piątek, 11 marca 2016

Alan Sillitoe "Z soboty na niedzielę"

Głównego bohatera charakteryzuje nieuświadomiony bunt przeciw społeczeństwu gapiącemu się w telewizory, przeciwko jarzmie niewolniczej pracy, bunt wymierzony w skostniałą obyczajowość. Arthur jest 22-letnim operatorem tokarki w fabryce rowerów, pracuje na akord i zarabia przyzwoite pieniądze, irytuje go jednak fakt, że nie może zarabiać więcej, bo gdyby obrobił więcej części, obniżono by mu stawkę. Pozostaje mu stać osiem godzin przy maszynie, kontrolować swoją produkcję i czekać na piątek, na wypłatę tygodniówki oraz na początek upragnionego weekendu. W piątek Arthur staje się człowiekiem wyzwolonym, odwiedza bary, pije na umór i spotyka się potajemnie z żoną kolegi z pracy. Sillitoe sportretował robotnicze środowisko Nottingham, ukazał w tle brak perspektyw, życie polegające na czerpaniu prostych, często prymitywnych radości, głównie toczące się w fabryce, w barze i przed telewizorem. Możliwości zbyt wielkich nie ma. Arthur posiada cechy swego otoczenia, lecz różni go niechęć do ustatkowania się; wyczuwa banalność takiego życia, więc usiłuje w każdy weekend oszołomić się alkoholem i nie stroni od bójek. Arthur posiada słabość do kobiet. Niepotrzebnie komplikuje sobie życie wdając się w romanse z mężatkami. Bezwiedne, nieświadome życie Arthura wysuwa się w powieści na pierwszy plan i jeżeli jego namiastkę nonkonformizmu znać można za coś pozytywnego, to podejście Arthura do życia intymnego nie da się już tak nazwać. "Z soboty na niedzielę" można nazwać książką o sile popędu, która ma rekompensować nieciekawą egzystencję. Czytelnik zada sobie zapewne pytanie, dokąd zawiedzie Artura ta droga lub - nazywając rzecz po imieniu - ryzykowna gra? Jak długo Arthur będzie niepokorny? Czy świat jest w stanie złagodzić jego naturę? Czy naturę Arthura determinują warunki społeczne i ekonomiczne? Ta z pozoru prosta historia poddana głębszej analizie zmusza do zastanowienia. W końcu Sillitoe opowiada o pewnym uniwersalnym układzie: podmiot kontra przedmiot, człowiek kontra świat. Czy Arthura można nazwać buntownikiem? Jak bardzo uświadamia sobie swe położenie w społeczeństwie? Czy łamiąc ustalone zasady pragnie osiągnąć jakiś zamierzony cel? Czy tylko błądzi bez celu od baru do baru, od kochanki do kochanki, przemierzając  proletariackie uliczki Nottingham, niesiony jakąś nieokreśloną, ale obezwładniającą go falą donikąd?