poniedziałek, 6 kwietnia 2015

95. "Pieśń szkarłatnego kwiatu" [1938]





















"Laulu tulipunaisesta kukasta", reż. Teuovo Tulio [Finlandia, 1938]. Typowy Tulio: zaczyna się od  trzęsienia ziemi, a potem jest już tylko gorzej. Jak u Hitchcocka, z tą różnicą, że Tulio gra na emocjach widzów i to ostro. Muzyka w tym filmie (jak i w późniejszych) jest drapieżna i niepokojąca, jest to pierwszy stopień budowania nastroju. Obraz czasem kontrastuje z muzyką, ale często z nią współgra, gdy na przykład agresywna nawałnica dźwięków ilustruje spienioną, rozwścieczoną wodę skadrowaną do góry nogami i puszczoną od tyłu, co daje niesamowity efekt. Dopiero w 57 minucie filmu pieśń flisaków ilustrująca spływ (trwa to około 3 minut) jest pierwszym jasnym, pogodnym fragmentem filmu. W Historii kina. Kino klasyczne "Pieśń szkarłatnego kwiatu" wymienia się jako najbardziej ekspresjonistyczny film Tulio, ale czy ja wiem? Przede wszystkim film kręcony jest w przeważającej części w biały dzień, żadnego mroku, cieni. Sporo typowej dla lat 30-tych miękkiej fotografii, częste dygresje (na przykład fantastyczny spływ flisaka stojącego na pniu przez wzburzone wody, kaskady, meandry), częste w kinematografii skandynawskiej ujęcia dzikiej przyrody. Drapieżna natura człowieka jest jak gdyby wpisana w przyrodę. Fabuła filmu jest w sumie prosta, lecz ornamentyka filmu (wspomniane dygresje) przebogata. Pod koniec lat trzydziestych ten film musiał szokować sporą część widzów, tak przypuszczam, ponieważ nie znam jego recepcji. Przydałby się wehikuł czasu, żeby pojawić się na premierze i stwierdzić to, co dziś niestwierdzalne, ocenić, co niemożliwe do ocenienia...