Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamieć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamieć. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 marca 2021

Tadeusz Konwicki „Wniebowstąpienie”



Tytuł sugeruje obecność w powieści Tadeusza Konwickiego elementu pozytywnego, niestety po lekturze okazuje się, że jest ironiczny. Ale czego innego oczekiwać od książki, która opisuje rzeczywistość Polski Ludowej z 1967 roku? Akcja trwa niecałą dobę, której centralnym punktem jest długa noc. Bohaterem jest człowiek, który uległ jakiemuś wypadkowi i niczego nie pamięta. Rozpoczyna swą odyseję po stolicy, odwiedza nocne lokale, speluny, jego oczami widzimy ponury obraz miasta grzechu, występku, płatnej miłości, alkoholowego zamroczenia. Charakterystyczny styl Konwickiego balansujący pomiędzy turpizmem, banałem, zwyczajnością a skontrastowaną z nimi wzniosłością, artyzmem przyczynia się do oryginalności książki, do jej niezwykłości. Narracja zmienia się od potoku dialogów, przez krótkie opisy, po filozoficzne wtrącenia na temat życia. W książkę wtrącone są alternatywne historie życia bezimiennego bohatera w sposób, w jaki później zaczął stosować na dużą skalę Jaume Cabré, na myśli mam to płynne przechodzenie w tekście pomiędzy czasami i miejscami. Raz atmosfera jest surrealistyczna, innym razem do bólu realistyczna, jednak całość należy chyba traktować jako metaforę, więc fragmenty realistyczne są takimi tylko z pozoru. Nie wiem, czy Konwicki chciał napisać zawoalowaną krytykę ustroju, poprzez ukazanie jego negatywnego wpływu na społeczeństwo, czy chciał jedynie w artystyczny sposób wyrazić odczuwany silnie nastrój szarości i beznadziei otaczającej zewsząd pisarza, ale niezależnie od intencji jest to w twórczości Konwickiego wczesny i ważny głos, który nie jest jeszcze sypaniem piasku pomiędzy ryby maszyny, jest za to na pewno dysharmonią w państwie fasad ukrywających prawdę. Szczątkowa, poszatkowana, jakby fragmentaryczna akcja tworzy świadomie poczucie chaosu i przypadkowości, nawet wątek kryminalny to pozór i opisany jest nie w sposób znany z kryminałów. To jasna sugestia, że nic nie jest na swoim miejscu, nie jest takie, jakie być powinno. Zresztą całe "Wniebowstąpienie" jest taką sugestią i nie dziwi fakt jej popularności wśród czytelników oraz krytyka władz. Być może echo słów napisanych przez Konwickiego ponad pół wieku temu do dziś nie utraciło swego impetu, swej mocy. Moim zdaniem tak właśnie jest.

niedziela, 20 września 2020

Henryk Waniek „Szalone życie Macieja Z”

W podtytule książki widnieje słowo "Opowieść". Książka jest zbiorem luźnych wspomnień Wańka o swoim zmarłym już niestety przyjacielu. Kim był Maciej Zembaty ludziom w moim wieku nie trzeba przedstawiać. Dla młodszych kilka wyjaśnień. Prowadził w radiowej "Trójce" satyryczny magazyn "Zgryz", gdzie umożliwił debiut zespołowi Maanam i Johnowi Porterowi, tłumaczył i popularyzował w PRL-u Leonarda Cohena, a w 1985 roku zorganizował koncerty Cohena za Żelazną Kurtyną, był współautorem serialu "Siedem życzeń", komponował, gra=ł na gitarze, koncertował, wydawał płyty, pisał skecze, felietony, czarne humoreski - wszechstronny i utalentowany człowiek. Dziś trudno o tak utalentowanych artystów. Waniek przytacza wiele anegdot z życia Zembatego, opisuje spotkania, kreśląc sylwetkę swego przyjaciela. Są to wspomnienia osobiste, ale na ich tle można bez trudu odczytać charakter epoki, w jakiej się rozgrywały; głównie był to PRL, a potem dziki kapitalizm po 1989 roku. W książce mowa także o licznych znajomych Macieja Zembatego, którzy z nim współpracowali, prowadzili wspólnie działalność artystyczną, wspomagali go w najprzeróżniejszych sprawach, mieli z nim wspólny język lub wspólne interesy. Barwna to opowieść i piękna. Napisana bez zbędnych sentymentów, za to z wielką dozą pietyzmu. Nie jest to opowieść faktograficzna, bo jak sam autor wspomina w kilku miejscach pamięć bywa zawodna. Po latach nie ma się już pewności, czy rzeczywiście było tak, jak się to opisuje. Nie jest to jednak istotne w książce Wańka, którą napisał, jak to on, pięknym klarownym stylem, niestroniącym od dzielenia się odautorskimi komentarzami i przemyśleniami - ważna jest prolongata pamięci o nietuzinkowym, ciepłym, towarzyskim, otwartym i utalentowanym artyście, ale też i człowieku, ojcu, mężu, poszukiwaczu doznań, nonkonformiście. Dla mnie była to lektura bardzo ważna z wyżej wymienionych powodów. Ale ważna była też z powodów osobistych, bo Zembaty był częścią mojej młodości. Na trzepaku (klopsztandze) na osiedlu Irys w Chorzowie śpiewaliśmy "Wspomnienie" i inne piosenki Cohena w tłumaczeniu Macieja Zembatego, co dla mnie było inicjacją w niesamowity świat zaczarowanej, pięknej i poetyckiej muzyki barda z Montrealu trwającej do dziś; to była część mojego ówczesnego hic et nunc, fragment mojego życia a równocześnie część tamtej rzeczywistości, jej mikroskopijny wariant. Dla współczesnych książka Henryka Wańka, jednego z ważniejszych polskich pisarzy, tak niedocenianego, może stanowić doskonały asumpt do poznania dawnych nastrojów, sposobu myślenia, bowiem Waniek potrafi doskonale oddać ówczesną atmosferę i na jej tle nakreślić doskonały portret artysty wraz z jego otoczeniem, w którym ów artysta, salony Maciej Z, potrafił żyć po swojemu, ceniąc wolność i konsekwentnie podążając swą własną drogą, wbrew napotykanym na niej przeszkodom.

sobota, 15 sierpnia 2020

Monika Kassner „Sprawa Salzmanna”

Co to oznacza dla książki, bo przecież wiemy, że akcja rozgrywa się przed wojną i dotyczy sprawy kryminalnej, ale ile jest w powieści warstwy sensacyjnej, a ile historycznej? W „Morderstwie pod cenzurą” Marcina Wrońskiego międzywojenny Lublin zdaje się nakreślony dosyć realistycznie, jednak Wroński nie sięga tak dalece po szczegóły, jak robi to Monika Kassner. Miasto Świętochłowice, w którym osadzona jest akcja, opisane zostało niemal drobiazgowo, przy czym autorka lubuje się w dawnych nazwach lokali oraz w usytuowaniu akcji w konkretnych miejscach. Ten zabieg tworzy dosyć wyrazisty obraz przedwojennych Świętochłowic oraz graniczącej z nimi wsi Lipiny, które obecnie stanowią administracyjnie jedną całość. 


Być może dla kogoś z zewnątrz będzie to nieco zbyt precyzyjny pejzaż górniczo-hutniczych miejscowości, ale w moim odczuciu takie przywoływanie i utrwalanie minionych czasów to coś godnego pochwały. Przeszłość, która sama się już nie obroni, ani nie upomni o uwagę, zasługuje na upamiętnianie i utrwalanie w każdej formie. Dla mnie, jako mieszkańca dzielnicy Świętochłowic usytuowanej pomiędzy opisywanymi w książce Lipinami a ówczesnym i obecnym centrum miasta, to fascynująca podróż w przeszłość, którą zawsze starałem się poznawać, będąc lokalnym patriotą. Mnie doskonale czytało się zatem także o miejscach znanych mi od urodzenia. Kassner stara się opisywać je z precyzją, dodając do całości nawet takie informacje, jak zapach powietrza tak charakterystyczny dla okręgu przemysłowego, ale też nieco ubarwia realia na potrzeby fabuły zjawiskami pogodowymi; po mieście snujące się mgła albo przechodzi burza.

Warstwy historycznej mamy zatem w przysłowiowy bród. Natomiast warstwa kryminalna jak gdyby raz wyłania się wyraziście z tego misternego tła, by się na chwilę w nim się zgubić. Pomysł na książkę jest dobry i o wykonaniu — pamiętając, że jest to debiut autorki w tej formie — powiedzieć można to samo. Książkę czyta się potoczyście, akcja może nie jest zbyt wartka, jednak wystarczająco interesująca, postaci nakreślone dosyć wyraziście, szczególnie te główne, chociaż żona Jędryska mogłaby mieć więcej charakteru, a Inga Bittner być mniej posągową pięknością, króluje za to charakterny, ale równocześnie niebędący czarno-białą postacią radca prawny Jędrysek.

Dodać należy, że w dwóch fragmentach Monia Kassner wplotła do swej książki autentyczne zdarzenia z życia Świętochłowic. Pierwsze z nich to pomysłowe wykorzystanie napadu na Bank Ludowy z sierpnia 1934 roku; autorka nie zmieniła nawet nazwisk sprawców. Drugie jest nieco kontrowersyjne, ponieważ przy tak dalekiej dbałości o szczegóły Kassner w sierpniu 1934 umieściła mecz o awans do pierwszej ligi (ówczesna najwyższa klasa rozgrywek w piłce nożnej) pomiędzy Naprzodem Lipiny i Śląskiem Świętochłowice, który miał miejsce 16 listopada 1934 roku. Także wynik 2:1 dla Śląska autorka zmieniła na remis 1:1. Przypominam, że grano wtedy systemem wiosna-jesień, a nie jak obecnie jesień-wiosna, to znaczy rozgrywki ligowe kończono na jesienini wtedy rozgrywano mecze o awans. Można oczywiście przejść nad tym bez zgłębiania się, ot bohaterowie wybrali się na mecz i nie mam co do zastosowania takiego zabiegu, mającego zapewne zaznaczyć ów fakt historyczny w opowieści, żadnych obiekcji, odzywa się jedynie mój faktograficzny głos wewnętrzny kibica Śląska Świętochłowice.
  

Kończąc tych moich kilka uwag na temat „Sprawy Salzmanna”, bo raczej nie jest to rasowa recenzja, pragnę zwrócić jeszcze uwagę na kwestię językową, a mianowicie na wspaniały pomysł zamieszczenia w książce niektórych dialogów w języku śląskim, co jeszcze bardziej wiąże powieść Moniki Kassner z regionem górnośląskim i z miastem, w którym śledzimy akcję. Można by jeszcze pochylaćć się nad 
innymi szczegółami, nad opisem komunikacji, tragów, wzmiankami o zakładach przemysłowych, naszkicowaniem dysproporcji społecznych, obyczajami, upodobaniami i ulubionymi przysmakami, ale to wszystko można zastąpić sięgnięciem po kryminał Moniki Kassner i zapoznaniem się z tym wszystkim, co wchodzi w jego bogata treść w tak niewielkiej objętości. Podobno — nie wiem, czy jest to prawda — Monika Kassner pisze kontynuację „Sprawy Salzmanna”, jest więc na co czekać.

sobota, 18 sierpnia 2018

Stefan Hertmans „Wojna i terpentyna”
































      W ogromnym skrócie tytuł książki mówi niemal wszystko. Bohaterem jest dziadek pisarza, który walczył na frontach I Wojny Światowej, a po jej zakończeniu został malarzem. Swe dzieje spisał już jako siedemdziesięcioletni nestor, wykazując zadziwiającą pamięć do szczegółów, do ludzi, do wydarzeń. Zeszyty dziadka Urbaina trafiły w ręce wnuka, który wpierw przetrzymał je w szufladzie, w końcu zabrał się do ich lektury, a następnie do przepisywania. Na ich podstawie powstała „Wojna i terpentyna” Stefana Hertmansa.
      Książkę można podzielić na trzy główne części: opowieść o rodzinie sprzed wojny, opowieść o wojnie oraz opowieść o założeniu rodziny i malarstwie Urbaina po wojnie. Każda z tych tematycznych części jest drobiazgowa, dokładna, wnikliwa. Dziadek Hertmansa pamięta — jak już to zostało wzmiankowane — zdumiewająco wiele. Posuwa się nawet do przytaczania tak drobnych szczegółów, jak opis kamieni, niespodziewane pojawienie się tęczy, szczegółowy opis warunków panujących w okopach. Przywołuje uczucia, które nim władały w adekwatnych momentach, reakcje organizmu, zachowania ludzi. Okropieństwa wojny opisane są sugestywnie i pozbawione wewnętrznej cenzury; odnosi się wrażenie turpistycznego, odpychającego realizmu. Przerażają warunki, w jakich musieli bytować żołnierze. Nie bez przyczyny mottem książki jest cytat z „Na Zachodzie bez zmian” Ericha Marii Remarque'a.
      Hertmans przywołując na kartach książki postać swego dziadka, zastanawia się nad tym, co jako dziecko rozumiał. Dziadek podarował mu wykonany własnoręcznie samolocik-zabawkę z tajemniczymi numerami na kadłubie. Po latach w trakcie lektury wspomnień okazało się, że owe cyfry to zaszyfrowana data tragicznej śmierci idola dziadka, belgijskiego lotnika, który zginął tragicznie w trakcie zawodów w 1910 roku. Hertmans tropi podobne kody przekazywane przez dziadka, stara się po latach zrozumieć to, czego nie potrafił pojąć będąc dzieckiem. Łączy nić przeszłości z przyszłością. Doprowadza go to do niezwykłych odkryć...
      Historia życia dziadka Urbaina to na poły dokumentalna na poły fabularyzowana opowieść o życiu zwykłym i niezwykłym, udanym i nieudanym, spokojnym i niespokojnym, spełnionym i niespełnionym. Jest to także opowieść o utracie niewinności przez całe narody, o zanikaniu pewnych wartości, w konsekwencji czego współczesne wojny są bardziej brutalne i bezwzględne i cierpi w nich większa ilość osób cywilnych. Opowieść o sztuce, o tragicznej miłości, o odkrywani przeszłości, o poznawaniu własnego dziadka, którego Hertmans jako wnuk upamiętnił w swej książce, ocalił od zapomnienia, wydobył z tłumu bezimiennych ludzi niczym jeden z miliona kamieni otoczaków, takich, jak ten jeden jedyny spośród nich, który dziadek Urbain podarował pewnego razu swemu wnukowi Stefanowi, jako tajemniczy symbol mający połączyć go z nieznaną mu jeszcze wtedy przeszłością dziadka.

piątek, 17 sierpnia 2018

Stefan Hertmans „Nawrócona”
































      „Nawrócona” Stefana Hertmansa to książka zdumiewająca. Nie olśniewająca, nie powalająca, ale właśnie zdumiewająca. Jest to książka, która poszukuje, która penetruje, która bada, stawia pytania, usiłuje odgadywać, rekonstruować, hipotetycznie przywoływać przeszłość. Jednak to nie koniec na tym. Hertmans przenosząc czytelnika w odległą o tysiąc lat przeszłość, równocześnie pozostawia go we współczesności. Mamy ukazaną dawną historię oraz badacza, który stara się tę historię odtworzyć. Fabuła łączy się z rodzajem reporterskiej relacji z podróży hipotecznymi śladami Chamutal, dziewczyny, która porzuciła swe dotychczasowe życie i z miłości zmieniła swe wyznanie na judaizm. Książka opowiada jej historię, stara się zrekonstruować jej losy.
      Szereg stawianych przez autora dylematów jest znaczny. Okazują się one aktualne w naszym współczesnym świecie. Problem tolerancji nie zostaje rozwiązany od wieków, od zarania ludzkości. Skłonność do zła, do pogromów czynionych bliźnim tylko z tego powodu, że są odmienni, że wierzą w inne wartości i mają swoją wizję świata i życia. Dylemat stanowienia o własnym życiu, a w podtekście także rola tradycji w możliwości podejmowania w tej dziedzinie decyzji, co wiedzie do kolejnej kwestii, czy próba samostanowienia o własnym losie to akt godny potępienia, czy akceptacji? Kwestia poszanowania odmiennej wiary to nadal bolesny ciąg narastających zdarzeń, zdaje się, że nie posiadających kresu i zmierzający do zakończenia pozbawionego happy endu...
      Powieść — nie powieść Hertmansa jest próbą połączenia przeszłości z przyszłością. Jest to opowieść o średniowieczu, o ludziach, obyczajach, wydarzeniach. Autor w bardzo ciekawy sposób szuka po upływie tysiąca lat śladów pozostałych po tym, co dawno minęło. Stara się rejestrować zmiany, ale nie zatrzymuje się tylko nad tym. W największe zdumienie wprawia zawsze to, co oparło się upływowi tak długiego czasu, co przetrwało dziesięć stuleci, kruche zapisy podniszczonych dokumentów, zarośnięte ścieżki, ślady po osiedlach i synagogach, ukształtowanie obszarów, którymi wędrowała Chamutal w swej permanentnej ucieczce.
      „Nawrócona” to opowieść o losie i wyborze. O zyskach i stratach, ale nie w sensie merkantylnym, raczej w sensie gorzkiego rozliczenia, gdyby Chamutal miała możliwość zastanowić się nad swym przeznaczeniem. Kto zresztą wie, czy nie miała takiej okazji; czyż zakończenie jej egzystencji, nawet jeśli tylko odgadywane przez Hertmansa, logicznie nie prowadzi do wniosku, że Chamutal przemyślała swoje życie i dlatego poddała się wobec tego wszystkiemu, przeciwko czemu się buntowała?

      Dotykanie tych samych kamieni, które dotykał ktoś tysiąc lat temu... Stefan Hertmans usiłuje szukać dawnych miejsc, w których ten dawny dotyk połączyłby się z nowym dotykiem po tym, jak upłynęło niewyobrażalnie dużo lat. Zdumiewa, że nie wszystko doszczętnie zniknęło. Zadziwia, że przeszłość nadal potrafi trwać w agresywnej teraźniejszości, opierać się zmianom i dewastującej polityce wdrażania przyszłości, w której zapewniony byt mają średniowieczne studnie w rynkach wielkich miast, ale nie zarośnięte trawą, porośnięte omszałymi kamieniami ustronne pozostałości po dawnych miasteczkach i osadach. kamienie te będą trwać może jeszcze długo, lecz równie długo będą zapomniane i wyparte ze zbiorowej świadomości, niedostępne dla turystów, może tylko dla ważek, motyli i opadających liści. ❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦❦
☛ Zdjęcie przedstawia pierwszą stronę odnalezionego w Aleksandrii dokumentu o numerze T-S 16.100, który stał się kanwą napisanej przez Hertmansa książki.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Tadeusz Konwicki „Kalendarz i klepsydra”


































Znużony nieco swymi dotychczasowymi prozatorskimi dokonaniami autor postanowił napisać dla odmiany dziennik. Trafiło na rok 1974. Jednak wszyscy chcący poznać bieżące wydarzenia w tym roku z życia autora, niech raczej porzucą swe oczekiwania i przestawią się na cos zupełnie innego. Nawet forma dziennika jest bowiem jedynie umowna. Konwicki nie stosuje dat, posługuje się jedynie z pomocą podania aktualnego dnia tygodnia, mnożą się więc czwartki, soboty, poniedziałki, środy. Wiele zapisków to dygresyjne wędrówki poprzez najróżniejsze obszary literatury, filmu, wspomnień, rozważań na najróżniejsze tematy. Książka napisana snadnie, często wręcz kolokwialnie, barwnie ujmująca tematy, często z ogromną dozą humoru, czasem z potężną szczyptą goryczy. Wiele w „Kalendarzu i klepsydrze” wspomnień o ludziach, ciepło o Wilhelmie Machu, z dozą ironii o Stanisławie Dygacie. Nieprzypadkowo na okładce książki patrzy na nas ogromny rozleniwiony kot. To kot Iwan, który trafił do rodziny Konwickiego od państwa Iwaszkiewiczów; perypetie związane z jego pobytem w rodzinie to najśmieszniejsze fragmenty książki (chociaż nie zawsze są one do śmiechu). Konwicki wspomina swą młodość, Kolonię pod Wilnem, ludzi z tamtych stron. Opisuje swe podróże, między innymi do USA, ZSRR, Chin, Węgier i do krainy młodości. Pisze o swoich książkach i o swoich filmach. Wspomina znajomych. Ta luźna forma niezmiernie mi odpowiada. Jest to asumpt do wyrywkowych powrotów do książki, do odnajdywania co ciekawszych fragmentów i smakowania się nimi. A znajduje się ich w książce Konwickiego sporo. Od historii rabowania niemieckich transportów w czasie okupacji, po anegdoty związane z ambasadorowaniem polskiej kinematografii za granicą, albo komedio dramatycznej historii wizy potrzebnej do wyjazdu do Berlina Zachodniego. O nudzie w trakcie lektury nie ma mowy, jest za to sporo powiedziane w sposób interesujący, intrygujący, skłaniający do myślenia, bawiący. Każdy z fragmentów tekstu Konwickiego o odmiennym od pozostałych charakterze składa się na wielobarwną i różnorodną mozaikę, tworząc całość wyrywkową i fragmentaryczną, za to zajmującą, intrygującą, nawet prowokującą do polemiki, gdyż Konwicki lubi prowadzić często ciekawe i dziwne gry z samym sobą, ale także i z czytelnikiem.

sobota, 23 czerwca 2018

Henryk Waniek „Finis Silesiae"
































       Nie wiem, czy macie to samo co ja uczucie podczas lektury książek opowiadających o minionych czasach, kiedy ogarnia mnie tęsknota i żal za tym, co minęło, odeszło, nie wróci, pozostało szczątkowe i niewyraźne? To jest uczucie bardzo dziwne, a zarazem naturalne, gdyż gdybyśmy mieli więcej czasu zastanowić się nad tym, stwierdzilibyśmy wszechobecność odchodzenia, przemijania, zapadania w niepamięć. Każda sekunda jest błyskiem i agonią zarazem. Henryk Waniek w swej powieści wywołał we mnie takie właśnie myśli, takie emocje. Wszystko to spotęgowane jest u mnie jeszcze bardziej dlatego, że akcja książki rozgrywa się w miejscach doskonale mi znanych i bliskich mojemu sercu. Jednak czyż każdy czytelnik nie wyobrazi sobie podczas lektury "Finis Silesiae" swego regionu? Każde miejsce ma przecież swoją przeszłość, swą — że tak się wyrażę —minioność.
       Akcja "Finis Silesiae" rozgrywa się pod koniec lat trzydziestych w Gleiwitz (Gliwice) oraz Beuthen (Bytom), dwóch śląskich miastach, w których mieszkają bohaterowie, on zakochany w niej dorobkujący fotograf oraz ona, jego muza. Oboje są Niemcami, oboje Ślązakami, oboje są młodzi i obojgu wydaje się, że ich czas trwa niewzruszenie, że ich młodość nigdy się nie skończy, że wszystko można przezwyciężyć, że tu i teraz w tej ziemi rosną ich korzenie. Równocześnie wchodzą w dorosłe życie, nie zawsze jednak są razem. "Finis Silesiae" to fantazja na temat ich miłości, równocześnie historia ich rozłąki, oddaleń i powrotów.
       Dlaczego fantazja? Waniek wpadł na pomysł napisania swej książki, kiedy wpadł mu w ręce wydany w 1942 roku album "Die schlesische Landschaft", na który składają się 163 fotografie Śląska wykonane w drugiej połowie lat 30-tych. Wańka zaintrygowały w tym wydawnictwie dwie rzeczy. Pierwsza, uderzająca i zastanawiająca, to brak jak na owe czasy na fotografiach w albumie propagandy; nie ma flag ze swastyką, ani mundurów, są krajobrazy, góry i lasy. Druga, bardziej tajemnicza, to przewijająca się na zdjęciach postać zagadkowej kobiety, zawsze z odwrócona od obiektywu twarzą. To musiało intrygować, zastanawiać, kusić do stworzenia literackiej opowieści o związku fotografa z jego enigmatyczną ukochaną. Waniek nie oparł się pokusie i napisał swą fantazję na temat miłości tych dwojga ludzi. Książka niby jest fikcją, lecz wiele w niej faktów.
       Granice. Ta kwestia pojawia się w powieści Wańka wielokrotnie i w różnym sensie. Paul i Brigitte mieszkają na granicy Niemiec i Polski, to granica dzieląca dwa państwa, dwa światy, ale też przebiegająca niewidocznymi barierami pomiędzy domami i ludzkimi sercami. Jest to podział ziemi śląskiej na dwa narodowe żywioły. Granica przebiega także pomiędzy pojmowaniem przez Paula fotografii a zapotrzebowaniem na taką o całkiem innym charakterze przez ówczesną prasę. Granicami podzielone są poglądy, pojmowanie świata, stosunek do ludzi, do władzy. Pomiędzy uczuciem Brigitte i uczuciem Paula także biegnie granica. Podzielone są przestrzenie i podzielone czasy. Czas powieści u Wańka lubi wyprzedzenia, wędrówki w przyszłość, podobnie jej autor lubi porównywać i eksponować różnice, kontrastować dawne z przyszłym, dawne z dawnym, teraz z teraz. Przez 60 lat wiele się zmieniło, jednak zdarza się i tak, że w tym czasie cos pozostało o dziwo bez zmian; i na to wrażliwość Wańka jest wyczulona.
       Piękno powieści Wańka nie polega jedynie na przedstawieniu historii uczucia Brigitte i Paula. Waniek swym piórem dokonuje próby uchwycenia minionego czasu w podobny sposób, jakiego użył protoplasta Paula, tworząc swój album z fotografiami Górnego i Dolnego Śląska. Czy chciał tym samym wykreować przeszłość, ukazać ją w pożądanym przez siebie świetle, podobnie jak fotografia Paula ignorując istnienie nazistowskich mundurów i reżymu Hitlera, kreowała Śląsk wolny od polityki? Nie wiem do końca. 
       Ujęcie tematu jest oryginalne, gdyż znam chyba tylko przykład Horsta Bienka, który opisywał w swych książkach przedwojenne Gliwice, utrwalał ich czas miniony, a tym samym własne dzieciństwo spędzone w tym mieście. Po wojnie jednakże obaj pisarze znaleźli się po dwóch różnych stronach granicy i to, co wolno było napisać po jej zachodniej stronie, na wschód od niej było, delikatnie mówiąc, niewskazane. Powieść Wańka wypełnia lukę w polskiej literaturze, opowiadając otwarcie o tym, że na Śląsku mieszkali Niemcy, którzy uważali ten region za swoje miejsce, za swą małą ojczyznę.
       "Finis Silesiae"... Koniec Śląska... Koniec pewnego okresu historycznego, zmiana, jak nadeszła wraz z zakończeniem wojny... Konieczność dziejowa, czy wielka ludzka tragedia, którą jest przymus opuszczenia swego domu na zawsze? Ani Śląsk, ani jego mieszkańcy nie byli potem już tacy sami. Zmiana władzy, przesunięcie granic, wiązały się ze zmianą mentalności, z innym gospodarowaniem, z — jak się to później okazało — degradacją tej ziemi, upadkiem przemysłu.. To wszystko można wyczuć w książce tylko podskórnie; głównym tematem jest obraz schyłku epoki, zmierzanie do kresu. Fotografia w książce stanowi symboliczną próbę przeciwstawienia się temu. Takim samym buntem jest miłość dwojga młodych ludzi, ich potrzeba wspólnego spędzania czasu, podejmowane podróże, rozmowy, trzymanie się za rękę, łączące ich sprawy, fascynacja przyrodą i urodą śląskiej ziemi od Gór Izerskich po Katowice.
       Wszystko, co odeszło, nigdy już nie wróci. Banalne, do szpiku kości, aczkolwiek prawdziwe stwierdzenie. Pozostają ślady, strzępy, urywki, fotografie. Odchodzą ludzie, którzy mogliby je opisać, snuć na ich kanwie opowieści. Całe szczęście, że mamy chociaż utrwalone sekundy minionych chwil. I piękne nostalgiczne opowieści o ludziach zamieszkujących kiedyś dawno, dawno temu kraje położone za siedmioma morzami, za siedmioma górami czasu.

sobota, 3 marca 2018

Halina Poświatowska „Opowieść dla przyjaciela”

      Książka pisana od powrotu z Ameryki do ostatniego roku życia poetki jest osobliwą relacją osoby świadomej kruchości własnego życia z prób kochania cieszenia się. Jest opisem rzeczy, które człowiek robi w cieniu własnej śmierci, a każda z nich może być ta ostatnią. Jest zapisem balansowania między życiem a śmiercią, między miłością a niebytem. Poświatowska w formie listu, wspomnienia, monologu w szczery sposób przywołuje wydarzenia ze swego życia, jest rodzajem autobiografii. Jest to opowieść o małżeństwie, o miłości, o sracie bliskiej osoby, o umieraniu pacjentów, czemu przygląda się Poświatowska, sama w tym czasie żyjąca na krawędzi pomiędzy miłością i śmiercią. Jest także opowieścią o życiu w szpitalach i sanatoriach, więc o bezdomności i wędrownej egzystencji od kliniki do kliniki. Podróż do Stanów też była tego częścią, gdyż poetka popłynęła tam wyłącznie w celu dokonania operacji serca, więc w cellu ratowania swego życia, w celu ocalenia wszystkiego tego, co może się jeszcze wydarzyć, bo życie, gdy trwa, przynosi możliwości, a śmierć nie niesie ze sobą nic. Po operacji zaczyna się okres większego bezpieczeństwa, spokojniejsza egzystencja z uciszonym sercem; wówczas Poświatowska postanawia — nie znając języka — studiować w USA, stara się o stypendium, otrzymuje je i kończy studia w Smith Collage w ciągu trzech lat. W książce opis tego okresu jest znaczący, gdyż poetka zapomina na chwilę o drugiej stronie, o czającym się mroku, jedzie z przyjaciółkami na słoneczną Florydę, w wielkim samochodzie pokonuje setki kilometrów i trudno w tym fragmencie książki nie pomyśleć o „W drodze” Jacka Kerouaca. Nowo narodzona poetka zakochuje się w profesorze filozofii, odwiedza muzea, przegląda stare księgi, podziwia średniowieczne malarstwo. Po skończeniu studiów pragnie powrócić do kraju. I wraca. Opis powrotu kończy książkę. Jej zakończenie nie jest jednak tylko ostatnim zdaniem zakończonym kropką na wydrukowanym papierze, gdyż trudno przejść obojętnie obok tej pięknej poetycko-realistycznej prozy, trudno nie zatrzymać się na chwile i nie zastanowić się nad kruchością życia, nad przemijalnością, nad sensem naszej egzystencji. Trudno nie zadać pytanie „dlaczego?". I trudno się pogodzić z koniecznością. Dlatego „Opowieść dla przyjaciela” zostaje w człowieku. To jedna z tych książek, które coś w nas poruszają i nawet jeśli się już do nich nie wraca, to nigdy się ich nie zapomina.

sobota, 24 lutego 2018

Marcin Wicha „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”

      Kiedy ktoś odchodzi, cos po nim pozostaje, to wszystko, co gromadził przez swoje życie. Zostają po nim miejsca i rzeczy, świadomość pamiętających go osób, rzeczy, z którymi obcował. Kiedy ktoś odchodzi, przekracza próg i niknie, ktoś go wspomni, ktoś o nim pomyśli. Ktoś go pożałuje, komuś będzie go brakować. Znajomi będą smutni, jakiś czas, bo trzeba dalej żyć, przez chwilę, przez ułamek wieczności. Dla jednych ten, kto odchodzi, będzie kimś dalszym lub bliższym, człowiekiem, którego spotkał na swojej drodze. Będą też ludzie, dla których strata stanie się ogromną wyrwą, czymś definitywnie niepowetowanym. Będzie to rana, która siłę wprawdzie kiedyś zabliźni, ale nigdy nie zniknie, pozostanie na zawsze. Po jakimś czasie złagodzi się ból, na myśl o tej osobie, ale zawsze myśli o niej wzbudzać już będzie smutek i nostalgię, wspomnienie. Wspomnienie osoby wywołać mogą sytuacje, w których kiedyś z nią się znalazło, a teraz jej nie ma, albo przedmioty, które po tej osobie pozostały, właściwie już nie przedmioty, ale pamiątki, artefakty, święte rzeczy pozostałe po najbliższych.
      Marcin Wicha, po pożegnaniu ojca, w podobny sposób żegna matkę — pisze o niej książkę. Punktem wyjścia dla tej książki-wspomnienia są porządki, które autor robi pośród rzeczy pozostawionych przez matkę. Musi zdecydować, co zostawi, a co wyrzuci. I w trakcie podejmowania decyzji rzeczy ożywają albo wywołują wspomnienia. Jest to książką przejmująca, piękna w swej wymowie, w ludzkim ujęciu, pozbawiona brązu, daleka od rzeźbienia pomnika. Ów brak idealizowania jest w niej szczególnie wartościowy, gdyż to, co ludzkie, jest nam przecież bardziej swojskie, niż to, co postawione na cokole. Rzeczy matki w jakiś tajemniczy sposób pokonują śmierć, na chwilę wprawdzie, ale mają taka moc. Bo żyjemy nie tylko do czasu, kiedy umrzemy, ale żyjemy aż do chwili, kiedy ktoś nas jeszcze pamięta. Kiedy nie będzie na świecie nikogo, kto nas znał i kto może sobie przypomnieć chwile z nami związane, wtedy umrzemy definitywnie, naprawdę, na wieki, ostatecznie. Książki i piosenki stracą cząstkę nas, wkradnie się pomiędzy nas obcość i chociaż wszystko zmierza do tego samego końca, to my okazujemy większa kruchość, mniejsza podatność na upływ czasu, większa bezbronność, mniejszą odporność na przeznaczenie.
      Polecam tę małą książkę o miłości i śmierci, o przywiązaniu do matki, o wspominaniu, o godzeniu się z koniecznością, o przemijalności świata i ludzi.

sobota, 16 grudnia 2017

Wojciech Tochman "Dzisiaj narysujemy śmierć"





      Czasem pustka w głowie nie jest oznaką stanu faktycznego. Może na przykład świadczyć o nieumiejętności zebrania myśli po jakimś traumatycznym przeżyciu. Kiedy wydarzy się coś, z czym nie potarfimy sobie poradzić, na co nie mamy wpływu, co nami wstrząsnęło, co zburzyło dotychczasowy porządek naszych wyobrażeń o świecie, wówczas możemy mieć trudności z zebraniem myśli. Po przeczytaniu książki Tochmana odczułem tego rodzaju pustkę. Przez długi czas zdawało się, że staram się wyprzeć to, co przed chwilą czytając przyjmowałem w siebie, ponieważ nie potrafiłem tego udźwignąć. Jest to zbyt wielki cięzar.
      Autor pojechał do Rwandy kilkanaście lat po ludobójstwie, które w 1994 roku wstrząsnęło światem. Nie pojechał tam rozgrzebywać ran, chociaż rozmowy, które prowadzi, wypełnione są bólem, Wspomnienie tragicznych wydarzeń wciąż żyje w świadkach, zarówno w ocalałych jak i oprawcach. Nie są od tego wolne następne pokolenia. Tochman rozmawia z wieloma osobami; na jego prośbę snują one wspomnienia tamtych wydarzeń. Rozmowy nie należą do łatwych. Świadkowie nie zawsze chcą o wszystkim mówić, nie chcą pamiętać, chociaż nie mogą zapomnieć. Poprzez ich słowa płynie rzeka bólu, niesprawiedliwośći, cierpienia, nieszcześcia, strachu, mroku, śmierci.
      W swojej książce Wojciech Tochman bez trudu osiąga nieprzyjemny dla czytelnika poziom dyskomfortu na podobieństwo tekstów Swietłany Aliksiejewicz. Tematem ksiażki jest pozornie krajobraz po bitwie, portret Rwandy kilkanaście lat po tragicznych wydarzeniach. Pozornie, gdyż narracja reportażu nieustannie powraca do kwietnia 1994 roku, stając sie także opowieścią o samym ludobójstwie. Przeszłość i przyszłość nigdy nie bywają od siebie rozdzielone, ale w tym przypadku jak rzadko kiedy są ze soba nierozerwalne.
      Tochman przybliża czytelnikowi przyczyny wydarzeń, tło społeczne i ekonomiczne. Czytelnik może zapoznać sie z pobieżnym, lecz konkretnym, rysem historycznym, który pomaga zrozumieć przyczyny rzezi Tutsi. Najbardziej przejmują jednak zwierzenia ocalałych z ludobójstwa, którzy opowiadają o swoich losach i doświadczeniach. O tym, w jaki sposób ocaleli i jak z bliska oglądali przemoc i śmierć. Przeraża brak sprawiedliwosci, gdyż dzisiaj kaci mieszkają spokojnie obok ocalałych. Wielu z nich ma się dobrze, gdyż nikt ich po latach nie oskarżył. Czasem trudno zapamiętać będąc jako swiadek jeszcze małym dzieckiem kogoś z grupy kilkudziesięciu mężczyzn obcinającym rodzicom głowy, gwałcących zbiorowo matki i siostry. Straszna jest myśl o obojętności świata w 1994 roku, bo przeciez nikt nie pośpieszył na pomoc, Amerykanie nie wysłali swoich wojsk, a obecne z Rwandzie siły ONZ nie interweniowały.
      Z pomoca wyszukiwarki internetowej sprawdziłem trafność wyszukiwania tytułu książki Tochmana. Najlepiej pozycjonowane są oferty handlowe ksiągarń internetowych, a w nich uderza wszędzie niemal ten sam powielony metodą kopiuj-wklej opis "Dzisiaj narysujemy śmierć". Odbiegające od schematu opisy niestety są na nim oparte i zdają się być wariantem tego najczęściej powielanego ze strony wydawcy. Tekst "Opowieść o tym, jakie konsekwencje niesie ludobójstwo nie tylko dla sprawców i ofiar, ale przede wszystkim dla nas - świadków" brzmi jak ponury refren, jak gdyby zabrakło refleksji. Nie będę go powielać. Moim zdaniem każdy musi indywidualnie zmierzyc się z tym trudnym tematem. Trzeba przemóc pustkę w głowie i w sercu, przezwycieżyć niemoc, dobyć głosu, własnego i analitycznego. Tak, pozostaniemy bezradni i przytłoczeni ciężarem tamtych wydarzeń, niczego nie zmienimy, nie naprawiy, nikogo nie przywrócimy do życia, ale nie możemy pozostać obojętni.

Wielkie podziekowania należą się autorce bloga Bookiecik za inspirację!

piątek, 8 września 2017

Ota Pavel "Śmierć pięknych saren"/ "Jak spotkałem się z rybami"





    Każdy niemal okres dzieciństwa jawi się po latach jako mitologiczna kraina szczęścia, beztroski, radości, przygód, pierwszych doświadczeń. Po latach rośnie przepaść pomiędzy pełnym obowiązków i ograniczeń życiem dorosłym, a niewinnymi latami dorastania. Ota Pavel powraca w swoich opowiadaniach do krainy dzieciństwa, nieświadomy zbliżającej się śmierci, lecz świadomy, w chwilach gdy ustawała, choroby psychicznej. Kto wie czy Pavel pisząc swoje wspomnienia w formie fabularnej prozy, nie starał się aby podświadomie utrwalić minionego czasu w celu skupienia się na samej czynności kreatywnego snucia opowieści, by w ten sposób odegnać od siebie oznaki choroby. Nie wiemy, na ile pisał dla siebie, a na ile dla czytelnika.
      Obie książki Oty Pavla łączy postać narratora, którym jest sam autor, oraz jego otoczenie: miejsca, w których przebywa, osoby, z którymi spędza czas; łączy je historia jego życia oraz pasja do wędkowania. Łączy je płynąca wciąż woda i nieustannie upływający czas. To proza czysto autobiograficzna. "Śmierć pięknych saren" ukazała się przed śmiercią autora, "Jak poznałem się z rybami" została wydana pośmiertnie.
      Zachwycająca jest w tych książkach tonacja. Oto z mroków wojny wyłania się odrobina nadziei, małe iskierki błyszcza niczym łuski słońca na falach toczącej się rzeki. Ludzie wierzą, że będzie dobrze. Robią swoje. Ojciec musi wzmocnić synów, których wysyłają do Terezina, poluje więc na sarny, żeby zdobyć mięso. Gdy sam zostaje wezwany, by udać się do obozu, wybiera się na nocny połów karpi. Życie toczy się blisko, tuż obok wszechobecnej śmierci i póki ich drogi się nie skrzyżują, trzeba iść przed siebie, trwać, przetrwać, przeżyć, oddychać. Piękne to przesłanie napisane przez człowieka, który borykał się z choroba psychiczną i który już kilku lat przed napisaniem "Śmierci pięknych saren" starał się ją poskromić lub może nawet ułaskawić, skoro była silniejsza od niego. Pavel miał powody do pesymizmu, a jednak pesymizmu w jego autobiograficznej prozie nie znajdziemy. W obu książkach jest wyraźnie wyczuwalne pogodzenie się z koleją rzeczy, z naturą, z koniecznością, ale nie ma w tej akceptacji oznak depresji. Tak jak napisałem, jest trwanie i robienie tego, co konieczne. Rzeka płynie, człowiek żyje, sprawy się dzieją, można jeszcze łowić ryby i cieszyć się pogodnym dniem.
     W "Śmierci pięknych saren" bohaterem opowiadań jest ojciec narratora. Pavel opowiada o jego wzlotach i upadkach z ogromną estymą; pisze o nim ciepło, tkliwie, z poczuciem humoru i z ogromną wyrozumiałością. Ojciec jest zwykłym człowiekiem z przywarami oraz z zaletami, z talentem do obwoźnej sprzedaży, ze słabością do zony swego szefa, z pasja wędkowania, z troską o los rodziny. Blaski i cienie Pavel opisuje bez potępienia i entuzjazmu jak gdyby nad ludzką naturą ciążyło fatum, od którego nie można się uwolnić i jedynie co można zrobić, to je akceptować. W drugiej części, czyli w "Jak spotkałem się z rybami", bohaterem staje się teraz sam narrator, który dorasta, staje się mężczyzną, usamodzielnia się i starzeje, podczas gdy postać ojca staje się drugoplanowa.
      Podczas gdy w pierwszej książce mamy olbrzymie urozmaicenie pod względem tematycznym, w drugiej autor skupia się przede wszystkim na łowieniu ryb. Mimo tego, to w wydanej po śmierci autora książce wyczuwa się ogromną nostalgię za dzieciństwem, za przeszłością. Bohater powraca do miejsc znanych z pierwszej autobiograficznej książki, spotyka opisanych w niej ludzi, załatwia sprawy, których nie udało się wykonać ojcu ("Złote węgorze") i zamienia się z ojcem rolami, przejmując nad nim w pewnym sensie opiekę bądź troskę. Jednolitość tematyczna wbrew pozorom wcale nie nuży. Poszczególne przygody związane z wędkowaniem mają przeróżny posmak, czar i powab. Jest w nich zawarte piękno i beztroska kajakowego spływu, oraz szaleńcza i karkołomna jazda z ogromna ryba zawiniętą w mokry ręcznik, są stricte życiowe nawiązania, bo przecież nie chodzi wyłącznie o ryby, chodzi o coś ważniejszego, o wypełnienie sensem życia, o wierność wobec rodziny, o szacunek.
      Pavel napisał dwie wyjątkowe książki, nierozdzielne wobec siebie, piękne, wyciszone, mądre, pełne uroku, ciepłą, humoru, człowieczeństwa. Znajdziecie w nich pasję, urodę życia, wyrozumiałość, przywiązanie, nostalgię i drobne ludzkie radości. Jest tez historia, dole-niedole, bessy, pożegnania, wojna, obozy, lecz filozoficzna warstwa prozy Oty Pavla, tej niezwykłej i trudnej do porównania z czymkolwiek prozy, mówi  cichym lecz pewnym siebie głosem, że wszystko minie, że wszystko płynie, jak rzeka, jak czas, jak karpie i węgorze i że po złych czasach przychodzą dobre, że zmienność jest immanentną częścią bytu i jeśli nie udało się zrobić czegoś dawniej, to można to zrobić później, że złote węgorze są zawsze w rzece i przyjdzie czas, że w końcu je złowisz. Wystarczy poczekać, uzbroić się w cierpliwość, płynąć przez zdarzenia życia tak jak ryby w wodzie omijające zatopione pnie drzew i zwodnicze, groźne wiry.


Czechosłowacki reżyser Karel Kachyna nakręcił dwa wspaniałe filmy na podstawie autobiograficznych książek Oty Pavla. Porównując film "Śmierć pięknych saren" do książki. można powiedzieć, ze reżyser wykazał się nieco własna inwencja, ubarwiając pewne epizody zdarzeniami, których nie ma w książce. Owe "dodatki" są jednak idealnie w duchu opowiadań Pavla i moim skromnym zdaniem absolutnie nie rażą. Głównie są to fragmenty, w których ojciec sprzedaje odkurzacze, co w książce potraktowane jest dosyć ogólnie. Filmy Kachyny są podobne do filmów takich polskich reżyserów jak Jan Jakub Kolski czy Andrzej Barański, co w moich oczach jest sporym komplementem. ten ostatni zresztą tez nakręcił nostalgiczny film o łowieniu ryb oraz o powrocie do przeszłości, jednak zawierający więcej goryczy za tym co utracone. Polecam książki i filmy.



   

środa, 19 lipca 2017

Nadieżda Mandelsztam "Wspomnienia"

     "Wspomnienia" zaczynają się od pierwszego aresztowania O.M. Nadieżda wydobywa z pamięci fakty aż do powtórnego aresztowania poety. Książka kończy się próba odtworzenia z relacji świadków ostatnich miesięcy życia Mandelsztama w obozie. Jest to próba oddzielenia prawdy od legendy, zdarzeń autentycznych od wymyślonych. Pełen dramatyzm tych ostatnich stron jest w stanie pojąć jedynie ten chyba, kto doświadczył tego samego; wszelka empatia jest, musi być zawodna, połowiczna.
   Gdyby nie Nadieżda Mandelsztam, nie znalibyśmy dziś wierszy Osipa Mandelsztama z okresu po pierwszym aresztowaniu, w Woroneżu, na wygnaniu. Znalibyśmy tylko wczesne wiersze z okresu akmeizmu, te, które zdołał jeszcze poeta wydać, zanim (już) w połowie lat dwudziestych nigdzie nie mógł już liczyć na jakąkolwiek publikację. Nadieżda Mandelsztam ocalała cudem, więc wiersze jej męża swe życie także zawdzięczają cudowi; po drugim aresztowaniu O.M. (tak o nim pisze we "Wspomnieniach") Nabieżda nie była nigdzie zameldowana i jej tułacze życie po obrzeżach wielkich miast ocaliło ją, która nosiła w sobie wiersze Mandelsztama. Tak, nosiła w sobie, ponieważ uczyła się ich wszystkich na pamięć, każdego dnia powtarzała je, by nie zapomnieć. Czyż to nie jest piękny dowód miłości?
     Pomiędzy oboma aresztowaniami były cztery lata zesłania, głównie w Woroneżu ("Woroneż - wroni nóż" pisał poeta w jednym z wierszy), gdzie cierpiąc ogromna biedę małżeństwo Mandelsztamów  z jednej strony obawiało się w każdej chwili ponownego aresztowania, z drugiej strony czerpało radość z każdej zyskanej chwili. To wygnanie było zawieszeniem życia. Nie wyobrażam sobie, co mogli czuć. Nadieżda opisuje wszystko po kilkudziesięciu latach precyzyjnie, chłodno, bez krzyku, spokojnie, bez łez. Pamięta ludzi, fakty, przywołuje obawy, wymienia nazwiska, sytuacje, ich wagę. Zadziwia fakt, jak w ZSRR z niby błahych oficjalnych komunikatów ludzie potrafili odczytywać nadchodzące zmiany, czystki, innymi słowy, spoglądać we własną przyszłość. Było to przeczuwanie nadchodzącej grozy, a raczej przeczucie jej nasilenia, gdyż sama groza nigdy nie ustawała, zbliżania się ogromnych fal, jednej za drugą. Fal niosących zniszczenie.
     Wspomnienia Nadieżdy Mandelsztam pokazują siłę wiary w to, co się robi, przekonanie o konieczności. Osip Mandelsztam zdając sobie doskonale sprawę z konsekwencji tego co robi, nie przestał pisać wierszy. Nie potrafił. Nie mógł. Mawiał do żony, że w ZSRR poeci muszą być ogromnym zagrożeniem dla systemu, skoro zabija się ich za wiersze czyli za zapisane słowa. Nadieżda wspomina przyjaźń Mandelsztamów z Anną Achmatową. Zwraca uwagę, ze była to jedyna osoba, która nie bała się odwiedzać wygnańców w Woroneżu. Dlatego być może, że żyła tak samo w strachu; jej mąż Gumiłow, również będący poetą, został zastrzelony przez Czeka już na początku lat dwudziestych, a syn Anny Achmatowej tkwił w obozie. Achmatowa rozpaczliwie starała się o jego powrót. Dlatego rozumiała sytuację Mandelsztamów. Pomocy Mandelsztamom udzielał także Wiktor Szkłowski (ten sam, który pomagał w latach 40-tych Aleksandrowi Watowi). "Wspomnienia" opowiadają o strachu, o milczeniu, o wycofaniu, o niepodawaniu ręki, o nieprzyznawaniu się do znajomości, o stłamszeniu dobra w człowieku, o bohaterskich wyjątkach, takich jak Szkłowski i Achmatowa.
     Tłem wspomnień Nadieżdy Mandelsztam jest życie w państwie terroru. Życie osobiste wpisane w polityczny horror. Jest to więc relacja nie tylko z życia zaszczutej inteligencji, konkretnych, żywych osób, ale także panorama egzystencji w państwie, które prześladowało swoich własnych obywateli, w systemie, który likwidował swoje dzieci, swoich gorliwych wyznawców. Nadieżda Mandelsztam opisała także metody pracy swego męża, zostawiła ślad, w jaki sposób powstawała jego poezja. Wszystkie te czynniki wpływają na to, że "Wspomnienia" Nadieżdy Mandelsztam to szalenie interesująca lektura. Z naszej perspektywy odczytywać ją można w sposób nieco profetyczny: jak wyglądałby świat, gdyby... Ponieważ nigdy nie wiadomo, w którą stronę zwróci się historia. Po I Wojnie Światowej nikt nie wyobrażał sobie, że wkrótce nadejdzie Druga. Nigdy nie wiadomo, co zdarzy się w przyszłości. Oby same dobre rzeczy. Ale...