Nie wiem, co mam napisać o tej książce, ponieważ nie wyobrażam sobie, żeby ktoś jej nie znał. Tak, tak, przecież to absolutna klasyka literatury światowej, pełna humanizmu opowieść o wojnie przeciw faszyzmowi. Dotyczy ona wprawdzie wojny domowej w Hiszpanii, ale została napisana w 1940 roku i trudno nie poszerzyć jej kontekstu o wydarzenia, które miały w tym roku miejsce, a były kontynuacją wydarzeń rozpoczętych rok wcześniej. Amerykanin z USA Robert Jordan zostaje przerzucony na stronę faszystów z rozkazem wysadzenia mostu. Pomóc ma mu w tym lokalny oddział partyzantów. Każda postać jest nakreślona bardzo wyraziście, nie ma tu patosu lub ideologii, krew i kości stanowią ich budulec i trudno czytelnikowi nie przejąć się ich losem. Cztery dni, w ciągu których toczy się akcja, to głównie rozmowy, które obrazują sytuację, początek wojny, odczucia ludzi. Owe cztery dni to także cztery dni miłości na całe życie pomiędzy Marią i Robertem. Hemingway wbrew temu, co mówi się o jego stylu, potrafi wyczarować liryzm i magię sytuacji, czego przykładem jest ta wojenna miłość. Nie brakuje też momentów dramatycznych jak obrona wzgórza przez oddział Sorda, pełnych napięcia jak minowanie mostu opisane w sposób stricte filmowy, że aż czuje się dreszcz emocji, śledząc kolejne ruchy bohaterów z nadzieją, że im się powiedzie, nie brakuje też momentów drastycznych jak zdobywanie miasteczka w pierwszym okresie wojny i pozbywanie się w nim faszystów (tu Hemingway wykazał się sporą wiedzą na temat psychologii tłumu). Książka pokazuje też w skrótowy zawoalowany sposób zakończenie wojny, chociaż akcja toczy się w 1937 roku, poprzez losy bohaterów powieści. Przewija się pytanie, czy można zabijać człowieka i dlaczego człowiek staje się okrutny, posłuszny rozkazom. Postać generała Golza jest inspirowana generałem Świerczewskim, którego Hemingway poznał osobiście w Hiszpanii w trakcie wojny. Hemingway wprawdzie nie opisuje tak dokładnie sytuacji politycznej, jak robi to Orwell w swojej książce „W hołdzie Katalonii”, ale zaznacza ją wystarczająco wyraźnie. Najważniejszy w książce jest jednak los człowieka, a polityka służy jako siła destrukcyjne na ten los wpływająca. „Komu bije dzwon” to piękna historia, smutna historia i historia o odwadze, desperacji, poświęceniu, wierze w humanizm. Jeśli ktoś jeszcze nie przeczytał — w co mi trudno uwierzyć — to gorąco polecam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arcydzieła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arcydzieła. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 października 2020
Ernest Hemingway „Komu bije dzwon”
Nie wiem, co mam napisać o tej książce, ponieważ nie wyobrażam sobie, żeby ktoś jej nie znał. Tak, tak, przecież to absolutna klasyka literatury światowej, pełna humanizmu opowieść o wojnie przeciw faszyzmowi. Dotyczy ona wprawdzie wojny domowej w Hiszpanii, ale została napisana w 1940 roku i trudno nie poszerzyć jej kontekstu o wydarzenia, które miały w tym roku miejsce, a były kontynuacją wydarzeń rozpoczętych rok wcześniej. Amerykanin z USA Robert Jordan zostaje przerzucony na stronę faszystów z rozkazem wysadzenia mostu. Pomóc ma mu w tym lokalny oddział partyzantów. Każda postać jest nakreślona bardzo wyraziście, nie ma tu patosu lub ideologii, krew i kości stanowią ich budulec i trudno czytelnikowi nie przejąć się ich losem. Cztery dni, w ciągu których toczy się akcja, to głównie rozmowy, które obrazują sytuację, początek wojny, odczucia ludzi. Owe cztery dni to także cztery dni miłości na całe życie pomiędzy Marią i Robertem. Hemingway wbrew temu, co mówi się o jego stylu, potrafi wyczarować liryzm i magię sytuacji, czego przykładem jest ta wojenna miłość. Nie brakuje też momentów dramatycznych jak obrona wzgórza przez oddział Sorda, pełnych napięcia jak minowanie mostu opisane w sposób stricte filmowy, że aż czuje się dreszcz emocji, śledząc kolejne ruchy bohaterów z nadzieją, że im się powiedzie, nie brakuje też momentów drastycznych jak zdobywanie miasteczka w pierwszym okresie wojny i pozbywanie się w nim faszystów (tu Hemingway wykazał się sporą wiedzą na temat psychologii tłumu). Książka pokazuje też w skrótowy zawoalowany sposób zakończenie wojny, chociaż akcja toczy się w 1937 roku, poprzez losy bohaterów powieści. Przewija się pytanie, czy można zabijać człowieka i dlaczego człowiek staje się okrutny, posłuszny rozkazom. Postać generała Golza jest inspirowana generałem Świerczewskim, którego Hemingway poznał osobiście w Hiszpanii w trakcie wojny. Hemingway wprawdzie nie opisuje tak dokładnie sytuacji politycznej, jak robi to Orwell w swojej książce „W hołdzie Katalonii”, ale zaznacza ją wystarczająco wyraźnie. Najważniejszy w książce jest jednak los człowieka, a polityka służy jako siła destrukcyjne na ten los wpływająca. „Komu bije dzwon” to piękna historia, smutna historia i historia o odwadze, desperacji, poświęceniu, wierze w humanizm. Jeśli ktoś jeszcze nie przeczytał — w co mi trudno uwierzyć — to gorąco polecam.
niedziela, 4 października 2020
Vladimir Nabokov „Pnin”
![]() |
Niepozorna, niezbyt długa, z wyglądającą na konwencjonalną fabułą książka Nabokova, napisana zaraz po głośnej „Lolicie”, to historia tytułowego profesora Timofieja Pnina, wykładowcy na fikcyjnym prowincjonalnym amerykańskim uniwersytecie Waindell, niemłodego już, łysego jak kolano, nieforemnie zbudowanego, a jednak sympatycznego człowieka, który — jak każdy z nas — nosi w sobie bagaż życia, kilka walizek przeszłości. Ów bagaż, a dokładnie przeszłość, którą symbolizuje, jest ukrytą konstrukcją powieści. To ona wyłania się, jeśli dokładniej przyjrzeć się opisywanym przygodom Pnina. Powieść składa się z siedmiu rozdziałów, które opowiadają jakiś skrawek życia Pnina, każdy stanowi odrębną całość, a wszystkie łączą się w całość, która nie tyle co opowiada o Pninie, ile charakteryzuje go. Przy okazji Nabokov portretuje swą nową ojczyznę, uniwersyteckie środowisko, a z jej pośrednictwem charaktery przyjazne bądź nieprzyjazne wobec Pnina. Żywot Pnina w Waindell nie jest sielanką. Profesor w ciągu dziewięciu lat swej profesury kilka razy zmienia miejsce zamieszkania, głównie ze względu na nieprzyjazne hałasy za oknem, które nie pozwalają mu skupiać się na pracy naukowej. Rektor Hagen jest przychylny poczciwemu Pninowi, ale dziekan anglistyki Cockerell to największy parodysta Pnina. Pnin zresztą sam wystawia się na kpiny, ustawicznie przekręcając angielskie wyrazy. Życie Pnina tego podstawa fabularna książki, przeszłość to jej pierwsze dno. Drugim dnem jest podatność człowieka na ironiczne zdarzenia losowe. „Pnin” jest dosłownie obficie wypełniony takimi groteskowymi przeciwnościami losu, którym profesor Pnin musi stawiać czoła, przyjmowanymi najczęściej bez złości, z godnością, a nawet z rodzajem nieświadomej wyższości, co nie zmienia faktu, że Pnin jedzie w niewłaściwym pociągu, a to pociąga za sobą realne w skutkach konsekwencje. Drugie i trzecie dno mają ze sobą wiele stycznych punktów. Narrator książki, dawny kolega Pnina, czemu ten zaprzecza (ze względu na jego wszechmocną wiedzę na temat Pnina, szczególnie na temat zdarzeń mających miejsce w czasie wyprzedzającym jego przyjazd do Waindell, to moim zdaniem alter ego samego Nabokova), na początku ostatniego rozdziału opisuje początki swej znajomości z Pninem; otóż do oka wpada mu pył węglowy i zostaje zawieziony do okulisty, którym jest ojciec Pnina. Ta, mają się spotkać, lub nie, w zależności od tego, kto co pamięta lub pamiętać chce. I tu następuje fragment, który jest kluczem do „Pnina”: „Co to była za błogosławiona ulga, gdy delikatny doktor małym instrumentem przypominającym pałeczkę do bębna elfa wyjął z mojego oka drażniący czarny atom! Ciekawe, gdzie ów pyłek jest teraz? Prozaiczna, szalona prawda każe bowiem wierzyć, że on musi gdzieś istnieć” (V. Nabokov „Pnin”, Warszawa 1987, przełożyła Anna Kołyszko). Tak, gdzieś muszą być te uwierające człowieka pyłki węglowe przeszłości, te drobne zdarzenia, wszystkie chwile, tak samo, jak pyłek wyjęty z oka.
środa, 12 lutego 2020
Robert Walser "Dziwne miasto"
Tak jak łuski jeziora mienią się w promieniach słońca, tak samo mieni się wieloma odcieniami, barwami, kontekstami proza Roberta Walsera. Jest to proza niezwykle oryginalna. Daremnie szukać w niej zwyczajnej fabuły. Prędzej porównać ją można do impresji, do pejzaży i portretów. Walser potrafi w niezwykły sposób przechodzić od sensu do sensu, od znaczenia po nitce potoczystych, bogatych w przymiotniki zdań do znaczenia. Nie da się tej prozy czytać jednym ciągiem, należy ją dawkować, smakować, delektować się zachodzącymi w niej zmianami, woltyżerką słów, pięknem i poetycznością, obok pospolitości i zwyczajności ludzkich spraw i dążeń. Raz jest baśniowa, magiczna, surrealistyczna, innym razem życiowa, błaha, ale zawsze precyzyjna, trafna, esencjonalna. Zadziwia balansowanie na granicy psychologii i fantazji. Niezwykłość Walsera polega na jego bogactwie stylistyczno-gatunkowym, zmieniają się zabarwienia zarówno języka, jak i formy w obrębie krótkiego opowiadania, a raczej nie opowiadania, a krótkiej kompozycji prozą. Czytając te brylantowe miniatury, nie zawsze ważna jest w nich treść, ale droga, którą prowadzi budowa zdań i użytych w nich słów. To prawdziwa rozkosz czytając zestawiać je ze sobą. Czytanie ich przypomina wodzenie ręką po naszyjniku z pereł na nagim kobiecym torsie. Ech, ci outsiderzy literatury potrafili tworzyć takie niezwykłe cuda, trudne do zestawienia z czymś innym. Nie bez przyczyny Walser zachwycał Kafkę, Musila i Canettiego. Więcej superlatyw nie potrafię z siebie wydobyć w chwilę po zakończeniu lektury (piszę na gorąco), ponieważ zaparło mi dech w piersiach...
Osobne pochwały należą się tłumaczowi, pani Małgorzacie Łukasiewicz. Tłumaczenie jest doskonałe! Wprawdzie nie mam możliwości porównania z oryginałem, ale twierdzę tak na podstawie mojej intuicji, braku wyraźnych zgrzytów w trakcie lektury, zestawienia ze stylem Franza Kafki, który inspirował się Robertem Walserem, a jest w tłumaczeniu mocno wyczuwalny.
Osobne pochwały należą się tłumaczowi, pani Małgorzacie Łukasiewicz. Tłumaczenie jest doskonałe! Wprawdzie nie mam możliwości porównania z oryginałem, ale twierdzę tak na podstawie mojej intuicji, braku wyraźnych zgrzytów w trakcie lektury, zestawienia ze stylem Franza Kafki, który inspirował się Robertem Walserem, a jest w tłumaczeniu mocno wyczuwalny.
wtorek, 22 maja 2018
Robert Walser „Jakub von Gunten. Dziennik”
Bardzo niejednoznaczna, tajemnicza i dziwna książka. Niby opowieść o dojrzewaniu, o wchodzeniu w życie, ale czy to nie jest tylko pozór? Nic dziwnego, że Walser inspirował Kafkę; jednak czyż nie można odszukać w „Jakubie von Gunthen” większej liczby pisarzy zainspirowanych prozą Walsera? Kiedy pojawił się fragment dramatu wpleciony w prozę, pomyślałem, że to się stało na kilka-kilkanaście lat przed „Ulissesem” Joyce'a. Czyż rozpad świata w „Sklepach cynamonowych” Schulza nie przypomina degradacji Instytutu Benjamenty? Dziwne podróże, sny, zmiana scenerii przywołuje na myśl „Wilka stepowego” Hermanna Hesse. Fabuła prosta i surrealistyczna zarazem.
Do Instytutu Benjamenty, prowadzonego przez rodzeństwo, przybywa Jakub von Gunten, młody arystokrata. Instytut jest szkoła dla służących... Jakub pragnie w ten sposób odciąć się od wpływów rodziców, decydować w osobliwy sposób, bo poprzez wierną służbę, o własnym losie. Arystokrata służącym? Właśnie... Jakub nawiązuje osobliwe relacje ze swoimi nauczycielami oraz obserwuje swoich kolegów.Walser tworzy osobliwe ich portrety, uwypukla niezwykłe cechy charakterów, zwraca uwagę na usposobienie, nawet na budowę ciała. Książka Walsera ma jednocześnie posmak erotyzmu i rozkładu, co może być sprzecznością, ale równie dobrze oznaczać może zespolenie dwóch destrukcyjnych sił. Zespolenie bądź tarcie. Nic nie jest jasne, wiele jest domysłów. Walser świadomie kreuje świat owiany tajemniczością, złożony ze sprzeczności. Rzeczywisty świat przenika się u Walsera z nierzeczywistością wypełniona majaczeniami. Być może jest to tautologia, ale tautologia doskonale oddająca charakter książki Walsera.
Na 122 stronach znajduje się bardzo gęsty tekst. Niektóre zdania posiadają głębię równoznaczną z całymi akapitami u innych pisarzy. Wiele zdań ma charakter aforyzmów. Język precyzyjny, chirurgiczny, przebogaty. Walser z jego pomocą tworzy wręcz cuda, płynnie przechodząc z konkretnych opisów w liryzm, w oniryzm, w piętrowe znaczenia, w rozległe metafory, w przestrzenne konstrukcje o głębokim, szerokim oddechu, by za chwilę znów skupić się na małej, dusznej przestrzeni.
Zdumiewa trafność obserwacji Walsera oraz łatwość manipulacji spostrzeżeniami. Podziw budzi także umiejętność wydobycia nastroju z pomocą kilku trafnych uwag, połączenie ich w całość, płynność, z jaką autor tworzy bieg narracji. Owo mistrzostwo widoczne jest na przykład w tym fantastycznym fragmencie, w którym Jakub opisuje, w jaki sposób stracił dziesięć marek w „restauracji z damską obsługą". Jest to jeden z najbardziej zmysłowych fragmentów książki, chociaż o wydarzeniach opowiada przecież bardzo ogólnie i jest przeplatany konkretnymi myślami Jakuba, w których chłopiec wyraża świadomość tego, że jest naciągany.
Podczas lektury zastanawiałem się nad następującą kwestią: czy Walser miałby dziś szansę wydać swoją książkę? Czy to nie jest lektura zbyt gęsta, za bardzo wieloznaczna, trudna do ujęcia, wielopoziomowa. Interpretacja... czy jest możliwy prosty opis „Jakuba von Gunthen". Jest. Ale czy ten opis nie będzie aby tylko nędznym surogatem, który upraszcza do granic możliwości książkę Walsera? Będzie. Kończę więc mój surogat i zachęcam do wejścia w ten niezwykły świat wyobraźni Roberta Walsera, pisarza dziś zapomnianego, jak bardzo niesłusznie, jak ogromnie niesprawiedliwie...
Do Instytutu Benjamenty, prowadzonego przez rodzeństwo, przybywa Jakub von Gunten, młody arystokrata. Instytut jest szkoła dla służących... Jakub pragnie w ten sposób odciąć się od wpływów rodziców, decydować w osobliwy sposób, bo poprzez wierną służbę, o własnym losie. Arystokrata służącym? Właśnie... Jakub nawiązuje osobliwe relacje ze swoimi nauczycielami oraz obserwuje swoich kolegów.Walser tworzy osobliwe ich portrety, uwypukla niezwykłe cechy charakterów, zwraca uwagę na usposobienie, nawet na budowę ciała. Książka Walsera ma jednocześnie posmak erotyzmu i rozkładu, co może być sprzecznością, ale równie dobrze oznaczać może zespolenie dwóch destrukcyjnych sił. Zespolenie bądź tarcie. Nic nie jest jasne, wiele jest domysłów. Walser świadomie kreuje świat owiany tajemniczością, złożony ze sprzeczności. Rzeczywisty świat przenika się u Walsera z nierzeczywistością wypełniona majaczeniami. Być może jest to tautologia, ale tautologia doskonale oddająca charakter książki Walsera.
Na 122 stronach znajduje się bardzo gęsty tekst. Niektóre zdania posiadają głębię równoznaczną z całymi akapitami u innych pisarzy. Wiele zdań ma charakter aforyzmów. Język precyzyjny, chirurgiczny, przebogaty. Walser z jego pomocą tworzy wręcz cuda, płynnie przechodząc z konkretnych opisów w liryzm, w oniryzm, w piętrowe znaczenia, w rozległe metafory, w przestrzenne konstrukcje o głębokim, szerokim oddechu, by za chwilę znów skupić się na małej, dusznej przestrzeni.
Zdumiewa trafność obserwacji Walsera oraz łatwość manipulacji spostrzeżeniami. Podziw budzi także umiejętność wydobycia nastroju z pomocą kilku trafnych uwag, połączenie ich w całość, płynność, z jaką autor tworzy bieg narracji. Owo mistrzostwo widoczne jest na przykład w tym fantastycznym fragmencie, w którym Jakub opisuje, w jaki sposób stracił dziesięć marek w „restauracji z damską obsługą". Jest to jeden z najbardziej zmysłowych fragmentów książki, chociaż o wydarzeniach opowiada przecież bardzo ogólnie i jest przeplatany konkretnymi myślami Jakuba, w których chłopiec wyraża świadomość tego, że jest naciągany.
Podczas lektury zastanawiałem się nad następującą kwestią: czy Walser miałby dziś szansę wydać swoją książkę? Czy to nie jest lektura zbyt gęsta, za bardzo wieloznaczna, trudna do ujęcia, wielopoziomowa. Interpretacja... czy jest możliwy prosty opis „Jakuba von Gunthen". Jest. Ale czy ten opis nie będzie aby tylko nędznym surogatem, który upraszcza do granic możliwości książkę Walsera? Będzie. Kończę więc mój surogat i zachęcam do wejścia w ten niezwykły świat wyobraźni Roberta Walsera, pisarza dziś zapomnianego, jak bardzo niesłusznie, jak ogromnie niesprawiedliwie...
wtorek, 18 lipca 2017
Franz Kafka "Proces"
Książka przeczytana po raz setny i wciąż ten sam niepokojący odbiór, jako że najróżniejsze procesy wciąż trwają, większość ludzi niczego nie jest świadoma, rośnie kontrola instytucji nad człowiekiem, a ludzi bezbronnych i zagubionych przybywa. I niech nikogo nie zmylą tony rzeczy, którymi nas otoczono, uśmiechnięci i szczęśliwi ludzie w spotach reklamowych...Człowiek człowiekowi wilkiem, człowiek człowiekowi oprawcą, człowiek człowiekowi katem. Człowiek człowiekowi... a co dopiero bezduszna instytucja człowiekowi... Ponadczasowa metafora Kafki to labirynt, w którym ławo się zgubić, z którego trudno wyjść, którego nie można opuścić. Pozorne uwolnienie, pozorne wyjście z labiryntu. Oniryzm, metaforyczność, duszna atmosfera niepokoju tylko zwielokrotniają możliwość interpretacji. Pewne jest tylko to, że nie istnieje jedno jedyne wyjaśnienie. Znów labirynt, ponownie błądzenie, szukanie, zagubienie... Jeżeli chcielibyśmy odgadnąć prawdziwy zamysł autora - co więcej niż pewne jest nie do odgadnięcia - musielibyśmy zdecydować się wyłącznie na jedną interpretację, jednak wielkość tej powieści polega na tym, że można ja analizować na wiele różnych sposobów, a otrzymane rezultaty wcale się nie musza ze sobą kłócić. Każdy ma tu własne pole do popisu. Znając fakt zerwania zaręczyn Kafki z Felicią Bauer w 1914 roku, co uznaje się za impuls do rozpoczęcia pisania przez Kafkę "Procesu", dochodzi jeszcze jedna możliwość odczytania utworu, a mianowicie przez pryzmat życia osobistego. Rozgałęzienia labiryntu. Bez końca. Oprócz surrealistycznej fabuły uwagę zwraca język Kafki. czytać wielokrotnie złożone zdania Kafki, napisane precyzyjnie, z użyciem najstaranniej dobranych słów, biegać oczami przez spiętrzone poziomy ich konstrukcji - to najczystsza przyjemność dla miłośnika języka, jakiegokolwiek, bo każde zapisane słowo to magiczny znak, wydrukowane zaklęcie. Magia przeistaczania znaku w sens.
Ha, popadłem w taki ton, jak gdybym bił w dzwon... :) Ale w taki właśnie sposób przenika do duszy języka muzyka ;) I tym oto wesołym akcentem dywagacje uznaję za zamknięte :)poniedziałek, 29 maja 2017
"Leaves of Grass"
Śniło mi się przed chwilą. że na moim czytniku pojawiło się polskie tłumaczenie "Źdźbeł trawy" Walta Whitmana, a le po obudzeniu się nawet nie sprawdzałem, bo cuda się nie zdarzają i w Polsce nadal po tylu latach od pierwszego wydania (1855 rok) nie ma całego przekładu. książka dostępna jest jedynie w oryginale...
wtorek, 16 maja 2017
Stanisław Lem "Dzienniki gwiazdowe"
Jest to absolutne arcydzieło. Książka była pisana na przestrzeni niemal czterdziestu lat, od 1954 do 1993 roku, w którym Lem opisał ostatnią podróż Ijona Tichy'ego. Tichy to międzygwiezdny podróżnik odwiedzający planety we Wszechświecie. Spotyka na nich najprzeróżniejsze istoty o różnym stopniu rozwoju cywilizacyjnym, ale wszystkie obciążone są czysto ludzkimi wadami i przywarami. Pod płaszczykiem science-fiction Lem nieustannie przygląda się naszej cywilizacji i z niepokojem opisuje kierunki jej rozwoju. "Dzienniki gwiazdowe" pełne są aluzji do zimnej wojny, komunizmu, zachodniego konsumpcjonizmu, do bezmyślnego rozwoju techniki, przeludnienia. Doszukiwać się można zresztą najprzeróżniejszych aluzji. Zabawa jest przednia. Na jednej z planet Tichy styka się na przykład z wyszalniami, czyli z miejscami wyładowania złych emocji. Przygody Ijona Tichy'ego napisane są językiem niezwykle barwnym. Lem lubi bawić się słowem, jego znaczeniami, często je zmieniając. Uprawia też namiętnie słowotwórstwo. "Dzienniki" aż iskrzą się od nowych słów, w czym Lem przypomina Leśmiana. Lektura książki daje ogromną satysfakcję, bawi, w wielu momentach wywołuje kaskady śmiechu, jednocześnie dając sporo do myślenia. Można ją czytać na wielu poziomach i nigdy nie nuży, gdyż zawsze odkrywa się w niej coś nowego, co wcześniej umknęło uwadze czytelnika. Jest to książka z tych, do których zawsze się wraca. Pomysłowość Lema nie zna granic, podobnie jak jego fantazja. Już ogromną satysfakcję sprawia odszukiwanie nawiązań, a jest ich całą beczka. Od barona Münchhausena, przez Guliwera, Robinsona Crusoe, bajki Krasickiego, pamiętniki Paska, po współczesność. Czytając "Kongres futurologiczny" przestajemy się dziwić, że zawistny Philip K. Dick napisał na Lema donos do FBI, bo Lem pisarsko wyprzedził go o lata świetlne i to na jego własnym terenie. Ale nawet pominąwszy doszukiwania się nawiązań literackich, odnajdywanie w "Dziennikach gwiazdowych" dwuznaczności i aluzji do życia ludzi na planecie Ziemia ukrytych w świecie obcych, dziwnych cywilizacji daje czytelnikowi przednią zabawę. Dodawszy jeszcze niesamowitą porcję humoru, czytelnik nie może nie być zadowolony z lektury przygód Ijona Tichy'ego. Rzadko polecam książki, gdyż uważam, że każdy posiada swój gust, swoje upodobania, dlatego zazwyczaj ograniczam się do w miarę obiektywnego opisu lektury, w tym wypadku jednak nie mogę, po prostu nie mogę się powstrzymać i muszę, naprawdę muszę Wam tę książkę polecić. Tłumaczy mnie fakt, że czynię to z czystym sercem i że wielu z was będzie mi jeszcze za to wdzięcznymi ;)środa, 5 kwietnia 2017
Vladimir Nabokov "Pnin"
Groteskowość egzystencji bywa okrutna. Bywa? Należałoby raczej napisać, że jest, ponieważ trudno raczej w tym wypadku o wyjątki. Dla postronnego obserwatora wydawać się może śmieszna, może tez wzbudzić współczucie, co nie zmienia jednak faktu, że człowiek w szponach groteski podlega żywiołowi o bezwzględnym charakterze. Uświadomienie groteskowości własnego położenia nieodzownie wiązać się musi z odczuciem jej bolesności. Lepiej już żyć - o ile to możliwe - w nieświadomości, co jednak powiązane jest z czymś równie nieprzyjemnym jak ból, z naiwnością. Istnieje jeszcze kilka szkół: ignorowanie lub stawianie czoła, albo kompensacja. Można też najzwyczajniej w świecie oszukiwać siebie, że wszystko jest w porządku i że los jest w miarę przychylny, może nie za szczodry, ale nie okrutny. Błędne koło.
Profersor Timofiej Pnin jest emigrantem z Rosji wykładającym dla bardzo wąskiego grona studentów język rosyjski w podrzędnym uniwersytecie na prowincji w USA. Sam już fakt, ze Pnin przebył tak wielką drogę, aby uczyć studentów, którzy mylą Annę Kareninę z braćmi Karamazow, trąci groteską. Ale to nie wszystko. Nabokov w pierwszych rozdziałach opowieści o profesorze Pninie w bezlitosny sposób przedstawia szaleńcze działanie groteskowych sił na swoim bohaterze. Pnin żyje na swoim uniwersytecie, niczym na wyspie otoczonej morzem; ma na niej wszystko, co mu potrzeba (przede wszystkim bibliotekę), jednak jego położenie może zmienić się w każdej chwili. Przeciw Pninowi buntują się zarówno okoliczności jak i ludzie, że nie wspomnę o tak zwanej złośliwości rzeczy martwych. Bohater Nabokova z racji, że jest obcym w obcym kraju (nie opanował nawet za dobrze języka angielskiego), jest wykorzeniony i słabo zahaczony. Lekki powiew złego losu może go obalić. Ale Pnin nie jest tego świadomy; zdaje się być żaglem na wietrze lub dryfującą na oceanie łódką.
Nabokov opisuje los emigranta, ukazując jego niepewną pozycję oraz wyobcowanie. Są to bez wątpienia fragmenty o podłożu autobiograficznym. Dlatego być może amerykańskie środowisko akademickie zostało opisane satyrycznie, z zacięciem; podobne w tonie przedstawienie sytuacji można odszukać u Gogola i Czechowa. Na pewno autor zwraca uwagę na różnice kulturowe pomiędzy Wschodem a Zachodem. Książka jest w pewnym sensie portretem Ameryki lat 50-tych ubiegłego wieku. Można ją także traktować jako próbę zapisu ówczesnej świadomości (chociaż Zimna Wojna nie jest jakoś szczególnie wzmiankowana przez Nabokova), powiedzmy, że chodzi o stan umysłów, poziom wiedzy, ambicje kulturalne -to wszystko naznaczone jest mniej lub bardziej groteską. Tematem książki jest także owa opisywana we wstępie groteskowość dotycząca nie zjawisk ogólnych, ale bezpośrednio piętnująca ludzkie życie, to jedyne, wyjątkowe życie każdego odrębnego człowieka.
Rola przypadku, niefortunnego zbiegu okoliczności, życie jako igraszka szyderczych sił, które czasem upodobają sobie kogoś bardziej od innych, na tym w głównej mierze skupia się autor "Pnina". Mistrzostwo Nabokova polega jednak nie na dręczeniu bohatera kolejnymi niepowodzeniami. Mistrzostwo to wyraża się w reakcji czytelnika, który w miarę pojawiania się kolejnych przeciwności, przestaje się śmiać i zaczyna współczuć Pninowi. Pnin jest bohaterem, którego można polubić, trochę zdziwaczały i często bezradny, jednak na ogół budzący coś mieszającego sympatię z politowanie. Nie rzecz jednak we współczuciu Pninowi, gdy zmaga się z piętrzącymi się problemami niczym Don Kichot z wiatrakami. istotą jest samo współczucie, albo - ujmując to nieco inaczej - ważne jest zrozumienie, co dzieje się z człowiekiem, kiedy staje się igraszką i nie może w pełni decydować o swoim losie Kiedy przychodzi zrozumienie, uśmiech musi zniknąć z twarzy, ponieważ nie ma niczego do śmiechu w byciu groteskowym. Nabokovowi chodzi więc o nasz stosunek do problemu groteski, o zmianę sposobu myślenia o niej: nie pojmowanie groteski jako coś zabawnego, ale przyjęcie do świadomości, że jest przerażająca i niebezpieczna. Już chociażby z takiego prostego powodu, że pozbawia człowieka godności. Człowiek zaś odarty z godności zostaje upokorzony, staje się słaby i uległy.
W swej krótkiej, acz treściwej książce, Nabokov stawia wiele pytań. Czy człowiek może uniknąć swego losu? Czy można przewidzieć wydarzenia? Czy mamy na nie wpływ i czy jesteśmy świadomi ich konsekwencji? Wszak jeden nasz wybór, decyduje o dalszym rozwoju wydarzeń, posiada decydujący wpływ na przyszłość. Czy zdolni jesteśmy wziąć się za barki z Losem? Niejednoznaczna odpowiedź pada w zakończeniu książki. Każdy może dopowiedzieć sam sobie, czy możliwy jest happy end, czy w walce z większymi od na siłami mamy szansę, aby się nie poddać?
Na koniec warto jeszcze napisać o intelektualnej warstwie książki. Mam wrażenie, że Nabokov był jednym z pionierów new age'u. Dotyk postmodernizmu jest nad wyraz namacalny; liczne odniesienia kulturowe, mniej lub bardziej jawne aluzje do książek i filmów wypełniają po brzegi - pisząc obrazowo - niewielkich rozmiarów "Pnina". Nabokov eksperymentuje także z narracją, ale to okazuje się dopiero w finale opowieści. Jeśli komuś nie wystarcza sama idea groteskowości jako siły nmiszczącej, w książce Nabokova odnaleźć może niezmierzone bogactwo aluzji kulturowych, do których rozwiązania i dopasowania do adekwatnych tytułów, pozycji, kompozycji czy obrazów nie wystarczy sama lektura tej książki. To tyle (albo aż tyle).
Profersor Timofiej Pnin jest emigrantem z Rosji wykładającym dla bardzo wąskiego grona studentów język rosyjski w podrzędnym uniwersytecie na prowincji w USA. Sam już fakt, ze Pnin przebył tak wielką drogę, aby uczyć studentów, którzy mylą Annę Kareninę z braćmi Karamazow, trąci groteską. Ale to nie wszystko. Nabokov w pierwszych rozdziałach opowieści o profesorze Pninie w bezlitosny sposób przedstawia szaleńcze działanie groteskowych sił na swoim bohaterze. Pnin żyje na swoim uniwersytecie, niczym na wyspie otoczonej morzem; ma na niej wszystko, co mu potrzeba (przede wszystkim bibliotekę), jednak jego położenie może zmienić się w każdej chwili. Przeciw Pninowi buntują się zarówno okoliczności jak i ludzie, że nie wspomnę o tak zwanej złośliwości rzeczy martwych. Bohater Nabokova z racji, że jest obcym w obcym kraju (nie opanował nawet za dobrze języka angielskiego), jest wykorzeniony i słabo zahaczony. Lekki powiew złego losu może go obalić. Ale Pnin nie jest tego świadomy; zdaje się być żaglem na wietrze lub dryfującą na oceanie łódką.
Nabokov opisuje los emigranta, ukazując jego niepewną pozycję oraz wyobcowanie. Są to bez wątpienia fragmenty o podłożu autobiograficznym. Dlatego być może amerykańskie środowisko akademickie zostało opisane satyrycznie, z zacięciem; podobne w tonie przedstawienie sytuacji można odszukać u Gogola i Czechowa. Na pewno autor zwraca uwagę na różnice kulturowe pomiędzy Wschodem a Zachodem. Książka jest w pewnym sensie portretem Ameryki lat 50-tych ubiegłego wieku. Można ją także traktować jako próbę zapisu ówczesnej świadomości (chociaż Zimna Wojna nie jest jakoś szczególnie wzmiankowana przez Nabokova), powiedzmy, że chodzi o stan umysłów, poziom wiedzy, ambicje kulturalne -to wszystko naznaczone jest mniej lub bardziej groteską. Tematem książki jest także owa opisywana we wstępie groteskowość dotycząca nie zjawisk ogólnych, ale bezpośrednio piętnująca ludzkie życie, to jedyne, wyjątkowe życie każdego odrębnego człowieka.
Rola przypadku, niefortunnego zbiegu okoliczności, życie jako igraszka szyderczych sił, które czasem upodobają sobie kogoś bardziej od innych, na tym w głównej mierze skupia się autor "Pnina". Mistrzostwo Nabokova polega jednak nie na dręczeniu bohatera kolejnymi niepowodzeniami. Mistrzostwo to wyraża się w reakcji czytelnika, który w miarę pojawiania się kolejnych przeciwności, przestaje się śmiać i zaczyna współczuć Pninowi. Pnin jest bohaterem, którego można polubić, trochę zdziwaczały i często bezradny, jednak na ogół budzący coś mieszającego sympatię z politowanie. Nie rzecz jednak we współczuciu Pninowi, gdy zmaga się z piętrzącymi się problemami niczym Don Kichot z wiatrakami. istotą jest samo współczucie, albo - ujmując to nieco inaczej - ważne jest zrozumienie, co dzieje się z człowiekiem, kiedy staje się igraszką i nie może w pełni decydować o swoim losie Kiedy przychodzi zrozumienie, uśmiech musi zniknąć z twarzy, ponieważ nie ma niczego do śmiechu w byciu groteskowym. Nabokovowi chodzi więc o nasz stosunek do problemu groteski, o zmianę sposobu myślenia o niej: nie pojmowanie groteski jako coś zabawnego, ale przyjęcie do świadomości, że jest przerażająca i niebezpieczna. Już chociażby z takiego prostego powodu, że pozbawia człowieka godności. Człowiek zaś odarty z godności zostaje upokorzony, staje się słaby i uległy.
W swej krótkiej, acz treściwej książce, Nabokov stawia wiele pytań. Czy człowiek może uniknąć swego losu? Czy można przewidzieć wydarzenia? Czy mamy na nie wpływ i czy jesteśmy świadomi ich konsekwencji? Wszak jeden nasz wybór, decyduje o dalszym rozwoju wydarzeń, posiada decydujący wpływ na przyszłość. Czy zdolni jesteśmy wziąć się za barki z Losem? Niejednoznaczna odpowiedź pada w zakończeniu książki. Każdy może dopowiedzieć sam sobie, czy możliwy jest happy end, czy w walce z większymi od na siłami mamy szansę, aby się nie poddać?
Na koniec warto jeszcze napisać o intelektualnej warstwie książki. Mam wrażenie, że Nabokov był jednym z pionierów new age'u. Dotyk postmodernizmu jest nad wyraz namacalny; liczne odniesienia kulturowe, mniej lub bardziej jawne aluzje do książek i filmów wypełniają po brzegi - pisząc obrazowo - niewielkich rozmiarów "Pnina". Nabokov eksperymentuje także z narracją, ale to okazuje się dopiero w finale opowieści. Jeśli komuś nie wystarcza sama idea groteskowości jako siły nmiszczącej, w książce Nabokova odnaleźć może niezmierzone bogactwo aluzji kulturowych, do których rozwiązania i dopasowania do adekwatnych tytułów, pozycji, kompozycji czy obrazów nie wystarczy sama lektura tej książki. To tyle (albo aż tyle).
,
środa, 29 marca 2017
Tomasz Mann "Czarodziejska góra"
O "Czarodziejskiej górze", szczytowym obok "Doktora Faustusa" dziele Tomasza Manna napisano już wszystko, że metafora, że obraz Europy przed wybuchem I Wojny Światowej, że ścieranie się idei, że otępienie, marazm, beztroskie życie pozbawione poczucia zagrożenia toczące się tuż nad krawędzią przepaści. Cokolwiek więc napiszę o tej książce, będzie to wyłącznie powieleniem, powtórzeniem tego co od lat jest już znane, przeanalizowane, przedyskutowane, opisane. Zdaję sobie równocześnie sprawę z tego, że książka Manna, tak zresztą dzieje się obecnie z większością klasyki, jest pomijana przez współczesnego Czytelnika. Celowo używam tak ogólnego określenia ze względu na wyjątki od reguły; wierzę, bowiem, że istnieją podobni do mnie miłośnicy tej książki, którzy od czasu do czasu powracają do opisanego w niej przedwojennego świata lasek, meloników i pojedynków. na pewno też są i tacy, którzy wbrew wszystkiemu (patynie czasu, zakwalifikowania książki do klasyki) mają zamiar przeczytać "Czarodziejską górę". Pozbywam się więc kompleksów i zaczynam swa opowieść nie dbając o to, jak bardzo będzie wtórna, skupiam się raczej na zachęceniu do sięgnięcia po nią.
W powieści jednym z głównych motywów jest upływ czasu oraz jego nieuchronność. Doczytać trzeba do zakończenia drugiego tomu, żeby dowiedzieć się, kiedy akcja powieści ma swój początek. Młody człowiek o nazwisku Hans Castorp wybiera się do sanatorium Berghof położonego w szwajcarskich Alpach (Davos) z zamiarem odwiedzenia leczącego się na płuca kuzyna Joachima. Jego zamiarem jest towarzyszyć kuzynowi przez trzy tygodnie, by po ich upływie powrócić do Hamburga i rozpocząć pracę inżyniera w stoczni. Gruźlica zdiagnozowana u Hansa Castropa uniemożliwia mu powrót do domu, zostaje więc w Berghofie i zaczyna kurację, która z biegiem czasu oddala go od wszelkich zajmujących go dotąd spraw. Jego sytuacja wraz z położeniem innych kuracjuszy przypomina zamknięcie pod szklanym kloszem, wyizolowanie. czas płynie odmiennym rytmem, powtarzają się zajęcia, zabiegi, posiłki, czas wolny, wykłady. Ta część powieści jest doskonałym opisem obyczajowości pierwszego dziesięciolecia XX wieku. Przy siedmiu stolikach w sali jadalnej zasiadają mieszkańcy sanatorium z całej Europy, różnią ich także pozycje społeczne i zawody, jednak wspólną cechą wszystkich jest bezradność wobec sytuacji, zgoda na swój los permanentnego pacjenta, usiłowanie w najróżniejsze - niezbyt wyszukane - sposoby zabijania czasu oraz wspomniana już izolacja. Eskapizm w najczystszej postaci.
Castorp jest młodzieńcem w stadium rozwoju wewnętrznego. Krystalizacja jego poglądów nie tylko nie dobiegła końca, ale jest w stanie raczkującym. Jego opieką duchową zajmuje się, korzystając z okazji, przebywający na kuracji włoski humanista Lodovico Settembrini, dostrzegając w młodzieńcu żyzne pole pod uprawę. Castorp i Settembrini wiodą długie dyskusje pobudzane naiwnymi stwierdzeniami Castorpa. Jest to pierwsze zetknięcie się młodzieńca z najszczytniejsza myślą Zachodniej cywilizacji. Filozof prawi o wewnętrznej wolności, o idei wyzwolenia narodów, przedstawia wzniosłą wizję braterstwa wszystkich krajów, mówi o ludziach (masonerii) pracujących nad pojednaniem ludów. Głównym dziełem ma być wielotomowa encyklopedia ujm,ujmująca cierpienie w kontekście kultury cywilizacji Zachodu. dzieło to ma pomóc w usunięciu cierpienia z ludzkiej egzystencji. Settembrini pracuje nad jednym z tomów encyklopedii. Postawa Castorpa nie jest tak jednoznaczna, jakiej życzyłby sobie włoski filozof. Castorp wprawdzie chłonie słowa Setetmbriniego, nie do końca jednak wszystko rozumie i nie ze wszystkim się zgadza. Sytuacja ta przypomina tę bardziej ogólną, w której większość społeczeństwa z obojętnością bądź wybiórczo przyjmowała myśl humanistyczną, zajęta swymi partykularnymi sprawami, krzątaniną na placach targowych, tanecznym pasowaniem w salonach i miłością, opium i morfiną dla ich serc. Hans Castorp także zajęty był swoimi sprawami. To kolejna cegła w murze, dzięki któremu powiększała się izolacja od świata rzeczywistego.
Cechą życia w Berghofie był brak obowiązków. Za miesięczną opłatę kuracjusze jedli, bawili się, palili cygara, flirtowali, potajemnie wymykali się na zabronione karty, nie mieli jednak zbytnich trosk. Oprócz tych, które sami sobie zaserwowali. Królowała inercja, niechęć do działania. Przywieziony przez Castorpa podręcznik "Ocean Steamships" F.E. Chadwicka (1891) pokrywał powoli kurz. Castorp starał się brać udział w życiu towarzyskim sanatorium, spacerował z Joachimem i Settembrinim, odbywał wycieczki, zaopatrywał się w ciepłe koce do leżakowania, słowem nic bardziej banalnego (no, może oprócz dysput z Włochem). Nie był pozbawiony śmiałości i zgodnie z obowiązującą etykietą zapoznawał innych kuracjuszy bądź pytał o nich swoich sąsiadów przy jadalnym stole. Nie był w stanie jednak w żaden sposób podejść i przedstawić się młodej Rosjance, Kławdii Chauchat. Platoniczna miłość Hansa do Kławdii przewija się przez lwią część pierwszego tomu powieści. Metaforycznie można uznać ten wątek jako ukazanie niezdolności do miłości w stojącej krok przed wojną Europie, miłości potraktowanej jako opozycję do nienawiści, której gejzery podskórnie kotłowały się już, sposobiąc się do wielkiego wybuchu. Sam Castorp, jako jednostka niezdolna do zrealizowania swych pragnień. stanowi kolejny przykład inercji charakteryzującej wiele niezdecydowanych i niepewnych tego kim są jednostek, które składają się potem na ogół, przenosząc do niego swego cechy indywidualne. Castorp nie był osamotniony w swym skrywaniu uczuć; jego kuzyn Joachim także pałał podobnym uczuciem do Rosjanki Marusii. Miłość Hansa przysłania inne miłostki mające miejsce w sanatorium, Mann wspomina jednakże o jej przeróżnych odmianach.
Innym lejtmotywem "Czarodziejskiej góry" jest śmierć. Przerażająca jest obojętność na nią. Wprawdzie lekarze starają się wywozić ciała zmarłych pacjentów w czasie posiłków, aby żaden z kuracjuszy nie poczuł dyskomfortu w zetknięciu ze zmarłym, jednak przeraźliwość tkwiła zupełnie gdzieś indziej, a mianowicie w obojętności pacjentów wobec znikania ich towarzyszy przy stole. Przedstawiając ambiwalentne podejście do śmierci, Mann kreśli kolejny fragment szkicu na temat stanu zamrożenia i apatii poprzedzającej kataklizm. Podobnie ma się rzec ze stosunkiem do choroby. Pan Albin zwykł wymachiwać przy stole swoim rewolwerem, budząc tym popłoch wśród pań, oświadczając wszem i wobec swą decyzję o samobójstwie, kiedy choroba jego osiągnie stadium uniemożliwiające powrót do zdrowia. Pan Albin jest doskonałym przykładem stosunku zarówno do śmierci, jak też i do choroby, ze nie wspomnę o tym, czy było on zdolny do spełnienia swej zuchwałej obietnicy. Hans Castorp dostrzegał w cierpieniu i w chorobie jakąś niezrozumiałą dla Settembriniego szlachetność, niepojęty patos. Niezdolny do działania w sferze miłości, okazał się o dziwo aktywny w sferze śmierci. Postanowił bowiem obdarzać anonimowo kwiatami umierających, będących już w finalnym stadium, zamkniętych w swoich pokojach odizolowanych od zdrowszych pacjentów w celu poprawienia ich nastroju. Postępowanie Hansa wywodziło się ze szlachetności jego serca, czyli z czystych altruistycznych powodów, ale także z owego pojmowania śmierci jako czegoś wzniosłego.
Kiedy Settembrini stwierdził, że kuracja w Berghofie nie da więcej żadnych rezultatów, nie mogąc w swoim stanie powrócić do Włoch, zamieszkał w Davos u krawca damskiego. Do tego samego domu wprowadził się jezuita Naphta. Posiada on odmienne poglądy od Setetmbriniego, jest - ujmując to w metaforę - sługą ciemnych mocy, równie rozumny co włoski filozof, stoi wobec niego w opozycji. jest piewcą silnej reki, przeciwnikiem demokracji, radykałem opowiadającym się za wojną. Naphta i Settembrini rozpoczynają walkę o dusze Hansa Castorpa, mamiąc młodzieńca swymi zawsze logicznie uzasadnionymi, jednak mocno przeciwstawnymi poglądami. Chaos i zamęt. Kuszenie. Rozwidlenie dróg. Dwie postawy, jedna wywodząca się z humanistycznej wiary w człowieka, druga będąca odzwierciedleniem ciemnej średniowiecznej bezwzględności i wiernopoddaństwa symbolicznie walczą o duszę Hansa, podobnie jak ścierają się ze sobą w całej Europie. Chaos i zamęt, że powtórzę, bo cóż innego może wyniknąć z walczących ze sobą idei?
Mimo ogromnego ładunku filozoficznego zawartego w "Czarodziejskiej górze" oraz metaforycznego charakteru powieści, można ją także odczytać, jako opis pewnej choroby i relacja z pobytu w sanatorium. Można i tak, chociaż odszukiwanie znaczeń, znajdowanie postawionych znaków i tworzenie na ich podstawie syntezy jest na pewno pełniejsze i bardziej zajmujące. Warstwa fabularna jest jednak bardzo wciągająca, napisana w interesujący sposób i nie może być mowy o nudzie. Sama objętość powieści zawiera w sobie dużo więcej niż tych kilka zasadniczych poruszonych w niej problemów izolacji, alienacji, niezdolności do działania i miłości, Mann stworzył na tyle interesującego bohatera i osadził go w tak zróżnicowanym, mimo jego hermetyzmu, świecie, ze każda kolejna lektura odsłania przed czytelnikiem nowe perspektywy, niezauważone wcześniej szczegóły, zwraca uwagę na postaci, stawia ich w odmiennym świetle. Doświadczyłem tego niedawno osobiście, sięgając po "Czarodziejską górę", po długiej przerwie od ostatniego razu, kiedy czytałem tę książkę. Na pewno jeszcze do niej powrócę, bo wiem, ze jeszcze nie odkryłem jej wszystkich tajemnic, że ona nie otworzyła się przede mną do końca.
W powieści jednym z głównych motywów jest upływ czasu oraz jego nieuchronność. Doczytać trzeba do zakończenia drugiego tomu, żeby dowiedzieć się, kiedy akcja powieści ma swój początek. Młody człowiek o nazwisku Hans Castorp wybiera się do sanatorium Berghof położonego w szwajcarskich Alpach (Davos) z zamiarem odwiedzenia leczącego się na płuca kuzyna Joachima. Jego zamiarem jest towarzyszyć kuzynowi przez trzy tygodnie, by po ich upływie powrócić do Hamburga i rozpocząć pracę inżyniera w stoczni. Gruźlica zdiagnozowana u Hansa Castropa uniemożliwia mu powrót do domu, zostaje więc w Berghofie i zaczyna kurację, która z biegiem czasu oddala go od wszelkich zajmujących go dotąd spraw. Jego sytuacja wraz z położeniem innych kuracjuszy przypomina zamknięcie pod szklanym kloszem, wyizolowanie. czas płynie odmiennym rytmem, powtarzają się zajęcia, zabiegi, posiłki, czas wolny, wykłady. Ta część powieści jest doskonałym opisem obyczajowości pierwszego dziesięciolecia XX wieku. Przy siedmiu stolikach w sali jadalnej zasiadają mieszkańcy sanatorium z całej Europy, różnią ich także pozycje społeczne i zawody, jednak wspólną cechą wszystkich jest bezradność wobec sytuacji, zgoda na swój los permanentnego pacjenta, usiłowanie w najróżniejsze - niezbyt wyszukane - sposoby zabijania czasu oraz wspomniana już izolacja. Eskapizm w najczystszej postaci.
Castorp jest młodzieńcem w stadium rozwoju wewnętrznego. Krystalizacja jego poglądów nie tylko nie dobiegła końca, ale jest w stanie raczkującym. Jego opieką duchową zajmuje się, korzystając z okazji, przebywający na kuracji włoski humanista Lodovico Settembrini, dostrzegając w młodzieńcu żyzne pole pod uprawę. Castorp i Settembrini wiodą długie dyskusje pobudzane naiwnymi stwierdzeniami Castorpa. Jest to pierwsze zetknięcie się młodzieńca z najszczytniejsza myślą Zachodniej cywilizacji. Filozof prawi o wewnętrznej wolności, o idei wyzwolenia narodów, przedstawia wzniosłą wizję braterstwa wszystkich krajów, mówi o ludziach (masonerii) pracujących nad pojednaniem ludów. Głównym dziełem ma być wielotomowa encyklopedia ujm,ujmująca cierpienie w kontekście kultury cywilizacji Zachodu. dzieło to ma pomóc w usunięciu cierpienia z ludzkiej egzystencji. Settembrini pracuje nad jednym z tomów encyklopedii. Postawa Castorpa nie jest tak jednoznaczna, jakiej życzyłby sobie włoski filozof. Castorp wprawdzie chłonie słowa Setetmbriniego, nie do końca jednak wszystko rozumie i nie ze wszystkim się zgadza. Sytuacja ta przypomina tę bardziej ogólną, w której większość społeczeństwa z obojętnością bądź wybiórczo przyjmowała myśl humanistyczną, zajęta swymi partykularnymi sprawami, krzątaniną na placach targowych, tanecznym pasowaniem w salonach i miłością, opium i morfiną dla ich serc. Hans Castorp także zajęty był swoimi sprawami. To kolejna cegła w murze, dzięki któremu powiększała się izolacja od świata rzeczywistego.
Cechą życia w Berghofie był brak obowiązków. Za miesięczną opłatę kuracjusze jedli, bawili się, palili cygara, flirtowali, potajemnie wymykali się na zabronione karty, nie mieli jednak zbytnich trosk. Oprócz tych, które sami sobie zaserwowali. Królowała inercja, niechęć do działania. Przywieziony przez Castorpa podręcznik "Ocean Steamships" F.E. Chadwicka (1891) pokrywał powoli kurz. Castorp starał się brać udział w życiu towarzyskim sanatorium, spacerował z Joachimem i Settembrinim, odbywał wycieczki, zaopatrywał się w ciepłe koce do leżakowania, słowem nic bardziej banalnego (no, może oprócz dysput z Włochem). Nie był pozbawiony śmiałości i zgodnie z obowiązującą etykietą zapoznawał innych kuracjuszy bądź pytał o nich swoich sąsiadów przy jadalnym stole. Nie był w stanie jednak w żaden sposób podejść i przedstawić się młodej Rosjance, Kławdii Chauchat. Platoniczna miłość Hansa do Kławdii przewija się przez lwią część pierwszego tomu powieści. Metaforycznie można uznać ten wątek jako ukazanie niezdolności do miłości w stojącej krok przed wojną Europie, miłości potraktowanej jako opozycję do nienawiści, której gejzery podskórnie kotłowały się już, sposobiąc się do wielkiego wybuchu. Sam Castorp, jako jednostka niezdolna do zrealizowania swych pragnień. stanowi kolejny przykład inercji charakteryzującej wiele niezdecydowanych i niepewnych tego kim są jednostek, które składają się potem na ogół, przenosząc do niego swego cechy indywidualne. Castorp nie był osamotniony w swym skrywaniu uczuć; jego kuzyn Joachim także pałał podobnym uczuciem do Rosjanki Marusii. Miłość Hansa przysłania inne miłostki mające miejsce w sanatorium, Mann wspomina jednakże o jej przeróżnych odmianach.
Innym lejtmotywem "Czarodziejskiej góry" jest śmierć. Przerażająca jest obojętność na nią. Wprawdzie lekarze starają się wywozić ciała zmarłych pacjentów w czasie posiłków, aby żaden z kuracjuszy nie poczuł dyskomfortu w zetknięciu ze zmarłym, jednak przeraźliwość tkwiła zupełnie gdzieś indziej, a mianowicie w obojętności pacjentów wobec znikania ich towarzyszy przy stole. Przedstawiając ambiwalentne podejście do śmierci, Mann kreśli kolejny fragment szkicu na temat stanu zamrożenia i apatii poprzedzającej kataklizm. Podobnie ma się rzec ze stosunkiem do choroby. Pan Albin zwykł wymachiwać przy stole swoim rewolwerem, budząc tym popłoch wśród pań, oświadczając wszem i wobec swą decyzję o samobójstwie, kiedy choroba jego osiągnie stadium uniemożliwiające powrót do zdrowia. Pan Albin jest doskonałym przykładem stosunku zarówno do śmierci, jak też i do choroby, ze nie wspomnę o tym, czy było on zdolny do spełnienia swej zuchwałej obietnicy. Hans Castorp dostrzegał w cierpieniu i w chorobie jakąś niezrozumiałą dla Settembriniego szlachetność, niepojęty patos. Niezdolny do działania w sferze miłości, okazał się o dziwo aktywny w sferze śmierci. Postanowił bowiem obdarzać anonimowo kwiatami umierających, będących już w finalnym stadium, zamkniętych w swoich pokojach odizolowanych od zdrowszych pacjentów w celu poprawienia ich nastroju. Postępowanie Hansa wywodziło się ze szlachetności jego serca, czyli z czystych altruistycznych powodów, ale także z owego pojmowania śmierci jako czegoś wzniosłego.
Kiedy Settembrini stwierdził, że kuracja w Berghofie nie da więcej żadnych rezultatów, nie mogąc w swoim stanie powrócić do Włoch, zamieszkał w Davos u krawca damskiego. Do tego samego domu wprowadził się jezuita Naphta. Posiada on odmienne poglądy od Setetmbriniego, jest - ujmując to w metaforę - sługą ciemnych mocy, równie rozumny co włoski filozof, stoi wobec niego w opozycji. jest piewcą silnej reki, przeciwnikiem demokracji, radykałem opowiadającym się za wojną. Naphta i Settembrini rozpoczynają walkę o dusze Hansa Castorpa, mamiąc młodzieńca swymi zawsze logicznie uzasadnionymi, jednak mocno przeciwstawnymi poglądami. Chaos i zamęt. Kuszenie. Rozwidlenie dróg. Dwie postawy, jedna wywodząca się z humanistycznej wiary w człowieka, druga będąca odzwierciedleniem ciemnej średniowiecznej bezwzględności i wiernopoddaństwa symbolicznie walczą o duszę Hansa, podobnie jak ścierają się ze sobą w całej Europie. Chaos i zamęt, że powtórzę, bo cóż innego może wyniknąć z walczących ze sobą idei?
Mimo ogromnego ładunku filozoficznego zawartego w "Czarodziejskiej górze" oraz metaforycznego charakteru powieści, można ją także odczytać, jako opis pewnej choroby i relacja z pobytu w sanatorium. Można i tak, chociaż odszukiwanie znaczeń, znajdowanie postawionych znaków i tworzenie na ich podstawie syntezy jest na pewno pełniejsze i bardziej zajmujące. Warstwa fabularna jest jednak bardzo wciągająca, napisana w interesujący sposób i nie może być mowy o nudzie. Sama objętość powieści zawiera w sobie dużo więcej niż tych kilka zasadniczych poruszonych w niej problemów izolacji, alienacji, niezdolności do działania i miłości, Mann stworzył na tyle interesującego bohatera i osadził go w tak zróżnicowanym, mimo jego hermetyzmu, świecie, ze każda kolejna lektura odsłania przed czytelnikiem nowe perspektywy, niezauważone wcześniej szczegóły, zwraca uwagę na postaci, stawia ich w odmiennym świetle. Doświadczyłem tego niedawno osobiście, sięgając po "Czarodziejską górę", po długiej przerwie od ostatniego razu, kiedy czytałem tę książkę. Na pewno jeszcze do niej powrócę, bo wiem, ze jeszcze nie odkryłem jej wszystkich tajemnic, że ona nie otworzyła się przede mną do końca.
poniedziałek, 14 marca 2016
126. "Kwiat granatu" [1968]
"Цвет граната", reż. Sergiej Paradżanow [ZSRR, 1968]. Film poetycki, wizualny, każdy kadr wystudiowany i wysmakowany, malarski. Niesamowita gra barwami, symboliką, dźwiękami. Zapiera dech w piersiach. Niezwykłe, niecodzienne, oryginalne kino; podobnego filmu pewnie już nikt nie nakręci. Film o miłości do słowa, do książek, do poezji. Życie ormiańskiego poety Sajat-Nowy jest dla Parażanowa zaledwie pretekstem do stworzenia feerycznej wizji. To jest właśnie czyste kino, idealnie zespojenie formy z treścią, dominacja obrazu, zamierzona i trafiona teatralność, cudowny poemat.poniedziałek, 29 lutego 2016
Hermann Hesse "Siddhartha"
Za każdym razem, kiedy czytam tę książkę, a wracam do niej co pewien czas, czuję się lepszym człowiekiem. Oczywiście nie żebym czuł się lepszy od kogoś, czuję się lepszym od samego siebie z chwili przed sięgnięciem po powieść Hessego. Coś musi zawierać proza autora "Wilka stepowego" skoro jej działanie jest tak głębokie i takie oczyszczające. Fabuła przedstawia życie Siddharthy, jego rozwój i w końcu schyłek. Dążeniem Siddharthy jest osiągnięcie doskonałości i szczytów duchowości. Charakterystyczną cechą jest jego radykalizm, gdyż po zgłębieniu odrzuca nawet najbardziej radykalne nurty jako niewystarczające i odciągające od sedna. Po drodze, jak to w życiu bywa, Siddhartha gubi swój cel (w tym książka podobna jest do innej powieści Hessego, do "Podróży na Wschód" mianowicie) i oddaje się egzystencji materialnej, cielesnej, prozaicznej, odległej od ideału, do którego zmierzał. Wszystko czym dawniej gardził, stało się jego udziałem. Życie...Książka ukazuje życie jako wędrówkę i labirynt, w którym można zabłądzić lub zboczyć z obranej drogi. Człowiek zatraca wyuczone umiejętności, ucząc się nowych, jedne zastępując drugimi. Życie przeobraża się, ulega metamorfozom. W końcu zapętla się, powraca w miejsce już wcześniej odwiedzone, o którym bohater nigdy nie myślał, że stanie się jego przeznaczeniem. Hesse chwali prostotę, doświadczenie, naukę, jednocześnie pokazuje wzlot i upadek, ale patrząc na to z innej perspektywy, wzlot może być upadkiem, a upadek wzlotem w zależności od tego gdzie się znajdujemy. Mądra i głęboka książka.
środa, 20 sierpnia 2014
sobota, 26 kwietnia 2014
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Subskrybuj:
Posty (Atom)






