piątek, 8 października 2021

Wisława Szymborska i Zbigniew Herbert „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955-1996”


Jest to korespondencja niezbyt obszerna i dosyć lakoniczna, gdyż otrzymujemy zaledwie 91 listów wysłanych w okresie 41 lat, a składają się na nią głównie kartki zapisane kilkoma zdaniami. Rekompensatę stanowi zawartość książki. Listy poetów pełne są humoru, dowcipnych tekstów, zaczepek słownych oraz przesadzonych świadomie wyrazów uwielbienia bądź dezaprobaty, tworzących rodzaj flirtu i zabawy słownej, a świadczącej dobitnie, że poeci rozumieli się - jeśli tak można napisać - bez słów. Wyczuwalny jest wielki dystans obu poetów do swoich tekstów,
a raczej nie dystans, tylko radość z prowadzenia między sobą gry z pomocą budowanych zdań. Szymborska i Herbert mieli wielki szacunek względem siebie, który wyrażał się także w postaci wzajemnej fascynacji. Nie zazdrościli sukcesów i wzajemnie się wspierali. Ta korespondencja mówi o wielkiej przyjaźni, której nie jest potrzebny stały kontakt, która opiera się na pewności, że nic się nie zmienia z drugiej strony i nawet jeśli listy "milkną" na dłuższy czas, to zawsze potem po przerwie nadejdzie życzliwa odpowiedź. Piękne to i budujące, choć mało przecież w tej korespondencji wyznań, opisów życia codziennego, przemyśleń. Więź poetów zbudowana jest na żartach, na humorze, na pewności wzajemnego zrozumienia. Książka zasługuje także na pochwałę pod względem edycyjnym, gdyż zawiera sporo zdjęć pocztówek, rysunków i kolaży zamieszczonych w listach.

wtorek, 7 września 2021

Christian Kracht „Umarli"





       „Umarli" Christiana Krachta to niewielkich rozmiarów powieść o ludziach i ich uczuciach oraz nastrojach w przeddzień zapanowania w Niemczech faszyzmu. Akcja powieści jest wątła i melodramatyczna jak scenariusz do filmu z lat, w których została umiejscowiona. Bohaterami filmu są dwaj artyści filmowi, Szwajcar Nägeli i Japończyk Amakasu. Obaj uznają za swe credo filmowe podglądanie świata, przypatrywania się zdarzeniom z boku, z ukrycia. Pragną sukcesu, znajdują się właściwie u jego progu i gdyby nie kilka czynników, prawdopodobnie sukces stałby się w końcu ich udziałem. Niestety walec historii powoli, aczkolwiek nieubłaganie, nadciąga, aby zmiażdżyć plany i usiłowania milionów ludzi, w tym plany dwóch filmowców. Łączy ich razem także prokrastynacja, jakiś wewnętrzny bezwład; ich wspólna praca nad filmem nie dochodzi do skutku, ba, prace nawet nie zostają rozpoczęte. A film grozy wkrótce ma się urzeczywistnić.

       Dodajmy, że w książce Krachta osobiście pojawia się Charlie Chaplin, podobnie jak dwoje wielkich krytyków kina niemego: Siegfred Krancauer i Lotte Elsner (autorka między innymi biografii Murnaua i Langa) oraz epizodycznie Fritz Lang. Wypowiedź Eisner, że w Niemczech da się jeszcze wytrzymać przez pół roku, a potem trzeba emigrować, sugeruje narastające napięcia i zbliżającą się katastrofę. Więcej jednak odniesień filmowych i tu - fanom kina tamtych lat - trudno zapomnieć tę książkę, bo w jakiej innej książce są wspominani Ozu, Dowżenko, Lang, Wiese, Murnau, Walser, Chaplin, Ucicky (nieślubny syn Klimta, autor zajadłego antypolskiego filmu „Heimkehr” z 1939 roku), Vigo, Pabst, Riefenstahl, Sternberg i inni? Jest to uczta dla kogoś obeznanego w temacie niemego kina, ponieważ fabuła nie kończy się dla niego na stronicach książki, ale w bardzo znacznym stopniu wykracza poza strony powieści i pozwala odczytywać aluzje.

       Nägeli chce kręcić film o wampirach, więc nie należy zapominać, że w czasie, w którym rozgrywa się akcja książki, Carl Theodor Dreyer nakręcił swój niesamowity film „Wampir”. Są jeszcze inne oznaki, że Kracht nie lekceważy zbliżającej się dominacji faszyzmu. Krancauer i Eisner sugerują Nägeliemu, że jego film ma być alegorią zbliżającego się niebezpieczeństwa. Poza tym obecność Krancauera, który jest autorem książki "Od Caligariego do Hitlera" sama w sobie jest wymowna. Także Alfred Hugenberg, również postać autentyczna, pokazany został w książce jako szef wytwórni filmowej UFA, nie należy jednak zapominać, że był także członkiem zarządu banków i w przemyśle stalowym (między innymi prezesm zakłądów Kruppa, a z czego finansowano wojnę i produkowano czołgi, działa, amunicję i hełmy jak nie ze stali?) oraz ministrem w pierwszym rządzie Adolfa Hitlera. Na kartach książki zresztą wspomniano także o zastąpieniu Hugenberga na czele UFA przez Josepha Goebbelsa. Są to aż nazbyt czytelne wskazówki, że Kracht kładzie w "Umarłych" nacisk na zbliżającą się pandemię faszyzmu. Hugenberg był ponadto antysemitą. Temat tła historycznego, jak się gdzieniegdzie zarzuca Krachtowi w nielicznych recenzjach, nie jest potraktowany po macoszemu, tylko nie został on podany na tacy. Aluzje są tu gęste i liczne.

       Podobnie w recenzjach wciąż powtarza się myląca informację, jakoby Nägeli nakręcił film grozy będący metaforą obecnej sytuacji, a przecież miał taki film jedynie w planach, a kręci - co jest w książce wyraźnie zaznaczone film eksperymentalny, awangardowy, impresjonistyczny zlepek przygodnie nakręconych ujęć, umiejętnie zmontowanych. Wreszcie akcja książki rozgrywa się sześć lat od wprowadzenia dźwięku do filmu, więc nie ma mowy o przełomie, a raczej o ostatnich bastionach niemego kina; nieme filmy kręcono jeszcze do połowy lat 30-tych w Japonii, Chinach, ZSRR, Chaplin natomiast nie kręcił już niemych filmów, owszem, jego tramp pozostał niemową, ale muzyka i dźwięk były już zsynchronizowane z obrazem. Były to filmy dźwiękowe, tylko pozbawione dialogów. W książce Krachta dialogi także należą do rzadkości.

       „Umarli” to książka jak gdyby napisana z perspektywy czasu. Tytuł sugeruje ów dystans, a także stan, jaki czeka bohaterów, którzy nie zdołają przeżyć zbliżającej się katastrofy. Wszystko jest zatem już dokonane, wszystko się już wydarzyło, niczego nie można odwrócić. Kracht zdaje się mówić poprzez swoja książkę o nieuchronności przeznaczenia, o ludzkich losach skazanych na zdarzenia, które – cokolwiek by się nie zrobiło, jakkolwiek by się nie przeciwstawiało – zdarzy się to co ma się zdarzyć, a nie to, co człowiek chce by się zdarzyło. Czasem tylko pragnienia i los idą ze sobą w parze, co nie zmienia faktu, że dzieje się wszystko zgodnie z przeznaczeniem. Kracht dał swym bohaterom małe pole do manewru, nie można tu mówić o jakiejś głębi psychologicznej, chociaż postaci nie są wyłącznie z papieru. Są jakby w pół drogi. Nie wiem do końca, czy książka napisana dziewięćdziesiąt lat po dokonaniu się opisywanych zdarzeń i pokazująca je jako zdarzenia nieuchronne nie trąci czasem o banał. Prawdopodobnie tak jest, ale przed potraktowaniem jej jako wyłącznie banalną, chroni ją sposób przedstawienia epoki oraz nastrojów wówczas panujących. Być może to jest jej główne i zarazem udane zadanie.

niedziela, 27 czerwca 2021

Stefan Türschmid „Struna. Wyspa Nazino”

 


Na książkę składają się dwa opowiadania, które są także rodzajem fabularyzowanych reportaży historycznych. Krótkie teksty posiadają niestety ogromną siłę rażenia emocjonalnego, opowiadają bowiem o kontrowersyjnych i nieprzyjemnych sprawach. Już „Struna”, która opowiada o Andrieju Własowie, który walczył z komunistami po stronie hitlerowców, jest mocnym tekstem. Ukazuje bowiem — nie jedyną — zbrodnię żołnierzy amerykańskich przekazania żołnierzy Własowa wraz z nim samym Sowietom, czyli skazania ich na pewną śmierć (dowództwo) oraz łagry (pozostali). Wolę nie tłumaczyć, jaka role odegrała tytułowa struna. „Wyspa Nazino” przy „Strunie”, chociaż jest krótsza, jest jeszcze mocniejsza, mroczna i upiorna. Nie wiem, czy nie należałoby odradzać jej lektury ludziom o słabych nerwach. Nie wdając się w szczegóły, opowiadanie to traktuje o niewinnie na ogół ujętych na rosyjskich ulicach przez policję polityczną OGPU ludziach, którzy po krótkim pobycie w obozie przejściowym wywiezieni zostali na tytułową wyspę, gdzie pozbawieni pożywienia, dokonali strasznych aktów kanibalizmu. Mam pisać dalej? Chyba raczej nie. Książka ważna, ponieważ amerykańscy wyzwoliciele ciągle uważani są za pozbawieni jakichkolwiek skaz, mimo że przez lata palili ludzi napalmem w Wietnamie, na miasta japońskie zrzucali bomby atomowe, masakrowali żołnierzy w Dachau, od 30 lat okupują Irak i od 20 Afganistan, że o torturach w Guantanamo i Abu Ghraib nie wspomnę, a w „Strunie” Stefan Türschmid pokazuje epizod, jeden z wielu, nieświadczący o niej za dobrze. Także prawda o strasznych wydarzeniach na wyspie Nazino w 1933 roku także słusznie musi być nagłaśniana i nigdy nie zapomniana, jak każde bestialstwo każdego narodu, niezależnie czy są to Sowieci, hitlerowcy, Serbowie czy Amerykanie.

Bernard Newman „Rowerem przez II RP”





      Bernard Newman przemierzył Polskę latem 1934 roku, a swoje wrażenia opublikował w formie książki rok później. Newmanowi niejedna osoba może pozazdrościć, wiedział on bowiem wiele miejsc i rzeczy, których dziś nikomu nie będzie już dane zobaczyć. Nie żeby tych miejsc już nie było, ale nie ma ich już w takiej formie, w jakiej widział je Newman, i nie leżą w granicach naszego państwa. Są często legendarne jak Wilno i Lwów (który Newmana nie zachwycił), ich charakter jest dzisiaj odmieniony wskutek wojennych i powojennych zawieruch (nie ma już tych Żydowskich miasteczek, nie ma drewnianych wsi, nie ma bezkresnych przestrzeni, Prypeć leży daleko od nas i jest radioaktywny). Newman wciąż narzeka na piaszczyste drogi, których też już nie ma. Książka Newmana nie jest może do końca ścisłą, gdyż autor wykazuje sporo predylekcji do politycznych dywagacji (a tu nie zawsze wykazuje się intuicją oraz wiedzą, chociaż i tak należy podziwiać jego poziom wiedzy o Polsce; dziś bez trudu znaleźlibyśmy wiele osób o wiedzy mniejszej, a będącej przecież autochtonami, a nie cudzoziemcami) oraz do snucia legend i przypowieści (niektórych nowych dla każdego Polaka), ale ów brak precyzji i mitomania nie przysłaniają wielkiej sympatii, jaką Brytyjczyk darzy nasz kraj.
      Newman — skoro już użyłem słowa „sympatia” — jest człowiekiem sympatycznym i trudno winić go o niektóre pomyłki; całokształt jego wizerunku jest bardzo pozytywny. To człowiek ciekawy, wszędobylski, wytrwały, rozmowny, towarzyski więc otwarty. Trudno znaleźć w jego reportażu słowa potępienia czy krytyki. Tak, nie jest zwolennikiem nazistów, ale też nie krytykuje ich zbytnio, a w końcówce książki nawet daje zwieść się pozorom, kiedy stwierdza, że niemiecka agresywność w dyskusjach z 1933 roku w rok później ustąpiła większej woli do dyskusji, wykazując tym nieumiejętność przewidywania przyszłości (nie twierdzę, że Newman miał przewidzieć Holocaust, ale poważanie relacji wygnanych Żydów jednak budzi pewne wątpliwości).
      Niestrudzony cyklista Bernard Newman wędruje na swoim rowerze, który nazywa się George, przez Polskę międzywojenną sumiennie notując swoje spostrzeżenia i odczucia. Styl pisania Newmana jest bardzo dobrze opisany w przedmowie, jednak zadziwia w niej brak zwrócenia uwagi na sporą dawkę humoru w „Rowerem przez II RP”. Rower George jest w reportażu często personifikowany i lubi dyskutować ze swoim właścicielem. Newman także odznacza się sporą dawką humoru i dystansu. Wiele razy zaśmiałem się, czytając celne i dowcipne uwagi autora. Nie będę rozpisywać się, co Newmanowi przypadło do gustu, co go spotkało i co zobaczył. Warto przeczytać tę barwną opowieść o podróży przez kraj — jak podaje podtytuł — którego już nie ma i obejrzeć go oczami cudzoziemca, czyli skonfrontować z własnymi wyobrażeniami o przedwojennej Polsce.
      Na pewno Newman jest przyjacielem naszego kraju i pisze o nim w bardzo życzliwym tonie. O Piłsudskim pisze, że jest dyktatorem, ale nie tyranem. Atmosferę Krakowa porównuje do Winchester i Cambridge. Wilno go zachwyca, ale męczy zbyt duża liczba kościołów. Narzeka na brak w Polsce wybitnych poetów, ale nie ma pojęcia, że w czasie pobytu w Wilnie może minął się na ulicy z Czesławem Miłoszem. Pomstuje na 
czerwoną cegłę jako tworzywo architektury, ale podziwia kościół św. Anny w Wilnie, który jest zbudowany z tego budulca. Jasna Góra to miejsce, w którym ratuje od ścisku tłumu ciężarną kobietę. Śląsk to głównie powód dla rozważań nad wielokulturowością tego regionu i związanymi z tym zawiłościami politycznymi. W Tarach wspina się w deszczowy dzień na Zawrat, ale ze względu na warunki atmosferyczne nie widzi gór. Newman lubi też fabularyzować swoją relację z podróży. I tak barwnie opisuje swą przygodę na tratwie dryfującej przełomem Dunajca i ucieczkę przed żubrem w Puszczy Białowieskiej. Barwna jest także jego próba ratowania przedstawienia podrzędnej trupy cyrkowej.
      Oczytany Polak zna większość faktów z reportażu Anglika, tak dzielnie przemierzającego kolejne kilometry naszego kraju (faktów już dziś często historycznych), co nie zmniejsza przyjemności lektury tej ciekawej i intrygującej książki. Niejedna osoba chciałaby dzisiaj przeżyć przygodę, jaką bez wątpienia była podróż rowerem przez wertepy przedwojennej Polski. Książka Bernarda Newmana daje chociaż szczątkową możliwość posmakowania tej podróży rowerem poprzez przeszłość. Nie istnieje inny sposób podróżowania w czasie.

wtorek, 8 czerwca 2021

Georges Perec „Przestrzenie”





Perec napisał ciekawą książkę na, zdawałoby się, 
najzwyczajniejszy temat. Każdy wie, co to przestrzeń i każdy jej doświadcza, przemieszczając się w niej. Na początku wydaje się, że autor pisze leksykon przestrzeni, gdyż pochłaniają go wyliczenia rzeczy, które przestrzeń wypełniają. Także określenia dotyczące takich przestrzeni jak pokój, łóżko, ulica wydają się dosyć banalne. Owszem, Perecowi chodzi bowiem w książce o to, aby nad tym, co oczywiste zarzucić sieć refleksji, wydobyć przestrzeń z konwencji, spróbować spojrzeć na nią od nowa. Nie chodzi tu o pozbawianie przestrzeni ich dotychczasowych funkcji lub cech; te niech pozostaną niezmienne, ale nie jedyne, na wszystko można przecież spojrzeć na nowo. Przestrzeń staje się więc pretekstem do procesu myślowego, do pobudzenia świadomości i fantazji. Przestrzenie Pereca są najczęściej opisywane w oderwaniu od ludzi, od tłumów (ulice), natomiast zawsze czuwa nad nimi wewnętrzne oko autora, który dzieli się swoimi niedostępnymi, bo będącymi wynikiem procesów zachodzących w umyślemyślami z czytelnikiem. Konstrukcja książki mówi o tym jasno na samym początku, ponieważ pierwszą przestrzenią u Pereca jest kartka papieru, na której piszące ja kreśli słowa. Słowa te są ograniczone krawędziami papieru i równocześnie nieograniczone poprzez wyobraźnię w nich zawartą. Od słów zaczyna się pojęcie przestrzeni. Konstrukcja książki ukazuje również rozrastanie się przestrzeni. Od małej kartki przestrzenie zaczynają rosnąć, poprzez łóżko, pokoje, mieszkanie, ulicę, miasto itd. Ciekawa, niebanalna książka napisana w formie krótkich o eseistycznym charakterze tekstów, przeplatanych czasem cytatami z innych autorów.

czwartek, 20 maja 2021

Vincent van Gogh „Listy do brata”




Zawsze uważałem, że korespondencja mówi o ludziach więcej od jakiejkolwiek biografii. W końcu każda biografia musi opierać się na korespondencji i zawartych w niej faktach. Gdzie indziej znajdziemy fakty, których świadkowie od dawna już nie żyją. Szkoda tylko zawsze, kiedy listy zachowują się tylko z jednej strony. Nie znamy listów Thea, znamy listy Vincenta. Dowiadujemy się z nich nie tylko o kolejnych etapach życia malarza, który wcześniej chciał zostać duchownym, ale także poznajemy, co to jest szaleństwo, a raczej jak blisko jest mu niby do normalności i jak ataki zmieniają skromne proste życie w piekło, co prowadzi do ostatecznej decyzji odebrania sobie życia. Listy van Gogha są trzeźwe, rzeczowe, przemawia w nich człowiek wrażliwy, ale też świadomy. W tych listach Vincent nie jest artystą na pokaz; on odczuwa potrzebę kreacji z pomocą palety z farbami wyłącznie — jak kilka razy podkreśla - „dla rozrywki”. Ale owa „rozrywka” to w jego przypadku nic innego jak całe życie i cała śmierć. To jak gdyby powołanie, które obywa się bez poklasku. To mit, że van Gogh za życia nie sprzedał żadnego obrazu. Osobiście tak w istocie było, ale pośrednio jego obraz „Czerwona winorośl” kupiła za 400 franków Anna Boch. Natomiast sam van Gogh nie chciał ani sprzedawać swoich obrazów, ani wystawiać ich w galeriach, a kiedy ukazał się w prasie artykuł chwalący jego malarstwo, co mogło być początkiem jego sukcesu, van Gogh reaguje negatywnie — nie chce, aby chwalono jego obrazy, bardziej zasługuje na pochwały Gauguin. To nie tak, że Vincent nie pragnie osiągnąć sukces, ale będąc świadomym stanu swego zdrowia psychicznego i pojawiających się co kilka miesięcy kryzysów, woli poczekać na wyklarowanie się sytuacji, na dłuższe okresy pozbawione ataków. Listy mówią o tym może nie wprost i trzeba czasem samemu wyciągać wnioski, ale głos, którym przemawiają, jest — że tak powiem — źródłowy, z pierwszej ręki. Smutek sytuacji życiowej, który przebija ze stron książki (niestety do dziś w Polsce nie ukazało się pełne wydanie listów i musimy zadowolić się wyborem) jest równoważony przez postawę samego van Gogha, który godzi się na wszelkie okoliczności i akceptuje swój stan zdrowia, ciesząc się w zamian każdym pociągnięciem pędzla, każdym trafnym kolorem, który w sposób doskonalszy oddaje żółtą barwę słoneczników. To listy, które pociągnięciami wiecznego pióra wyrażają ludzką duszę i serce, ich pragnienia, ale nie ma w nich krzty patosu, jest zwykły człowiek, który był wielkim artystą, ale albo o tym nie wiedział, albo nie dopuszczał do takiej wiedzy do swej świadomości. I jak tu
 się nie wzruszyć, kiedy w jednym z listów van Gogh spekuluje, że skoro jeden z obrazów dziś już zapomnianego malarza sprzedał się za 400 franków, to jego „Słoneczniki” również ktoś mógłby kupić za taką kwotę. Gdyby tylko mógł wtedy wiedzieć, że dziś potencjalnych nabywców na całym świecie, których stać na kupno tego obrazu, można policzyć na palcach jednej ręki...

niedziela, 18 kwietnia 2021

Otto F. Walter „Pierwsze niepokoje”




Książka Waltera przede wszystkim zaskakuje formą. Autor zrezygnował całkowicie z fabuły, stawiając na mozaikową fragmentaryczność; w sposób symultaniczny, przeplatany i ciągły, pojawiają się krótkie teksty o charakterze politycznych ulotek, paragrafów ordynacji wyborczej, fragmentów kroniki kryminalnej, wypisów z historii Szwajcarii, podręczników wojskowych, notowań na giełdzie, fragmentów konstytucji, artykułów prasowych, list przebojów, historii firmy Alpha, będącej głównym przedstawicielem przemysłu. Z tych wycinków Walter tworzy zwartą i logiczną całość. Ów werbalny collage opowiada o współczesnym państwie kapitalistycznym (na przykładzie Szwajcarii, ale pod płaszczykiem wymyślonego miasta). Ujawniają się narodowościowe konflikty rdzennych niemieckojęzycznych Szwajcarów i ludności przybyłej z innych krajów. Czyni to książkę Waltera w dzisiejszych czasach niezwykle aktualną. Podkreślana jest w kilku miejscach książki 750-letnia tradycja szwajcarskiej demokracji, najstarszej na świecie, a fragmenty historyczne mówią o kształtowaniu się w warunkach tej demokracji proporcji narodowościowych formowanych z ludów wędrownych przybyłych na tereny dzisiejszego wyimaginowanego miasta Jammers, co sugeruje jasno, że wszyscy byli wcześniej przybyszami. To istotna prawda w świetle wydarzeń nakreślonych w książce (nosi ona podtytuł "Szkic"). Pomimo tak luźnej i afabularnej formy, książka Waltera posiada swój rytm oraz oś czasową, jest nią mianowicie okres pięciu tygodni poprzedzających wybory w Jammers (od 30 kwietnia do 6 czerwca, a chodzi najprawdopodobniej o rok 1971, ponieważ na liście najlepiej sprzedających się płyt jest na pierwszym miejscu wydany w lutym tego roku album "Solisbury" grupy Uriah Heep). Walter nie pokazuje demokracji w najkorzystniejszym świetle, a raczej próbuje udowodnić, że demokracja nie jest w stanie rozwiązać wszystkich problemów, nie jest systemem idealnym. "Pierwsze niepokoje" nie chcą jednak występować przeciw demokracji, chcą ją naświetlić, przez co można ją potem ulepszyć. Społeczeństwo szwajcarskie nie chce słyszeć w książce Waltera kolejnych wiadomości o walkach w Belfaście, samo nie będąc świadomym narastających we własnym domu napięć. Na te napięcia Walter pragnie zwrócić uwagę. Ostrzega przed ich konsekwencjami, przed możliwością wymknięcia się ich spod kontroli, przed ich zaognieniem, przed zlekceważeniem. Napisana 49 lat temu książka dzisiaj jawi się bardziej aktualną niż pół wieku temu.

piątek, 16 kwietnia 2021

Jaroslav Rudiš „Koniec punku w Helsinkach”



Śmieszno-gorzka opowieść o młodości, o fascynacji punkiem w krajach demokracji ludowej, o dorastaniu w tych warunkach, o buncie oraz o tym co z tego po latach zostało. Czesi potrafią tak ciekawie opisywać zwykłe codzienne sprawy i sploty ludzkich losów, książka Rudiša jest tego doskonałym przykładem. Nie jest to może proza napisana jakimś wyszukanym językiem, a dziennik Nancy pisany jest nawet tak jak się mówi, jednak nie na tym polega magia czeskiej literatury, nie na literackości, a na trafności obserwacji i niezwykłej umiejętności wydobycia z każdej sytuacji ironii. Czasy schyłku komunizmu, pełne paradoksów i niedorzeczności, same aż proszą się o taki opis. Przy okazji książka Rudiša dla kogoś takiego jak ja, czyli faceta który w1987 roku miał 20 lat, jest źródłem wielu wspomnień, które proza Rudiša przywołuje, wskrzeszeniem dawno już zapomnianych drobiazgów. Realia w powieści oddane są bardzo dokładnie, więc młode pokolenia śmiało mogą dowiedzieć się z "Końca punku w Helsinkach" jak to wtedy było. I to także jest sił tej książki.

niedziela, 11 kwietnia 2021

Zbigniew Herbert „Barbarzyńca w ogrodzie”



Nie wiem, co mam napisać o tej doskonałej książce. Każda moja myśl wydaje mi się banalna. Chylę czoło wobec erudycji autora. Podziwiam jego wszechstronny sposób postrzegania spraw, umiejscawiania sztuki nie tylko w galerii, w epoce, w stylu, ale w kontekście ludzkich losów i zwyczajnych zdawałoby się spraw. Ma autor w rękawie sporo anegdot i interesujących faktów, w tok swoich wywodów wplata czasem poetycką konkluzję lub puentę, często osobiste wrażenia. Kompozycja obrazu lub proporcje doryckiej świątyni są równie istotne, jak anonimowy architekt lub robotnik budowlany wznoszący katedrę. Środkową część książki wypełniają dwa teksty, które nie zajmują się sztuką, tylko kwestią wolności i przemocy wobec niezależnej myśli, czyli mówiąc w skrócie traktują o nietolerancji. Pierwszy z nich to esej na temat krucjaty przeciw katarom, drugi to napisana w formie przemówienia sądowego obrona templariuszy, których spotkał ten sam los co katarów, czyli zagłada, stosy i śmierć. Nie da się ukryć, że Herbert pisząc te teksty myślał też o braku wolności i represjach w naszym kraju. Głównym celem książki zdaje się jednak być nie ukryta aluzja polityczna, ale refleksja dotycząca naszej europejskiej kultury. Herbert równoważy to co uznane z tym co nieznane i nieodkryte, bądź co zostało zapomniane lub nie zyskało w sowim czasie należnego uznania. Z jaskini w Lescaux wywodzi się nie tylko malarstwo ścienne, czyli fresk i nie tylko ceremonie i obrządki, którym służyły jaskinie ze ścianami pokrytymi obrazami polowania na zwierzęta i portretami zwierząt, ale jest to początek świadomego patrzenia człowieka i początek umiejętności zmieniania tego, co widział ów człowiek sprzed tysięcy lat, w pierwsze abstrakcje, którymi są malowidła na ścianach. Tematem książki jest także rozwój, gdyż każdy kolejny szkic przesuwa się w czasie do przyszłości, a wędrówka kończy się w XVIII wiecznej Francji. Fascynująca to podróż w przestrzeni i w czasie, poprzez ruiny zamków i galerie obrazów. Przepiękna książka napisana z miłością o kulturze, sztuce i meandrach ludzkiej myśli.

Hermann Hesse „Kartki ze wspomnień”

 


Nad tym zbiorem krótkich tekstów Hessego ciąży temat śmierci. Od pierwszego do ostatniego wspomnienia autor "Podróży na Wschód" przywołuje osoby, które umarły. Wspomina ojca, brata, siostrę, szkolnego kolegę, przyjaciół artystów. Każe wspomnienie nie ogranicza się do zapisu życia, a raczej podaje tyko istotne szczegóły z życiorysu, fragmenty istotne, zdarzenia będące esencją i służące Hessemu do napisania o danej osobie, jaka była, jakim odznaczała się charakterem, do czego była predysponowana. Hesse nie zostaje wyłączony ze wspomnień; każdy opis posiada własne znaczenie, które w swoim czasie zmieniło coś w autorze, albo pozwoliło mu odgadnąć prawidła życia, albo ukierunkowało go, albo obdarzyło zrozumieniem po latach błądzenia i nieświadomych poszukiwań. Czternastoletni Hesse w Boże Narodzenie odkrywa, że nie jest już dzieckiem, przyglądając się swemu dziewięcioletniemu bratu, kiedy ten cieszy się z zestawu miniaturowych glinianych naczyń. Coś się w nim zmieniło, bo dostrzegł naiwność takiego prezentu. Pan Claassen był nielubianym przez dzieci znajomym ich ojca; Hesse na jego przykładzie pokazuje zmienność zapatrywań na dokonania człowieka w miarę poznawania go i odkrywania, że jest kimś innym. Od nielubianego i nierozumianego pana postać Claassena przechodzi w świadomości Hessego do autora religijnych książek, praktykującego ascety, którego postawa bliska jest hinduskim joginom. Z wszystkiego Hesse potrafi wyciągnąć szereg duchowych i filozoficznych konkluzji. Gdy dowiaduje się o śmierci swego szkolnego kolegi na froncie I Wojny Światowej, początkowo nie potrafi skojarzyć nazwiska z osobą, jednak po przeprowadzeniu procesu analizy wspomnień, zaczyna rysować się żywy obraz człowieka odgrzebanego z popiołów czasu i zapomnienia. Zaduma nad nieuchronną przemijalnością, którą podszyta jest książka, zrównoważona zostaje dzięki postawie i dokonaniom; czyny sprawiają, że życie nabiera wartości. Samo życie warte jest afirmacji, zaś sama afirmacja nie polega tylko na czczym uwielbieniu życia, bo tego nie da się z różnych powodów zrobić - głównie dlatego, że w życiu jest tyle goryczy - afirmować życie należy poprzez działanie. działaniem nie zwalczy się śmierci, działaniem nada się sens życiu zanim ta nadejdzie. Z tego powodu Hesse wspomina zmarłych przez pryzmat ich dokonań, znaczenia ich postawy.

Terry Pratchett „Czarodzicielstwo”

 


To moja piąta książką Pratchetta (czytam cykl w kolejności powstawania) i czekam na tę iskrę, która mnie całkowicie rozpali. Z jednej strony jest pomysłowo, zabawnie, aluzyjnie, z pomysłowym wykorzystaniem wielu funkcjonujących w kulturze stereotypów, od cegły w skarpecie po Czterech Jeźdźców Apokalipsy, ale.. wystarczy stracić kontrolę nad tekstem, lekko się zdekoncentrować, a już nie wie się, co się zdarzyło i nagle z Jamy Wężów bohaterowie są w haremie; jest wiele takich momentów w książce. Wiele ubarwiających opowieść epizodów, jednak jakby pojawiających się z sufitu i niekoniecznie potrzebnych do zamknięcia fabuły. Ta zaś zamyka się w sposób cudownie bezbolesny w stosunku do uprzednich zniszczeń, jakie doznało miasto i Niewidzialny Uniwersytet. Czyta się jednak "Czarodzicielstwo" dobrze i wartko i dobrze się bawi podczas lektury, często wybuchając śmiechem.