Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 kwietnia 2021

192. „Zapomniane taśmy wideo z nazistowskich Niemiec”

 


„Zapomniane taśmy wideo z nazistowskich Niemiec” 2 części, reż. Nick Watts i Martin Davidson [Wielka Brytania, 2019] 2 x 50m
Film dokumentalny BBC, w którym historycy komentują amatorskie filmy nakręcone przez szarych obywateli i zwykłych żołnierzy w czasach III Rzeszy. Dodatkową ilustrację stanowią czytane z offu fragmenty zapisków z dzienników, między innymi Victora Klempererea. Amatorskie filmy są oczywiście bezcenne, ale dla mnie dziwne były niektóre ich interpretacje. Odnośnie ujęć z niemieckimi żołnierzami na rowerach komentarz brzmiał, że niemiecka armia nie była taka silna na jaką wyglądała. Owszem, takich ujęć nie ma raczej w kronikach filmowych Wochenschau, ze względów propagandowych królowały w nich tylko maszyny, rowery jednak nie oznaczają od razu słabości armii. Gdyby była słaba, nie zwojowałaby połowy Europy. Tak samo jest z komentarzem odnoście używanie przez Niemców francuskich dział. To nie oznacza, że uzbrojenie Wechrmachtu nie było takie dobre, jak się o nim mówi, ale że zdobyte uzbrojenie było wykorzystywane do walki. Przecież już po zajęciu Czechosłowacji w faszyści zaczęli używać czeskich karabinów maszynowych i czołgów. Czyli trzeba się trochę znać na rzeczy i nie wierzyć wszystkiemu, co się mówi. Oprócz tego, film jest bardzo dobrym dokumentem pokazującym czasy nazizmu z innej strony.

Andrzej Gowarzewski „Kolekcja klubów. Lwów – Wilno”




Świetna książka, która liczy zaledwie 192 strony, ale te zapisane są drobnym maczkiem w dwóch kolumnach, a zawierają bogactwo informacji o polskich przedwojennych klubach kresowych. Przy okazji w książce znalazłem sporo wiadomości o klubach z mojego regionu, a także wiele rzadkich zdjęć, między innymi zdjęcie drużyny Śmigły Wilno na boisku Śląska Świętochłowice z kominami Huty Florian w tle z sierpnia 1939 roku, a był to ostatni występ drużyny Śląska na własnym boisku w wolnej przedwojennej Polsce. Śląsk wygrał 2:1. Krąży gdzieś legenda, że następny mecz Śląska w Drohobyczu o awans do ekstraklasy z tamtejszym Junakiem (0:0) to był w ogóle ostatni mecz ligowy polskich klubów przed hitlerowską napaścią, ale w swej książce Gowarzewski nic niestety o tym nie wspomina. Mimo, że książka ukazała się w 1997 roku, zawiera sporo polemiki z komunizmem. Część dotycząca Lwowa poprzedzona jest rysem historycznym "Semper fidelis" Stanisłąwa Sławomira Micieja, natomiast Wileńską otwiera esej Włodzimierza Paźniewskiego "Harmonia sprzeczności", które to teksty poszerzają sens książki poza tematykę czysto piłkarską. W książce wspomniani są nawet Czesław Miłosz i Thomas Venclova.

niedziela, 28 marca 2021

Krystyna Wituska „Na granicy życia i śmierci. Listy więzienne Krystyny Wituskiej”



Książka zawiera 37 listów wysłanych przez Krystynę Wituską do rodziny oraz dwa grypsy przekazane koleżankom w więzieniu. Wituska została aresztowana przez Gestapo w 1943 roku i oskarżona za szpiegostwo trafiła do hitlerowskich więzień w Berlinie (Alexanderplatz, Alt-Moabit) oraz w Halle/Saale. Stracona została na gilotynie 26 czerwca 1944 roku. Aresztowana została całkiem przypadkowo, gdyż policja szukała u niej śladów obciążających jej znajomego, z którym korespondowała, a znalazła grafik spotkań komórki wywiadowczej AK. Listy są świadectwem silnego charakteru tej młodej przecież liczącej 23 lata w chwili aresztowania dziewczyny. Będąc od samego początku świadomą swego przeznaczenia, nie załamuje się, na ile może korzysta z życia (nawiązuje przyjaźnie z współwięźniarkami, dużo się śmieje), dba o siebie (liczne prośby do rodziców o grzebienie, sukienki, środki higieniczne), martwi się i troszczy o los swoich przyjaciółek z celi. Sama bardziej pociesza rodziców, niż prosi o pociechę. Korespondencję przepełnia miłość, atencja, troska o samopoczucie bliskich, ciepło oraz harda postawa, która zapewne miała niwelować u rodziców żal i ból. Listy Wituskiej są ciekawym świadectwem hitlerowskiego więziennictwa i wymiaru sprawiedliwości. Aż trudno uwierzyć, że w tym samym czasie, kiedy gładzono każdego dnia niewyobrażalne ilości osób, w więzieniach oskarżeni czekali spokojnie miesiącami na wyrok, byli traktowani po ludzku i mieli nawet możliwość łaski od samego Adolfa Hitlera. Trudno wyobrazić sobie ten kontrast, chociaż o czymś podobnym pisał w "Domu z dwiema wieżami" Maciej Zaremba Bielawski odnośnie kolosalnych różnic w przetrzymywaniu więźniów stalagów i oflagów. Wituska nie wspomina o żadnej brutalności, ale też należy pamiętać, że listy były cenzurowane, niemniej z ich tonacji wynika, że była traktowana przyzwoicie. W zalewie literatury obozowej, który obserwujemy ostatnio, ta książka to głos mówiący o innym rodzaju hitlerowskiego więziennictwa i sądzę, że znać także go znać, chociaż warto by też ze względu na rok wydania książki (1968) poszukać alternatywnych źródeł, czy hitlerowskie więzienia rzeczywiście tak wyglądały. To trochę dziwne, że w czasach komunizmu ukazała się książka, która pokazała je w jakimś sensie w dosyć korzystnym świetle...

Mariusz Szczygieł „NIE MA”

 


Zbiór reportaży, których tematem jest tytułowe NIE MA (tak pisane przez autora), czyli o tym, czego brakuje, zabrakło, co przestało istnieć, albo jest drugą stroną tego, co akurat jest. Czasem są to rzeczy ewidentne, czasem trzeba się zastanawiać, a czasem nie do końca wiadomo. Ciężar gatunkowy poszczególnych reportaży jest różny, od lekkich po najcięższy kaliber. Szczególnie zamieszczone pod koniec książki opowiadanie o zakatowanym przez konkubinę pięcioletnim chłopcu jest przerażające. Kilka razy Szczygieł połechtał mój zmysł estetyczny, a to wspominając o filmie Wima Wendersa "Niebo nad Berlinem", które uważam za arcydzieło, a to pisząc rozdział o modernistycznej willi zaprojektowanej przez wiedeńskiego architekta Adolfa Loosa (ten rozdział czytałem wczoraj grubo po północy i wbrew senności, ale nie mogłem go przerwać, bo musiałem go skończyć), a kto mnie zna wie, że mam na półce album poświęcony jego budynkom i że interesuje mnie modernizm w architekturze (ale co mnie nie interesuje?) Wracając do Szczygła, przed lekturą spodziewałem się jakiegoś eseistycznego sążnistego tekstu o nieistnieniu, otrzymałem w zamian zbiór opowieści o ciekawych ludziach i zdarzeniach. Nawet abstrahując od tytułu, czyli od tematu książki, jest ciekawie i o wielu nieznanych sprawach można się dowiedzieć; i jak drobne monety, drobne szczegóły egzystencji i zdarzeń budują obrazy często trudne do uwierzenia albo do przyswojenia, bo tak chyba działa dobry reportaż, że odkrywa nam prawdy, które prawdopodobnie chcielibyśmy ukryć przed sobą.

188. „Nocny portier”, reż. Liliana Cavani [Włochy, 1974]



Przeszłość i przyszłość spotykają się w tym filmie w konkretnym punkcie czasu, który staje się decydujący dla losów bohaterów. Jest rok 1957, Wiedeń. W secesyjnym, opływającym w ornamenty hotelu pracuje Max, tytułowy nocny portier. Zaczynamy poznawać jego przeszłość. W czasie wojny był oficerem SS w obozie; tam miał możliwość bezkarnego zaspokajania swoich wyuzdanych i wynaturzonych potrzeb seksualno-sadystycznych. Teraz wśród hotelowych gości rozpoznaje swą ofiarę, której w obozie nie wysłał na śmierć w zamian za możliwość używania do woli jej ciała. Dziewczyna oczywiście w kwestii tej decyzji nie ma nic do powiedzenia. Kat i ofiara zaczynają prowadzić ze sobą dziwną grę, w której zaciera się wyraźny podział na role. Czy to była już miłość? Nie w klasycznym rozumieniu tego pojemengo pojęcia. Miłość pełna fetyszy, przemocy, przeplatanej czułością i wzajemną fascynacją. Po latach to uczucie odżywa. Jednak trwa polowanie na ukrywających się nazistów, a ci polują na świadków i palą obciążające ich dokumenty, by w razie procesu było jak najmniej obciążających dowodów. „Nocny portier” to jest film na równi o koszmarze faszyzmu oraz chorej fascynacji seksualnej. Faszyzm wynaturzył ludzkie uczucia, pozbawił hamulców, otworzył drzwi do dewiacji i wynaturzenia i umożliwił bezkarną realizację sadystycznych fantazji. W filmie Cavani nie jest potrzebny specjalnie żaden zabieg eksponujący zło, które czynili faszyści, bo tu przedstawione zdarzenia są nazbyt wymowne, fakty mówią same za siebie. Odpowiedzialność za swoje czyny? Max niczego takiego nie odczuwa. Jeden z jego ówczesnych towarzyszy mówi nawet wyraźnie, że niczego nie żałuje i wszystko zrobiłby tak samo, gdyby miał sposobność. Trzynaście lat po wojnie byli SS-mani ustawili się w nowym społeczeństwie, ale nie zmienili światopoglądu. Być może film Cavani ostrzega przed powtórnymi narodzinami zła.

Anna Kamieńska „Notatnik 1973-1979”

 


Drugi - pierwszy przeczytałem trzy lata temu - tom przemyśleń, uwag, aforyzmów, wyrywków z codziennego życia, obserwacji, informacji o ludziach, opinii o przeczytanych książkach, polemik z Biblią, własnego zmaganie się z Bogiem. W przeciwieństwie do pierwszego tomu "Notatek" nie ma tu już tak wiele o zmarłym mężu, chociaż ciągle jest on obecny w jej świadomości, co świadczy o ogromnej miłości, i nawet pod koniec książki w notatkach z grudnia 1979 roku wspomina o nim, a minęło już dwanaście lat od kiedy odszedł. Na kartach tych książek umierają inne osoby, co Kamieńska skrzętnie odnotowuje (Słonimski, Anna Iwaszkiewiczowa, dziadek poetki, wielu znajomych). Przeczucie śmierci to podstawowy motyw, chociaż Anna Kamieńska w 1973 roku ma tylko 53 lata. Widzi jednak wokół siebie beznadziejność, odchodzących znajomych (Emanuel Łastik spada z wysokości dziesięciu pięter w wieku 35 lat, świadomie balansując - co podkreśla poetka - na oblodzonym dachu pomiędzy życiem a śmiercią), głęboko odczuwa samotność, mając dwóch synów i wnuki, nie urywający się telefon i pracę pisarską, którą uważała za esencję swego życia. Po pięćdziesiątych urodzinach zaczyna uczyć się hebrajskiego, ponieważ zamierza z pośrednictwem tłumaczenia na nowo odczytywać Psalmy. Sporo tu sprzeczności i pozornej kokieterii, a jednak nie jest to lektura pogodna, bo przepełnia ją cierpienie i świadoma pozbawiona złudzeń, skrajnie przenikliwa wiwisekcja życia. jest to jednak bardzo mądra lektura, ważna, ukazująca wnętrze myślącego i wrażliwego człowieka, pełna interesujących spostrzeżeń i błyskotliwych myśli.
PS. Według mojego harmonogramu czytania (20 stron z każdej czytanej książki każdego dnia) "Notatnik" powinienem skończyć dopiero we wtorek, ale kiedy było już 40 stron do końca nie mogłem się powstrzymać i przeczytałem pozostałe strony już dziś.

niedziela, 4 października 2020

168. „Chrzest bojowy" (1940)



Z reguły staram się być obiektywny w swoich recenzjach, ale nie zawsze jest to możliwe. Tak właśnie jest z tym filmem, po prostu nie można być wobec niego ani obiektywnym, ani obojętnym. Jest to film zrealizowany w 1940 roku i opowiadający o lotnikach Luftwaffe, którzy latali nad Polską we wrześniu 1939 roku. Jeden z komentarzy w filmie nazywa go dokumentem i głosi, iż został nakręcony ku potomności, aby uwiecznić pilotów samolotów walczących o wolność za ojczyznę i Hitlera. Już to sprawia, że włosy zaczynają się jeżyć na głowie. Ale to dopiero czołówka filmu. Dalej pojawia się polski plakat, na którym czytam, że w razie napaści bez względu na wiek i płeć każdy Polak chwyci za broń, zaś niemiecki komentarz głosi: „Polska szykuje się do zaborczej wojny"... Dalej jest dosyć długa i ciekawa z historycznego punktu widzenia sekwencja defilady polskiego wojska z Rydzem-Śmigłym przyjmującej ją na trybunie honorowej. Na koniach jedzie orkiestra, ułani, potem samochody terenowe z karabinami maszynowymi, pojazdy gąsienicowe ciągnące działa i lekko opancerzone tankietki. Po czym pojawia się mapa Niemiec graniczących z Polską i z jej użyciem film przedstawia widzowi, jaki zasięg w niemieckie terytorium będzie miał polski atak pancerny. Na tej podstawie już powstają wątpliwości, dlaczego Polska przegrała wojnę... Ta moja ironia jest jak najbardziej na miejscu.

Dalej pokazane są płonące gospodarstwa niemieckie i zabite krowy; są to według komentarza polskie represje wobec rdzennie niemieckich obywateli. Ci obywatele muszą ukrywać się w lasach i pokątnie przekraczać granice, co ilustruje jawny marsz ulicami, drogami i polami ludzi z walizkami i tobołami, tak pokątnie ukrytych, że aż kamera ich sfilmowała na środku drogi. Nie muszę dodawać, że z niczego nie wynikało, że to Niemcy? Następnie pokazano maskowanie samolotów, ładowanie bomb i pasów z amunicją do karabinów maszynowych (aż strach pomyśleć, że ci zadowoleni i beztroscy ludzie właśnie wydawali wyroki śmierci na wiele osób), zaś komentator wyjaśniał, że kto dąży do pokoju, musi się szykować do wojny...

W końcu nastąpił w filmie 1 września 1939 roku i dowiedziałem się nowego faktu historycznego: Polacy zbombardowali Bytom! Pierwszy lot nad terytorium Polski i od razu Polacy strzelają z broni przeciwlotniczej do pokojowo nastawionych samolotów niemieckich. Komentator: 
„Bomba odpowiemy za bombę"... Nie wiedziałem, że działka przeciwlotnicze strzelają bombami... Efekt był taki, że zbombardowano węzeł kolejowy. Powrót do bazy. Tu jako ciekawostkę zobaczyłem, jak wyglądały wtedy aparaty fotograficzne samolotów zwiadowczych — przypominały późniejsze sputniki sowieckie. Następnie sekwencja bombardowania Westerplatte z pokładu samolotu. Po awaryjnym lądowaniu uszkodzonej maszyny komentator zauważa cynicznie: „Nie można zrobić omletu, bez rozbicia jajek"...

Film zawiera kilka niezwykłych ujęć, jak nurkujący pionowo samolot w stronę stacji kolejowej i dopiero kiedy zaczynamy rozpoznawać szczegóły, widzimy, z jak wielkiej odległości spadał samolot, kiedy budynki stają się rozpoznawalne, samolot wyrównuje lot, a wówczas oczom widza ukazuje się ogromny dym zasnuwający horyzont, dym z wybuchających bomb. Po kilku sekwencjach lotniczych następują ujęcia ukazujące z bliska wyrządzone przez naloty szkody. W filmie pojawia się Bydgoszcz, płonący Sochaczew, Bzura.

Ostatnia niemal półgodzinna część filmu to zdobywanie Warszawy. Długiemu travellingowi lotu nad leżącą w ruinach stolicą towarzyszy komentarz, wytykający skutki obrony miasta, a równocześnie kpiący z pomocy udzielonej Polsce przez Anglię. O niespełnionej obietnicy Francji komentarz nie wspomina. Nie ma także ani słowa w filmie o 17 września. Film przeplata piosenka, która w dwóch częściach głosi konieczność bombardowania Polski, a w trzeciej pod koniec filmu zwraca się w stronę Wielkiej Brytanii... Pod koniec Hermann Goering wygłasza krótką przemowę do widza, że pokazane tu czyny niemieckich lotników zostaną unieśmiertelnione (racja, ale nie w tym sensie, który miał na myśli) i że wyczyny lotników nad Polską zostaną powtórzone nad Anglią i Francją.

Wymowa filmu jest w całości wstrętna i fałszywa. Fragment filmu pokazujący żołnierzy Wehrmachtu rozdających polskim cywilom bochenki chleba z ciężarówki dla znającego fakty historyczne widza musi wydawać się sporym dysonansem, ale w 1940 roku nieświadoma niemiecka publiczność na pewno tak tego nie odbierała. Głównym złem filmu jest odwrócenie ról, najeźdźcy pokazani są jako wyzwoliciele, Polacy jako gnębiciele etnicznej narodowości Niemieckiej. Po kapitulacji Warszawy film pokazuje ujęcie wesołych ubranych w polskie mundury żołnierzy śpiewających i rozradowanych przy dźwiękach akordeonu, komentarz natomiast wyjaśnia, że są to volksdeutsche siłą zmuszeni do wstąpienia do polskiego wojska, a teraz cieszący się z wyzwolenia. Pełen wyraz ów powrót niemieckiego człowieka do ojczyzny po wyzwoleniu go przez niemieckiego żołnierza znajdzie swe wstrętne zakłamane przedstawienie w innym fabularnym filmie propagandowym z 1941 roku, a mianowicie w „Heimkehr” Gustava Ucicky'ego (nieślubnego syna Gustava Klimta); to ten sam film, z udział, w którym polskie podziemie wydało wyrok na przedwojennego aktora Igora Syma.

Nie można jednak odmówić „Chrzestowi bojowemu” pewnej siły sugestywnej, aczkolwiek nie należy nigdy zapominać, że to fałsz i kłamstwo przez nią przemawia. Film jest także bogaty w archiwalne rzadkie materiały, wiele ujęć Polski z lotu ptaka (niesamowite mozaiki pól) i z ziemi, miasteczek, miast i wreszcie ludzi. Dobrze, że znamy historię, że potrafimy 
przesiać przez ten filtr kłamstwo, a wydobyć wartości archiwalne, których pozostało tak niewiele.

"Feuertaufe", reż. Hans Bertram (Niemcy, 1940)

Vladimir Nabokov „Pnin”

 



Niepozorna, niezbyt długa, z wyglądającą na konwencjonalną fabułą książka Nabokova, napisana zaraz po głośnej „Lolicie”, to historia tytułowego profesora Timofieja Pnina, wykładowcy na fikcyjnym prowincjonalnym amerykańskim uniwersytecie Waindell, niemłodego już, łysego jak kolano, nieforemnie zbudowanego, a jednak sympatycznego człowieka, który — jak każdy z nas — nosi w sobie bagaż życia, kilka walizek przeszłości. Ów bagaż, a dokładnie przeszłość, którą symbolizuje, jest ukrytą konstrukcją powieści. To ona wyłania się, jeśli dokładniej przyjrzeć się opisywanym przygodom Pnina. Powieść składa się z siedmiu rozdziałów, które opowiadają jakiś skrawek życia Pnina, każdy stanowi odrębną całość, a wszystkie łączą się w całość, która nie tyle co opowiada o Pninie, ile
 charakteryzuje go. Przy okazji Nabokov portretuje swą nową ojczyznę, uniwersyteckie środowisko, a z jej pośrednictwem charaktery przyjazne bądź nieprzyjazne wobec Pnina. Żywot Pnina w Waindell nie jest sielanką. Profesor w ciągu dziewięciu lat swej profesury kilka razy zmienia miejsce zamieszkania, głównie ze względu na nieprzyjazne hałasy za oknem, które nie pozwalają mu skupiać się na pracy naukowej. Rektor Hagen jest przychylny poczciwemu Pninowi, ale dziekan anglistyki Cockerell to największy parodysta Pnina. Pnin zresztą sam wystawia się na kpiny, ustawicznie przekręcając angielskie wyrazy. Życie Pnina tego podstawa fabularna książki, przeszłość to jej pierwsze dno. Drugim dnem jest podatność człowieka na ironiczne zdarzenia losowe. „Pnin” jest dosłownie obficie wypełniony takimi groteskowymi przeciwnościami losu, którym profesor Pnin musi stawiać czoła, przyjmowanymi najczęściej bez złości, z godnością, a nawet z rodzajem nieświadomej wyższości, co nie zmienia faktu, że Pnin jedzie w niewłaściwym pociągu, a to pociąga za sobą realne w skutkach konsekwencje. Drugie i trzecie dno mają ze sobą wiele stycznych punktów. Narrator książki, dawny kolega Pnina, czemu ten zaprzecza (ze względu na jego wszechmocną wiedzę na temat Pnina, szczególnie na temat zdarzeń mających miejsce w czasie wyprzedzającym jego przyjazd do Waindell, to moim zdaniem alter ego samego Nabokova), na początku ostatniego rozdziału opisuje początki swej znajomości z Pninem; otóż do oka wpada mu pył węglowy i zostaje zawieziony do okulisty, którym jest ojciec Pnina. Ta, mają się spotkać, lub nie, w zależności od tego, kto co pamięta lub pamiętać chce. I tu następuje fragment, który jest kluczem do „Pnina”: „Co to była za błogosławiona ulga, gdy delikatny doktor małym instrumentem przypominającym pałeczkę do bębna elfa wyjął z mojego oka drażniący czarny atom! Ciekawe, gdzie ów pyłek jest teraz? Prozaiczna, szalona prawda każe bowiem wierzyć, że on musi gdzieś istnieć” (V. Nabokov „Pnin”, Warszawa 1987, przełożyła Anna Kołyszko). Tak, gdzieś muszą być te uwierające człowieka pyłki węglowe przeszłości, te drobne zdarzenia, wszystkie chwile, tak samo, jak pyłek wyjęty z oka.

wtorek, 1 września 2020

Anna Janko "Mała zagłada"

 


Słów brak po tej lekturze. Chyba bardziej przerażająca książka od reportaży Aleksijewicz. Dawno po żadnej lekturze nie buzowały we mnie tak silnie emocje. Książka opowiada historię pacyfikacji przez hitlerowców wsi Sochy 1 czerwca 1943 roku za jej powiązania z partyzantami. Z tej zagłady ocalały głównie dzieci, które były świadkami śmierci swoich rodziców. Autorka jest córką jednej z dziewczynek, które przeżyły. "Małą zagłada" to także opowieść o losach dzieci w czasie wojny, o traumie, o winie i wybaczaniu, o ujmowaniu w słowa tragedii, a raczej o braku takiej możliwości. Jest niezwykle sugestywna. Janko pisze rzeczowo, ale wielokrotnie sięga po czysto literackie chwyty, a wtedy tekst książki staje się żałobną pieśnią pełną bolesnej poezji. Cudowne są apostrofy do matki; to rodzaj wspólnego przeżywania, próby zrozumienia, co się stało, co w pamięci matki utkwiło niczym kość w gardle, są to także egzorcyzmy mające na celu wyrzucić ze świadomości demony przeszłości i usunąć traumę. W pewnym momencie Janko pisze do matki, że pielęgnowanie lęku i milczenie w niczym mnie pomogą, uwolnienie się od traumatycznych wspomnień możliwe jest tylko poprzez stawienie im czoła i opowiedzenie o tym słowami pozbawionymi strachu.

sobota, 29 sierpnia 2020

Martin Pollack „Topografia pamięci”


 Doskonały zbiór tekstów dotyczących pamięci, czy jest potrzebna, wygodna, wiarygodna, zawodna? Eseje Pollacka mówią też o odpowiedzialności za swoje czyny, o spuściźnie po rodzinie, którą trzeba ze sobą nosić, bowiem ojciec autora był gestapowcem tłumiącym Powstanie Warszawskie i zapalonym nazistą, jak cała zresztą rodzina. Są to więc teksty o sprawach niełatwych, śliskich, skrywanych, bolesnych. Pollack lawiruje pomiędzy własnymi wspomnieniami, rezultatami swoich poszukiwań na temat przemilczanych w rodzinie faktów, zręcznie przechodząc do równie niewygodnych tematów dotyczących II Wojny Światowej. Czasem zmienia perspektywę i do przeszłości dochodzi od strony teraźniejszości. W książce znajduje się także szalenie zajmujący cykl tekstów opisujących fotografie; pierwszym z nich jest zamieszczone na okładce zdjęcie dzieci w ogrodzie, które unoszą ręce w nazistowskim pozdrowieniu. Pollack nie ogranicza się tylko do ostatniej wojny. Zajmują go także zbrodnie dokonane na ludności cywilnej w latach 1914-1918. Nie stosuje też ograniczeń terytorialnych, a kto czytał jego wspaniały reportaż "Po Galicji" wcale nie będzie zdziwiony, że także w "Topografii pamięci" sporo jest o tej części Europy. Na koniec dodać należy jeszcze, że Martin Pollack jest nie tylko słowianofilem, ale wielkim przyjacielem naszego kraju, o czym świadczy zamykający książkę, zajmujący niemal 1/6 jej całości esej opowiadający o jego związkach z naszym krajem. Jest to niewątpliwie jedna z najlepszych i przy okazji najważniejszych książek z przeczytanych przeze mnie w tym roku.

piątek, 5 czerwca 2020

Jaume Cabré „Głosy Pamano”

Książka dobra, miejscami bardzo dobra, ale czasami też wlokąca się zbytnio. Autor stosuje wiele technik literackich jak James Joyce, akcja nie rozgrywa się chronologicznie i toczy się w dwóch okresach czasu. Wytrawny czytelnik nie będzie miał z tym problemu, bo czasem nawet w jednym akapicie mamy przeskok w przyszłość bądź w przeszłość. Tematem książki jest miłość, śmierć i dyktatura, ale wątków i postaci jest sporo i można doszukać się i innych tropów. Wątek z radiostacją w szkole według mnie mocno naciągany, ponieważ trudno uwierzyć, ze nikt się nie zorientował. Jest to niewątpliwie jedna z bardziej interesujących i oryginalnych książek współczesnych. Można psioczyć na wymyślny styl autora, ale zawsze można sobie zadać pytanie, dlaczego nie próbować szukać czegoś nowego, zamiast pisać jak większość? Forma w sztuce była zawsze istotna i niestety nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Cabré pisze o wydarzeniach z przeszłości, które zamiast zostać zapomniane, staje się po kilku dekadach czymś zupełnie niespodziewanym; a równocześnie zostają fałszywie oświetlone; czytelnik poznaje krok po kroku prawdę i przyczyny, a wszystko jest zależne od punktu patrzenia, od perspektywy, ale i od dobrej woli tych, którzy znają fakty. Jest to frapująca powieść z zagadką historyczną, która sięga do współczesności, tak samo, jak nieustannie ciągnie się w świadomości współczesnych cień faszystowskiego reżimu generała Franco. Przy okazji współcześnie toczy się, jakby inaczej, współczesne życie wypełnione współczesnymi problemami (ale czy aby niektóre z nich nie są tylko zmodyfikowaną wersją problemów z połowy lat 40-tych?) i dwie warstwy czasowe mieszają się ze sobą, przy czym przeszłość walczy o wpływ na teraźniejszość, a ta nie jest pewna, czy pragnie ingerencji przeszłości. Jak to sie wszystko połączyło i rozwiązało, tego już nie zdradzę. Zapraszam do lektury, bo to jedna z tych książek powstałych w XXI wieku, które warto z czystym sumieniem polecić.

środa, 25 marca 2020

Sándor Márai „Dziennik 1943-1948”



































Czego nie ma w tej bogatej książce? Jest historia, jest faszyzm, okupacja sowietów, formowanie się węgierskiego stalinizmu, jest emigracja. Wszystko to obserwuje pisarz i człowiek, więc mamy spostrzeżenia z perspektywy autora i z perspektywy męża i ojczyma. Jest literatura i jest radość z życia, z ładnej pogody, z narodzin wiosny, z butelki wina, z przedpołudnia spędzonego na pływalni i jest groza, kiedy Márai ogląda ruiny zbombardowanego Budapesztu i kiedy nowa komunistyczna władza uniemożliwia mu utrzymywanie się z pisania, ponieważ Márai staje się twórcą niemiłym moskiewskim sługusom. Książka jest pełna trafnych spostrzeżeń, obserwacji, przemyśleń; Márai posiada niezwykły talent zwięzłego, aforystycznego wręcz ujmowania swoich myśli, trafnego doboru słów, ten walor czyni z "Dziennika" fascynującą lekturę. Książka ta to także zapis zmagań i skłębionych dylematów humanisty, który tkwi w okach kilku cyklonów: węgierskiego faszyzmu, hitlerowskiego po inwazji Niemiec na Węgry, sowieckiego "wyzwolenia"i w końcu stalinizmu. Ten ostatni cyklon pozbawił Máraia wszelkich nadziei na egzystencję w ojczyźnie i zmusił go do wyjazdu na stałe za granicę. Do Węgier Márai nigdy więcej już nie powrócił. Dziennik jest świadectwem tego ostatniego okresu pobytu pisarza w swoim kraju. Dla mnie ze względu na walory literackie i celność obserwacji ta książka jest po prostu piękna.

piątek, 3 maja 2019

154. "Niedokończony film" (2010)






 


















W maju 1942 roku na kilka dni zawitała w getcie warszawskim filmowa ekipa z Berlina. Nakręcono 4 rolki taśmy, tyle w każdym razie odnaleziono po wojnie w archiwum. Filmu nigdy nie dokończono. Z filmu "Niedokończony film" wyłania się przerażający obraz getta, a pomiędzy nim wiele inscenizowanych sytuacji (pogrzeb, obrzezanie, bal, konsumpcja w restauracji, wizyta Żydów u Czerniakowa). Poraża autentyzm zdjęć, jednak nie wiadomo do końca, ile z nich jest inscenizowanych. W każdym razie na ekranie można obejrzeć getto w ostatnich chwilach przed mającą tam nadejść zgrozą wywózek do obozów koncentracyjnych. Niedosyt jest taki, ze nie otrzymujemy pełnego materiału z 1942 roku, jedynie jego zmontowane fragmenty, cóż że prawdopodobnie jest to większa cześć całości, skoro pozostaje wrażenie, że czegoś brakuje. Wspaniałym pomysłem jest za to użycie jako komentarza fragmentów dzienników Adama Czernikowa, w których opisana jest wizyta niemieckich filmowców. Doskonałe są także sceny dokręcone już współcześnie, które pokazują na widowni oglądających film ocalałych z Holocaustu wraz z ich komentarzami. "Przez cały czas boję się, że w tym tłumie zobaczę moją matkę" mówi jedna z tych osób, wówczas 9-letnia dziewczynka. Jeśli przesiać przez sito intelektu obrazy z filmu i dodać do tego posiadaną dziś wiedzę o ówczesnym horrorze, otrzymujemy wstrząsający obraz getta. I nawet w sekwencjach sfingowanych coś łapie za serce, gdyż ogląda się marionetki zmuszone do robienia czegoś niegodnego, a zarazem pozostaje świadomość wszechobecności śmierci, więc niemal pewność, ze niewiele osób, które przewinęły się przez ekran, umarło w sposób naturalny. Jest ogromna różnica pomiędzy tymi autentycznymi ujęciami, a jakimkolwiek filmem usiłującym odegrać tamte wydarzenia. A jest nią sfilmowana prawda, prawda leżących na ulicach trupów, prawda żebrzących dzieci, prawda zwożenia ciał do masowych mogił, prawda manipulacji, prawda tańczących groteskowo, bo z przymusu, par, prawda propagandy, prawda muru dzielącego ulice i prawda esesmanów, którzy mówili filmowcom, na co maja kierować oko kamery.

sobota, 19 stycznia 2019

Jan Kott „Aloes: dzienniki i małe szkice”

























      Ostatnia polska książka Kotta przed emigracją. Po usunięciu płuca pisarz uzyskuje drugą szansę, nową szansę na delektowanie się teatrem, kulturą, radościami życia. Dzienniki to nieco myląca nazwa, gdyż wyobraźnia podsuwa opasłe kilkutomowe notatki prowadzone od lat (szczególnie liczba mnoga przyczynia się do tego wrażenia), a są to krótkie notatki z krótkiego okresu. Zawierają przede wszystkim wrażenia z festiwalu teatralnego we Włoszech oraz pobyt w Rzymie. W małych szkicach Jan Kott wraca wspomnieniami do swego pobytu w Paryżu w 1938 roku, wizyt u Andre Bretona, spacerów po Montmartrze, porównuje ówczesny Paryż do jemu współczesnego. Mamy obszerną relację z teatralnego festiwalu w Edynburgu. Jest szkic o plagiacie, z którego dowiadujemy się, że markiz de Sade napisał książeczkę, obierając na bohaterkę wnuczkę Jana Sobieskiego. Dwa szkice poświęcone są wspomnieniom dam polskiej literatury, Nałkowskiej i Dąbrowskiej. W szkicach znalazły się też fragmenty dotyczące spotkań, na przykład z rodziną Ionesco. Obszerniejszy szkic zajmuje się tropieniem w dramatach Witkacego śladów literatury, która ma dopiero nadejść, co wiedzie do "Tanga" Mrożka, którego uważa za pierwszego polskiego pisarza, który ze swą twórczością utrafił we właściwy czas (Witkacy tworzył o 20 lat za wcześnie).
      Opisując zdarzenia, Kott wtrąca swe lapidarne błyskotliwe i trafne uwagi, tworząc wspaniały collage pamięci i intelektu. Przyznam, że takie teksty przyswajam łapczywie, są to bowiem prawdziwe delicje napisane nienagannym klarownym językiem, ciekawie, pozbawione zbędnej erudycji, czyli bez popisów, słowem czysta intelektualna przyjemność.