poniedziałek, 27 lipca 2015

Donald Spoto "Błękitny anioł. Życie Marleny Dietrich"

Z niską oceną kończą książki napisane emocjonalnie, wiec w wielu fragmentach będące nieobiektywne. Sporo fragmentów biografii jest rzetelnych, jednak Spoto często sięga po wybielanie i usilną perswazje, że tak a tak właśnie było dobrze. Tak jest na przykład, gdy autor opisuje (często zbyt szczegółowo) życie uczuciowe Dietrich, tłumacząc je tym, że aktorka lubiła swoim ciałem pocieszać mężczyzn. Ale gdy prowadzi wątek rywalizacji Dietrich i Garbo, nie robi tego do końca; dowiadujemy się, że taka rywalizacja miała miejsce, ale nie dowiemy się już, jak się zakończyła, bo Gabo w połowie książki znika i tyle na jej temat. Z tej książki chciałem dowiedzieć się oczywiście jak najwięcej o okresie kina niemego, ale pan Spoto filmy Dietrich opisuje bardzo powierzchownie (oprócz współpracy z von Sternbergiem), o kochankach Dietrich dowiemy się więcej. Co więcej autor książki musiał bardzo zagubić się w trakcie jej pisania, ponieważ obok prób ukazania Marleny D. jako kobiety wszechstronnej i niemal idealnej, pisze też, że aktorka nie rozumiała ról, które grała... Jeżeli chcemy się dowiedzieć o śmierci gwiazdy, musimy sięgnąć po bardziej rzetelną biografie. Spoto kończy swoja książkę jakimś patetycznym bełkotem i obrazem Dietrich z jej ostatniego filmu, w którym zagrała kilka minut, a który powstał 23 lata przed jej śmiercią... Denerwujące są u Spoto błędy faktograficzne takie jak ten, że Ryszard Bolesławski był Rosjaninem, albo Fritz Lang amerykańsko-niemieckim reżyserem. Ręce opadają. Natomiast autor biografii doskonale wie, że urzędnik nadający Dietrich uesańskie obywatelstwo na pewno nie był Żydem, jak to przedstawiała nazistowska propaganda. I drażni takie sztuczne i wysilone wartościowanie, jak twierdzenie autora, że Remarque nie napisał żadnej interesującej książki, oprócz "Na Zachodzie bez zmian" (co innego Hemingway!) i ze "Łuk triumfalny" jest słabą próbą opisania przez Remarque'a jego związku z Dietrich (w ogóle Spoto doszukuje się u większości reżyserów, szczególnie u von Sternberga, że przez swoje filmy pokazywali osobiste powiązania z Dietrich), przy czym Joanna Madou ma być alter ego aktorki, a Ravic pisarza. Denerwuje też maniera Spoto, który z uporem maniaka pisząc o pani Dietrich, używa wyłącznie jej imienia Marlena, jak gdyby znał ją osobiście (o takiej znajomości nie ma w książce ani słowa).
PS. Gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że ktoś noszący imię Donald nie będzie w stanie napisać rzetelnej biografii... I miałbym rację.