poniedziałek, 12 czerwca 2017

146. "Samotnicy" [1992]

"Singles", reż. Cameron Crowe [USA, 1992]
Pierwszy raz film ten widziałem w epoce, w czasie rozkwitu kultury grunge i tej całej X-Generation. Miałem wtedy 25 lat. Teraz ten film ma 25 lat... Oczywiście odbieram go dzisiaj zupełnie inaczej, niż wtedy. Zacznijmy od tego, że nigdy nie byłem fanem grunge'u i że muzykę z tego nurtu uważałem za wtórną wobec muzyki z Ery Wodnika, za taka kalkę, tylko z bardziej podkręconymi potencjometrami.Nie był to więc dla mnie żaden film kultowy. Poza tym drażniła mnie moda, te czapki z daszkiem do tyłu, koszule flanelowe związane w pasie itp. To wszystko przysłoniło mi odbiór tego filmu.
Dziś jest to dla mnie fajna komedia romantyczna, ale taka a rebours przez większą część, bo wszyscy chcieli i równocześnie nie chcieli być ze sobą, mieli wątpliwości, zawahania wymieszane z okresami zatracenia zmysłów.
Sporo jest w tym filmie doskonałych dialogów, o których nie pamiętałem przez te 25 lat. Jest nawet jeden świetny wywód o kondycji współczesnej muzyki, że nie ma już takich kompozycji jak "Iron Man" czy "Smoke On The Water", zakończoną stwierdzeniem, że wkrótce nawet wojny będą sponsorowane, co przechodzi już w aluzję do plastikowej kondycji współczesności. Dużo też Crowe zawarł w filmie trafnych obserwacji męsko-damskich, nadając im nieco gorzko-kwaśny posmak. Nie ma w tej komedii romantycznej fragmentów lukrowanych i przesłodzonych. Można powiedzieć, że zakończenie filmu jest nazbyt hollywoodzkie, jednak gdy przeanalizuje się zmienność losów par w trakcie filmu, to nie możemy dać żadnej gwarancji, że zakończenie takie byłoby definitywne, gdyby film trwał na przykład pół godziny dłużej. Dla mnie nie jest to w każdym razie zakończenie zamknięte.
Bardzo fajnie Crowe ukazał krąg przyjaciół, wzajemne relacje, wspomaganie się, pocieszanie, próby rozbudzania uczuć. Trafiona jest także konstrukcja filmu, ten podział na opatrzone tytułem epizody. Na pewno nie można powiedzieć, że "Samotnicy" jest typowa dla swojego gatunku. Pozornie posiada wszystkie elementy charakterystyczne dla komedii romantycznej, ale poszczególny rysunek, tonacje, akcenty, lekko ironiczny wydźwięk wielu scen wyróżniają film Crowe'a od innych filmów z tego gatunku. Nie ma tez w filmie żadnego bogacza zakochanego w ubogiej obrończyni starych domów, czy wysoko postawionego polityka zadurzonego w niani, nie, są zwykli młodzi ludzie starający się odnaleźć miejsce w świecie, niewiele mogący, uczący się i dorabiający do studiów praca w kawiarni. jest to więc film adresowany do młodych ludzi.
Tak. Z pewnością przede wszystkim młodzi ludzie wybierali się na "Samotników" do kin, jednak trudno nie zauważyć, że jest to film uniwersalny. Teraz, z perspektywy lat trudno mi powiedzieć o tym filmie, ze jest pokoleniowy, bo problemy w nim poruszone dotyczą ludzi zarówno sprzed ostatniej dekady XX wieku, jak in obu dekad wieku następnego. W mniejszym stopniu alienacja i życie samotnicze było typowe dla jednostek już przed wiekami; nie jest to w każdym razie żadna nowość.
Pod względem muzycznym film "Samotnicy" tez nie jest sztandarem ówczesnego pokolenia. Fakt, ze sporo w nim muzyki grunge, ale motyw przewodni filmu to zwykły popowy kawałek z odrobinę bardziej przesterowana gitarą. Zespół Cliffa jest jak gdyby parodią grunge'u, a Eddie Vedder, który gra w filmie samego siebie, w zespole pełni rolę nie wokalisty, ale perkusisty. Niemniej ducha czasu bez trudu da się w filmie wyczuć, ale od strony muzycznej raczej, bo buntu, kontrkulturowej niezgody, opozycji wobec amerykańskiego snu w filmie nie ma. Hołd dla rocka jest złożony klasykom: Cliff gra na gitarze na grobie Hendriksa, Steve ma płyty The Who, The Clash, Lou Reeda, a ulubioną piosenką Lindy jest "May This Be Love" oczywiście wykonywaną przez The Jimi Hendrix Experience. Chociaz oczywiście pojawiają sie też murale Mother Love Bone, koszulki z Mudhoney czy SUB POP W filmie pojawiają się na scenie dwa zespoły, Alice in Chains oraz Soundgarden. Czy zrządził to przypadek, czy jakieś mroczne przeznaczenie, ale zarówno wokalista Alice in Chains Layne Staley jaki i frontman Soundgarden Chris Cornell już dziś nie żyją (podobnie jak basista Mike Inez),a żaden z nich nie umarł śmiercią naturalną. Życie dopisało więc swoisty ponury epilog do filmu Camerona Crowe'a i dopowiedziało to czego reżyser nie ukazał, a mianowicie ciemnej strony życia i permanentnej bliskości śmierci. Nadaje to filmowi obecnie całkiem nowy wymiar, ukazuje bowiem osoby, które wtedy były jeszcze still alive, chociaż Staley był już w 1992 roku poważnie uzależniony od heroiny, zmieniając go w swoisty dokument. Chwila, która została utrwalona w bursztynie...
Zadziwiające jest to, jak prędko mija czas, jak elektryzująca muzyka zmienia się w klasykę, jak moi rówieśnicy obrócili się w kamienne posągi pokryte patyną, lecz pozbawione oddechu. Już dawno słowo singiel przestało znaczyć przede wszystkim winylową płytę puszczaną na 45 obrotów, tak kojarzy się jedynie rockowym dinozaurom, dla pozostałych oznacza coś zupełnie innego. Również sens bycia szczęśliwym zmienił znaczenie, ponieważ szczęśliwym można być obecnie żyjąc samemu poza stałym związkiem. Film Crowe'a nieśmiało sugerował już taka sytuację, przewidywał zmianę, jednak nie czynił to pełnym głosem. Sam film także nie jest już dzisiaj tym samym, czym był 25 lat temu, czyli próbą sportretowania Pokolenia X, chociaż nadal bardzo dobrze oddaje atmosferę zagubienia, błądzenia i poszukiwania sensu. Nadal jest to bardzo dobry film o ludzkich uczuciach i pragnieniu bliskości, jednak nie za wszelką cenę, w mieście Jimiego Hendriksa w czasie, gdy dobiegał kresu poprzedni wiek.