czwartek, 7 stycznia 2010

61. "Wyrok życia" (1933)







"Wyrok życia", reż. Juliusz Gardan (1933). Mogło być lepiej, ale nie jest. Widać, że reżyser zna i Wiertowa, i Ruttmanna, i Dowżenkę i Epsteina - informuje o tym wizualna warstwa filmu - jednak wstęp polegający na panoramowaniu Krakowa, a potem na migawkowym ukazywaniu codziennego życia, nie wnosi nic do fabuły i raczej do niej nie nawiązuje (jedyna tego wartość - oczywiście jest to wartość ogromna - to pokazanie starego Krakowa i wiedza, że przez rynek kursował tramwaj (mamy tu ten sam zabieg, jaki zastosował reżyser "Mocnego człowieka" Szaro, który panoramuje na początku filmu Warszawę i taki jak z "Włóczęgów", gdzie Waszyński wędrował z kamerą po Lwowie). Fabularnie film zapowiada się ciekawie, jednak akcja poprowadzona jest niezręcznie i pełno w niej nienaturalnych zachowań, często nawet absurdalnych wręcz (jak to na przykład to, gdy matka topiącego się dziecka zamiast skoczyc do wody, biegnie na skarpę i woła pomocy). Film jest połączeniem melodramatu, dramatu sądowego i filmu obyczajowego. Hanna została oskarżona o zabicie własnego dziecka, którego ojciec był przygodnym kochankiem, i w wyniku procesu skazana na śmierć. Pani adwokat Krystyna nie zgadza się z wyrokiem i w wyniku apelacji doprowadza do uniewinnienia. W przypływie altruizmu zabiera Hannę do siebie, a tam tragicznie kończy się konfrontacja z mężem Krystyny, Januszem. Jednak warto obejrzeć dla wielu wzruszających scen, jak ta poprzedzająca nieszczęśliwy wypadek z dzieckiem: