piątek, 10 lutego 2017

Dimitrij Głuchowski "Metro 2034"


To trochę inna książka od "Metra 2033", nie posiada tak wartkiej akcji, nie epatuje już grozą, w mniejszym stopniu jest horrorem, no ale czy autor musi powielać wcześniejsze pomysły, skoro dla czytelników pierwszej historii o moskiewskim metrze wiele spraw jest już wiadomych? Głuchowski w "Metrze 2034" posunął się o krok do przodu w stosunku do pierwszej części, w której zapoznawał czytelnika z realiami. W drugiej części akcja nie prze już tak do przodu, jest więcej refleksji, rozważań, dylematów, rozwidleń, na których trzeba zdecydować się, którędy pójść, co wybrać, a z czego zrezygnować. Głównym tematem powieści jest pytanie, na ile człowiek może przerodzić się w potwora w obliczu zagrożenia, czy możliwe jest pozostanie człowiekiem? Przypomina to trochę słynny fragment z "Dzienników" Gombrowicza, w którym autor "Ferdydurke" opisuje jak na plaży ratuje przewrócone grzbietem w dół chrząszcze i raptem stwierdza, że nie uratuje wszystkich, tak ich wiele, ale kiedy przestać ratować? Na którym owadzie skończyć? Dlaczego następny będzie pozbawiony już ratunku? W powieści pojawia się też nowa nuta - liryzm. Pośród walczących o byt mieszkańców metra pojawia się Homer, symboliczna postać odrodzenia, wydobywania się z ciemności ku światłu. Pragnie on spisać historię metra, pozostawić świadectwo. Staje po stronie duchowości pośród prymitywnie egzystującej większości.Siła sztuki, tęsknota za nią, jest drugim naczelnym problematem powieści. No i w porównaniu z pierwszą częścią, właściwie pozbawioną kobiet, w drugiej części pojawia się dziewczyna, która odgrywa jedną z głównych ról. Nie zawiodłem się na niej, teraz kolej na część trzecią.
PS. Jest jeszcze jedna rzecz, o której warto wspomnieć. Głuchowski jest doskonałym przykładem (podobnie jak Pilipiuk) pisarza, który zna swe pochodzenie, swoje korzenie i potrafi to w swej prozie doskonale wykorzystać. zamiast tworzyć światy osadzone gdzieś i nigdzie, albo w anglosaskich realiach, schlebiając tym następcom Homo Sowieticusa, czyli Homo Americanusom (osobom polskiego pochodzenia wykorzenionych na własne życzenie z własnej tradycji, zamerykanizowanych doszczętnie i beznadziejnie), Głuchowski osadza swą powieść w realiach swego kraju i nie boi się duchów jego ponurej historii; oswaja je, ośmiesza i wykorzystuje. Brawo, panie Głuchowski!