niedziela, 28 maja 2017

Haruki Murakami "Po zmierzchu"

    Kiedy przyjrzeć się wielkiemu miastu, jakim jest Tokio, z góry, przypomina ogromny organizm złożony z milionów elementów. Każdy ma poczucie, że jest częścią całości i jednocześnie, że jest sobą, indywidualnym człowiekiem z nazwiskiem i z własną historią. W książce "Po zmierzchu" Murakami postanowił przyjrzeć się bliżej kilkorgu mieszkańców miasta, których ścieżki przecinają się, łączą, bądź zbliżają do siebie, lecz nigdy się ze sobą nie zetkną.
    Akcja toczy się w ciągu kilku nocnych godzin u schyłku jesieni, kiedy długo trzeba czekać na świt. Jest to opowieść o przygodnych spotkaniach, o ludziach zagubionych w ciemnościach, żyjących z dnia na dzień, starających sobie jakoś radzić. Każdy z nich ma swoje sprawy i przeszłość. Murakami stara się, żeby jego bohaterowie nie byli z papieru, stąd podczas nocnych spotkań, nawet nie zawsze świadomie, o coś chodzi, rodzą się powiązania i ludzie zaczepiają się o siebie wzajemnie, na chwilę, na kila dłuższych chwil. Krzyżowanie się ścieżek bohaterów wywołuje poczucie zagubienia i odnajdywania, zbliżania się i oddalania. O wszystkim decyduje przypadek. W wypadku małej zmiany Takahashi równie dobrze mógł nie spotkać w całonocnym barze Mari Asai, wówczas nie zagadnąłby dziewczyny i wydarzenia potoczyłyby się w zupełnie inny sposób. Mari nie poznałaby w tym wypadku Kaoru, jej wejrzenie w tokijska ciemność byłoby inne, bo inne byłoby jej doświadczenie. Murakami splata więc losy, tworząc kaskady przypadków, bądź porusza zdarzenia niczym lawinowy upadek kamieni domina.
    Bohaterowie Murakamiego zawsze noszą w sobie ciężary, z którymi starają się uporać w sposób osobliwy, gdyż na ogół akceptują je i dźwigają z nadzieją na zmianę, bądź bez takiej nadziei. Trwają i cierpliwie wszystko znoszą. Nie jest to być może sposób godny polecenia, jednak wspomniane ciężary nigdy nie bywają błahe. Takahashi zmaga się z poczuciem osamotnienia i ciąży mu fakt, że jest sierotą. Mari martwi się rozluźnieniem więzi z siostrą Eri, ta zaś zmaga się z utrata sensu tego, co robiła dotychczas, więc zapada w długotrwały sen. Ucieczka przed rzeczywistością. O każdym niemal bohaterze "Po zmierzchu" można wyjawić jakąś tajemnicę. Nawet drugoplanowe postaci coś skrywają, jak na przykład dziewczyna, która uciekając przed mafią, zmienia nieustannie miejsca.           Murakami nie daje jednoznacznie odpowiedzi, czy istnieje droga wyjścia. Zawiesza jej udzielenie, chociaż symboliczne nastanie dnia po ciemnej nocy sugeruje, że nadzieja zawsze istnieje. "Jest jeszcze czas do nadejścia następnej ciemności".
    Książka napisana jest rytmicznymi, krótkimi frazami, które rozbrzmiewają niczym akordy. Czyta się ja dobrze, mimo zawiłej formy. Forma sprawia, że ta niezbyt długa powieść staje się jeszcze ciekawsza. Murakami daje w niej po raz kolejny wyraz swojej fascynacji muzyką, która jest obecna od hip-hopu po Bacha, ale miłością autora - jak wiadomo - jest jazz, więc o nim jest najwięcej wzmianek, a Takahashi jest nawet jazzowym puzonistą w amatorskim zespole. Znaleźć można w powieści także kilka aluzji do filmów i literatury. Meri poznajemy zaczytana nad grubą książką, później Takahashi streszcza jej fabułę "Love Story". Sam autor nie udaje swej nieobecności i w licznych miejscach książki sugerując swoją obecność.
    "Po zmierzchu" Haruki Murakamiego nie jest książką pogodną. To pełna mroku i półcieni opowieść o zagubionych duszach zagubionych w zakamarkach wielkiego miasta, które unoszone są przez wartkie nurty Losu w nieznanym kierunku. Ale jest to równocześnie piękna opowieść o ludziach, o ich uczuciach, obawach i nadziejach. O tym, że słońce znowu wzejdzie i skończy się noc. I wtedy znikną ciemności.