niedziela, 4 października 2020

168. „Chrzest bojowy" (1940)



Z reguły staram się być obiektywny w swoich recenzjach, ale nie zawsze jest to możliwe. Tak właśnie jest z tym filmem, po prostu nie można być wobec niego ani obiektywnym, ani obojętnym. Jest to film zrealizowany w 1940 roku i opowiadający o lotnikach Luftwaffe, którzy latali nad Polską we wrześniu 1939 roku. Jeden z komentarzy w filmie nazywa go dokumentem i głosi, iż został nakręcony ku potomności, aby uwiecznić pilotów samolotów walczących o wolność za ojczyznę i Hitlera. Już to sprawia, że włosy zaczynają się jeżyć na głowie. Ale to dopiero czołówka filmu. Dalej pojawia się polski plakat, na którym czytam, że w razie napaści bez względu na wiek i płeć każdy Polak chwyci za broń, zaś niemiecki komentarz głosi: „Polska szykuje się do zaborczej wojny"... Dalej jest dosyć długa i ciekawa z historycznego punktu widzenia sekwencja defilady polskiego wojska z Rydzem-Śmigłym przyjmującej ją na trybunie honorowej. Na koniach jedzie orkiestra, ułani, potem samochody terenowe z karabinami maszynowymi, pojazdy gąsienicowe ciągnące działa i lekko opancerzone tankietki. Po czym pojawia się mapa Niemiec graniczących z Polską i z jej użyciem film przedstawia widzowi, jaki zasięg w niemieckie terytorium będzie miał polski atak pancerny. Na tej podstawie już powstają wątpliwości, dlaczego Polska przegrała wojnę... Ta moja ironia jest jak najbardziej na miejscu.

Dalej pokazane są płonące gospodarstwa niemieckie i zabite krowy; są to według komentarza polskie represje wobec rdzennie niemieckich obywateli. Ci obywatele muszą ukrywać się w lasach i pokątnie przekraczać granice, co ilustruje jawny marsz ulicami, drogami i polami ludzi z walizkami i tobołami, tak pokątnie ukrytych, że aż kamera ich sfilmowała na środku drogi. Nie muszę dodawać, że z niczego nie wynikało, że to Niemcy? Następnie pokazano maskowanie samolotów, ładowanie bomb i pasów z amunicją do karabinów maszynowych (aż strach pomyśleć, że ci zadowoleni i beztroscy ludzie właśnie wydawali wyroki śmierci na wiele osób), zaś komentator wyjaśniał, że kto dąży do pokoju, musi się szykować do wojny...

W końcu nastąpił w filmie 1 września 1939 roku i dowiedziałem się nowego faktu historycznego: Polacy zbombardowali Bytom! Pierwszy lot nad terytorium Polski i od razu Polacy strzelają z broni przeciwlotniczej do pokojowo nastawionych samolotów niemieckich. Komentator: 
Bomba odpowiemy za bombę"... Nie wiedziałem, że działka przeciwlotnicze strzelają bombami... Efekt był taki, że zbombardowano węzeł kolejowy. Powrót do bazy. Tu jako ciekawostkę zobaczyłem, jak wyglądały wtedy aparaty fotograficzne samolotów zwiadowczych — przypominały późniejsze sputniki sowieckie. Następnie sekwencja bombardowania Westerplatte z pokładu samolotu. Po awaryjnym lądowaniu uszkodzonej maszyny komentator zauważa cynicznie: „Nie można zrobić omletu, bez rozbicia jajek"...

Film zawiera kilka niezwykłych ujęć, jak nurkujący pionowo samolot w stronę stacji kolejowej i dopiero kiedy zaczynamy rozpoznawać szczegóły, widzimy, z jak wielkiej odległości spadał samolot, kiedy budynki stają się rozpoznawalne, samolot wyrównuje lot, a wówczas oczom widza ukazuje się ogromny dym zasnuwający horyzont, dym z wybuchających bomb. Po kilku sekwencjach lotniczych następują ujęcia ukazujące z bliska wyrządzone przez naloty szkody. W filmie pojawia się Bydgoszcz, płonący Sochaczew, Bzura.

Ostatnia niemal półgodzinna część filmu to zdobywanie Warszawy. Długiemu travellingowi lotu nad leżącą w ruinach stolicą towarzyszy komentarz, wytykający skutki obrony miasta, a równocześnie kpiący z pomocy udzielonej Polsce przez Anglię. O niespełnionej obietnicy Francji komentarz nie wspomina. Nie ma także ani słowa w filmie o 17 września. Film przeplata piosenka, która w dwóch częściach głosi konieczność bombardowania Polski, a w trzeciej pod koniec filmu zwraca się w stronę Wielkiej Brytanii... Pod koniec Hermann Goering wygłasza krótką przemowę do widza, że pokazane tu czyny niemieckich lotników zostaną unieśmiertelnione (racja, ale nie w tym sensie, który miał na myśli) i że wyczyny lotników nad Polską zostaną powtórzone nad Anglią i Francją.

Wymowa filmu jest w całości wstrętna i fałszywa. Fragment filmu pokazujący żołnierzy Wehrmachtu rozdających polskim cywilom bochenki chleba z ciężarówki dla znającego fakty historyczne widza musi wydawać się sporym dysonansem, ale w 1940 roku nieświadoma niemiecka publiczność na pewno tak tego nie odbierała. Głównym złem filmu jest odwrócenie ról, najeźdźcy pokazani są jako wyzwoliciele, Polacy jako gnębiciele etnicznej narodowości Niemieckiej. Po kapitulacji Warszawy film pokazuje ujęcie wesołych ubranych w polskie mundury żołnierzy śpiewających i rozradowanych przy dźwiękach akordeonu, komentarz natomiast wyjaśnia, że są to volksdeutsche siłą zmuszeni do wstąpienia do polskiego wojska, a teraz cieszący się z wyzwolenia. Pełen wyraz ów powrót niemieckiego człowieka do ojczyzny po wyzwoleniu go przez niemieckiego żołnierza znajdzie swe wstrętne zakłamane przedstawienie w innym fabularnym filmie propagandowym z 1941 roku, a mianowicie w „Heimkehr” Gustava Ucicky'ego (nieślubnego syna Gustava Klimta); to ten sam film, z udział, w którym polskie podziemie wydało wyrok na przedwojennego aktora Igora Syma.

Nie można jednak odmówić „Chrzestowi bojowemu” pewnej siły sugestywnej, aczkolwiek nie należy nigdy zapominać, że to fałsz i kłamstwo przez nią przemawia. Film jest także bogaty w archiwalne rzadkie materiały, wiele ujęć Polski z lotu ptaka (niesamowite mozaiki pól) i z ziemi, miasteczek, miast i wreszcie ludzi. Dobrze, że znamy historię, że potrafimy 
przesiać przez ten filtr kłamstwo, a wydobyć wartości archiwalne, których pozostało tak niewiele.

"Feuertaufe", reż. Hans Bertram (Niemcy, 1940)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza