wtorek, 22 września 2009

18. "Golem" (1920)








"Golem" (Der Golem, wie er in die Welt kam), reż. Paul Wegener (Niemcy 1920). Cesarz Rudolf II postanawia zlikwidować praskie getto. Rabin Löw, pragnąc ocalić gminę żydowską, przywołuje czarami potężne moce (z pomoca kabały wzywa Astarota) i ożywia glinianego kolosa, Golema, wkąłdając mu pod Gwiazdę Dawida na piersi kartkę z magiczna formułą. Traci jednak nad nim kontrolę; Golem zamiast ratować getto, popada w niszczycielski szał...
Perełka niemieckiego kina. Wegener grał w 1913 roku główna rolę w "Studencie z Pragi", filmie uważanym za prekursorski dla niemieckiego ekspresjonizmmu, w 1914 roku - jako współreżyser z Gaalenem - nakręcił pierwszą wersję "Golema", ale widać, że temat mocno nurtował Wegenera, bo w 1920 roku sięgnął po niego po raz drugi. Z "Dziesiątej muzy" Iżykowskiego wiem, że oba filmy różnią się zakończeniem. Film można uznać za fantastyczny, pojawiają się w nim nieziemskie moce, ożywa gliniana figura, stosuje się magię. Zresztą Wegener (o czym świadczy Iżykowski) lubował się w fantastyce, baśniach, w nierealnych światach. Niesamowite są w filmie dekoracje stworzone w studio: kręte i wąskie uliczki, koślawe domy z ostro zakończonymi, spadzistymi dachami - po prostu majstersztyk scenografii (przeciwieństwo tej z "Gabinetu doktora Caligari"). Pośród tych uliczek z wielkim rozmachem autor pokazuje panikę tłumu. Historia Golema obrazuje, jak to nad czym pozornie panujemy, może wymknąć się nam z rąk i obrócić przeciwko nam. W filmie mamy też wątek miłosny, nieco poboczny i niezbyt potrzebny dla fabuły, ale takie prawidła rządziły, rządzą i będą rządzić kinem zawsze - romans musi być
Golem jest chyba jednym z pierwszych pokazanych na ekranie monstrum, siejąc, gdziekolwiek się pojawi, grozę i przerażenie. Samym wyglądem nie budzi może strachu, ale przeraża siłą, bezwzględnością, automatyzmem w dążeniu do celu, odhumanizowaniem. Tym ciekawsze jest zakończenie filmu, którego nie zdradzę. Napiszę tylko, że wersja z 1913 roku zakończyła się upadkiem Golema z wysokiej wieży.

Golem i Mirjam (Paul Wegener i Lyda Salmonova):








Ekspresjonistyczne dekoracje:









Pierwszym filmem, w którym światło i cień padając na bryły i ekspresywna architekturę wywoływały wrażenie głebi, a zalety zmiennego oświetlenia i form nabierających symbolicznego znaczenia przewyższyły oststecznie malarskie wartości kaligaryzmu, była druga wersja "Golema".

Lionel Richard: Encyklopedia ekspresjonizmu, Warszawa 1996, s. 280.
--------------
Niedawno zrobiłem sobie wieczór z Caligarim i z golemem. No i w filmie Wegenera tknął mnie jeszcze silniej niż zawsze pewien kontrast. Mianowicie z dekretem o opuszczeniu getta (a wiadomo, jak wielkim nieszczęściem jest wygnanie) do rabiego udaje się lekkoduch, fircyk z bardzo długim piórem przypiętym do kapelusza i z kwiatem na wysokiej łodydze, którym sobie bez ustanku beztrosko macha. Jego swawolne ruchy i beztroskie zachowanie jaskrawie kontrastują z niedolą, którą przynosi Żydom w postaci zwiniętego w rulon i opieczętowanego pieczęcią cesarza dekretu.

I jeszcze jedno spostrzeżenie: w "Golemie" mamy w cesarskim pałacu podczas Święta Róż pokaz magii rabiego Löwa. Wyczarowuje on na ścianie obraz migrujących Żydów oraz Ahaswerusa. Jest to pięknie skomponowany pochód szeregu małych ludzi wędrujących w trzech poziomych harmonijnie pofałdowanych liniach. Pomyślałem sobie, że przecież jest to oczywisty film w filmie! Wizja rabina jest przecież rodzajem iluzji, podobnym do iluzji z taśmy filmowej.