środa, 1 czerwca 2022

Halina Korolec-Bujakowska ,,Mój chłopiec, motor i ja. Z Druskiennik do Szanghaju 1934-1936"

 





W czasach, gdy podróże nawet we własnym kraju nie były powszechne i wygodne, świeżo poślubiona młoda para udaje się motorem w podróż poślubną z Druskiennik do Szanghaju. Książka Bujakowskiej to notatki autorki z tej podróży, czynione na licznych bezdrożach Azji. Bezdroża to oczywiście figura retoryczna, jakieś drogi być musiały, skoro para śmiałków odbyła podróż; bezdroża mają wskazywać na stan tych dróg, często przypominających swe przeciwieństwo. Stan dróg jest naturalnie jednym  z motywów przewodnich zapisków Haliny Korolec-Bujakowskiej, jednak autorka, która nie doczekała wydania swoich wrażeń z podróży (te zostały opublikowane dopiero po siedemdziesięciu latach), skupia się na wielu innych aspektach podróży. Jej lekki, czasem emocjonalny, czasem sucho reporterski, czasem dowcipny język opisuje najczęściej w praktyczny sposób najróżniejsze aspekty podróży. Zaczyna od wymienienia ekwipunku, szczegółowo opisuje problemy z motorem, który jest istotnym elementem podróży, stara się zawsze charakteryzować nowy kraj pod względem tego, jak wpływa na podróż. Dowiedzieć się możemy, jaka była w Berlinie anno domini 1934 roku reakcja na chorągiewkę Polskiego Związku Motorowego, jaki stosunek mieli tureccy celnicy w kwestii wwozu broni na teren ich kraju, który odcinek trasy był najbardziej niebezpieczny ze względu na zagrożenie napadem, jak zachowywała się chińska policja itd. Podróżnicy z jednej strony zachwycali się dziewiczymi terenami, z drugiej strony wypatrywali jak zbawienia cywilizacji, kiedy pojawiały się problemy z motorem. Stanisław Bujakowski był zdania, że wszelkie reperacje najlepiej dokonać samemu, a z warsztatów korzystać w ostateczności. Książkę kończą dwa dodatki. Pierwszym jest poradnik Bujakowskiego dla jego ewentualnych naśladowców, drugim dowcipny opis rasy z perspektywy motoru. Bezcenne jest także posłowie, które opowiada co zdarzyło się po dotarciu do celu, zawiera wzmiankę o powrocie oraz opisuje dalsze losy bohaterów książki. Piękna pasjonująca podróż i lektura.

poniedziałek, 2 maja 2022

„Placówka" z1945 roku

 

„Placówka" Prusa wydana przez przedwojenne wydawnictwo Gebethner i Wolff (pracował w niej Aleksander Wat, autor „Mojego wieku", wywiadu rzeki nagranego na magnetofon w połowie lat 60-tych przez Czesława Miłosza), wydanie z roku 1945 w cyklu Biblioteczka Uniwersytetu Ludowego. Widać na tym przykładzie jak renomowane przedwojenne firmy musiały się posiłkować współpracą z komuchami, żeby tylko przetrwać, a i tak w 1950 roku komuchy odebrały wydawnictwu koncesję na działalność. Tymczasem komusze radosne twory powstałe w tym okresie rosły w siłę pod opieką nowej czerwonej władzy, podczas gdy żołnierze AK byli w tym czasie torturowani przez ubecję i skazywani na czapę przez czerwonych prokuratorów. Smutne czasy.
















piątek, 11 marca 2022

Pentti Haanpää „Wędrujące buciory”


Pełne realizmu, napisane czasem chropawym, a czasem poetyckim językiem historie wzięte z życia fińskiej prowincji, śnieżnych bezdroży i bezkresnych przestrzeni. Autor portretuje bardzo wprawnie z pomocą kilku kresek ludzi osadzonych w różnych życiowych sytuacjach. których przyczyna często jest wewnętrzny przymus, ale jeszcze częściej (jak w tytułowej noweli) przypadek bądź Los. Przyroda, siły natury odgrywają w opowiadaniach Pentti Haanpy poważną rolę, w sumie można mówić o połączonych siłach natury i charakteru, które decydują o wydarzeniach. Czasem autor wplata filozoficzne refleksje, a czasem bywa nieco ironiczny i dozuje subtelnie humor niczym Jarosław Haszek w swoim dziele o Szwejku (tytułowa nowela).

Akcja opowiadań toczy się w czasie II Wojny Światowej, jednak wojna ta rozgrywa się na kartach książki daleko w tle, można nawet rzec, że nie jest realna, bo oddalona zbyt daleko. Opisywani żołnierze z reguły opisywani są w trakcie urlopów albo na zapomnianych przez wszelkie fronty odludnych posterunkach. Naczelnym motywem opowiadań jest bez wątpienia śmierć oraz przywiązanie do fińskiej ziemi, ale raczej nie w formie patriotyzmu, tylko więzi chłopa ze swoją rolą. Istotnym motywem jest także wędrówka, a w trzech opowiadaniach stosunek człowieka do zwierzęcia (w dwu przypadkach zwierzęciem tym jest koń, w trzecim jeleń). Dwa opowiadania traktują o starości (staruszka Heta).

Książki o ludzkich losach są zawsze ciekawe; w przypadku „Wędrujących buciorów” z dzisiejszej perspektywy przeczytać możemy o świecie i ludziach, których już chyba nie ma, ponieważ postęp cywilizacyjny wszystko zmienił. Natura ludzka jednak pozostaje ta sama, tylko musi się zawsze mierzyć z nowymi rzeczywistościami. Dlatego w „Wędrujących buciorach” podczas lektury można zadawać sobie pytanie, jak dziś postąpiłby człowiek w podobnych do zawartych w opowiadaniach sytuacjach. W każdym razie zawsze dobrze jest współczuć ludziom i starać się ich zrozumieć, a do tego opisywana książka doskonale się nadaje.

poniedziałek, 7 lutego 2022

Stefan Themerson "Wykład profesora Mmaa"


 
Tytułowy profesor Mmaa jest termitem, naukowcem, osobą powszechnie szanowaną. Themerson w przewrotny i groteskowy sposób ukazuje człowieka widzianego oczami termitów. Poznajemy cywilizację tych owadów, które usiłują poznać homo, jak nazywają człowieka, i dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Sporo gier słownych i zabawy z naukową terminologia to spore pokłady humoru zawarte w książce. Nie można się oprzeć wrażeniu, że skądś znamy bardzo dobrze taki styl; oczywiście, tak pisał Stanisław Lem, tylko kilkadziesiąt lat później. Czy Stefan Themerson uznawany jest za prekursora Lema? Czy wiadomo coś o inspiracjach autora 'Solaris" autorem "Wykładu profesora Mmaa"? Błyskotliwa, prześmieszna, inteligentna lektura, która może dostarczyć sporo zabawy, jednocześnie każąc zastanowić się nad istotą zwaną homo. Polecam.

wtorek, 7 grudnia 2021

Eustachy Rylski „Obok Julii”


 
       Bohater książki wraca pamięcią do lata 1963 roku, który — jak się okazało — stał się dla niego rokiem przełomowym. Od owego lata zaczyna się ciąg zdarzeń, które wplątują Janka w historie, przed którymi się wprawdzie nie broni (nie bez znaczenia jest nazwisko, jakie nosi) i które sytuują go po złej stronie prawa, jednakże dają mu możliwość przeżycia swej egzystencji niczym bohater Hemingwaya, którym się wówczas zaczytywano.

       Książka Rylskiego zaczyna się jak idylliczne wspomnieniem pogodnej młodości, jednak Rylski co chwile zaskakuje czytelnika, zmieniając charakter książki. Można tu doszukiwać się wielu odniesień, w tym do 
Odysei Homera. Rylski błyskotliwym językiem (ale kiedy potrzeba także dosadnym) buduje misterną konstrukcję swej powieści i biada tym, którzy czytają nieuważnie! Trzeba wracać i szukać wyjaśnień, gdyż Rylski nie lubi oczywistości i czasem tylko sugeruje czytelnikowi, co się zdarzyło. Nie jest to więc powieść banalna, a raczej używając lepszego określenia, Obok Julii nie należy do powieści klasycznych; autor nie tylko nie zachowuje jedności miejsca i akcji, ale także nie ogranicza się jedynie do jej opisu, budując wielokrotnie złożone zdania wypełnione nadbudowanymi znaczeniami i sensami, poddając bohaterów nieco większej analizie.

       Ma Rylski także co nieco do powiedzenia na temat
 życia, innymi słowy, w akcje wplata swoje refleksje, co znacznie wzbogaca książkę. Fabuła, po obłuskaniu z refleksji jest, jeśli nie prosta, to przynajmniej niezbyt skomplikowana, o to jednak w literaturze chodzi, żeby książka zawierała cos więcej niż tylko banalną fabułę, a u Rylskiego tak właśnie jest. Polecam.

poniedziałek, 15 listopada 2021

Aleksander Kaczorowski „Praski elementarz”


Przed lekturą książki Kaczorowskiego zadałem sobie pytanie, czy można jeszcze napisać nowatorską książkę o Pradze? Odpowiedź musi być negatywna, ponieważ wydaje się, że trudno o bardziej zgłębiany przez pisarzy temat. W tytule jednak mamy tajemnicze słowo „elementarz”, które sugeruje, że nie jest to do końca książka o Pradze. O czym więc traktuje „Praski elementarz”?


Aleksander Kaczorowski na początku lat 90-tych odwiedził stolicę Czech na pięć dni. Były to pięć dni, które zdecydowały o jego przyszłości, pięć dni, które go ukierunkowały. W tak krótkim czasie nie można poznać żadnego miasta, a tym bardziej miasta takiego jak Praga, bogatego w zabytki i w historię; o tym wie każdy, kto kiedykolwiek odwiedził to miasto lub próbował wcześniej dowiedzieć się o nim więcej za pomocą lektury. Konieczna jest selekcja. Trzeba zobaczyć Hradczany, Stare Miasto, Plac Wacława, kosztem Józefowa czy Žižkova. Kaczorowski nie zabiera nas w żadne z tych miejsc. Jego „praski elementarz” jest podróżą w głąb czeskiej duszy. A także w głąb własnej. Praga jest w książce przedstawiona jedynie jako miejsce, w którym rozgrywają się opisywane wydarzenia, środkiem ciężkości jest jednak nie miejsce, w którym rozgrywa się akcja, ale jej charakter. W skrócie chodzi w „praskim elementarzu” o losy czeskich intelektualistów oraz ich postawę wobec komunizmu.

Sporo pojawiających się w książce postaci jest bez trudu rozpoznawalnych dla każdego czytelnika. Hrabal, Kundera, Hašek, Čapek, Jesenská, Havel, Kafka. Sporo jednak informacji na temat twórców mniej znanych dla czytelników, nie interesujących się zbyt głęboko czeską kulturą. A i o tych tuzach autor potrafi powiedzieć wiele faktów nieznanych, jak na przykład to, że Hrabal nie był powszechnie lubiany i ceniony w Czechach w latach po Aksamitnej Rewolucji za uległość wobec władzy, albo podobnie Havel był krytykowany za swoją prezydenturę oraz za przychylny stosunek wobec agresji USA na Irak. O tym nie wiedziałem.

Gruba kreska, którą są odgrodzeni od siebie artyści konformistyczni od nonkonformistycznych, jest wszak pozorną granicą. Opisywane losy sugerują, że nie wszyscy dysydenci traktowani byli w ten sam sposób. Niektórym udało się wyemigrować, inni zasilili robotnicze brygady w kopalniach i w hutach. Jedni tylko trwali w swej wewnętrznej emigracji, inni byli przesłuchiwani i więzieni. Łatwo jest krytykować z Paryża, jak to robił Kundera, Hrabala, który pozostał w kraju.

Centralną postacią książki — jakżeby inaczej — jest Franz Kafka. Jego cień unosi się nad Pragą nieustannie i z upływem czasu nie niknie, raczej się utrwala. Każdy z twórców wymienionych w elementarzu Kaczorowskiego w swym artystycznym dorobku odnosi się do twórczości autora „Zamku". Chociaż Kafka miał szczęście nie zaznać komunizmu, to z jego wieloznacznej twórczości łatwo jest odczytać prefigurację systemów totalitarnych, a gęsta atmosfera jego książek, opisy bezdusznych trybów biurokracji jak żywo tworzą obraz znany z czasów komunizmu. Przytoczę cytat z książki Kaczorowskiego:

[...] autor „Przemiany” był w Czechach już zawsze aktualny: surrealiści odkrywali w nim presurrealistę, egzystencjaliści — preegzystencjalistę, a chrześcijanie — pisarza religijnego. Nie dało się go zinterpretować tylko w jeden sposób — jako „presocrealstę".

Osoba Kafki, a raczej jego twórczość łączy przedstawionych w elementarzu artystów, gdyż każdy z nich chcąc nie chcąc był/jest skazanym na oddziaływanie tej prozy, jej nieustająca emanację i oddziaływanie na współczesny świat intelektu;  Kafka jest, zdaje się, osią elementarza, punktem odniesienia. Tak to widzę.

Dzięki książce Kaczorowskiego, o której guru polskich czechofilów Mariusz Szczygieł powiedział, że to nie był dla niego elementarz, ale uniwersytet (cytat na stronie wydawnictwa Czarne), przywołani zostali wcześniej wymienieni artyści ważni i znani, artyści zapomniani (jak Klíma czy Kolář) oraz czescy intelektualiści na emigracji, którzy zajmowali się wydawaniem książek zakazanych w kraju. Pomijając czasem irytujący styl autora, który lubi wplatać w tekst utarte zwroty historyczne, "Praski elementarz" to lektura intrygująca, wciągająca, pouczająca i podająca na tacy wiele interesującej wiedzy. Nawet jeżeli kogoś nie pociąga kultura Czech, to przecież szalenie interesujące są losy i postawy ludzi w obliczu totalitaryzmu. A także fakty o tym, jak ludzie ludziom tworzyli piekło, co zawsze wywołuje we mnie stan, który można określić jako niewiarę w oczywistości, ponieważ trudno mi w to uwierzyć, że tak można. A jednak istnieją na to niezbite dowody i świadectwa, między innymi Praski elementarz
 Aleksandra Kaczorowskiego.


Zbigniew Rokita "Kajś"

     




         


Wczoraj na targach książki w Katowicach rozmawiałem z panem Rokitą. Zapytałem go, dlaczego pisze w niej o Górniku Zabrze, klubie resortowym, stworzonym, żeby dostarczyć igrzysk ludności przesiedlonej na Śląsk po 1945 roku, przez cały komunizm będącym prominentem komunistów, sztandarowym propagandowym klubem (nikogo tu nie obrażam, piszę o FAKTACH), sztucznie wszczepionym tworze w śląski organizm, na co pan Rokita odpowiedział, że jest żabolem. To oświeciło mi, dlaczego w sowiej książce tak bardzo propaguje śląskość nabytą, śląskość osób przyjezdnych, śląskość zewnętrzną. Odpowiedziałem panu Rokicie, że jeżeli tak dogłębnie bada i analizuje korzenie śląskości, a przymyka oko na oczywiste niekorzystne fakty, to traci tym nie tylko na obiektywności (ta akurat rzadko bywa używana powszechnie), ale przede wszystkim na wiarygodności. Jeżeli ktoś odpycha od siebie prawdę o klubie, któremu kibicuje, a stara się dokonywać w innym miejscu analizy, czym jest śląskość i jaka jest obecnie, to niestety jego przymykanie oka na to, co ewidentnie zostało Śląskowi narzucone z zewnątrz, dodatkowo w czasach stalinizmu, w celu scementowania przyjezdnych z zewnątrz, jest kontrowersyjne. Albo się jest Ślązakiem i wie się, co jest rdzennie śląskie, a co chamsko Śląskowi narzucono w zbrodniczym komunistycznym systemie (i przez cały ten system wspierano), albo się chce być tylko Ślązakiem, w czym komunistyczny twór piłkarski nie przeszkadza. Niestety pan Rokita się skompromitował w moich oczach Ślązaka z dziada z pradziada. Pan Rokita zresztą mówił podczas spotkania z czytelnikami, że wiele osób twierdzi, że nie ma prawa uważać się za Ślązaka. Teraz rozumiem te osoby oraz ich punkt widzenia. Już podczas lektury dziwiło mnie, że książka traktuje o terenach na Zachód od Bytomia, pomijając w sumie nie tylko tak rdzennie śląskie miasta jak Chorzów i Świętochłowice, ale nawet po macoszemu traktując same Katowice. Ta książka to próba stworzenia śląskości z przyjezdnych ze Wschodu po 1945 roku i migrantów za pracą w kopalniach w latach 70-tych. Ani jednych, ani drugich nie było na Śląsku w 1920 roku, w czasie Powstań Śląskich, w czasie powstawania Ruchu, w dobie tworzenia się śląskiej autonomii. Zgodzić się jedynie mogę z panem Rokitą, ze teraz śląskość jest rozmyta i tak jak pogardliwie Niemcy mówili wasserpolnisch, tak teraz można śmiało mówić o rozwodnionej śląskości. Znam wielu Ślązaków, którzy nie znają godki, używając tylko kilku charakterystycznych słów, nie mają pojęcia o historii i kulturze Śląska. Ba, nie mają oni nawet pojęcia o sukcesie książki pana Rokity (a niektórzy pewnie nawet nie wiedzą, co to jest ta literacka nagroda Nike). To też jest ułomna śląskość. Taka śląskość bez jakichkolwiek ambicji, "urodziołech sie na Ślonsku, to musza byc genał Ślonzokiem". Jasne, nic więcej niech nie robią, tylko niech sobie będą, ot, taka wegetacja. 

Zdjęcie mojego autorstwa

niedziela, 17 października 2021

Dejan Sudjic „Kompleks gmachu. Architektura władzy”




       Dejan Sudjic znany z książek poświęconych małym precyzyjnym przedmiotom pod kątem dizajnu („Język rzeczy” i „B jak Bauhaus”), tym razem bierze na warsztat architekturę monumentalną. Słowo „gmach” nie zawsze jest precyzyjne, gdyż opisywane w „Kompleksie gmachu” koncepcje architektoniczne idą nierzadko o wiele dalej od budowli będących zgodnymi z sensem tego już przecież i tak nieskromnego słowa. W skrócie można by określić książkę Sudjica jako prezentację megalomanii w architekturze. Język autora jest przystępny i czytelnik raczej nie zostaje zasypany fachowymi terminami. Książkę czyta się niezwykle dobrze także dlatego, że napisana jest z nieco subiektywnego punktu widzenia autora, który lubi sobie czasem zakpić z niektórych projektów, pokazać ironiczny uśmieszek, kąśliwie skrytykować niektóre pomysły, używając do tego porównań wywołujących pejoratywne odczucia wobec zbyt śmiałych bądź niedorzecznych koncepcji. 
       Punkt odniesienia Sudjica to zdrowy rozsądek i funkcjonalność budynku. Jawnie kpi z wyścigu o najwyższy drapacz chmur w USA, a bezpardonową walkę o zlecenie wypełnienia pustki po World Trade Center (Ground Zero) zdecydowanie potępia z pomocą dobitnych argumentów. Po lekturze książki człowiek odkłada ją na stolik i pierwsza myśl dotyczy faktu, jak mało wiedziało rzeczach, które działy się za jego życia nieopodal. Padają astronomiczne kwoty przeznaczone na budowę, po czym są one podwajane bądź potrajane w trakcie jej realizacji. Sudjic zadaje czytelnikowi pytanie, czy budowa bywa warta swojej ceny? Budynek muzeum sztuki kosztuje kilkadziesiąt razy więcej od kwoty 10 milionów dolarów przeznaczonej na zakup eksponatów. W groteskowy sposób opisuje Sudjic „wyścig” prezydentów USA o pozostawienie po sobie śladu w postaci bibliotek prezydenckich. 
       Megalomanii budowania gigantów może ulec niekoniecznie tylko architekt. Bardziej ulegli względem niej bywają władcy państw, dyktatorzy, multimilionerzy, burmistrzowie miast. Totalitarne państwo stwarza lepsze warunki do budowy gmachów, ponieważ pragnie stawiać monumenty, będące symbolami władzy oraz zwalczać stare za pomocą nowego. Architekt według Sudjica bywa marionetką dyktatorów, burmistrzów i multimilionerów. Książka Sudjica zaczyna się od prezentacji architektury III Rzeszy, Związku Radzieckiego, Włoch doby Mussoliniego oraz Iraku Saddama Husajna. Od przykładów oczywistych autor przechodzi do mniej znanych przykładów architektury monumentalnej takich jak lotnisko pod Paryżem w dobie rządów Mitterranda, budowy niezliczonych i nierentownych filii Muzeum Guggenheima lub Kryształowa Katedra jako przykład megalomańskiej sakralnej komercji itd. Książka pełna ciekawych faktów, danych, liczb, nazwisk, przykładów i ocen. Polecam gorąco.

piątek, 8 października 2021

Wisława Szymborska i Zbigniew Herbert „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955-1996”


Jest to korespondencja niezbyt obszerna i dosyć lakoniczna, gdyż otrzymujemy zaledwie 91 listów wysłanych w okresie 41 lat, a składają się na nią głównie kartki zapisane kilkoma zdaniami. Rekompensatę stanowi zawartość książki. Listy poetów pełne są humoru, dowcipnych tekstów, zaczepek słownych oraz przesadzonych świadomie wyrazów uwielbienia bądź dezaprobaty, tworzących rodzaj flirtu i zabawy słownej, a świadczącej dobitnie, że poeci rozumieli się - jeśli tak można napisać - bez słów. Wyczuwalny jest wielki dystans obu poetów do swoich tekstów,
a raczej nie dystans, tylko radość z prowadzenia między sobą gry z pomocą budowanych zdań. Szymborska i Herbert mieli wielki szacunek względem siebie, który wyrażał się także w postaci wzajemnej fascynacji. Nie zazdrościli sukcesów i wzajemnie się wspierali. Ta korespondencja mówi o wielkiej przyjaźni, której nie jest potrzebny stały kontakt, która opiera się na pewności, że nic się nie zmienia z drugiej strony i nawet jeśli listy "milkną" na dłuższy czas, to zawsze potem po przerwie nadejdzie życzliwa odpowiedź. Piękne to i budujące, choć mało przecież w tej korespondencji wyznań, opisów życia codziennego, przemyśleń. Więź poetów zbudowana jest na żartach, na humorze, na pewności wzajemnego zrozumienia. Książka zasługuje także na pochwałę pod względem edycyjnym, gdyż zawiera sporo zdjęć pocztówek, rysunków i kolaży zamieszczonych w listach.

wtorek, 7 września 2021

Christian Kracht „Umarli"





       „Umarli" Christiana Krachta to niewielkich rozmiarów powieść o ludziach i ich uczuciach oraz nastrojach w przeddzień zapanowania w Niemczech faszyzmu. Akcja powieści jest wątła i melodramatyczna jak scenariusz do filmu z lat, w których została umiejscowiona. Bohaterami filmu są dwaj artyści filmowi, Szwajcar Nägeli i Japończyk Amakasu. Obaj uznają za swe credo filmowe podglądanie świata, przypatrywania się zdarzeniom z boku, z ukrycia. Pragną sukcesu, znajdują się właściwie u jego progu i gdyby nie kilka czynników, prawdopodobnie sukces stałby się w końcu ich udziałem. Niestety walec historii powoli, aczkolwiek nieubłaganie, nadciąga, aby zmiażdżyć plany i usiłowania milionów ludzi, w tym plany dwóch filmowców. Łączy ich razem także prokrastynacja, jakiś wewnętrzny bezwład; ich wspólna praca nad filmem nie dochodzi do skutku, ba, prace nawet nie zostają rozpoczęte. A film grozy wkrótce ma się urzeczywistnić.

       Dodajmy, że w książce Krachta osobiście pojawia się Charlie Chaplin, podobnie jak dwoje wielkich krytyków kina niemego: Siegfred Krancauer i Lotte Elsner (autorka między innymi biografii Murnaua i Langa) oraz epizodycznie Fritz Lang. Wypowiedź Eisner, że w Niemczech da się jeszcze wytrzymać przez pół roku, a potem trzeba emigrować, sugeruje narastające napięcia i zbliżającą się katastrofę. Więcej jednak odniesień filmowych i tu - fanom kina tamtych lat - trudno zapomnieć tę książkę, bo w jakiej innej książce są wspominani Ozu, Dowżenko, Lang, Wiese, Murnau, Walser, Chaplin, Ucicky (nieślubny syn Klimta, autor zajadłego antypolskiego filmu „Heimkehr” z 1939 roku), Vigo, Pabst, Riefenstahl, Sternberg i inni? Jest to uczta dla kogoś obeznanego w temacie niemego kina, ponieważ fabuła nie kończy się dla niego na stronicach książki, ale w bardzo znacznym stopniu wykracza poza strony powieści i pozwala odczytywać aluzje.

       Nägeli chce kręcić film o wampirach, więc nie należy zapominać, że w czasie, w którym rozgrywa się akcja książki, Carl Theodor Dreyer nakręcił swój niesamowity film „Wampir”. Są jeszcze inne oznaki, że Kracht nie lekceważy zbliżającej się dominacji faszyzmu. Krancauer i Eisner sugerują Nägeliemu, że jego film ma być alegorią zbliżającego się niebezpieczeństwa. Poza tym obecność Krancauera, który jest autorem książki "Od Caligariego do Hitlera" sama w sobie jest wymowna. Także Alfred Hugenberg, również postać autentyczna, pokazany został w książce jako szef wytwórni filmowej UFA, nie należy jednak zapominać, że był także członkiem zarządu banków i w przemyśle stalowym (między innymi prezesm zakłądów Kruppa, a z czego finansowano wojnę i produkowano czołgi, działa, amunicję i hełmy jak nie ze stali?) oraz ministrem w pierwszym rządzie Adolfa Hitlera. Na kartach książki zresztą wspomniano także o zastąpieniu Hugenberga na czele UFA przez Josepha Goebbelsa. Są to aż nazbyt czytelne wskazówki, że Kracht kładzie w "Umarłych" nacisk na zbliżającą się pandemię faszyzmu. Hugenberg był ponadto antysemitą. Temat tła historycznego, jak się gdzieniegdzie zarzuca Krachtowi w nielicznych recenzjach, nie jest potraktowany po macoszemu, tylko nie został on podany na tacy. Aluzje są tu gęste i liczne.

       Podobnie w recenzjach wciąż powtarza się myląca informację, jakoby Nägeli nakręcił film grozy będący metaforą obecnej sytuacji, a przecież miał taki film jedynie w planach, a kręci - co jest w książce wyraźnie zaznaczone film eksperymentalny, awangardowy, impresjonistyczny zlepek przygodnie nakręconych ujęć, umiejętnie zmontowanych. Wreszcie akcja książki rozgrywa się sześć lat od wprowadzenia dźwięku do filmu, więc nie ma mowy o przełomie, a raczej o ostatnich bastionach niemego kina; nieme filmy kręcono jeszcze do połowy lat 30-tych w Japonii, Chinach, ZSRR, Chaplin natomiast nie kręcił już niemych filmów, owszem, jego tramp pozostał niemową, ale muzyka i dźwięk były już zsynchronizowane z obrazem. Były to filmy dźwiękowe, tylko pozbawione dialogów. W książce Krachta dialogi także należą do rzadkości.

       „Umarli” to książka jak gdyby napisana z perspektywy czasu. Tytuł sugeruje ów dystans, a także stan, jaki czeka bohaterów, którzy nie zdołają przeżyć zbliżającej się katastrofy. Wszystko jest zatem już dokonane, wszystko się już wydarzyło, niczego nie można odwrócić. Kracht zdaje się mówić poprzez swoja książkę o nieuchronności przeznaczenia, o ludzkich losach skazanych na zdarzenia, które – cokolwiek by się nie zrobiło, jakkolwiek by się nie przeciwstawiało – zdarzy się to co ma się zdarzyć, a nie to, co człowiek chce by się zdarzyło. Czasem tylko pragnienia i los idą ze sobą w parze, co nie zmienia faktu, że dzieje się wszystko zgodnie z przeznaczeniem. Kracht dał swym bohaterom małe pole do manewru, nie można tu mówić o jakiejś głębi psychologicznej, chociaż postaci nie są wyłącznie z papieru. Są jakby w pół drogi. Nie wiem do końca, czy książka napisana dziewięćdziesiąt lat po dokonaniu się opisywanych zdarzeń i pokazująca je jako zdarzenia nieuchronne nie trąci czasem o banał. Prawdopodobnie tak jest, ale przed potraktowaniem jej jako wyłącznie banalną, chroni ją sposób przedstawienia epoki oraz nastrojów wówczas panujących. Być może to jest jej główne i zarazem udane zadanie.

niedziela, 27 czerwca 2021

Stefan Türschmid „Struna. Wyspa Nazino”

 


Na książkę składają się dwa opowiadania, które są także rodzajem fabularyzowanych reportaży historycznych. Krótkie teksty posiadają niestety ogromną siłę rażenia emocjonalnego, opowiadają bowiem o kontrowersyjnych i nieprzyjemnych sprawach. Już „Struna”, która opowiada o Andrieju Własowie, który walczył z komunistami po stronie hitlerowców, jest mocnym tekstem. Ukazuje bowiem — nie jedyną — zbrodnię żołnierzy amerykańskich przekazania żołnierzy Własowa wraz z nim samym Sowietom, czyli skazania ich na pewną śmierć (dowództwo) oraz łagry (pozostali). Wolę nie tłumaczyć, jaka role odegrała tytułowa struna. „Wyspa Nazino” przy „Strunie”, chociaż jest krótsza, jest jeszcze mocniejsza, mroczna i upiorna. Nie wiem, czy nie należałoby odradzać jej lektury ludziom o słabych nerwach. Nie wdając się w szczegóły, opowiadanie to traktuje o niewinnie na ogół ujętych na rosyjskich ulicach przez policję polityczną OGPU ludziach, którzy po krótkim pobycie w obozie przejściowym wywiezieni zostali na tytułową wyspę, gdzie pozbawieni pożywienia, dokonali strasznych aktów kanibalizmu. Mam pisać dalej? Chyba raczej nie. Książka ważna, ponieważ amerykańscy wyzwoliciele ciągle uważani są za pozbawieni jakichkolwiek skaz, mimo że przez lata palili ludzi napalmem w Wietnamie, na miasta japońskie zrzucali bomby atomowe, masakrowali żołnierzy w Dachau, od 30 lat okupują Irak i od 20 Afganistan, że o torturach w Guantanamo i Abu Ghraib nie wspomnę, a w „Strunie” Stefan Türschmid pokazuje epizod, jeden z wielu, nieświadczący o niej za dobrze. Także prawda o strasznych wydarzeniach na wyspie Nazino w 1933 roku także słusznie musi być nagłaśniana i nigdy nie zapomniana, jak każde bestialstwo każdego narodu, niezależnie czy są to Sowieci, hitlerowcy, Serbowie czy Amerykanie.