piątek, 6 listopada 2015

Swietłana Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"
























"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" to oskarżenie, wyrzut, protest przeciw wojnie, który pada u ust kobiet biorących w niej udział. Wszystkie zgłosiły się do wojska dobrowolnie; większość z nich wyznała, że przez okres wojny przestały być kobietami, co sugeruje tytuł. Moim zdaniem ten ukazujący kobiety na wojnie reportaż to jeszcze bardziej sugestywna panorama okropieństw wojennych od poprzedniej książki, przedstawiającej losy dzieci w wojennej zawierusze. Obie książki ukazały się w okrojonej formie w 1985 roku. Po upadku ZSRR kobiety, z którymi pod koniec lat 70-tych rozmawiała Aleksijewicz, zaczęły zasypywać autorkę listami, w których ośmielone zmianami politycznymi wzbogacały swe relacje o fakty przedtem niemożliwe do wyjawienia ze względu na cenzurę i aparat represji. Obecny kształt książka uzyskała w 2004 roku.

Wielogłos doświadczeń bohaterek krótkich historyjek, które składają się na całość, jest najprawdopodobniej jedną z pełniejszych relacji w tak dokładny i naturalistyczny sposób opisującą tak wiele wariantów i możliwości serwowanych przez wojnę. Niektóre kobiety przeżyły cudem, inne zostały kalekami, większość starała się wyprzeć ze świadomości wspomnienia, były tez takie, które pozbyły się z domu wszystkich rzeczy w kolorze czerwonym, ponieważ przypominały krew, ale były tez i takie, które przeżyły miłość i takie, dla których walka była najlepszym w życiu doświadczeniem.

Autorka na początku książki posłużyła się ciekawym zabiegiem: zaprezentowała historię, po czym przytoczyła rozmowę z cenzorem, który zarzucił tekstowi fałszowanie obrazu wojny (sic!), że przecież bohaterscy żołnierze radzieccy, że ojczyźniana wojna, że totalna walka z faszyzmem, że towarzysz Stalin itp, a pani tu o majtkach, onucach, strachu i śmierci. Aleksijewicz odrzekła, mu że w książce nie idzie o ideę, ale o prawdę. I prawda jest sednem wszystkich opowieści, których autorka wysłuchała. Nie jestem do końca pewny, czy ta książka to nasze współczesne "Na Zachodzie bez zmian", ale na pewno jest w niej remarquizm, jak ironicznie określił to cenzor. I w chociaż jednej rzeczy możemy przyznać mu rację.

PS. Swietłana Alekijewicz przyznała, że chodziło jej o stworzenie czegoś, czego wcześniej nie było, czyli o napisanie wojennej książki o kobietach przez kobietę. Prawdopodobnie ma rację, ale już abstrahując o tego, książka mnie skojarzyła się z filmem "Tak tu cicho o zmierzchu", który gorąco polecam w charakterze uzupełnienia bądź wzbogacenia lektury.
Polecam też piosenkę w temacie Aleksandra Rozenbauma: