Tak jak łuski jeziora mienią się w promieniach słońca, tak samo mieni się wieloma odcieniami, barwami, kontekstami proza Roberta Walsera. Jest to proza niezwykle oryginalna. Daremnie szukać w niej zwyczajnej fabuły. Prędzej porównać ją można do impresji, do pejzaży i portretów. Walser potrafi w niezwykły sposób przechodzić od sensu do sensu, od znaczenia po nitce potoczystych, bogatych w przymiotniki zdań do znaczenia. Nie da się tej prozy czytać jednym ciągiem, należy ją dawkować, smakować, delektować się zachodzącymi w niej zmianami, woltyżerką słów, pięknem i poetycznością, obok pospolitości i zwyczajności ludzkich spraw i dążeń. Raz jest baśniowa, magiczna, surrealistyczna, innym razem życiowa, błaha, ale zawsze precyzyjna, trafna, esencjonalna. Zadziwia balansowanie na granicy psychologii i fantazji. Niezwykłość Walsera polega na jego bogactwie stylistyczno-gatunkowym, zmieniają się zabarwienia zarówno języka, jak i formy w obrębie krótkiego opowiadania, a raczej nie opowiadania, a krótkiej kompozycji prozą. Czytając te brylantowe miniatury, nie zawsze ważna jest w nich treść, ale droga, którą prowadzi budowa zdań i użytych w nich słów. To prawdziwa rozkosz czytając zestawiać je ze sobą. Czytanie ich przypomina wodzenie ręką po naszyjniku z pereł na nagim kobiecym torsie. Ech, ci outsiderzy literatury potrafili tworzyć takie niezwykłe cuda, trudne do zestawienia z czymś innym. Nie bez przyczyny Walser zachwycał Kafkę, Musila i Canettiego. Więcej superlatyw nie potrafię z siebie wydobyć w chwilę po zakończeniu lektury (piszę na gorąco), ponieważ zaparło mi dech w piersiach...
Osobne pochwały należą się tłumaczowi, pani Małgorzacie Łukasiewicz. Tłumaczenie jest doskonałe! Wprawdzie nie mam możliwości porównania z oryginałem, ale twierdzę tak na podstawie mojej intuicji, braku wyraźnych zgrzytów w trakcie lektury, zestawienia ze stylem Franza Kafki, który inspirował się Robertem Walserem, a jest w tłumaczeniu mocno wyczuwalny.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modernizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modernizm. Pokaż wszystkie posty
środa, 12 lutego 2020
środa, 7 sierpnia 2019
Hermann Broch „Śmierć Wergilego”
Po odbyciu wymarzonej podróży przez Grecję śladami Homera Wergiliusz wraca do ojczyzny na jednym z okrętów, które składają się na flotyllę cesarza Oktawiana Augusta. Poeta jest niesiony przez miasto Brundyzjum w lektyce, duch jego jest nieświadomy, a stan ciała wskazuje na poważne niedomaganie. Podczas wędrówki z portu do pałacu, Wergilemu uchyla się kurtyna rzeczywistości i raptem staje w obliczu niespokojnego, brutalnego, wulgarnego tłumu obywateli Cesarstwa Rzymskiego. Wergiliusz doznaje szoku; takiego imperium dotychczas nie znał. Jego pierwszą reakcją jest zwątpienie w to, co dotychczas robił, w sens poezji. Postanawia zniszczyć „Eneidę"...
Hermann Broch stworzył monumentalna powieść, rzecz można śmiało, że to drugi „Ulisses". Potoczyste, kaskadowe, długie zdania, akapity na kilka stron, monologi wewnętrzne, strumień świadomości, alegoryczny, symboliczny język, niemal brak dialogów, chociaż powieść Brocha jest jednym wielkim dialogiem między poetą i cesarzem. Kwestie, które wypowiadają, zdają się nie kończyć, falują, drgają, modyfikują się, gdyż „Śmierć Wergilego" nie jest czystą powieścią, jest rozpisanym na ponad sześćset stron poematem prozą. Nie zawsze wiadomo, co Broch chciał przekazać, trzeba często napinać uwagę, wzmagać koncentrację, a i to nie zawsze pomaga, bo przecież poezja nigdy nie będzie dosłownym sensem, należy ulec, poddać się frazie i płynąć, płynąć.
Należy teraz zaznaczyć, że na tym nie kończy się warstwa werbalna książki. Jest to bowiem nie tylko proza, poezja, poemat, traktat filozoficzny, ale jest to także muzyka, melodia, symfonia. Przyznają się, że wiele fragmentów tej książki nie przeczytałem, ja je wyśpiewałem. Piękna muzyczna fraza polskiego przekładu (podziękowania dla Marii Kureckiej i Witolda Wirpszy) podobno nawet w części nie oddaje melodyczności oryginału... Pozbawiony porównania cieszę się z tego, co mam; i tak jest pięknie, bo czas spędzony na śpiewaniu tej książki uważam za moment wyjątkowy, taki dotknięcie wyższego świata i rozszerzenie horyzontu o trudno dostępne, nieznane wcześniej rejony.
Dialog między Oktawianem i Wergiliuszem to potyczka (?) dwóch postaw. Znak zapytania ma sugerować, czy Wergili nie jest w niej na pozycji przegranej, a przynajmniej, że nie jest to rozmowa równego z równym. Jego postanowienie zniszczenia „Eneidy” nosi znamiona sprzeciwu wobec władzy absolutnej, którą dysponował i był jej całkowicie świadomy Oktawian. Wprawdzie obaj wielcy mężowie uważali się za przyjaciół i obdarzali się wzajemnym szacunkiem, to jednak cesarz zawsze był cesarzem, reprezentantem imperium, o którego korzyściach nie mógł przestać myśleć. Z tego też względu Oktawian sprzeciwie się spaleniu „Eneidy". Interes państwa. Nie będę opisywał argumentów użytych w dyskusji przez obie strony; każdy wie, że „Eneida” przetrwała. Mogę tylko zdradzić, że stało się tak kosztem uwolnienia niewolników Wergiliusza, co jako gest na pewno mogło coś sugerować cesarzowi, którego państwo oparte było na niewolnictwie, przypuszczam jednak, że była to kropla, która zatonęła w ogromie oceanu.
Istotą „Śmierci Wergilego” nie jest jednak społeczny kontekst, władza cesarska, czy niezadowolenie obdartego i niespokojnego tłumu, lecz sztuka. Jej cel, rola, potrzebność, funkcja. Okazuje się, że odmienne stanowiska Wergiliusza i Augusta ukazują odmienne punkty jej odbioru. Nie jest to zresztą żadna odkrywcza koncepcja; władca widzi korzyści sztuki dla państwa i dlatego tak obstaje przy jej uratowaniu od płomieni (czyż nie przychodzi od razu na myśl ostatnia wola Franza Kafki?), twórca, który popadł w zwątpienia i przestał wierzyć w celowość kreacji, poniechał troski o własne dzieło i postanowił je unicestwić, ponieważ jego punkt widzenia jest indywidualny. Jaka jest wartość słowa pisanego, to chyba jedno z głównych zagadnień „Śmierci Wergilego".
Awangardowa, eksperymentalna, pełna poezji książka Hermanna Brocha to jego magnum opus. Zaczął zresztą z dużego C, od wspaniałej powieści „Lunatycy” i konsekwentnie kreował swoją karierę aż do momentu dramatycznego i kryzysowego, do aresztowania przez faszystów. Broch miał szczęście, został uratowany między innymi dzięki staraniom Jamesa Joyce'a. Można zatem rzecz, ze Joyce nie tylko zainspirował Brocha swoim „Ulissesem”, ale nieświadomie umożliwił napisanie „Śmierci Wergilego”, pomagając ratować go z rąk hitlerowskich oprawców. Można chyba rzec, że postawa Joyce'a wobec Brocha przypomina starania Oktawiana o ocalenie „Eneidy". Starania o ocalenie słowa, o ratunek dla wiedzy, wartości, wyższych idei. Czas pokazał, że rację miał Oktawian, a wieki milczą na temat ceny, jaką trzeba było zapłacić.
niedziela, 7 lipca 2019
156. "Chelsea Girls" (1966)
Wielkie oczekiwania przed obejrzeniem tego filmu, po seansie zostały zaspokojone połowicznie. Film trwa 3 i pół godziny, a mógłby trwać siedem godzin, ale na szczęście Paul Morrissey i Andy Warhol wpadli na pomysł podzielenia ekranu na dwa segmenty, tak że równocześnie widz ogląda dwa filmy. Zabieg ciekawy, ale po jakimś czasie raz że nużący, a dwa, że kilka razy skupiony na jednym filmie, umykała mi akcja drugiego, który długimi niezmieniającymi się sekwencjami usypiał mnie. Sekwencje czarno-białe są realistycznym zapisem głównie rozmów kilku postaci w pokojach hotelu Chelsea w Nowym Jorku, kolorowe, kręcone także w tym hotelu, maja bardziej psychodeliczny charakter, a ich apogeum stanowi końcowy filmik z płacząca Nico. Kamera skupia się wyłącznie na twarzy Nico, ta w sumie przez pół godziny niewiele się zmienia, natomiast szaleje światło, a na twarzy aktorki-piosenkarki pojawiają się psychodeliczne wzory. Tytuł nieco mylący, gdyż sporo w filmie panów, wiadomo, twórcy filmu lubili chłopców. Spodziewałem się po "Chelsea Girls" więcej, bo w końcu film jest uważany za arcydzieło Fabryki Warhola, no i wiadomo, ze ja lubię filmy awangardowe, jednak w piętnastominutowym "Psie andaluzyjskim" dzieje się więcej i jest ciekawiej, niż w siedmiu godzinach rejestracji ludzi siedzących na łóżku i gadających nie wiadomo o czym; jeden mówi jaki to słodki jest jego pot, inny że jest papieżem i bawi się strzykawką, dwóch panów, jeden w szlafroku, drugi w majtkach, leżą na łóżku i pala papierosy, cztery dziewczyny gadają coś w pokoju, jedna siedzi pod stolikiem, odbierają telefony i tak bez końca. Oczarowany awangardowymi filmami Jonasa Mekasa oczekiwałem chyba czegoś w podobnym stylu, a otrzymałem rozciągnięty do granic ludzkiej wytrzymałości nawet nie powolny, a skrajnie statyczny film, do którego na pewno już nie powrócę. Oczywiście doceniam sam pomysł, realizację, która na poziomie pracy kamery i gry światłem jest bardzo dobra. Rozumiem też, że film dokumentuje grę aktorów ze stajni Warhola, co dziś dla wielu może być okazją, by się im dokładnie przyjrzeć, bo w końcu Factory jest dzisiaj synonimem pewnego ciekawego okresu w historii sztuki, bo w sumie sama gra polega na odgrywaniu samych siebie, jednak jest coś w tym filmie, że z widza czyni on podglądacza, tylko że znudzonego brakiem rozwoju wydarzeń. Seans odnotowany, zaliczony, czekają kolejne filmy.
czwartek, 20 grudnia 2018
Robert Walser „Mikrogramy”
Pisał je tuż pod koniec świadomego życia. Pisał je ołówkiem. Zapisywał, gdzie tylko mógł, na kartkach kalendarza, na listach, pocztówkach, rachunkach, marginesach gazet. Pismo było wysokości 2 mm, a zapis miał formę Kurrentschriftu, niemieckiego gotyckiego odręcznego pisma. Początkowo nie było wiadomo, co pismo to zawiera, dopiero lwia praca trzech germanistów doprowadziła do rozszyfrowania zapisków Walsera. Kiedy ukazały się drukiem, ich objętość wyniosła 4000 stron. Są to na ogół błahe historyjki pozbawione jakiejś szczególnej fabuły. Często pełne humoru, groteski, często także niepozbawione surrealizmu. U Walsera zresztą fabuła może nie istnieć, już sam jego styl, sposób pisania, rozumowania, kierunek myśli są zdumiewające i po prostu wyborne. Pisarz posługuje się językiem nie tyle, czy lepiej powiedzieć nie tylko w sposób mistrzowski, ile w żonglerski, czy nawet prestidigitatorski. Czytanie Walsera to uczta dla koneserów literatury, którzy wyzbyli się już przesądów o konieczności fabuły (takie przesądy już 100 lat temu w kinie obalili surrealiści, Dali, Bunuel, Man Ray i inni), gdyż fabuła jest zaledwie jednym z elementów prozy. Nie są „Mikrogramy” (polskie wydanie jest mikro w porównaniu z oryginałem, liczy sobie bowiem razem z posłowiem zaledwie 144 strony) pozycją do czytania jednym ciągiem; najlepiej dawkować sobie poszczególne teksty i smakować je. Nawet we współczesnej literaturze, która przekroczyła już wiele granic i obaliła sporo dawnych zabobonów odnoście formy i treści, te miniatury Walsera stoją na pozycji awangardy, jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało, skoro mowa o tekstach mających 80-90 lat, no ale czyż można do nich porównać cokolwiek, co napisano w ostatnich dekadach? Polecam, Walsera zawsze polecam, ale do „Mikrogramme” podchodzić trzeba z wyczuciem, proza to bowiem daleka od typowości, niezwykle oryginalna, a nawet trudna do porównania.
wtorek, 22 maja 2018
Robert Walser „Jakub von Gunten. Dziennik”
Bardzo niejednoznaczna, tajemnicza i dziwna książka. Niby opowieść o dojrzewaniu, o wchodzeniu w życie, ale czy to nie jest tylko pozór? Nic dziwnego, że Walser inspirował Kafkę; jednak czyż nie można odszukać w „Jakubie von Gunthen” większej liczby pisarzy zainspirowanych prozą Walsera? Kiedy pojawił się fragment dramatu wpleciony w prozę, pomyślałem, że to się stało na kilka-kilkanaście lat przed „Ulissesem” Joyce'a. Czyż rozpad świata w „Sklepach cynamonowych” Schulza nie przypomina degradacji Instytutu Benjamenty? Dziwne podróże, sny, zmiana scenerii przywołuje na myśl „Wilka stepowego” Hermanna Hesse. Fabuła prosta i surrealistyczna zarazem.
Do Instytutu Benjamenty, prowadzonego przez rodzeństwo, przybywa Jakub von Gunten, młody arystokrata. Instytut jest szkoła dla służących... Jakub pragnie w ten sposób odciąć się od wpływów rodziców, decydować w osobliwy sposób, bo poprzez wierną służbę, o własnym losie. Arystokrata służącym? Właśnie... Jakub nawiązuje osobliwe relacje ze swoimi nauczycielami oraz obserwuje swoich kolegów.Walser tworzy osobliwe ich portrety, uwypukla niezwykłe cechy charakterów, zwraca uwagę na usposobienie, nawet na budowę ciała. Książka Walsera ma jednocześnie posmak erotyzmu i rozkładu, co może być sprzecznością, ale równie dobrze oznaczać może zespolenie dwóch destrukcyjnych sił. Zespolenie bądź tarcie. Nic nie jest jasne, wiele jest domysłów. Walser świadomie kreuje świat owiany tajemniczością, złożony ze sprzeczności. Rzeczywisty świat przenika się u Walsera z nierzeczywistością wypełniona majaczeniami. Być może jest to tautologia, ale tautologia doskonale oddająca charakter książki Walsera.
Na 122 stronach znajduje się bardzo gęsty tekst. Niektóre zdania posiadają głębię równoznaczną z całymi akapitami u innych pisarzy. Wiele zdań ma charakter aforyzmów. Język precyzyjny, chirurgiczny, przebogaty. Walser z jego pomocą tworzy wręcz cuda, płynnie przechodząc z konkretnych opisów w liryzm, w oniryzm, w piętrowe znaczenia, w rozległe metafory, w przestrzenne konstrukcje o głębokim, szerokim oddechu, by za chwilę znów skupić się na małej, dusznej przestrzeni.
Zdumiewa trafność obserwacji Walsera oraz łatwość manipulacji spostrzeżeniami. Podziw budzi także umiejętność wydobycia nastroju z pomocą kilku trafnych uwag, połączenie ich w całość, płynność, z jaką autor tworzy bieg narracji. Owo mistrzostwo widoczne jest na przykład w tym fantastycznym fragmencie, w którym Jakub opisuje, w jaki sposób stracił dziesięć marek w „restauracji z damską obsługą". Jest to jeden z najbardziej zmysłowych fragmentów książki, chociaż o wydarzeniach opowiada przecież bardzo ogólnie i jest przeplatany konkretnymi myślami Jakuba, w których chłopiec wyraża świadomość tego, że jest naciągany.
Podczas lektury zastanawiałem się nad następującą kwestią: czy Walser miałby dziś szansę wydać swoją książkę? Czy to nie jest lektura zbyt gęsta, za bardzo wieloznaczna, trudna do ujęcia, wielopoziomowa. Interpretacja... czy jest możliwy prosty opis „Jakuba von Gunthen". Jest. Ale czy ten opis nie będzie aby tylko nędznym surogatem, który upraszcza do granic możliwości książkę Walsera? Będzie. Kończę więc mój surogat i zachęcam do wejścia w ten niezwykły świat wyobraźni Roberta Walsera, pisarza dziś zapomnianego, jak bardzo niesłusznie, jak ogromnie niesprawiedliwie...
Do Instytutu Benjamenty, prowadzonego przez rodzeństwo, przybywa Jakub von Gunten, młody arystokrata. Instytut jest szkoła dla służących... Jakub pragnie w ten sposób odciąć się od wpływów rodziców, decydować w osobliwy sposób, bo poprzez wierną służbę, o własnym losie. Arystokrata służącym? Właśnie... Jakub nawiązuje osobliwe relacje ze swoimi nauczycielami oraz obserwuje swoich kolegów.Walser tworzy osobliwe ich portrety, uwypukla niezwykłe cechy charakterów, zwraca uwagę na usposobienie, nawet na budowę ciała. Książka Walsera ma jednocześnie posmak erotyzmu i rozkładu, co może być sprzecznością, ale równie dobrze oznaczać może zespolenie dwóch destrukcyjnych sił. Zespolenie bądź tarcie. Nic nie jest jasne, wiele jest domysłów. Walser świadomie kreuje świat owiany tajemniczością, złożony ze sprzeczności. Rzeczywisty świat przenika się u Walsera z nierzeczywistością wypełniona majaczeniami. Być może jest to tautologia, ale tautologia doskonale oddająca charakter książki Walsera.
Na 122 stronach znajduje się bardzo gęsty tekst. Niektóre zdania posiadają głębię równoznaczną z całymi akapitami u innych pisarzy. Wiele zdań ma charakter aforyzmów. Język precyzyjny, chirurgiczny, przebogaty. Walser z jego pomocą tworzy wręcz cuda, płynnie przechodząc z konkretnych opisów w liryzm, w oniryzm, w piętrowe znaczenia, w rozległe metafory, w przestrzenne konstrukcje o głębokim, szerokim oddechu, by za chwilę znów skupić się na małej, dusznej przestrzeni.
Zdumiewa trafność obserwacji Walsera oraz łatwość manipulacji spostrzeżeniami. Podziw budzi także umiejętność wydobycia nastroju z pomocą kilku trafnych uwag, połączenie ich w całość, płynność, z jaką autor tworzy bieg narracji. Owo mistrzostwo widoczne jest na przykład w tym fantastycznym fragmencie, w którym Jakub opisuje, w jaki sposób stracił dziesięć marek w „restauracji z damską obsługą". Jest to jeden z najbardziej zmysłowych fragmentów książki, chociaż o wydarzeniach opowiada przecież bardzo ogólnie i jest przeplatany konkretnymi myślami Jakuba, w których chłopiec wyraża świadomość tego, że jest naciągany.
Podczas lektury zastanawiałem się nad następującą kwestią: czy Walser miałby dziś szansę wydać swoją książkę? Czy to nie jest lektura zbyt gęsta, za bardzo wieloznaczna, trudna do ujęcia, wielopoziomowa. Interpretacja... czy jest możliwy prosty opis „Jakuba von Gunthen". Jest. Ale czy ten opis nie będzie aby tylko nędznym surogatem, który upraszcza do granic możliwości książkę Walsera? Będzie. Kończę więc mój surogat i zachęcam do wejścia w ten niezwykły świat wyobraźni Roberta Walsera, pisarza dziś zapomnianego, jak bardzo niesłusznie, jak ogromnie niesprawiedliwie...
wtorek, 5 września 2017
Marcin Wicha "Jak przestałem kochać design"
Pamięć o naszych najbliższych przejawiać się może w najprzeróżniejszych formach, ale jedno jest pewne: istnieją dziedziny życia automatycznie kojarzące się nam z osobami, które odeszły od nas na zawsze. To nie musza być nawet całe dziedziny, wystarczają fragmenty, skrawki. Zapach lub kilka taktów piosenki potrafią przywołać silne wspomnienia. Dla Marcina Wichy bodźcem przywodzącym wspomnienia o ojcu jest design, świat rzeczy, sposoby, w jakie ich zewnętrzne formy wypełniają przestrzeń, architektura, stoły kreślarskie, ołówki, książki, strzępy słów, urywki zdarzeń związane z projektowaniem.
Piotr Wicha był architektem. Marcin dorastał w domu pełnym poglądów, idei, rozmów i indywidualnych spojrzeń na świat rzeczy. Już na samym początku książki autor daje do zrozumienia, że atmosfera domu rodzinnego wpłynęła na jego życie, decydując zarówno o postrzeganiu szczegółów, jak też o zawodzie, który wybrał. A obrał Wicha dla siebie profesję grafika. Pozostał więc w ścisłym związku z projektowaniem i designem. "Jak przestałem kochać design" jest książką poświęconą pamięci zmarłego ojca, to niewątpliwie jest prawda. Równocześnie Wicha pisze w niej o tym wszystkim, co wiąże się z zawodem ojca; drugim jej tematem - nierozerwalnym z pierwszym - jest oczywiście design. W przewrotnym tytule Wicha sugeruje koniec swej do niego miłości, lecz nie dajmy się temu zwieść.
Na kolejnych stronach autor zagłębia się coraz bardziej w tajniki sztuki wzornictwa przemysłowego. Autor przybliża poglądy ojca na wzornictwo PRL-u. Wicha przywołuje szereg nazwisk i zjawisk, począwszy od architekta, po którym prawie nic nie pozostało, po polską szkołę plakatu, znaną na całym świecie. Wicha odwołuje się zarówno do ojców wzornictwa, jak też do najbardziej znanych współczesnych twórców wyglądu przedmiotów użytkowych. Nie mamy do czynienia jednak z czymś w rodzaju tematycznego leksykonu. Wicha z lubością skupia się na często anegdotycznej stronie opisywanego zjawiska. Lubi uwypuklać paradoksy, rzeczy osobliwe, nietypowe. Inteligencja miesza się z dużą dozą humoru, co jest moim zdaniem ogromnym atutem książki. Nie muszę oczywiście wspominać o rzeczy oczywistej, czyli o erudycji autora.
Książka Marcina Wichy jest napisana dla wielu z nas, szczególnie dla tych, którzy nie zawsze dostrzegają wszystkie otaczające nas szczegóły i wiele zjawisk wokół nas uznają za coś normalnego i naturalnego, aczkolwiek nie wartego refleksji. Wicha postanowił zmienić nasz punkt widzenia. Rzeczy posiadają swój wygląd i otaczają nas. Jednak ilu z nas zadaje sobie pytanie, dlaczego ten przedmiot wygląda waśnie tak? Co decyduje o jego kolorze? W jaki sposób tak dobrze mieści się w ręce? Lub dlaczego taki kanciasty i brzydki przedmiot jest równocześnie tak nieprzyzwoicie drogi? Wicha przybliża nam laikom świat wzornictwa, podejmuje kwestię estetyki, funkcjonalności, nowoczesności. przemijalności przedmiotów, trwałości wzorów, powszechności i ekskluzywności. niektóre przedmioty są trwałe. Niektóre, takie jak kasety magnetofonowe czy maszyny do pisania dzisiaj zostały zastąpione plikami muzycznymi i programami do edycji tekstów. Jest to bowiem książka o naszej współczesności oraz o drodze, jaka do niej prowadzi nasze przedmioty.
"Jak przestałem kochać design" (którego autor nie przestał kochać) czyta się płynnie. Każda kolejna strona przynosi ciekawe informacje i w mirę lektury rośnie ich ciekawość. Wicha pisze językiem w mirę przystępnym; nie mam do niego najmniejszych zastrzeżeń. Nie ma mowy o przeładowaniu fachową terminologią. Poczucie humoru autora wzmaga jeszcze i tak już sporą ilość walorów tej osobliwej książki. Osobliwej, gdyż jest ona przecież zarówno wspomnieniem bliskiej autorowi osoby, jak też luźną analizą tematu wzornictwa przemysłowego.
Książka Wichy jest też wejrzeniem w minioną epokę, próbą ukazania czytelnikowi, co było w PRL-owskim designie interesujące bądź degustujące. Można chyba rzec, ze książka napisana przez syna wspominającego ojca przez pryzmat wzornictwa jest rodzajem podróży sentymentalnej do lat dzieciństwa, jednak zaznaczyć trzeba równocześnie, że akcent położony jest bardziej na podróży, niż na sentymencie. To bardzo udaną próbą wejrzenia wstecz w minioną bezpowrotnie epokę, która kojarzy się autorowi z domowym ciepłem, z rozmowami z ojcem oraz z miłością, która pozostała we wszystkim, co ożywia o wspomnienie ojca. Gorąco polecam. Nie bójcie się designu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



