niedziela, 30 lipca 2017

Szczepan Twardoch "Król"

      Twardoch kreśli ostatnie dni przed II Wojną Światową w bardzo sugestywny sposób, sięgając głównie po znane powszechnie cechy tamtego czasu, wykorzystując autentyczne wydarzenia i wprowadzając do powieści historyczne postaci, tak że czytelnik ma wrażenie autentyzmu, dobrego oddania ducha tamtych lat. Antysemityzm, ONR, jaskrawe społeczne kontrasty, socjalizm - wszystko to charakteryzowało przedwojenną Polskę i u Twardocha jest obecne. Można powiedzieć, że przedwojenna Warszawa znana była z cwaniaczków i drobnych przestępców (lumpenproletariackie powiedzonko "kup pan cegłę" to chyba już czasy powojenne, a może się mylę, ale doskonale oddaje ducha okresu międzywojennego) i Twardoch respektuje to, a nawet więcej, z tego wywodzi się cała historia, tyle że Twardoch posuwa się w powieści o kilka kroków dalej i swoich bohaterów kreuje w powieści na przywódców warszawskiej mafii w stylu Al Capone'a. I tu trafiamy w sedno książki...
     Wszystko jest piękne, ładne, gładkie. Aż za piękne, za ładne i za gładkie. Pomijając oczywiście drobiazgowe opisy ściągania haraczu w bezwzględny i brutalny sposób. Po głębszym zastanowieniu świat warszawskiego półświatka, podobnie jak opisane realia, zdają się posiadać cechy ikonograficzne. W transpatrentny sposób kreują fikcję powieściową, a by czytelnik miał poczucie autentyzmu (po to owe słowa klucze jak boks, Piasecki, socjalizm, premier, Bereza Kartuska), przy jednoczesnym, tak jest i niestety, komiksowym podejściu do tematu.
   "Król" Szczepana Twardocha ukazał się po "Morfinie", ale czas rozgrywania akcji wcześniejszy jest w tej pierwszej wymienionej powieści (ostatnie lata okresu międzywojennego wobec pierwszych tygodni okupacji), postanowiłem więc w takiej kolejności zapoznać się z tymi książkami. Decyzja okazała się równocześnie tak samo dobra, co tragiczna w skutkach. Ot, meandry czytelniczych dziwactw, nawyków i upodobań...
     Po lekturze książki Twardocha nie wiem po co została napisana ta historia. Na pewno nie po to, żeby bawić (chociaż zabawa gatunkami i przemocą jest wśród niektórych kręgów modna i akceptowalna). Czy miała zastanowić? Do czego, skoro zostały w niej pomieszane fakty, zdarzenia, ludzie, postawy? Bo przekonywać kogoś, że drogą przestępstwa najszybciej dojdzie się do większego stanu posiadania, to oczywista oczywistość (celowo używam tu pleonazmu). Podobnież, że seks z żoną szefa daje więcej satysfakcji niż chodzenie za rączkę do teatru z niewinnym dziewczątkiem. Jaki więc cel przyświecał autorowi, kiedy pisał "Króla"? Moim zdaniem chciał stworzyć zgrabną opowieść o drastycznych czasach, rozgrywająca się pośród brutalnych typków, a że lepiej wychodzi mu pisanie książek niż rysowanie komiksów, napisał komiks bez obrazków. Takie odnoszę wrażenie.
     Książkę dobrze się czyta, jest interesująca, barwna, obfitująca w dramatyczne zdarzenia, sensacyjna i brutalna. Moim zdaniem nie udaje tego czym jest i czym nie jest. Na pewno jest powieścią o znamionach postmodernizmu, stylizowaną na pełne przemocy filmy pewnego amerykańskiego kultowego reżysera (którego ja uważam za filmowego grafomana). Jest komiksem bez obrazków, w którym bohaterzy opierają się wszelkim przeciwnościom i wychodzą bez szwanku z każdej opresji (przynajmniej do czasu, ale nagromadzenie tych bohaterskich czynów także wskazuje na komiksową formę). Bawi i straszy jednocześnie. To jednak zbyt krzykliwy kontrast, zbyt spora rozbieżność. Można przeczytać tę książkę w taki właśnie sposób: jako dobrą zabawę i zajmująca historię. Można, jak najbardziej. Tylko czy aby równocześnie nie trzeba jej tak czytać? Bo nie jest niczym więcej, niż zabawą?

PÓŁ DAWKI MORFINY, CZYLI EPILOG

     Po lekturze "Króla" zabrałem się za lekturę "Morfiny". Dobrze, że obrałem taką właśnie kolejność. "Morfina" napisana jest w podobnym stylu, kreuje okres okupacji podobnie jak "Król" kreuje schyłek Dwudziestolecia Międzywojennego nie unikając sensacyjnych wydarzeń i sprawiając wrażenie zabawy dla zabawy. Dobrze się stało, ponieważ czytając powieści Twardocha w odwrotnej kolejności nie przeczytałbym "Króla". Tak nie doczytałem "Morfiny", nie dałem już rady. Co za dużo, to niezdrowo.