poniedziałek, 30 listopada 2015

106. "Jutro wstanę rano i oparzę się herbatą" [1977]

 
















 




"Zítra vstanu a opařím se čajem", reż. Jindřich Polák [Czechosłowacja, 1977]
(Zakręcona komedia o podróżach w czasie. Naziści chcą je wykorzystać, by zmienić bieg historii i przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Plany krzyżuje im... udławienie się rogalikiem pilota, który miał dostarczyć bombę wodorową do kwatery Hitlera w 1944 roku. Wskutek pomyłki pilotażu sprawy się komplikują, bohaterowie mnożą, mimo że umierają i powstaje powszechny chaos.Chyba tylko Czesi potrafią skromnymi środkami, właściwie z niczego, stworzyć intrygujący i śmieszny film (i pogrywać z konwencjami na kilkadziesiąt lat przed nastaniem postmodernizmu wraz z jego śmiesznym przedstawicielem psychopatinio, który to uparł się na wyrywanie żywcem fragmentów filmów innych twórców i przywłaszczanie ich jako swoje, tłumacząc się, że składa rzekome hołdy) pełen odniesień i aluzji (patrz "Trup w każdej szafie" Oldřicha Lipský'ego). 


















wtorek, 24 listopada 2015

Jaroslav Hašek "Opowieści z piwiarni"























Jest to zamknięty (spięty klamrą) zbiór humoresek oraz satyr politycznych, obyczajowych, społecznych. Hašek przypomina tu Marka Twaina i jego krótkie opowiadania humorystyczne. Książkę zaczyna wstęp napisany przez samego Haszka, który tłumaczy się, że nikt nie rozumie autora lepiej niż on sam. Po nim następują 4 części tematyczne, w których na potęgę warzone jest piwo, które należy potem wypić. Pierwsza część "Piwo generalskie" dotyczy wojska (spotykamy w niej między innymi Szwejka), druga "Piwo policyjne" zajmuje się tematem przestępstwa (jest tu nawet biblijny Noe), trzecia "Piwo wyborcze" odnosi się do polityki, czwarta zaś "Piwna mieszanka firmowa" jak wskazuje tytuł jest zbiorem różnych humoresek obyczajowych. Książkę kończy pochwalny pean, w którym autor zachwala Haszka, czyli samego siebie, oczywiście z ogromnym dystansem do samego siebie. Opowiadania zawarte w tomiku ukazały się w 1911 roku i charakteryzują się pewnego rodzaju szlachetnością, czyli brakiem chamstwa czy wulgarności, mimo iż z reguły mierzą celnie w osoby bądź w cechy, z jednych śmiejąc się bardziej, z innych mniej. Warte zapoznania, bądź w celu porównania, jak bywało dawniej, a jak jest dziś (niektóre cechy, jak agresja walki przedwyborczej, nie uległy zmianie) albo w celu poprawienia sobie humoru zdrową porcją śmiechu.

poniedziałek, 23 listopada 2015

John Maxwell Coetzee "Hańba"























Książka o tym, jak w różnych środowiskach podchodzi się do tych samych spraw w Afryce. Książka o kontraście pomiędzy światem akademickim, a afrykańską wsią. Książka o tym, że czasem łatwo jest dojść w rejony, które uważało się za niemożliwe do osiągnięcia, szczególnie te poniżej, czyli książka o degradacji. Książka o braku sprawiedliwości i o wybaczeniu. Książka o twardym życiu. Książka o śmierci. Książka o wypaleniu. Dobra książka.

piątek, 20 listopada 2015

Wasilij Grossman "Życie i los"























Książka porównywana do "Wojny i pokoju" Lwa Tołstoja i chyba jest w tym porównaniu sporo racji. Obszerna powieść Grossmana (880 stron) jest rozległą panoramą autentycznych i fikcyjnych wydarzeń z okresu obrony Stalingradu. W książce występuje około stu postaci; wielu z nich znamy z kart historii (Stalin, Paulus, Jeriomienko, Eichmann), jednak oś fabuły opiera się na historii wzlotów i upadków radzieckiego fizyka jądrowego Struma oraz jego otoczenia.
Grossman pokazał wojnę i stalinizm w obu skalach: mikro i makro, od drobnych, często mało znaczących bądź charakterystycznych epizodów, po zakleszczanie się okrążenia wokół wojsk Paulusa i natarcie Armii Czerwonej. Akcja skupia się na raz ludzkiej egzystencji, na drobnych zwykłych czynnościach i sprawach, by następnie ukazać tryby wojennej machiny w obu wrogich sobie sztabach. Podział książki nie ogranicza się jedynie na sprawy małe i wielkie, książka dzieli się także na oskarżenie stalinizmu oraz hitleryzmu. Grossman sugestywnie opisuje w kilkunastu rozdziałach niemieckie obozy koncentracyjne, życie więźniów, transporty do Auschwitz, inspekcje narodowosocjalistycznych władz w obozie. I w chyba najbardziej sugestywnym rozdziale Grosman drobiazgowo opisując ostatnią drogę matki i syna od rampy w Oświęcimiu po ostatnie sekundy życia w komorze gazowej, osiąga mistrzostwo prozy, która chirurgicznie i analitycznie ukazuje grozę i tragizm ludzkich przeżyć.
Grossman pisze precyzyjnym, jasnym językiem, ale na szczęście potrafi w poetycki sposób opisać narodziny wiosny i natychmiast skontrastować ten fakt z uprzątaniem odmarzłych trupów, co wiązało się  z próbą dopasowywania odczłonkowanych rąk i nóg do kalekich ciał. Taki zabieg tylko wzmaga dramaturgię tekstu. Autor wplótł w powieść także kilka fragmentów eseistycznych (między innymi dotyczących problemu przyjaźni w społeczeństwie przywykłym do nieufności i denuncjacji oraz roli Żydów w społeczeństwach, w których starali się zasymilować, usiłując jednocześnie zachować własną tradycję, a wszystko to w kontekście Holocaustu i jego drugiej części, czyli drugiej fali stalinowskiego terroru z początku lat 50-tych). Tematem naczelnym twórczości Grossmana jest kwestia wolności i przez jej pryzmat należy odczytywać to niewątpliwe dzieło.
Ta książka w porównaniu z "Wszystko płynie" napisana jest z ogromnym oddechem, czuje się tu przestrzeń i swobodę. Zęby sowieckiego terroru gryzą na kartach powieści w bezwzględny sposób ludzi z nazwiskami i ludzi anonimowych. W ironiczny sposób pisarz ukazuje przykładowo losy Krymowa, który będąc prominentem w Stalingradzie w skutek przypadku losu staje się ofiarą terroru i w celi na Łubiance spotyka czekistę, który pracował w tym więzieniu za Dzierżyńskiego, za Stalina zaś jest więźniem w swym dawnym  miejscu pracy.
Powieść Grossmana można śmiało postawić na półce obok "Archipelagu GUŁag" Sołżenicyna. "Życie i los" jest wnikliwą analizą wydarzeń i spraw, które wciąż rzutują na naszą współczesność. Grossman w eseistycznym fragmencie opisuje kontrofensywę Rosjan w Stalingradzie, przełomowy moment całej II Wojny Światowej, jako chwila decydująca o losie wielu ludzi i narodów, które po wojnie znalazły się w bloku socjalistycznym.

PS. Czy wiecie, że do dzisiaj jedna ze stacji metra w Paryżu nosi nazwę Bitwy Stalingradzkiej?



wtorek, 17 listopada 2015

105. "Człowiek, który szuka swego mordercę" [1931]























"Der Mann, der seinen Mörder sucht", reż. Robert Siodmak [Niemcy, 1931]. Kolejny po "Ludziach w niedzielę" film, gdzie Siodmak współpracuje z polsko-żydowsko-niemiecko-amerykańskim scenarzystą i później reżyserem Billy Wilderem ("Pół żartem, pół serio"). Muzykę napisał Franz Waxman z Chorzowa, przyszły zdobywca Oskarów za muzykę do "Okna na podwórze" Hitchcocka i "Bulwaru zachodzącego słońca" Wildera.
Hans z jakiegoś powodu postanawia popełnić samobójstwo, ale gdy ma pociągnąć za cyngiel pistoletu orientuje się, że ktoś wkradł się do jego mieszkania. Jest to rabuś, ale i on otrzymawszy propozycję wyręczenia desperata w jego zamiarze, nawet za 15 tyś. marek ma problemy z zabiciem Hansa. Panowie podpisują więc dokument w dwóch egzemplarzach, w którym opryszek zobowiązuje się za w/w kwotę zabić Hansa do południa dnia następnego. Ma to stać się znienacka, aby obu panom ułatwić ich role. Cóż, kiedy Hans od razu udaje się na hulankę do nocnej speluny, gdzie poznaje Kitty. To spotkanie zmienia jego dziwny zamiar opuszczenia doczesnego świata. Rabuś jednak nie bierze pod uwagę tej zmiany i jest zdeterminowany spełnić swą obietnicę. Hans musi teraz ratować swe życie...
 Niestety z filmu trwającego 97 minut dziś możemy cieszyć się zaledwie 50 minutami. Trzeba jednak przyznać, że to bardzo spójne 50 minut; wygląda na to, że wydawca DVD usunął pourywane wątki, a było to tym bardziej łatwe, że fabuła to zapis pościgu i ucieczki. Można się domyśleć, że brakuje fragmentu, w którym Jim trafia do więzienia. Pozostał fragment muzyczny i świetna scena uprowadzenia Hansa w ambulansie, który pędzi ulicami przedwojennego Berlina, mijając między innymi
Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche, którego wieża pozostawiona w ruinie stanowi obecnie antywojenny symbol.


środa, 11 listopada 2015

Wasilij Grossman "Wszystko płynie"























Niesamowita książka. Przed Sołżenicynem Grossman przedstawia życie i śmierć w Rosji Radzieckiej. Opisuje łagry, wielki głód na Ukrainie, donosy, strach, pisze o Leninie i Stalinie. Wszystko to dzisiaj wiemy o sowieckim terrorze, ale w tamtych czasach ta książka wydana już po śmierci autora oczywiście na Zachodzie musiała szokować. Grossman opisuje temat w sposób wnikliwy i rzeczowy, chociaż powieść nie jest zbyt dużych rozmiarów. Tematem naczelnym "Wszystko płynie" jest pojęcie wolności; autor sugeruje, że w Rosji zawsze było iluzoryczne, a Rewolucja Październikowa zamiast wyzwolić społeczeństwo, pogrążyło je w jeszcze większą niewolę.

sobota, 7 listopada 2015

104. "Złoty demon" [1937]




















"Konjiki yasha", reż. Hiroshi Shinizu (Japonia, 1937). Biedny student Hazama zostaje porzucony przez ukochaną Miyę na rzecz Tomiyamy, syna bogatego bankiera. Zawód miłosny jest ogromny, wszak z Miyą wychowywał się od dziecka i byli zawsze nierozłączni. Teraz obudził się w nim demon. Przerywa studia i zaczyna pracę w finansach, pożyczkach, kredytach itd. Jego serce staje się zimne, na nic nieczułe, on przedtem przyjazny i wesoły, teraz jest bezwzględny, pozbawiony skrupułów. Miya czasem usiłuje sie dowiedzieć, jak się powodzi Hazamie, aż w końcu ten udziela pożyczki jej mężowi i wówczas ujawnia się cała prawda o nowym byłym kochanku...
Ach, ta praca kamery. Ta doskonale wykadrowana scena z okładki wydania DVD, to moment, w którym Miya wyznaje, że wychodzi za mąż za Tomiyamę. Bohaterowie dwa razy przechodzą drogę wzdłuż rzeki, pod górę w czasie wyznania (trudny temat) i w dół, gdy następuje zerwanie (wszystko toczy się po równi pochyłej bez hamulców), to po prostu majstersztyk. Ruchoma kamera jest w filmach Shgimizu zresztą typowa, służy do podkreślania nastroju, do wyrażania stanów emocjonalnych, na pewno nie jest tylko urozmaiceniem obrazu.
Można w tym, jak również i w innych obrazach Shimizu, zaobserwować przenikanie się kultury japońskiej z zachodnią (westernizacja). Kto wie. czy nie jest to jeden z naczelnych, obok portretowania ludzkich dusz, tematów filmów reżysera, które zazwyczaj rozgrywają się w czasach wówczas współczesnych.  

Swoją drogą, w jaki sposób Shimizu nakręcił w tak krótkim czasie tak wiele dobrych i świetnych filmów?

piątek, 6 listopada 2015

Swietłana Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"
























"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" to oskarżenie, wyrzut, protest przeciw wojnie, który pada u ust kobiet biorących w niej udział. Wszystkie zgłosiły się do wojska dobrowolnie; większość z nich wyznała, że przez okres wojny przestały być kobietami, co sugeruje tytuł. Moim zdaniem ten ukazujący kobiety na wojnie reportaż to jeszcze bardziej sugestywna panorama okropieństw wojennych od poprzedniej książki, przedstawiającej losy dzieci w wojennej zawierusze. Obie książki ukazały się w okrojonej formie w 1985 roku. Po upadku ZSRR kobiety, z którymi pod koniec lat 70-tych rozmawiała Aleksijewicz, zaczęły zasypywać autorkę listami, w których ośmielone zmianami politycznymi wzbogacały swe relacje o fakty przedtem niemożliwe do wyjawienia ze względu na cenzurę i aparat represji. Obecny kształt książka uzyskała w 2004 roku.

Wielogłos doświadczeń bohaterek krótkich historyjek, które składają się na całość, jest najprawdopodobniej jedną z pełniejszych relacji w tak dokładny i naturalistyczny sposób opisującą tak wiele wariantów i możliwości serwowanych przez wojnę. Niektóre kobiety przeżyły cudem, inne zostały kalekami, większość starała się wyprzeć ze świadomości wspomnienia, były tez takie, które pozbyły się z domu wszystkich rzeczy w kolorze czerwonym, ponieważ przypominały krew, ale były tez i takie, które przeżyły miłość i takie, dla których walka była najlepszym w życiu doświadczeniem.

Autorka na początku książki posłużyła się ciekawym zabiegiem: zaprezentowała historię, po czym przytoczyła rozmowę z cenzorem, który zarzucił tekstowi fałszowanie obrazu wojny (sic!), że przecież bohaterscy żołnierze radzieccy, że ojczyźniana wojna, że totalna walka z faszyzmem, że towarzysz Stalin itp, a pani tu o majtkach, onucach, strachu i śmierci. Aleksijewicz odrzekła, mu że w książce nie idzie o ideę, ale o prawdę. I prawda jest sednem wszystkich opowieści, których autorka wysłuchała. Nie jestem do końca pewny, czy ta książka to nasze współczesne "Na Zachodzie bez zmian", ale na pewno jest w niej remarquizm, jak ironicznie określił to cenzor. I w chociaż jednej rzeczy możemy przyznać mu rację.

PS. Swietłana Alekijewicz przyznała, że chodziło jej o stworzenie czegoś, czego wcześniej nie było, czyli o napisanie wojennej książki o kobietach przez kobietę. Prawdopodobnie ma rację, ale już abstrahując o tego, książka mnie skojarzyła się z filmem "Tak tu cicho o zmierzchu", który gorąco polecam w charakterze uzupełnienia bądź wzbogacenia lektury.
Polecam też piosenkę w temacie Aleksandra Rozenbauma:



środa, 4 listopada 2015

Swietłana Aleksijewicz "Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy"























I do czego to doszło, że książka wydana w 1985 roku w ZSRR w wolnej Polsce nie idzie na przemiał lub makulaturę, a wręcz przeciwnie, jest wydawana, czytana, chwalona i to przed Noblem dla autorki... To (tak na marginesie) tylko kolejny dowód, że nie należy szufladkować i przekreślać bez zapoznania się.

"Ostatni świadkowie" to książka pełna humanizmu i miłości, chociaż opowiada o okropieństwach wojny. Książka jest zapisem rozmów z osobami, które II Wojnę Światową przeżyły będąc małymi dziećmi. Nie są to opowieści infantylne, opowiedziane przez pryzmat dziecięcego punktu widzenia, gdyż opowiadają je starsze osoby w formie wspomnienia własnego dzieciństwa. Sama autorka z pewnością upiększyła język, chociaż zrobiła to dyskretnie, nie dodała wyszukanych określeń, a raczej zadbała o płynność narracji.

Na samym początku książki moja pierwszą myślą było" "Co może być bardziej okropnego od dziecka, które widzi śmierć matki?" i oczywiście myliłem się, gdyż w dalszej części reportażu Aleksijewicz kolejne opowieści niosą z sobą wiele różnych przerażających zdarzeń, gdyż śmierć i tragedia posiadają nieskończoną ilość wariantów. Opowieści są bogate w szczegóły, nie tylko związane z ciemną stroną natury; na zasadzie kontrastu i podkreślenia bohaterowie zapamiętali takie szczegóły jak zapach czeremchy, błękit nieba, zabawki, kwiaty. Jest to książka dla ludzi o stalowych nerwach, opisująca w naturalistyczny sposób wszystko co najgorsze, głód, trupy, przemoc, mord, strach, zaszczucie. I zawsze pamięta się, że świadkami były dzieci.

Nie ma w "Ostatnich świadkach" polityki niemal wcale, jest człowiek z całą gamą emocji i dlatego jest to książka humanistyczna do szpiku kości. Opowiadający czasem mówią o dobroci, której w bestialskim czasie doznali od obcych ludzi. I nie sądzę, że ich pomoc była litością, to była raczej solidarność i miłość, zasłanianie dziecięcych oczu przed zgrozą niemożliwą do ukrycia.

PS. W Polsce w roku 1961 Stanisław Różewicz nakręcił nowelistyczny film o dzieciach w czasie wojny, to tak a propos formy użytej przez Swietłanę Aleksijewicz.

wtorek, 3 listopada 2015

Arkadij Waksberg "Uwodzicielka. Życier Lili Brik"






















Nie wiadomo do końca, czy jest to biografia Lili Brik, czy Włodzimierza Majakowskiego. Tytuł wskazuje na pierwsze, treść na drugie. Żywot tych dwojga ludzi był nierozłączny aż do śmierci poety, a potem aż do swojej śmierci Lili Brik była uważana za "wdowę" po Majakowskim (chociaż formalnie nigdy nie byli małżeństwem) i orędownikiem jego sztuki. Ponad połowę swoich wierszy i poematów Majakowski zadedykował właśnie jej. Tak więc druga część książki Waksberga, która zaczyna się od samobójczego strzału poety, poświęcona jest w takiej samej mierze osobistym (uczuciowym) perypetiom pani Brik, jak jej walce o dobre imię poety, zmaganiom związanych z uproszczoną percepcją poezji autora "Obłoku w spodniach" i przepychankom z siostrami Majakowskiego, które uważały, iż Lili Brik przyczyniła się do samobójstwa barda rewolucji.

Tym wydarzeniom Waksberg poświęca sporo miejsca i stara się rozpatrywać tragiczne w skutkach wydarzenie na różne sposoby, doszukując się najprawdopodobniejszych przyczyn śmierci Majakowskiego. Moim zdaniem autor tak ciepło i wyrozumiale piszący o Lili Brik, w tych fragmentach nieświadomie ją obciąża. Ukazuje ją bowiem jako kobietę, która chciała decydować o życiu uczuciowym Majakowskiego (nie mylić z pożyciem intymnym!), mimo że poeta zapragnął w końcu stałego związku z inną kobietą. Należy w tym miejscu dodać gwoli wyjaśnienia sytuacji, że Lili Brik była primo niezwykle kochliwą kobietą i to od najmłodszych lat, a secundo jej liczne związki erotyczne zahaczały o prekursorstwo wolnej miłości. Zresztą w ZSRR władze bolszewickie starały się osłabić małżeństwo, przedstawiając je jako przeżytek dawnego ustroju. Trójkąt Osip Brik (maż), Lili Brik (żona) oraz Majakowski (przyjaciel męża i kochanek żony) egzystował w jednym niezbyt dużym moskiewskim mieszkaniu; toczyło się tam wspólne życie, trwała przyjaźń i uprawiana była miłość,  a wszystko bez zazdrości oraz ze zgodą na przelotne romanse (niedopuszczalne było zaangażowanie uczuciowe poza trójkąt, czerpanie przyjemności zaś było jak najbardziej dopuszczalne). Majakowski miał już dosyć, pragnął wyłączności i wielkiej miłości na własność.

Oprócz kwestii towarzyskich i literackich, Waksberg portretuje sowieckie realia polityczne. Nie zapuszcza się w wyliczanie zmian rządu, ale pokazuje jak konkretne czasy wpływały na elity artystyczne i jak artyści znajdowali się w nowych realiach Rosji Radzieckiej. Jako tło biografii ukazana została karuzela wynoszenia na piedestał i obalania znanych nazwisk. Można powiedzieć, że autor "Uwodzicielki" ukazał uwiedzenie przez system i uzależnienie od władzy. Waksberg w długich wywodach analizuje, co w salonie Brików robili czekiści przez długie lata traktowani przez gospodarzy jako przyjaciele, nie śmie jednak wyciągnąć wniosku, że zarówno Brikowie, jak też Majakowski byli na usługach wpierw Czeka, a potem GPU. Osip Brik był zatrudniony na Łubiance  charakterze radcy prawnego i Waksberg nawet zadaje jasne pytanie, po co w miejscu bezprawia był zatrudniony pracownik zajmujący się prawem, jednak nigdzie w tekście nie sugeruje nawet, że  Osip Brik był świadomy, że jego miejsce pracy jest miejscem kaźni. Co więcej przez całą książkę autor nie napisał, że którykolwiek z bohaterów biografii cokolwiek o tym wie. Być może autor będący Rosjaninem, wciąż jeszcze boi się napisać otwarcie o białych plamach w historii swego kraju, być może też sam Majakowski jest w Rosji nadal tak posągowy, że trudno się go nawet teraz odbrązawia.

Opisy podbojów miłosnych Lili Brik nie ograniczają się wyłącznie do kolejnych kochanków i partnerów życiowych. autor książki przedstawia losy i zmienność fortuny w zależności od koniunktury politycznej. Kogo Lili Brik raz pokochała, ten zawsze pozostawał w jej sercu i jak umiała troszczyła się o swoich najbliższych, którzy - jak to określa Waksberg - tworzyli całą sieć współzależności uczuciowych. Najlepszym przykładem jest ostatnia miłość Lili Brik, reżyser Sergiej Paradżanow, który jako niewygodny dla władz radzieckich został aresztowany na podstawie fałszywych zarzutów o homoseksualizm i spekulanctwo. Z zesłania, mimo protestów między innymi Passoliniego i Felliniego, udało się reżysera "Kwiatu granatu" uwolnić dopiero dzięki interwencji Louisa Aragona, szwagra Lili Brik, oczywiście dzięki jej gorącym staraniom i namowom. Jednym z tematów "Uwodzicielki" jest - o czym nie należy zapomnieć - jej długoletnia więź z Lili Brik z jej siostrą Elzą Triolet (która nota bene jako pierwsza związała się z Majakowskim i dzięki której poeta poznał Lili).

Mimo że książkę wydał Twój Styl (pochwały!), nie należy zapominać, iż autor jest dziennikarzem Literaturnoj gaziety i autorem książek o tematyce historycznej. Osobiście nie mogę mu zarzucić zatem próby taniego bazowania na sensacyjnym temacie, nie, ja raczej zarzuciłbym raczej nadmierną bojaźń w nazywaniu rzeczy po imieniu, szczególnie tych mających polityczny wydźwięk. Dla mnie jest to lektura uzupełniająca do "Listów do Lili Brik: 1917-1930" Majakowskiego, zresztą dzięki nim sięgnąłem po książkę Waksberga. Zaznaczam, że nie należy się spodziewać biografii tego formatu co "Życie Majakowskiego" Wiktora Woroszylskiego, nie należy się też jednak wstydzić "Uwodzicielki", gdyż jest to na pewno biografia napisana na poziomie. Sam autor zresztą podejmuje temat powtórnie, gdyż od czasu pierwszej biografii Lili Brik jego pióra światło dzienne ujrzały nowe dokumenty rzucające nowe światło na temat. Myślę, że warto się zapoznać.