sobota, 20 lutego 2016

125. "Dama z Szanghaju" [1947]


"The Lady From Shanghai", reż. Orson Welles [usa, 1947]. Kiedy marynarz poszukuje pracy, powinien wybrać się na nocny spacer po Central Parku, gdzie uratuje przed opryszkami piękną i młodą żonę bogatego adwokata, co sprawi, ze zostanie zaokrętowany na jacht w charakterze bosmana. Tak właśnie przedstawia się początek filmu. Michael O'Hara (Orson Welles) ratuje Elsę Bannnister (Rita Hayworth), zaś na drugi dzień mąż Elsy, Arthur (Everett Sloane), oferuje mu zaokrętowanie się na jachcie. W rejs wypływają następnego dnia; towarzyszy im wspólnik adwokata George Grisby (Glenn Anders). Rejs jest jedną wielką grą psychologiczną, emanuje zblazowaniem, splinem i iskrzy niesnaskami. Michael stoi z boku i nie daje się, mimo wielu prób, wciągnąć w tę grę, chociaż... między nim i Elsą jest wyczuwalny magnetyzm. W Acapulco Grisby proponuje O"Harze 5 tysięcy dolarów za pewną przysługę i od tej propozycji tempo filmu przyspiesza. Nie należy jednak oczekiwać od Wellesa typowego kryminału. Powiedziałbym, że wiele fragmentów nakręconych jest z przymrużeniem oka (scena w sądzie, w której obrońca sam siebie powołuje na świadka i zadając sobie pytania, sam  też na nie odpowiada), rejs jachtem to bardziej kino psychologiczne, oparte na ciętych i dowcipnych ripostach, zaś ostatnie sekwencje w opuszczonym lunaparku to już mistrzostwo samo w sobie kina artystycznego. Autoironiczna scena, w której Welles na zjeżdżalni pędzi prosto w zamykającą się nad nim zębiasta paszczę chińskiego smoka, wpada na coś, co przypomina obraz Miro, wchodzi do pomieszczenia jak żywo przypominającego dekorację przeniesioną z planu "Gabinetu doktora Caligari", wreszcie scena w gabinecie luster! Do tego różne ujęcia kamery i dynamiczny montaż. Zauważyłem, że wiele osób psioczy na ten film Wellesa, jednak zapominają chyba, że po pierwsze reżyser "Obywatela Kane'a" nie jest typowym twórca noir, a po drugie w wyniku nieustannych walk z producentami filmy Wellesa są pokrojone i przemontowane, nie posiadają autorskiej formy a reżyser autoryzując je, ulegał presji i szedł na kompromis. Biorąc powyższe pod uwagę, nie można chyba nie doceniać "Damy z Szanghaju", jeśli już nie pod względem samej fabuły, to dla strony technicznej filmu, która jest na wysokim poziomie. Wiem, wiem, wielu to nie wystarcza, jednak to jest film, obraz, historie i fabuły  znajdziecie w księgarni ;)