poniedziałek, 26 lutego 2018

Wit Szostak "Oberki do końca świata"

       W magiczny świecie wykreowanym przez Wita Szostaka w książce „Oberki do końca świata” życie płynie sobie gdzieś obok historii w małym wiejskim środowisku. We wsi mieszka ród Wichrów, którzy z pokolenia na pokolenie muzykują, rżnąc na weseliskach ogniste oberki. Wichrowie są bohaterami książki; wokół nich toczą się zdarzenia, z nimi powiązani są postronni bohaterowie, jak gdyby zależni od tego, co porabiają któryś z Wichrów. Ta rodzina z upływem czasu rozrasta się i rozprzestrzenia. Młodzi wyjeżdżają do miasta, a nawet za ocean. Szostak piękną frazą opisuje zwyczajność w niezwyczajny sposób. Chyba można mówić o magicznym realizmie. Sposób opisywania niektórych faktów przez autora przywodzi w każdym razie na myśl właśnie ten model ujmowania opowieści, snucia narracji, budowania nastroju. Wykreowanych bohaterów targają zwykłe ludzkie namiętności. Sztuką jest umiejętność opowiedzenia tego w niezwyczajny sposób i to się bardzo dobrze Szostakowi powiodło.
      Książka Szostaka przedstawia świat pełen muzyki. Czytającemu zdaje się, że jest ona wszędzie, że z każdego kąta dobiegają dźwięki skrzypiec, harmonii, bębnów, że świat jest pełen zabawy, wesela, radości, łączenia się w pełne miłości związki małżeńskie. To tylko pozór, bo Szostak ukazuje degradację zawodu ludowego muzyka, wypieranie go przez nowoczesność. Tym samym przeobraża się u Szostaka wiejski świat, a to, co było jego solą, odchodzi powoli w niebyt. Odpowiednikiem dezintegracji wiejskich tradycji jest u bohaterów ich przemijalność, proces starzenia się i zmiana roli, jaką pełnili w wiejskiej społeczności. Kto był kiedyś uznawany za najlepszego we wsi skrzypka, teraz jest tylko obiektem zainteresowania naukowców rejestrujących na taśmy magnetofonowe ludową muzykę, by ocalić chociaż jej nikłą cząstkę. Można się łatwo domyśleć, że ;później nikt nie będzie słuchać tych zapisanych taśm, że legną na półce w oczekiwaniu na kurz.
      Szostak napisał książkę w stylu: byli, żyli, przeminęli. Słodko-gorzki ton opowieści nie powinien nikogo zmylić, gdyż jasno widać, do jakiego końca zmierza historia naznaczona piętnem przemijalności. Podobnie jak mija życie człowieka, przemijają systemy, zdarzenia, kultury, znaczenia i społeczności. Zastępowane są one oczywiście przez nowe systemy, kultury itd., ale dla człowieka, który wychował się i żył w jednej, taka nowa kultura jest co najmniej obca, trudna do przyswojenia, wręcz niemożliwa do uznania za swoją. Trzeba się w niej jakoś odnaleźć i żyć, ale to już nie to samo. 
      „Oberki do końca świata” to piękna książka o przemijaniu, o odchodzeniu w cień, jest to także książka o miłości, o muzyce, o zwyczajnych ludzkich sprawach, a w domyśle o prawach rządzących ludzkim postępowaniem, o potrzebie miłości, o dążeniu do celu, o mądrości ludowej, o elementarnych najpiękniejszych rzeczach, które doświadczane są przez każdego z nas tak powszechnie, że często nie zwracamy na nie uwagi, uznając je za coś naturalnego i gdyby tylko coś się w tej materii zmieniło, wywołałoby to w nas ogromne zdziwienie, że może być inaczej. W samym tytule książki zawarta jest gorzka prawda, chociaż na pozór brzmi on optymistyczne, sugerując, że muzyka będzie brzmieć bez końca. Lektura książki jednak weryfikuje ten optymizm, bo oto na naszych oczach dobiega kresu opisywany świat i wiemy już, że nic go nie uratuje. Może tylko, podobnie jak taśma magnetofonowa utrwalająca oberki, świat ów trwać będzie na kartach takich książek, jak ta pięknie i nostalgicznie napisana przez Wita Szostaka.

sobota, 24 lutego 2018

Marcin Wicha „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”

      Kiedy ktoś odchodzi, cos po nim pozostaje, to wszystko, co gromadził przez swoje życie. Zostają po nim miejsca i rzeczy, świadomość pamiętających go osób, rzeczy, z którymi obcował. Kiedy ktoś odchodzi, przekracza próg i niknie, ktoś go wspomni, ktoś o nim pomyśli. Ktoś go pożałuje, komuś będzie go brakować. Znajomi będą smutni, jakiś czas, bo trzeba dalej żyć, przez chwilę, przez ułamek wieczności. Dla jednych ten, kto odchodzi, będzie kimś dalszym lub bliższym, człowiekiem, którego spotkał na swojej drodze. Będą też ludzie, dla których strata stanie się ogromną wyrwą, czymś definitywnie niepowetowanym. Będzie to rana, która siłę wprawdzie kiedyś zabliźni, ale nigdy nie zniknie, pozostanie na zawsze. Po jakimś czasie złagodzi się ból, na myśl o tej osobie, ale zawsze myśli o niej wzbudzać już będzie smutek i nostalgię, wspomnienie. Wspomnienie osoby wywołać mogą sytuacje, w których kiedyś z nią się znalazło, a teraz jej nie ma, albo przedmioty, które po tej osobie pozostały, właściwie już nie przedmioty, ale pamiątki, artefakty, święte rzeczy pozostałe po najbliższych.
      Marcin Wicha, po pożegnaniu ojca, w podobny sposób żegna matkę — pisze o niej książkę. Punktem wyjścia dla tej książki-wspomnienia są porządki, które autor robi pośród rzeczy pozostawionych przez matkę. Musi zdecydować, co zostawi, a co wyrzuci. I w trakcie podejmowania decyzji rzeczy ożywają albo wywołują wspomnienia. Jest to książką przejmująca, piękna w swej wymowie, w ludzkim ujęciu, pozbawiona brązu, daleka od rzeźbienia pomnika. Ów brak idealizowania jest w niej szczególnie wartościowy, gdyż to, co ludzkie, jest nam przecież bardziej swojskie, niż to, co postawione na cokole. Rzeczy matki w jakiś tajemniczy sposób pokonują śmierć, na chwilę wprawdzie, ale mają taka moc. Bo żyjemy nie tylko do czasu, kiedy umrzemy, ale żyjemy aż do chwili, kiedy ktoś nas jeszcze pamięta. Kiedy nie będzie na świecie nikogo, kto nas znał i kto może sobie przypomnieć chwile z nami związane, wtedy umrzemy definitywnie, naprawdę, na wieki, ostatecznie. Książki i piosenki stracą cząstkę nas, wkradnie się pomiędzy nas obcość i chociaż wszystko zmierza do tego samego końca, to my okazujemy większa kruchość, mniejsza podatność na upływ czasu, większa bezbronność, mniejszą odporność na przeznaczenie.
      Polecam tę małą książkę o miłości i śmierci, o przywiązaniu do matki, o wspominaniu, o godzeniu się z koniecznością, o przemijalności świata i ludzi.

wtorek, 6 lutego 2018

Milena Jesenská „Ponad nasze siły. Czesi, Żydzi i Niemcy. Wybór publicystyki z lat 1937-1939”

      Milena Jesenská znana jest obecnie z kilku różnych życiowych ról, ale z tej jednej, którą odgrywała przez niemal całe swe dorosłe życie, tak naprawdę nie jest znana. To znaczy, że każdy wie o jej zawodzie dziennikarki i związkach z praskimi gazetami, ale niewielu czytało jej artykuły. I oto wreszcie w formie książki pojawił się zbiór publicystyki Jesenskiej przetłumaczony na język polski. Od razu należy zaznaczyć, że jest to schyłkowa twórczość dziennikarki, a dodatkowo polski przekład jest tylko wyborem wydania czeskiego z 1997 roku. Trzeba się cieszyć z tego, co mamy, od czasu bowiem ukazania się w Polsce tekstów Jesenskiej w 2003 roku, „Ponad nasze siły” do dzisiaj pozostaje jedyną książką tej autorki wydaną w naszym kraju.
      Najistotniejszym tematem reportaży Jesenskiej są aktualne wydarzenia oraz ich skutki, dokonane bądź przyszłe (przewidywane). Krótko mówiąc, Milena pisze o polityce. Zapewne zastanawiacie się, czy kobieta może ciekawie, zajmująco pisać o polityce? Odpowiedź jest prosta i brzmi: oczywiście, że tak! Teksty Mileny Jesenskiej czyta się niczym relacje z wydarzeń, wzbogacone o punkt widzenia autorki i współczucie, jakim autorka obdarza emigrantów. 
      Reportaże zamieszczone są w książce chronologicznie, więc ich lektura obejmuje kolejne ważne wydarzenia polityczne, niepokoje w Kraju Sudetów, konferencję w Monachium, zajęcie Sudetenland, a następnie reszty Czechosłowacji przez hitlerowskie wojska. Ostatnie reportaże dotyczą odnalezienia się narodu czeskiego w nowo zaistniałej sytuacji. Kiedy Niemcy wkraczali do Czechosłowacji, broniący kraju żołnierze nie oddali nawet strzału; rada na przetrwanie okupacji jest podobna do postawy żołnierzy — należy robić swoje, zająć się przede wszystkim pracą i hodować w sobie dumę, że jest się Czechem. W ostatnim artykule Jesenská zastanawia się,  czym zajmą się zdemobilizowani żołnierze. Gdyby nie to, że opisywane zdarzenia  autentyczne, moglibyśmy mówić o czeskim humorze w przypadku przekwalifikowania się oficerów w rolników.
      Dramaturgia książki jest zgodna z opisywanymi wydarzeniami. Reportaże z Kraju Sudetów oraz dotyczące emigrantów z Niemiec noszą w sobie spore zasoby niepokoju. Groźba sytuacji sama w sobie budzi lęk; opisy prześladowań przeciwników przyłączenia Sudetenlandu do III Rzeszy budzą grozę. Do nieprzyjemnych należą także reportaże zajmujące się beznadziejnym losem uciekinierów z Niemiec. Objęci zakazem pracy, otrzymujący groszowe zapomogi i skąpe posiłki, nie mają szans na przyszłość i tkwią w marazmie, w beznadziei. Czytelnik ma wrażenie, że znalazł się w niebezpiecznej krainie, w której czai się zło, a nieprzewidywalny atak może nastąpić z którejkolwiek strony. Artykuły z września 1938 roku są już pełne dramatyzmu. Ludzie wychodzą na ulice, nad nimi wisi groźba wojny, w Monachium podpisywany jest zdradliwy dokument, Niemcy wkraczają do kraju Sudetów, nowa fala emigrantów, w końcu marsz wojsk niemieckich na Pragę w marcu 1939 roku. Potem napięcie opada i Jesenská w swoich tekstach zaczyna nawoływać do pracy u podstaw, bo przecież przypomina to postawę naszych pozytywistów. Cztery teksty wyłamują się tematycznie. Pierwszy z nich dotyczy czeskiej partii komunistycznej po jej rozwiązaniu, drugi propagandy sowieckiej przez radio, trzeci opisuje ostatnie chwile życia Karela Čapkaczwarty — najbardziej filozoficzny — traktuje o chwalebnej postawie stania w miejscu.
      Zaznaczyć należy, że styl Jesenskiej jest bardzo klarowny, rzeczowy. Pisarka unika wielkich i szumnych słów. Sama zresztą pisze, że z tymi słowami na ustach wyrządzono już zbyt wiele zła. Sporadycznie decyduje się na metafory, lubuje się bardziej w rzeczowych opisach, chociaż zdarza się jej uzyskać czasem ton liryczny. Na pierwszy rzut oka tematy reportaży są same w sobie bardziej bolesne i palące, niż wynika to z tonu, jakim operuje Milena Jesenská. Ktoś przyzwyczajony do tonacji reportaży Swietłany Aleksijewicz może się zdziwić, czytając reportaże Jesenskiej. Pani Milena nie wyciska z czytelnika łez, bardziej apelując do wyobraźni, niż do uczuć. Jej artykuły pisane są zawsze w jakiejś sprawie, stoją na konkretnym stanowisku, które jest zawsze jasno określone, mimo że nigdy nie zostaje konkretnie nazwane. Owo stanowisko to humanitaryzm, zrozumienie, pomoc, udzielenie głosu bezradnym. Jesenská jest zawsze szlachetna i to jest piękne w jej reportażach. Człowiek stoi u niej w centrum zainteresowań. Jeden ze swoich reportaży kończy znamiennymi słowami: „Czy naprawdę kiedyś państwa będą się rozumiały między sobą tak, jak rozumieją się poszczególni ludzie? Czy padną granice między krajami, tak jak padają w kontaktach między ludźmi? Jak pięknie byłoby tego dożyć”.
      Niestety, w listopadzie 1939 roku Milena Jesenská zostaje aresztowana i ostatecznie trafiła do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, gdzie zmarła w maju 1944 roku. Świadomość, że czytelnik ma przed sobą ostatnie teksty wolnej kobiety, że każdy kolejny artykuł, każda następna data publikacji przybliża autorkę do końca, przed którym w swoich artykułach przestrzega, nadaje nowy wymiar reportażom Jesenskiej. Wymiar tragizmu i nieuchronności Losu. Książkę kończy dodatek z czerwca 1924 roku. Jest to nekrolog, jaki Milena Jesenská napisała po śmierci jej dawnego adoratora, człowieka, w którym wzbudziła miłość, którego pozbawiła lęku i któremu mogła odmienić całe życie, gdyby w odpowiednim czasie porzuciła dla niego męża-kobieciarza. Chodzi oczywiście o dr. Franza Kafkę. Milena pisze o nim z wielką przenikliwością, z ogromnym zrozumieniem i, mimo iż ów dodatek pozornie nie przystaje do tematyki reszty książki, stanowi jednak idealne podsumowanie; łączy bowiem ze sobą dwoje ludzi, nad których losem nieustannie czuwała bogini Ananke, równie nieuchronna, jak nieuchronne były prorocze wizje Kafki, które, gdy urzeczywistniły się, przyniosły koniec jego muzie, Milenie.
      
Warto przeczytać tę książkę, warto poznać teksty Mileny Jesenskiej. Znajdziecie w nich tę atmosferę konkretnego wycinka czasu, której trudno szukać gdzie indziej. Znamy bowiem niewiele książek opowiadających o tamtych czasach, o fermencie panującym w Czechosłowacji tuż przed wojną. Mnie na myśl przychodzą jedynie fragmenty Obsługiwałem angielskiego króla Hrabala, ale to przecież proza o całkiem innym nastroju. „Ponad nasze siły” jest książką bogatszą, pełniejszą w fakty. Jest o wiele bardziej precyzyjna i bliska prawdzie. Bardzo polecam.

sobota, 3 lutego 2018

Jarosław Sawic "Budka Suflera - Memu miastu na do widzenia. Muzyka - miasto - ludzie"

     Budka Suflera jest zespołem, który łączy pokolenia słuchaczy, fanów, miłośników ich muzyki bądź przebojów. W trakcie swej kilkudziesięcioletniej kariery zespół z Lublina nagrał sporo świetnej, różnorodnej stylistycznie muzyki, wykreował wielu muzyków, z Janem Borysewiczem i Markiem Raduli na czele, oraz wspierał w karierze tak znane wokalistki, jak Urszula czy Iza Trojanowska. Wszystko to z najczęściej sporymi sukcesami. W 2014 roku zespół postanowił zakończyć swą działalność artystyczną. Na swym koncie miał pokoleniowe przeboje, złote płyty, milionową sprzedaż jednego albumu w jednym kraju, występ w Carnegie Hall; nie miał tylko jednego, a mianowicie obszernej, wnikliwej i profesjonalnej biografii. Zmieniło się to pod koniec 2017 roku z chwilą wydania przez wydawnictwo Pruszyński i Spółka książki Jarosława Sawica.
     Biografia zespołu autorstwa Sawica stanowi doskonałepodsumowanie działalności 
Budki Suflera. Oczywiście nie udało się autorowi zamieścić wszystkich informacji, ale gdyby  autor o tym nie wspominał (podkreślając na przykład niechęć do rozmowy Jerzego Janiszewskiego), czytelnik zapewne nie zorientowałby się, że czegoś mu brak. Bez wątpienia w trakcie lektury książki odczuwać można nawet swoisty przesyt, no bo czego w niej nie ma? Pytanie nieco retoryczne (o ile takie może być). W biografii Sawica mamy dokładnie opisaną każdą płytę (wcześniejsze wprawdzie są opisane wnikliwiej, ale to świadczy o ich wysokiej randze w dyskografii), znajdziemy w niej obszerne sylwetki wszystkich związanych z Budką Suflera ludzi, a nawet opowieści i gawędy o miejscach ważnych dla zespołu. Jest analiza tekstów, jest temat produkcji (a nawet opowieści o wielu okolicznościach powstawania piosenek i płyt), jest nawet próba zanalizowania wartości grafiki poszczególnych albumów. Chyba tylko malkontent może pokręcić nosem po lekturze monumentalnego dzieła Jarosława Sawica. Drugiej takiej książki trudno chyba szukać w Polsce.
     Budowa książki przypomina tkaninę, w której przetykają się trzy nici o różnych barwach, trzy motywy z wieloma odcieniami. Sam już podział tematyczny książki stanowi o jej odrębności. Narracja biegnie wiec trójtorowo. Rozdział poświęcony muzyce, a po nim portfolio muzyka, potem relacja z podróży w czasie i przestrzeni do lubelskiej kawiarenki sprzed lat. W ten sposób konstrukcja książki przypomina nieco bardziej uporządkowaną „Grę w klasy”, o czym wspomina w książce sam autor, wyrażając przy okazji nadzieję, że jego książkę można czytać na różne sposoby. O tak, bezsprzecznie można ją za drugim razem przeczytać inaczej, niż za pierwszym, a za trzecim inaczej, niż za drugim. Ciekawe, czy taki zabieg formalny może przynieść jakieś odkrycia w treści, nowe zestawienia znaczeń. Nie wiem, gdyż książkę czytałem w klasyczny linearny sposób. Niewątpliwie jest na to szansa. Ów podział tematyczny nie sprawdził się w moim przypadku w czasie czytania o nagrywaniu albumu „Ona przyszła prosto z chmur". Chciałem mianowicie dowiedzieć się już w tym fragmencie o związku zespołu z Anną Jantar, musiałem jednak poczekać na rozdział poświęcony współpracy zespołu z wokalistkami. Moja ciekawość została oczywiście zaspokojona, tyle że nie w tym momencie, w którym chciałem. Niemniej nie można mieć wszystkiego i jestem doskonale świadomy, że owo „niedociągnięcie” wzięło się obranej przez autora formy.
     Sawic jest autorem niezwykle erudycyjnym, posiadającym ogromną wiedzę w zakresie nie tylko muzyki, ale kultury pod względem całościowym, niejako en masse, jeśli można się tak wyrazić. Jest to wyczuwalne w tekście biografii. Muszę przyznać, że język i styl autora to wisienką na torcie. Nawet jeśli ktoś nie przepada za muzyka Budki Suflera, to lektura już dla samego napawania się aluzjami i odniesieniami kulturowymi, sposób ich wplecenia w narrację, jest przyjemnością samą w sobie. Sawic nie stroni ani od kultury wyższej, ani od kolokwializmów. Powstała żywa, szczera treść o wielu odcieniach. Sawic potrafi być dowcipny, żartobliwy bądź śmiertelnie poważny, kiedy zachodzi potrzeba. O ludziach pisze ciepło, wnikliwie i raczej jest w swoich opiniach obiektywny. Może gdzieniegdzie wkrada się nuta ironii, ale przecież jakież to ludzkie! Sawic w każdym razie powstrzymuje się od krytykowania osób, które obecnie nie przyznają się do zespołu, w wielu miejscach podkreślając ich dawny wkład i zaangażowanie (vide Janiszewski). 
     W dużej mierze biografia Budki Suflera opiera się na przeprowadzonych przez autora rozmowach z ludźmi związanymi z zespołem. Opowieść autora jest, że tak rzeknę, wzmocniona solidną porcją wypowiedzi muzyków zespołu oraz ludzi z nim związanych nawet na krótko na przestrzeni tych kilku dekad działalności Budki Suflera. Poznajemy zespół oraz tyczące się go sprawy widziane wieloma oczyma z wielu punktów widzenia. Opowieści te mają jeszcze jedną zaletę. Zawierają mnóstwo anegdot, barwnych gawęd, bezcennych wspomnień. Dobrze stało się, że Sawic dopuścił do głosu tych wszystkich ludzi. Autor mógł przecież na podstawie przeprowadzonych rozmów sam opisać te wszystkie barwne i ciekawe historyjki, jednak nie zrobił tego, oddając głos świadkom wydarzeń, za co ode mnie wielki plus.
     Biografia Budki Suflera pióra Jarosława Sawica jest przepięknie wydana. Liczy ponad 800 stron, na których treść jest przepleciona ogromną ilością archiwalnych fotografii. Mimo iż nie wszystkie są doskonałej jakości, wszystkie posiadają bezcenną wartość historyczną. To jeszcze jedna, czwarta, nitka w tkaninie. Książkę można wertować, napawając się niezliczoną ilością zdjęć i czerpać z nich atmosferę minionych czasów. Dla niektórych będą to wspomnienia, dla innych będzie to jedyna możliwość nawiązania jakiegokolwiek kontaktu z przeszłością. Kiedy otrzymałem książkę, zanim zabrałem się do lektury, z niekłamaną rozkoszą przerzucałem jej kolejne strony, lubując się kolejnymi fotografiami. Wielka jest dbałość w tym wydawnictwie, jeśli chodzi o liternictwo, paginację stron, winiety, kompozycję stron itd.
     Budka Suflera zakończyła swoją działalność artystyczną w 2014 roku wielką trasą koncertową. Najważniejszym koncertem był dla zespołu występ dla lubelskiej publiczności. Paradoksalnie tytuł swojej książki zaczerpnął Sawic z tytułu jednej z wcześniejszych piosenek zespołu (czy to swoista prefiguracja?). Z Lublinem zespół pożegnał się na scenie, żegna się z nim także na kartach książki. Nie wyobrażam sobie, żeby muzycy zespołu kręcili nosami i byli w jakikolwiek sposób niezadowoleni z pracy Sawica, o tym chyba nie może być mowy! Monumentalne wydawnictwo spełnia wszelkie potrzeby fana zespołu. Najwięksi zawsze znajdą jakieś mankamenty, niedociągnięcia, ale to ich problem, gdyż o wszystkim nie da się napisać, a już na pewno wszystkiego dowiedzieć. Praca Sawica jest godna podziwu i zasługuje na należny szacunek. Autor stworzył bowiem jedyne w swoim rodzaju na polskim rynku wydawniczym kompendium wiedzy o zespole, drugiego takiego szukać u nas ze świecą. Napisał książkę bogatą w informacje, opinie, jednocześnie żywą, korelującą z kulturą, uniwersalną, gdyż przy okazji snucia historii zespołu, autor — co sugeruje zresztą podtytuł książki — opowiada również o ludziach oraz o miejscach. Nie ogranicza się do Lublina, nawet nie do Polski; można przeczytać w biografii także o miejscach i krajach, w których Budka Suflera koncertowała (NRD, RFN. USA, ZSRR, Węgry, a nawet Australia). Z mojego osobistego punktu widzenia, chociaż nie ze wszystkim się zgadzam (nie trawię płyty „Czas czekania, czas olśnienia”, za to bardzo lubię płytę „Noc”), uważam książkę Jarosława Sawica za zamkniętą całość. Polecam ją każdemu miłośnikowi muzyki, każdemu miłośnikowi słowa i każdemu ciekawemu czytelnikowi. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, a przecież i odkryje wiele, wiele rzeczy, o których nie wiedział.