niedziela, 23 sierpnia 2015

101. "Artysta" [2011]






















"The Artist", reż. Michel Hazanavicius [Belgia, Francja, usa, 2011] No i w końcu zobaczyłem to cudeńko. Nie jest to pierwszy niemy film współczesny, z jakim się zetknąłem, bo przecież niema jest "Decasia" z 2002 roku i niemy jest "Zew Cthulhu" z 2005. Dobrze, że czasami wraca się do starych form przekazu. Efekt w przypadku "Artysty" jest świetny. Kto naoglądał się w życiu sporo silents, ten w "Artyście" poczuje tę moc budowania napięcia i grę na uczuciach bohaterów, tak charakterystyczne dla niemych filmów. Innymi słowy ten film oddaje doskonale ducha dawnych czasów. Kiedy pies biegnie na ratunek chodnikiem, mamy nieodparte wrażenie, że już to kiedyś widzieliśmy i że jest to jedno z archetypicznych ujęć niemego kina. Takich momentów w "Artyście jest sporo. Mamy tu wiele aluzji do różnych szkół niemego kina, od ekspresjonizmu (cienie na klatce schodowej), przez surrealizm (ożywający rękaw smokingu Valentine'a), po Eisensteina i sowiecką szkołę filmową (nienaturalnie ogromne zbliżenia ust), są też aluzje do klasycznego Hollywood i do talkies z lat trzydziestych, są aluzje do Chaplina (mistrz niemego filmu nie może pogodzić się z nastaniem dźwięku), Freda Astaire'a (taniec i stepowanie) itd, itp. "Artysta" jest też filmem w filmie i filmem o filmie. Jest filmem opowiadającym o przełomie i o upadku gwiazd kina pozbawionego głosu. Jest też filmem o miłości. Polecam.