niedziela, 14 czerwca 2015

The Cure "Pornography" [1982]
















Dzisiejszy odsłuch był drugim po kilkudziesięcioletniej przerwie (tak!). Pierwszy kilka dni temu przyniósł zaskoczenie w postaci zespolenia się (lub wymieszania) ze sobą wszystkich piosenek: kiedyś każda z nich była indywidualną rozpoznawalną kompozycją, teraz po latach nagle nie potrafiłem ich od siebie rozróżnić. Zlewały się w jedno, może poza charakterystyczną przygrywką do "One Hundred Years". Można by rzec, iż pierwszy po latach odsłuch skupił się ogólnie na mrocznym nastroju tej płyty, bez wydobywania charakterystycznych fragmentów tej monotonnej - jakby nie było - muzyki; jedynie strzępy tekstów trochę lepiej przetrwały próbę czasu. Jednak już za drugim odsłuchem piosenki zaczęły wydawać się znajome, czyli takie jak kiedyś, głęboko zakorzenione w moim ponurym sercu, rozpoznawalne, silnie działające na emocje. Mroczna muzyka zaczęła - ujmując rzecz dowcipnie - wydobywać się z mroków niepamięci, ani o ułamek nie stając się mniej mroczna. Nie było jednak tylko tak, że powracała pamięć i swojskość. Jednak było też trochę inaczej. Świeży odsłuch tej skrajnie pesymistycznej muzyki dał mi, paradoksalnie, sporo radości. Taki oksymoron: radość ze smutku, Może dlatego, że bliski kontakt, jaki miałem przed laty z tą płytą, teraz znowu powraca w nowym kontekście. Powraca w czasach, gdy nie jestem już tak podatny na pesymistyczny przekaz. Będąc człowiekiem, ulegam wszystkiemu co ludzkie, radościom i smutkom i nie oszukuję, że w życiu jest tylko jasna strona. Nie odrzucam mroku, ponieważ nie wpływa na mnie destrukcyjnie. Nie wpływa na mnie destrukcyjnie, ponieważ rozumiem, że jest nierozerwalnym składnikiem całości. Dzięki niemu potrafię rozróżniać, Oswoiłem mrok. jestem wolny.
(Tak naprawdę, to żartuję, przecież jestem pogodny, wesoły i optymistycznie nastawiony.)