa, do książek, do poezji. Życie ormiańskiego poety Sajat-Nowy jest dla Parażanowa zaledwie pretekstem do stworzenia feerycznej wizji. To jest właśnie czyste kino, idealnie zespojenie formy z treścią, dominacja obrazu, zamierzona i trafiona teatralność, cudowny poemat.

Ptaki


















To jedna z tych szczególnych chwil, kiedy jestem sam w domu i gdy potrafię niemal zupełnie skupić się na lekturze książki, zbliża się wiosna, drzewa rzucają na trawę słoneczne cienie, panuje prawie idealna cisza, w każdym razie w głowie nie ma zamętu i zbyt wielu odgłosów, siedzę na balkonie, nie jest jeszcze zbyt ciepło, ale to nie przeszkadza, w ręku "Pani Dalloway" już drugi raz w tym roku i tylko ptaki nawołują się z wszystkich stron, to jedyne dźwięki pochodzące z zewnątrz, rejestrowane uchem, stereofoniczne, nie przeszkadzające jednak w czytaniu, w skupieniu, taki naturalny dodatek do tego właśnie fragmentu rzeczywistości, jedynego i wyjątkowego, chociaż paradoksalnie powtarzalnego.

piątek, 11 marca 2016

Alan Sillitoe "Z soboty na niedzielę"

Głównego bohatera charakteryzuje nieuświadomiony bunt przeciw społeczeństwu gapiącemu się w telewizory, przeciwko jarzmie niewolniczej pracy, bunt wymierzony w skostniałą obyczajowość. Arthur jest 22-letnim operatorem tokarki w fabryce rowerów, pracuje na akord i zarabia przyzwoite pieniądze, irytuje go jednak fakt, że nie może zarabiać więcej, bo gdyby obrobił więcej części, obniżono by mu stawkę. Pozostaje mu stać osiem godzin przy maszynie, kontrolować swoją produkcję i czekać na piątek, na wypłatę tygodniówki oraz na początek upragnionego weekendu. W piątek Arthur staje się człowiekiem wyzwolonym, odwiedza bary, pije na umór i spotyka się potajemnie z żoną kolegi z pracy. Sillitoe sportretował robotnicze środowisko Nottingham, ukazał w tle brak perspektyw, życie polegające na czerpaniu prostych, często prymitywnych radości, głównie toczące się w fabryce, w barze i przed telewizorem. Możliwości zbyt wielkich nie ma. Arthur posiada cechy swego otoczenia, lecz różni go niechęć do ustatkowania się; wyczuwa banalność takiego życia, więc usiłuje w każdy weekend oszołomić się alkoholem i nie stroni od bójek. Arthur posiada słabość do kobiet. Niepotrzebnie komplikuje sobie życie wdając się w romanse z mężatkami. Bezwiedne, nieświadome życie Arthura wysuwa się w powieści na pierwszy plan i jeżeli jego namiastkę nonkonformizmu znać można za coś pozytywnego, to podejście Arthura do życia intymnego nie da się już tak nazwać. "Z soboty na niedzielę" można nazwać książką o sile popędu, która ma rekompensować nieciekawą egzystencję. Czytelnik zada sobie zapewne pytanie, dokąd zawiedzie Artura ta droga lub - nazywając rzecz po imieniu - ryzykowna gra? Jak długo Arthur będzie niepokorny? Czy świat jest w stanie złagodzić jego naturę? Czy naturę Arthura determinują warunki społeczne i ekonomiczne? Ta z pozoru prosta historia poddana głębszej analizie zmusza do zastanowienia. W końcu Sillitoe opowiada o pewnym uniwersalnym układzie: podmiot kontra przedmiot, człowiek kontra świat. Czy Arthura można nazwać buntownikiem? Jak bardzo uświadamia sobie swe położenie w społeczeństwie? Czy łamiąc ustalone zasady pragnie osiągnąć jakiś zamierzony cel? Czy tylko błądzi bez celu od baru do baru, od kochanki do kochanki, przemierzając  proletariackie uliczki Nottingham, niesiony jakąś nieokreśloną, ale obezwładniającą go falą donikąd?

środa, 9 marca 2016

Günter Grass "Wróżby kumaka"

Książka opowiada o spotkaniu kobiety i mężczyzny, zupełnie przypadkowym spotkaniu w mieście w żadnym wypadku nie będącym przypadkowym. Spotykają się, oboje już sporo po pięćdziesiątce, i od razu zakochują się w sobie. Wdowa i wdowiec, Polka i Niemiec, Aleksandra i Alexander, była komunistka i były członek Hitlerjugend, dwa światy, dwie przestrzenie, bezlik szczegółów. Łączy ich Gdańsk, w którym ona mieszka po wysiedleniu z Wileńszczyzny i gdzie on się urodził, zanim został zmuszony do wyjazdu i osiedlania się w Bochum. Postanawiają założyć towarzystwo, które miałoby na celu zapewnienie osobom wysiedlonym pochówek w ojczystej ziemi. Grass w jednej książce pokazał kilka rzeczy: początek kapitalizmu w Polsce, kontrast między Wschodem i Zachodem, tworzenie się majątków z niczego, przeobrażanie się towarzystwa w firmę, utratę kontroli nad własnym dokonaniem i wiele jeszcze innych spraw, wydarzeń, przemian, mentalności i tak dalej. Ta książka opowiada parabolicznie o możliwości pojednania między dwoma od wieków zwaśnionymi ze sobą narodami, o pojednaniu symbolizowanym przez związek Oli i Olka, ale tez wyrażanym z pomocą założonego towarzystwa o międzynarodowej radzie nadzorczej. Nikt chyba nie jest aż tak bardzo powołany do pisania o pojednaniu, jak pisarze zmienionych granic, którym historia uniemożliwiła snucia się linii życia w rodzinnych stronach i zmusiła ich do exodusu, do wygnania, do tęsknoty za swojskimi miejscami z czasów dzieciństwa. Jednym z takich pisarzy jest na pewno Grass. Proszę jednak nie myśleć, że autor "Blaszanego bębenka" natrętnie sugeruje coś czytelnikowi - wręcz przeciwnie, Grass w subtelny sposób pozwala to wyczytać z fabuły, żadnej sugestii z jego strony. Ograniczając się do samej fabuły, czytelnik otrzymuje opis zmiany, przełomu na poziomie ludzkich odczuć i doświadczeń. żadnego patosu ani brązu, tylko ludzka skóra, los, suche fakty i akcja. Grass po raz kolejny mnie nie zawiódł. To jeden z tych pisarzy, po którego sięgając książkę ma się pewność, że będzie ciekawie, że autor zmusi mnie do refleksji.


Wydawnictwo OSKAR: "Wróżby kumaka"

sobota, 5 marca 2016

Janusz A. Zajdel "Cała prawda o planecie Ksi"

Pilot Sloth powraca z wyprawy międzyplanetarnej i jego pierwszym działaniem jest udanie się na trzymiesięczny urlop. Już po miesiącu zostaje z niego odwołany, trzeba lecieć na planetę Ksi, na której zaginął wszelki słuch o wysłanych tam osadnikach. Zadaniem Slotha jest zbadanie na miejscu, co się stało z kolonia osadników.
Książka Zajdla podejmuje temat zakłamanie, ukrywania prawdy w kontekście społeczeństwa. Pod płaszczykiem science fiction autor "Cylindra van Troffa" ukazuje, tak chyba można to nazwać, rzeczywistość PRL-u, państwo podzielone na elitę i żyjących w nieświadomości pozostałych mieszkańców. Można też odczytać powieść jako aluzje do komunistycznego przewrotu, do obalenia "tyranów" i stworzenia nowego utopijnego państwa, w którym wszyscy są "równi" i "szczęśliwi", ponieważ nie mogą swej egzystencji do niczego porównać. W "Całej prawdzie o planecie Ksi" znajduje się sporo takich odniesień do rzeczywistości końca lat siedemdziesiątych w Układzie Warszawskim. Zajdel podejmuje jednak także próbę ukazania zagrożenia futurystycznego. Można więc powieść odczytywać na dwa sposoby: delektować się historią fantastyczno naukową z elementami socjologicznymi i etycznymi, albo szukać na jej stronach aluzji i odniesień do obecnie nieistniejącego już ustroju w naszej szerokości geograficznej. Nie nazwałbym jednak "Całej prawdy o planecie Ksi" książką anachroniczną. Problemy pociągu do władzy, przekazu informacji, zatajania faktów są przecież nadal (jeśli nie wiecznie) żywe i aktualne.
Lwią część książki zapełniają notatki pokładowe Jedenastki, który opisuje w nich wydarzenia zaszłe na planecie Ksi od pojawienia się na niej osadników. Sloth przybywa na Ksi około sześćdziesięciu lat od opisanych w dzienniku wydarzeń i nie jest w stanie znaleźć rozwiązania. Poruszając się incognito pośród mieszkańców, obserwując i rejestrując, Sloth przekonuje się, że zastał układ, którego nie należy obalić z pomocą siły, ponieważ kosztowałoby to zbyt wiele ludzkich istnień i stanowiłoby wstrząs o sile zbyt dużej, by zachować porządek i ład. Rozwiązanie stanowić mogą jedynie pokojowe długoterminowe zmiany, trudne o tyle, że potomkowie pierwszej elity na planecie urośli w siłę i dysproporcja między nimi i społeczeństwem pogłębiła się. Zajdel pisał swą powieść w latach 1979/1980, więc koncepcja Slotha może być również pomysłem samego Zajdla na rozwiązanie sytuacji w Polsce, kto wie... W każdym, razie jest to tylko jedna z możliwości odczytania tej dobrej książki. Zajdel pisze jeszcze o podróżach, kwestii czasu, hibernacji, jest wątek miłosny, kwestia kolonizacji, ustroju politycznego, stosunku do władzy, terroryzmu, rozwoju technicznego. Zajdel oczywiście tylko porusza bądź nadmienia powyższe tematy, niemniej czynią one książkę bogatszą i głębszą, w każdym razie poszerzającą pole do rozważań nad jej zawartością.


SuperNOWA: "Cała prawda o planecie Ksi"

Mario Vargas Llosa "Raj tuż za rogiem"

Wrócić z pracy, założyć kapcie, popijając kawę rzucić okiem na gazetę, odrzucać permanentnie świat zewnętrzny, skupiać się na sobie i najbliższym otoczeniu, przeżuwać bezmyślnie wiadomości, zapalić papierosa, siedzieć i być, tak co najwyżej być. Llosa napisał powieść o ludziach, których życie mogłoby wyglądać tak zwyczajnie, podobne do egzystencji milionów innych ludzi, mogłoby, ale...
Bohaterami tej dwutorowo napisanej powieści są nietuzinkowe postaci żyjące w XIX wieku, Flora Tristan oraz Paul Gauguin Posiadają wspólne cechy charakteru, są ambitni, wytrwali, pełni pasji, poświęcenia, w podobny sposób układają się ich losy: zaczynają od statecznego małżeństwa, które przeradza się w koszmar, podróżują, poszukują wolności, walczą z konwenansami. Różnią ich jednak i przeciwieństwa: ona pragnie zdobyć stabilność finansową, on porzuca giełdę maklerską i stały zarobek dla malarstwa, ona żyje niemal w celibacie, on wiedzie żywot rozpustnika, ona walczy bezskutecznie o swoje dzieci, on porzuca je i wyrusza na drugi kontynent. Llosa doskonale sportretował tych dwoje ludzi, którzy żyli w dwóch różnych połowach XIX wieku, których łączyło jednak pokrewieństwo, bowiem Gauguin był wnukiem Tristan. Ich życie opisane jest bez ogródek i zbędnej pruderii, czasem doi bólu szczerze. Nie ma mowy o mitologizowaniu, pokrywaniu brązem, ukazywaniu wybiórczej prawdy. Dzięki szczerości Llosa daje czytelnikowi do ręki drobiazgowy obraz, na którym portretuje swoich bohaterów jak żywych. Trudno o bardziej wielowymiarowe i dogłębne przedstawienie postaci, ich myśli, zachowań, motywów, realiów. Autor przeplata ze sobą dwie biografie fabularne, robi to w sposób achronologiczny, co czyni narrację ciekawszą, przy czym zachowuje realizm opowiadania. Nie sposób napisać o "Raju tuż za rogiem" jako o książce, w której tło odgrywa niebagatelną rolę, a tłem jest epoka, w której bohaterowie są uwięzieni i z okowów której starają się uwolnić, gnani jakimś instynktownym pędem ku przyszłości lub nowoczesności, czego nie zawsze byli świadomi (Tristan jako działaczka społeczna bardziej niż Gauguin); próba wyzwolenia się z obyczajowości współczesności postrzeganej jako przeżytek jest pierwszym krokiem ku zmianom, a zmiany prowadzą do rewolucji mającej przeobrazić świat. Czy to się powiodło? Nie Florze Tristan, nie Paulowi Gauguinowi.
Flora Tristan starała się uświadamiać robotników, budzić ich z uśpienia a raczej z marazmu, wyzwolić od nadludzkiej i niepopłatnej pracy, stworzyć utopijne społeczeństwo, wyzwolić kobiety z gorsetów, ale przede wszystkim z lekceważącego je prawa, jednak strach robotników przed utratą pracy okazał się silniejszy od potrzeby buntu i Flora Tristan, mimo wielu podejmowanych prób, pozostała teoretyczką, utopijną marzycielką, podobnie jak nie zmniejszył się nawet o minutę piętnastogodzinny, marnym groszem opłacany  dzień pracy robotnika. Gauguin po odkryciu w sobie pasji malarskiej, zdegustowany i rozczarowany cywilizacją, zapragnął dla siebie życia prostego, prymitywnego, naturalnego, szczerego, zgodnego z naturą, dlatego wyjechał do Polinezji, gdzie zastał tubylców porzucających swą tradycję, Maorysów bez tatuaży, zasłonięte szatami kobiety, zakaz nagiej kąpieli, pilnującego prawa policjanta oraz walczących o rząd dusz kapłanów wzajemnie siebie, nienawidzących, katolickiego i ewangelickiego. Rozczarowanie Gauguina nie miało końca. Podobnie jak w przypadku swej babki, Gauguin doznał porażki, nie dotarł do swojego raju, który - jak wskazuje tytuł książki - miał być gdzieś blisko, nie odnalazł go.  I książka Llosy, wyzbyta morałów, interpretacji, podająca fakt za faktem, wyraźnie sugeruje, że odnalezienie raju w tym czasie, w tym społeczeństwie przez te osoby nie było możliwe. Jest to zatem powieść o dwojgu przegranych, o outsiderach, a może o świecie, który bez pardonu mielił podobnych do bohaterów "Raju tuż za rogiem" ludzi?


Znak: "Raj tuż za rogiem"

środa, 2 marca 2016

Philip K. Dick "Czas poza czasem"

Antyutopia, gra pozorów, powieść opisująca rzeczywistość, która okazuje się całkowicie inna od doświadczanej każdego dnia przez Ragle'a Gumma, głównego bohatera. Powieść rozwija się leniwie, myląc czytelnika, w którą stronę potoczy się akcja. Warto jednak przebrnąć przez początkowe opisy sielanki małego amerykańskiego miasteczka w 1959 roku, by dojść do punktu zwrotnego, do przyspieszenia i zmiany punktu patrzenia na rzeczywistość o 180 stopni. Kiedy akcja zaczęła nabierać tempa, gdy bohater zaczął odrywać wokoło siebie dziwne szczegóły, nieprzystające do tego, co znał dotychczas, miałem nieodparte wrażenie, że ten fragment książki mógł zainspirować Petera Weire'a do nakręcenia "Truman Show" z 1998 roku. Mam na myśli iluzję, w jakiej żyją bohaterowie powieści i filmu. Na szczęście akcja "Czasu poza czasem" biegnie w innym kierunku, nie należy jednak tego nikomu zdradzić przed przystąpieniem do lektury. Można śmiało napisać, że ciężko jest pisać o książce Dicka nie zdradzając fabuły. Najlepiej pisać ogólnie, ale to znowu ogranicza piszącego do okrojonej syntezy. W książce panuje nastrój niepewności, zagrożenia, udziwnienia rzeczywistości. Bohater stara się odkryć prawdę i uciec od tego, co poznał. Czy świat Gumma jest prawdziwy, alternatywny czy to może mistyfikacja na ogromną skalę? Czy jest wolnym człowiekiem? Kim są otaczający go ludzie, na pozór bliscy i od lat znani mu? "Czas poza czasem" nawiązuje w swoich niektórych wątkach do "Nowego wspaniałego świata" Huxleya, a nawet do Roku 1984" Orwella, częściowo jest powieścią futurystyczną, political fiction  i po części klasycznym science-fiction. Trochę filozoficznych fragmentów Dick przemycił do powieści, jednak całość napisana została wartkim, jasnym językiem sprawiającym, iż tekst "sam się czyta", Dick bowiem tą powieścią próbował wyjść z cienia i przezwyciężyć niezrozumienie panujące wokół jego twórczości, Chciał zostać docenionym jako pisarz. Z perspektywy czasu książka ta potwierdza moją teorię, że duch zakręconych lat sześćdziesiątych unosił się w powietrzu już wówczas i że nie tylko w powieściach Kerouaca się przejawiał, znaleźć go można bez trudu także w twórczości Dicka.


Rebis: "Czas poza czasem"