Pokazywanie postów oznaczonych etykietą awangarda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą awangarda. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 marca 2021

175. "Chabara" (Get out of Way!) (1931)

 


Rewelacyjna groteska i satyra! Komiksowe, przerysowane postaci, budzące ironiczne uśmieszki. Akcja: fikcyjne miasto w Gruzji, biedna robotnicza dzielnica, w której stoi zabytkowy kościół. Jego mury kruszeją, a spadające kamienie stanowią zagrożenie dla życia i zdrowia mieszkańców. Kiedy kamień rani małe dziecko, mieszkańcy zabierają się za rozbiórkę kościoła. Za sobą mają władze sowieckie, które planują modernizację dzielnicy, przeciwko sobie oburzone dewotki oraz grupę miejscowych miłośników kultury gruzińskiej. To właśnie ta grupa jest przedstawiona w najbardziej karykaturalny sposób, ponieważ uporczywie trzyma się starego, bez względu na konsekwencje. Można się tu oczywiście zastanawiać nad kilkoma kwestiami, nad poziomem propagandy, możliwością kompromisu, ale to nie jest takie istotne. Film bowiem wyraża swój czas i powiedzmy sobie szczerze, że w 1931 musiał zawierać elementy propagandy, więc zawierał, a jeżeli dzisiaj ktoś jeszcze czuje się zagrożony tą propagandą i nie potrafi zdystansowawszy się od niej ocenić filmu za jego walory filmowe, to spuszczam na to zasłonę milczenia. Sam film zaś jest wizualną feerią, rytmicznie rozpędzoną maszyną. Zawiera wszelkie środki filmowe, dynamiczne ujęcia, sowiecki montaż, pomysłowe sposoby ustawienia kamery, podwójne ekspozycje, nawiązania, rybie oko, po prostu jest fantastycznie, niebanalnie i jeżeli ktoś pokarze mi podobnie oryginalny wizualnie współczesny film, to ma u mnie milion. Ale nawet gdybym posiadał taką sumę, to byłbym o nią całkiem spokojny. Wyczuwa się niesamowita wręcz swobodę artystyczną charakterystyczną dla kina sowieckiego lat dwudziestych. Rewelacyjne są pomysły na poszczególne sekwencje. Genialnie przedstawiony jest pogrzeb: kondukt niesie trumnę, za nią idzie tłum, wspinają się bardzo stromym zboczem (tu nawiązanie do "Furmana śmierci" Sjöströma, do którego nawiązał też później Bergman w zakończeniu "Siódmej pieczęci"), a pod nimi (podwójna ekspozycja) chmury. Nagle tłum dzieli się na dwie grupy, ponieważ każda z nich chce pochować zmarłego na innym cmentarzu. Zaczynają się przepychanki, wtem obie grupy są przebrane w różnej maści mundury i zbroje z halabardami, mieczami, toporami w rękach i zaczyna się bitwa. Fantastyczne, ale to jeszcze nie koniec. Wtem ktoś krzyczy" "Stooop! ja tu kręcę film!" i widzimy ujęcie reżysera i operatora z kamerą filmową, czyli kiedy został wymyślony ten postmodernizm i przez kogo, hę? Można się czepiać do przedmiotu satyry, to już jednak wyjaśniliśmy, natomiast groteska jest pierwszorzędna.
Na filmwebie film oceniłem jako druga osoba...

sobota, 4 lipca 2020

165. "Jo ieško" (1980)

Awangardowy film Artūrasa Barysysa, litewskiego filmowca i muzyka. Film jest na pewno niewygodny dla sowieckich władz, chociaż jest raczej apolityczny. W Internecie nie można za bardzo znaleźć informacji, czy film był wyświetlany gdziekolwiek, raczej chodzi o kina studyjne, bo w normalnych kinach raczej nie miał na to szans. Jednak czy to film całkowicie apolityczny? Na mieście pojawiają się listy gończe; poszukiwany jest mężczyzna z długimi kręconymi włosami, z wąsami, brodą, wysoki, szczupły. Nie ma jasnego wyjaśnienia, dlaczego jest ścigany. W każdym razie zgadzają się długie na 50 cm włosy i opis. Poszukiwaną postać gra Barysas. Po przeczytaniu listu gończego w męskiej toalecie miejskiej goli on wąsy i brodę oraz przebiera się za dziewczynę. Film jest groteską pozbawioną w dialogi, w zamian okraszoną wyśmienitą ścieżką dźwiękową, w której litewski outlaw w kobiecym przebraniu doznaje wielu przygód; jest podrywany, oskarżony o przywłaszczenie pieniędzy, uczestniczy w szalonej imprezie, zatrudnia się jako pomoc domowa, bije się w parku napastującym go seksualnie typem, wreszcie trafia na śmietnik jako śmieć, co ma na pewno symboliczną wymowę. "Jo ieško" obfituje w sporo wieloznaczności. Wiele w tym filmie jak na "kinematografię" sowiecką jest golizny, impreza z nagim torsem tańczącej kobiety (na stole polska Wódka Wyborowa), prostytutka obnaża pierś w parku, gospodyni zajmującą się szyciem (maszyna do szycia marki Radom) w trakcie przymiarki jest całkiem goła, nie wiedząc,ze za gospodynię ma przebranego mężczyznę. Film pokazuje też warstwy niezbyt mile widziane w ZSRR, obiboków, chuliganów, prostytutki, hipisów, leje się wódka, kradnie się pieniądze (i książki), zdarzają się pobicia. Nie jest to zatem idealny obraz kraju, w którym film został nakręcony. Sam film za to, ze posłużę się grą słowną, nakręcił mnie do poznania innych dokonań Artūrasa Barysasa. Jak wiadomo, czuję tożsamość z buntownikami i szanuję oryginalność oraz nonkonformizm. 


















Artūras Barysas za kamerą


Na jednej z nielicznych stron internetowych, na których można przeczytać jakiekolwiek informacje o  Barysasie znalazłam taką krótką notkę:

Artūras Barysas, lub Baras - kontrowersyjny twórca, buntownik, wizjoner, iluzjonista, skandalista, reżyser, muzyk, malarz, aktor… magik. Według Algimantasa Lyvy, postrzegającego świat w podobny sposób, kamera filmowa Artūrasa Barysasa zamieniła się w okno w nowy, spadzisty świat. Ale najbardziej paradoksalną rzeczą jest to, że Bar celowo nie oferując żadnego pozytywnego rozwiązania, stworzył nową banalność, bezsensowność, maskę i uśmiech. Bar zawsze lubił przeciwstawiać się wszystkim, nawet sobie. Szedł ciemnym korytarzem, każdą klatką filmu, jakby zamykał drzwi, aby nikt nie mógł wejść, wtargnąć do jego wewnętrznego świata. Ale dokładna kamera utorowała drogę nowym przestrzeniom wyrazu. Odkryj coś nowego, bez względu na wszystko, otwieraj drzwi, wybij słodkie, „fałszywe” witraże rzeczywistości, zerwij piękną maskę ułudy. 
(1)


Myślę, że powyższy cytat doskonale charakteryzuje sylwetkę reżysera, której cechy łatwo można odszukać się w filmie. Sam zresztą w udzielonym przez siebie wywiadzie (2), do którego także udało mi się dogrzebać, Barysas wyznaje, ze film "Jo ieško" jest mu najbliższy. Zachęcam do skopiowania tekstu wywiadu i przetłumaczenia go w Google Tłumaczu, co wychodzi w tym przypadku całkiem przyzwoicie. Zachęcam też do obejrzenia filmu, który znajduje się na serwisie YouTube. (3) Dziękuję za uwagę, jeżeli ktokolwiek przeczytał.



(1) Artūro Baryso antologija

(2) wywiad z A. Barysasem

(3) film

środa, 12 lutego 2020

Robert Walser "Dziwne miasto"

Tak jak łuski jeziora mienią się w promieniach słońca, tak samo mieni się wieloma odcieniami, barwami, kontekstami proza Roberta Walsera. Jest to proza niezwykle oryginalna. Daremnie szukać w niej zwyczajnej fabuły. Prędzej porównać ją można do impresji, do pejzaży i portretów. Walser potrafi w niezwykły sposób przechodzić od sensu do sensu, od znaczenia po nitce potoczystych, bogatych w przymiotniki zdań do znaczenia. Nie da się tej prozy czytać jednym ciągiem, należy ją dawkować, smakować, delektować się zachodzącymi w niej zmianami, woltyżerką słów, pięknem i poetycznością, obok pospolitości i zwyczajności ludzkich spraw i dążeń. Raz jest baśniowa, magiczna, surrealistyczna, innym razem życiowa, błaha, ale zawsze precyzyjna, trafna, esencjonalna. Zadziwia balansowanie na granicy psychologii i fantazji. Niezwykłość Walsera polega na jego bogactwie stylistyczno-gatunkowym, zmieniają się zabarwienia zarówno języka, jak i formy w obrębie krótkiego opowiadania, a raczej nie opowiadania, a krótkiej kompozycji prozą. Czytając te brylantowe miniatury, nie zawsze ważna jest w nich treść, ale droga, którą prowadzi budowa zdań i użytych w nich słów. To prawdziwa rozkosz czytając zestawiać je ze sobą. Czytanie ich przypomina wodzenie ręką po naszyjniku z pereł na nagim kobiecym torsie. Ech, ci outsiderzy literatury potrafili tworzyć takie niezwykłe cuda, trudne do zestawienia z czymś innym. Nie bez przyczyny Walser zachwycał Kafkę, Musila i Canettiego. Więcej superlatyw nie potrafię z siebie wydobyć w chwilę po zakończeniu lektury (piszę na gorąco), ponieważ zaparło mi dech w piersiach...
Osobne pochwały należą się tłumaczowi, pani Małgorzacie Łukasiewicz. Tłumaczenie jest doskonałe! Wprawdzie nie mam możliwości porównania z oryginałem, ale twierdzę tak na podstawie mojej intuicji, braku wyraźnych zgrzytów w trakcie lektury, zestawienia ze stylem Franza Kafki, który inspirował się Robertem Walserem, a jest w tłumaczeniu mocno wyczuwalny.

środa, 7 sierpnia 2019

Hermann Broch „Śmierć Wergilego”




































 

      Po odbyciu wymarzonej podróży przez Grecję śladami Homera Wergiliusz wraca do ojczyzny na jednym z okrętów, które składają się na flotyllę cesarza Oktawiana Augusta. Poeta jest niesiony przez miasto Brundyzjum w lektyce, duch jego jest nieświadomy, a stan ciała wskazuje na poważne niedomaganie. Podczas wędrówki z portu do pałacu, Wergilemu uchyla się kurtyna rzeczywistości i raptem staje w obliczu niespokojnego, brutalnego, wulgarnego tłumu obywateli Cesarstwa Rzymskiego. Wergiliusz doznaje szoku; takiego imperium dotychczas nie znał. Jego pierwszą reakcją jest zwątpienie w to, co dotychczas robił, w sens poezji. Postanawia zniszczyć „Eneidę"...
      Hermann Broch stworzył monumentalna powieść, rzecz można śmiało, że to drugi „Ulisses". Potoczyste, kaskadowe, długie zdania, akapity na kilka stron, monologi wewnętrzne, strumień świadomości, alegoryczny, symboliczny język, niemal brak dialogów, chociaż powieść Brocha jest jednym wielkim dialogiem między poetą i cesarzem. Kwestie, które wypowiadają, zdają się nie kończyć, falują, drgają, modyfikują się, gdyż „Śmierć Wergilego" nie jest czystą powieścią, jest rozpisanym na ponad sześćset stron poematem prozą. Nie zawsze wiadomo, co Broch chciał przekazać, trzeba często napinać uwagę, wzmagać koncentrację, a i to nie zawsze pomaga, bo przecież poezja nigdy nie będzie dosłownym sensem, należy ulec, poddać się frazie i płynąć, płynąć.
      Należy teraz zaznaczyć, że na tym nie kończy się warstwa werbalna książki. Jest to bowiem nie tylko proza, poezja, poemat, traktat filozoficzny, ale jest to także muzyka, melodia, symfonia. Przyznają się, że wiele fragmentów tej książki nie przeczytałem, ja je wyśpiewałem. Piękna muzyczna fraza polskiego przekładu (podziękowania dla Marii Kureckiej i Witolda Wirpszy) podobno nawet w części nie oddaje melodyczności oryginału... Pozbawiony porównania cieszę się z tego, co mam; i tak jest pięknie, bo czas spędzony na śpiewaniu tej książki uważam za moment wyjątkowy, taki dotknięcie wyższego świata i rozszerzenie horyzontu o trudno dostępne, nieznane wcześniej rejony.
      Dialog między Oktawianem i Wergiliuszem to potyczka (?) dwóch postaw. Znak zapytania ma sugerować, czy Wergili nie jest w niej na pozycji przegranej, a przynajmniej, że nie jest to rozmowa równego z równym. Jego postanowienie zniszczenia „Eneidy” nosi znamiona sprzeciwu wobec władzy absolutnej, którą dysponował i był jej całkowicie świadomy Oktawian. Wprawdzie obaj wielcy mężowie uważali się za przyjaciół i obdarzali się wzajemnym szacunkiem, to jednak cesarz zawsze był cesarzem, reprezentantem imperium, o którego korzyściach nie mógł przestać myśleć. Z tego też względu Oktawian sprzeciwie się spaleniu „Eneidy". Interes państwa. Nie będę opisywał argumentów użytych w dyskusji przez obie strony; każdy wie, że „Eneida” przetrwała. Mogę tylko zdradzić, że stało się tak kosztem uwolnienia niewolników Wergiliusza, co jako gest na pewno mogło coś sugerować cesarzowi, którego państwo oparte było na niewolnictwie, przypuszczam jednak, że była to kropla, która zatonęła w ogromie oceanu.
      Istotą „Śmierci Wergilego” nie jest jednak społeczny kontekst, władza cesarska, czy niezadowolenie obdartego i niespokojnego tłumu, lecz sztuka. Jej cel, rola, potrzebność, funkcja. Okazuje się, że odmienne stanowiska Wergiliusza i Augusta ukazują odmienne punkty jej odbioru. Nie jest to zresztą żadna odkrywcza koncepcja; władca widzi korzyści sztuki dla państwa i dlatego tak obstaje przy jej uratowaniu od płomieni (czyż nie przychodzi od razu na myśl ostatnia wola Franza Kafki?), twórca, który popadł w zwątpienia i przestał wierzyć w celowość kreacji, poniechał troski o własne dzieło i postanowił je unicestwić, ponieważ jego punkt widzenia jest indywidualny. Jaka jest wartość słowa pisanego, to chyba jedno z głównych zagadnień „Śmierci Wergilego".
      Awangardowa, eksperymentalna, pełna poezji książka Hermanna Brocha to jego magnum opus. Zaczął zresztą z dużego C, od wspaniałej powieści „Lunatycy” i konsekwentnie kreował swoją karierę aż do momentu dramatycznego i kryzysowego, do aresztowania przez faszystów. Broch miał szczęście, został uratowany między innymi dzięki staraniom Jamesa Joyce'a. Można zatem rzecz, ze Joyce nie tylko zainspirował Brocha swoim „Ulissesem”, ale nieświadomie umożliwił napisanie „Śmierci Wergilego”, pomagając ratować go z rąk hitlerowskich oprawców. Można chyba rzec, że postawa Joyce'a wobec Brocha przypomina starania Oktawiana o ocalenie „Eneidy". Starania o ocalenie słowa, o ratunek dla wiedzy, wartości, wyższych idei. Czas pokazał, że rację miał Oktawian, a wieki milczą na temat ceny, jaką trzeba było zapłacić.

niedziela, 7 lipca 2019

156. "Chelsea Girls" (1966)







































Wielkie oczekiwania przed obejrzeniem tego filmu, po seansie zostały zaspokojone połowicznie. Film trwa 3 i pół godziny, a mógłby trwać siedem godzin, ale na szczęście Paul Morrissey i Andy Warhol wpadli na pomysł podzielenia ekranu na dwa segmenty, tak że równocześnie widz ogląda dwa filmy. Zabieg ciekawy, ale po jakimś czasie raz że nużący, a dwa, że kilka razy skupiony na jednym filmie, umykała mi akcja drugiego, który długimi niezmieniającymi się sekwencjami usypiał mnie. Sekwencje czarno-białe są realistycznym zapisem głównie rozmów kilku postaci w pokojach hotelu Chelsea w Nowym Jorku, kolorowe, kręcone także w tym hotelu, maja bardziej psychodeliczny charakter, a ich apogeum stanowi końcowy filmik z płacząca Nico. Kamera skupia się wyłącznie na twarzy Nico, ta w sumie przez pół godziny niewiele się zmienia, natomiast szaleje światło, a na twarzy aktorki-piosenkarki pojawiają się psychodeliczne wzory. Tytuł nieco mylący, gdyż sporo w filmie panów, wiadomo, twórcy filmu lubili chłopców. Spodziewałem się po "Chelsea Girls" więcej, bo w końcu film jest uważany za arcydzieło Fabryki Warhola, no i wiadomo, ze ja lubię filmy awangardowe, jednak w piętnastominutowym "Psie andaluzyjskim" dzieje się więcej i jest ciekawiej, niż w siedmiu godzinach rejestracji ludzi siedzących na łóżku i gadających nie wiadomo o czym; jeden mówi jaki to słodki jest jego pot, inny że jest papieżem i bawi się strzykawką, dwóch panów, jeden w szlafroku, drugi w majtkach, leżą na łóżku i pala papierosy, cztery dziewczyny gadają coś w pokoju, jedna siedzi pod stolikiem, odbierają telefony i tak bez końca. Oczarowany awangardowymi filmami Jonasa Mekasa oczekiwałem chyba czegoś w podobnym stylu, a otrzymałem rozciągnięty do granic ludzkiej wytrzymałości nawet nie powolny, a skrajnie statyczny film, do którego na pewno już nie powrócę. Oczywiście doceniam sam pomysł, realizację, która na poziomie pracy kamery i gry światłem jest bardzo dobra. Rozumiem też, że film dokumentuje grę aktorów ze stajni Warhola, co dziś dla wielu może być okazją, by się im dokładnie przyjrzeć, bo w końcu Factory jest dzisiaj synonimem pewnego ciekawego okresu w historii sztuki, bo w sumie sama gra polega na odgrywaniu samych siebie, jednak jest coś w tym filmie, że z widza czyni on podglądacza, tylko że znudzonego brakiem rozwoju wydarzeń. Seans odnotowany, zaliczony, czekają kolejne filmy.

czwartek, 16 maja 2019

Dorota Hartwich „Gattora. Życie Leonor Fini”








































Biografia Leonor Fini interesowała mnie z wielu powodów, malarka łączy przecież swoją osobą tak wiele artystycznych światów, od fotografii, przez malarstwo, po literaturę. Fini była świadkiem rozkwitu surrealizmu, asystowała, a właściwie pozowała do zdjęć wschodzącej gwiazdy fotografii, przyjaźniła się z wieloma artystami, przed wojną głównie z przedstawicielami surrealizmu, po wojnie z pisarzami. Nie pozwoliła się przy tym zaszufladkować, odcinając się od ruchu nadrealistów. Ceniła sobie wolność, kochała, pozwalała się kochać, łamała tabu i obowiązujące obyczaje miała za nic. Żyła mocno i długo. Odznaczała się silną osobowością i pewnością siebie, w zakresie uprawianej sztuki, innymi słowy znała swoją wartość. To, co piszę powyżej, nie jest próbą nakreślenia sylwetki Fini, ale nawiązuje do jej biografii, z której to wszystko to można wyczytać. Biografia jest początkowo dosyć drobiazgowa i napisana w dosyć specyficzny sposób, do którego jednak czytelnik powinien szybko się przyzwyczaić. Hartwich pisze bardzo ładnym językiem, nie koncentruje się wyłącznie na faktach, opisuje obrazy, zdjęcia, nawet stroje. Dobrze się to czyta. Nie irytuje natłok nazwisk z okresu paryskiego, a dla miłośników tamtego okresu jest to przyjemny fragment biografii, gdyż każdemu artyście przypada w książce jego własne pięć minut na zaprezentowanie go, a także na wyjaśnienie jego związku z Fini. A relacje lubiły się zmieniać, od przyjaźni w miłość, od miłości w przyjaźń. Okres powojenny w biografii jest już spokojniejszy w opisie, z tego powodu, ze życie Fini się ustatkowało. Poznała wtedy młodszego od siebie Konstantego Jeleńskiego, który okazał się jej drugą (i równoległą do pierwszej) miłością do końca życia. Fini, Stanislao Lepri i„Kot” Jeleński przeżyli ze sobą pod jednym dachem około 30 lat. Biografia poświęca jeden rozdział Jeleńskiemu, który staje się jej drugim głównym bohaterem. Dwa inne rozdziały poświęcone są przyjacielom „Kota”: Witoldowi Gombrowiczowi, z którym Fini się również zaprzyjaźniła, oraz Józefa Czapskiego, który Jeleńskiemu starała się związek z Fini wyperswadować. Gorąco polecam książkę Doroty Hartwich dla każdego zainteresowanego sztuką XX wieku, a także dla wszystkich, których ciekawi postać i barwne życie niepokornej malarki. Warto też przeczytać ją dla licznych polskich akcentów.
Recenzję dedykuję J.B. :)

wtorek, 23 kwietnia 2019

153. „Walden - Diaries, Notes & Sketches” (1969)





















Swoim tytułem film Mekasa nawiązuje do pamiętnika „Walden” Henry Davida Thoreau. To niezwykły kolaż filmowy obrazujący życie w jego różnych aspektach. Niemal przez trzy godziny obraz drga, pulsuje, rusza się, migocze, zmienia światło; montaż jest więcej niż dynamiczny, średnia ujęcia jest na pewno poniżej dziesięciu sekund. Nie ulega wątpliwości, że jest to film awangardowy, który z pomocą swego zadziwiającego rytmu i montażu przykuwa wzrok, magnetyzuje i oszałamia. Efekt jest olśniewający. Z na pozór chaotycznych sekwencji powstają ciekawe sceny rodzajowe, wesele, zabawa na huśtawce, wizyty u przyjaciół, zima w rezerwacie bobrów, cyrk, uliczna demonstracja. Mamy w filmie całą plejadę znanych ludzi. Jest rozmowa z Dreyerem i wizyta na wsi u Hansa Richtera, pioniera niemieckiej awangardy filmowej lat 20-tych. Przy stoliku kawiarnianym pojawia się Alen Ginsberg, Norman Mailer, NIco, Andy Warhol, gra Velvet Underground z Lou Reedem i Johnem Calem w składzie, w końcu Mekas kręci sekwencje w hotelu, w którym John Lennon i Yoko Ono organizują swoją akcję na rzecz pokoju Bed-In. Ciekawa jest także ścieżka dźwiękowa, złożona z odgłosów adekwatnych do pokazywanych sekwencji, ale są one zastępowane od czasu do czasu komentarzem spoza kadru, a także muzyką, na którą składają się na przemian awangardowe kompozycje Johna Cale'a oraz fortepianowa muzyka Chopina. Ten film jest jednym wspaniałym niepowtarzalnym przeżyciem, które silnie działa na zmysły. Jeden z oryginalniejszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałem. Można rzec, że to jest poezja filmowa, co stanowi najwyższy stopień pochwały.

czwartek, 20 grudnia 2018

Robert Walser „Mikrogramy”







































Pisał je tuż pod koniec świadomego życia. Pisał je ołówkiem. Zapisywał, gdzie tylko mógł, na kartkach kalendarza, na listach, pocztówkach, rachunkach, marginesach gazet. Pismo było wysokości 2 mm, a zapis miał formę Kurrentschriftu, niemieckiego gotyckiego odręcznego pisma. Początkowo nie było wiadomo, co pismo to zawiera, dopiero lwia praca trzech germanistów doprowadziła do rozszyfrowania zapisków Walsera. Kiedy ukazały się drukiem, ich objętość wyniosła 4000 stron. Są to na ogół błahe historyjki pozbawione jakiejś szczególnej fabuły. Często pełne humoru, groteski, często także niepozbawione surrealizmu. U Walsera zresztą fabuła może nie istnieć, już sam jego styl, sposób pisania, rozumowania, kierunek myśli są zdumiewające i po prostu wyborne. Pisarz posługuje się językiem nie tyle, czy lepiej powiedzieć nie tylko w sposób mistrzowski, ile w żonglerski, czy nawet prestidigitatorski. Czytanie Walsera to uczta dla koneserów literatury, którzy wyzbyli się już przesądów o konieczności fabuły (takie przesądy już 100 lat temu w kinie obalili surrealiści, Dali, Bunuel, Man Ray i inni), gdyż fabuła jest zaledwie jednym z elementów prozy. Nie są „Mikrogramy” (polskie wydanie jest mikro w porównaniu z oryginałem, liczy sobie bowiem razem z posłowiem zaledwie 144 strony) pozycją do czytania jednym ciągiem; najlepiej dawkować sobie poszczególne teksty i smakować je. Nawet we współczesnej literaturze, która przekroczyła już wiele granic i obaliła sporo dawnych zabobonów odnoście formy i treści, te miniatury Walsera stoją na pozycji awangardy, jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało, skoro mowa o tekstach mających 80-90 lat, no ale czyż można do nich porównać cokolwiek, co napisano w ostatnich dekadach? Polecam, Walsera zawsze polecam, ale do „Mikrogramme” podchodzić trzeba z wyczuciem, proza to bowiem daleka od typowości, niezwykle oryginalna, a nawet trudna do porównania.

niedziela, 18 czerwca 2017

Alfred Kubin "Po tamtej stronie"



     Alfred Kubin nigdy nie był pisarzem, chociaż napisał jedną jedyna książkę w swoim bardzo długim życiu. Był rysownikiem, grafikiem, malarzem, ale nie pisarzem. "Po tamtej stronie" Kubin napisał w szczególnym okresie swojego życia, po śmierci ojca i w trakcie choroby żony. Opuściły go wtedy siły twórcze i chociaż aż kipiał od pomysłów, nie potrafił je przenieść do swoich rysunków. Postanowił więc napisać powieść. Był rok 1909. Książkę napisał w 12 tygodni po czym już uwolniony od niemocy, zilustrował ją własnymi rysunkami. Jak już wspomniałem jest to jedyna książka napisana przez Alfreda Kubina, jest to też jedyna książka w swoim rodzaju, bo przed nim takiej książki nie napisał nikt..
     Całą fabułę w ogólnym zarysie opisać można w kilku słowach, byłoby to jednak spore uproszczenie, gdybyśmy skupili się wyłącznie na wydarzeniach. Jest to przecież w równym stopniu książka o Państwie Snu, jak też książka o kolorach. Kubin opisuje Państwo Snu w wielu barwach, są to jednak barwy ciemne, mroczne, barwy budzące strach i obawy, barwy wręcz monochromatyczne wraz z wieloma odcieniami, takie, jakie stosował w swoich pracach sam autor. Opowieść o przeprowadzce do Państwa Snów stworzonego przez Klausa Paterę gdzieś w Azji na granicy z Rosją to pozornie linearnie snuta narracja, która urasta do wielkiej metafory, wielkiej przepowiedni i wielkiego nierealistycznego snu.
     Patera wzbogaciwszy się w Chinach postanowił stworzyć swe własne państwo, państwo szczęścia, państwo do którego dotrzeć mogą tylko starannie wyselekcjonowani obywatele. Narrator, nie wymieniony w powieści z nazwiska, był kolegą szkolnym Patery, po czym na wiele lat stracił z nim kontakt. Teraz przybywa do niego wysłannik Patery z zaproszeniem do Państwa Snów. Narrator zgadza się zamieszkać w kraju Patery i wraz z żoną wyrusza do nowej ojczyzny. Otoczone gigantycznym murem Państwo Snu okazuje się czymś przeciwnym do raju, ale nie ma niestety z niego ucieczki, nie istnieje droga odwrotu. Początkowo warunki są znośne, lecz z upływem czasu pogarszają się. Na zdrowiu upada także żona narratora, a kiedy umiera, ten traci sens życia i równocześnie otwierają się mu oczy na otaczającą go rzeczywistość.
     Państwo Snu przypomina stary zbutwiały świat, w którym nosi się ubrania sprzed kilkudziesięciu lat, domy są na wpół zrujnowane i dzieją się dziwne rzeczy. W państwie nie ma jednolitej waluty, pieniądze mają zmienną wartość, a czasem nie płacąc za usługę można otrzymać jeszcze "resztę". Fryzjer-filozof posiada za pomocnika małpę, która wykonuje wszelkie czynności związane z goleniem. Nad Państwem Snu nie widać nieba, ani gwiazd, ani słońca, ani księżyca. Świat jest szary, ponury i przypomina świat takich późniejszych pisarzy, jak Franz Kafka czy Bruno Schulz. Wszyscy mieszkańcy kraju stworzonego przez Klausa Patere ulegają tak zwanemu Wielkiemu Czarowi Zegarowemu. Powyższe przykłady opisują doskonale dziwność tego państwa.
     Alegorycznie można odebrać "Po tamtej stronie" jako pierwszy opis zniewolenia społeczeństwa, na długo przed Huxleyem i Orwellem. Kubin podobnie jak Kafka intuicyjnie przeczuł i opisał przyszłość. Twórczość Kubina jest zresztą uważana za prekursorską względem ekspresjonizmu i surrealizmu. Można też powiedzieć, że w scenach końcowych książki (tych zatytułowanych "Piekło"), autor niczym Goya w swoich rysunkach przedstawia okrucieństwa i koszmary, które odbierać można jako przeczucie zbliżającej się I Wojny Światowej. Państwo Patery wraz z osłabieniem sił jego twórcy, który ogromną siłą woli kontrolował jego rzeczywistość, zaczyna popadać w chaos. Jeżeli życie w Państwie Snu na początku książki można nazwać dziwnym, to pod koniec zamienia się w jeden gigantyczny koszmar, co zresztą było do przewidzenia. Rozpad świata powoduje rozpad wartości oraz upadek obyczajów. Kubin wpisuje to oczywiście w fabułę, potęgując tym samym jej ponury wydźwięk.
     W książce zawartych jest mnóstwo fantasmagorycznych opisów, przypominających senne marzenie. Do końca nie wiadomo, czy wydarzenia opisane w powieści są marzeniem sennym, koszmarną rzeczywistością, czy też przeplataniem się jednego z drugim. Ogromna wyobraźnia autora sprawia, że "Po drugiej stronie" czyta się tak, jak gdyby oglądało się cykl grafik, przedstawiających niesamowite zdarzenia i niezwykłe stwory (Kubin nie przypadkowo ilustrował osiem tomów zbiorowego wydania pism Edgara Allana Poe), świat niczym z surrealistycznych obrazów, budzący niepokój, przerażenie, koszmary, lęk, zgrozę.
     Niezwykłość książki Alfreda Kubina polega na jej wielowymiarowości. Nie każda książka jest napisana niczym obraz. Nie każda powieść potrafiła przeczuć nadchodzące czasy, wojnę, biurokrację, przemoc. Nie każdy autor pisząc powieść kładł podstawy pod nowe kierunki w sztuce i chociaż Kubin robił to przede wszystkim w swoich rysunkach, to jednak niepokojąca ich atmosfera, bliźniacza do późniejszego nadrealizmu, znajduje się także w jego powieści; ekspresjonistyczny krzyk przerażenia w surrealistycznym świecie przypominającym koszmar. Współczesny czytelnik bez trudu rozpozna opisany przez Kubina świat - może dzięki temu właśnie, że opisany jest w sposób metaforyczny, czyli uniwersalnie, ale też dzięki temu, że takie rzeczy zawarte w "Po tamtej stronie" jak groteska, absurd, koszmar, strach, dezintegracja i wiele innych to są wciąż elementy, z którymi nie potrafiliśmy się uporać, które bez trudu wyłowić można z całokształtu naszej współczesności, które nie zniknęły z niej do tej pory.
     Wciąż żyjemy w niepewności. Nasza rzeczywistość jest w miarę okiełzanym chaosem, ale chaos posiada cechę uśpionego wulkanu: w każdej chwili może się obudzić. Wielu wielkich pisarzy opisało nasz świat i rządzące nim siły: niepewność, absurd, przypadek, biurokrację, nieład, przemoc, autokrację, kłamstwo. Obok Orwella, Kafki, Sołżenicyna, Huxleya i wielu, wielu innych postawić można także śmiało Kubina, mimo ze napisał tylko jedna książkę. Tyle tylko, że Kubin swoją książkę napisał najwcześniej, stał się tym samym prekursorem i profetycznym wizjonerem. Nie można o tym zapomnieć, czytając "Po tamtej stronie". I dlatego też warto dziś czytać Kubina, nie tylko ze względu na jego niepokojącą, fantastyczną, niezwykłą, senną wizję świata.

czwartek, 8 września 2016

Stefan Themerson "Generał Piesc i inne opowiadania"

Są takie książki, na które podświadomie się czeka i wierzy, że w końcu się na nie natrafi. Oto taka książka dla mnie! Themerson pisze językiem pozornie prostym i zrozumiałym, co sanowi ogromną zaletę zważywszy, że jego opowiadania pełne są rozważań na temat życia, świata, przyrody, ludzi, demokracji, lingwistyki, polityki i sztuki. Jego spojrzenie jest głęboko analityczne i sceptyczne. nie ufa w to, co oczywiste.
1 + 1 = 2, ale jedna kropla wody plus jedna kropla wody nie dają już tego samego wyniku. Themerson opiera się na prawach natury, na fizyce i matematyce. większość opowiadań pełna jest inteligentnego humoru, bystrych obserwacji i aforystycznych zdań. Na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z autorem myślącym i oryginalnym. Themerson, jako ojciec polskiego kina surrealistycznego w przedwojennej Polsce, opowiadania swe okrasza także na surrealizmie. Nie można go posądzić o nadużywanie ironii, jednak potrafi bardzo biegle łączyć ze sobą fakty bądź zestawiać je, kontrastować. Głównym zadaniem opowiadań Themersona jest opisywanie rzeczy nie takimi, jak się je widzi, ale takimi, jakie są. Już pierwsze opowiadanie, w którym opisany jest wieczór poezji semantycznej mówi o tym wymownie. Książkę ilustrowała Franciszka Themerson, żona autora; jej rysunki przywodzą na myśl Jeana Cocteau.

sobota, 14 maja 2016

130. "Dezerter" [1933]

"Дезертир", reż. Wsiewołod Pudowkin [ZSRR, 1933]. Mówi się, że to ostatni film radzieckiej szkoły filmowej, później był już socrealizm. Moim zdaniem już w tym filmie jest pół na pół. Obok zapierających dech w piersiach sekwencji, migotliwych bardziej od współczesnych teledysków, i ciekawych kątów patrzenia kamery mamy nudny jak flaki z olejem fragment akademii z okazji wykonania 350% normy i zakończenia pracy w 30 zamiast 36 założonych dni, w dodatku z ogromnym posągiem Lenina z wyciągnięta ręką w tle. Fabuła jest prosta: w hamburskim doku strajkują robotnicy, gnębią ich przemysłowcy i policja. Wybucha strajk generalny.  Tytułowy bohater nie bierze w nim udziału, stoi z boku. Jako fachowiec zostaje zaproszony do fabryki w ZSRR, gdzie dokonuje wyżej wymienionych czynów na polu pracy, ale niespodziewanie dowiaduje się, że jego przyjaciel, przywódca strajkujących w Hamburgu zostaje zamordowany. Ta wiadomość zmienia go z "dezertera" w ochotnika; wraca do Niemiec i przyłącza się do strajku oraz walk ulicznych. Wizualność jest największym atutem tego filmu. W tamtych latach był na pewno awangardową agitką, ale dziś, gdy nie istnieje państwo ZSRR, ani nie ma już prawie wcale siły ustrój, który w tym utopijnym państwie propagowano, pozostaje napawać się praca kamery, dynamicznym montażem, ogromnymi zbliżeniami, migotliwością scen, zaś na polityczny aspekt przymrużyć oczy.