Trzej zbiegowie z więzienia włamują się do przypadkowego domu, gdzie muszą poczekać na pieniądze, które ma im przywieźć dziewczyna jednego z nich, chcą też zmienić samochód. Rodzina zamieszkująca ten dom staje się ich zakładnikami. Sprawy się komplikują, a policja wpada na trop. Niestety z dobrego pomysłu zrobiono typowy amerykański film, który musi zakończyć się w jedynie słuszny sposób. To by jeszcze uszło, bo jest to w końcu słuszne, ale pod drodze jest sporo niedorzeczności i niezrozumiałego zachowania bohaterów, co w sumie psuje całość.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noir. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 marca 2021
środa, 29 listopada 2017
Po prostu Harry Hole
Bardzo lubię cykl z komisarzem Harrym Hole czyli z Harym "Samotna góra". To obok cyklu książek Raymonda Chandlera z Filipem Marlowe, jedyny kryminalny cykl, który przeczytałem w całości. Jo Nesbo zresztą według mnie inspirował się bohaterem Chandlera, tworząc postać Harry'ego Hole (czyta się podobno Hule). Ten cykl to historia człowieka uzależnionego, uwikłanego, posiadającego renomę, dzięki sukcesom w pracy, ale dalekiego od gwiazdorstwa,
Książki te bez ogródek szperają w mrokach ludzkiej natury i zdają się mówić, że siły mroku dominują nad siłami jasności. Zło czai się wszędzie, nawet w komisarzu Hole, który potrafi być bezwzględny, chociaż walczy z przestępcami, czyli stoi po stronie dobra. Nic więc nie jest czarne i białe, nic nie jest jasne i proste. Książki Jo Nesbo przypominają mi powieści... Dostojewskiego, w których jest wiele rozbudowanych wątków ubocznych, osnutych dokoła głównej opowieści; mają one za zadanie mylić czytelnika, ale też ubarwiają prozę Nesbo. Nie jest to prosty kryminał, w którym dokonano zbrodni, przybywa policjant i po śledztwie, krótszym czy dłuższym, przestępca zostaje złapany. U Nesbo jest więcej, są uboczne wydarzenia, które na pozór niewiele wnoszą, a potem okazują się bardzo istotne, albo stanowią osnowę kolejnej powieści cyklu. To przenikanie wątków jest piękne. Przypomina tkaninę stworzoną z połączenia i przenikania się wielu różnokolorowych nitek.tworzących skomplikowany wzór. W tym labiryncie można łatwo się zagubić, w każdym sensie tego słowa.
Zdaję sobie sprawę, że jest wielu czytelników, którym proza Jo Nesbo nie przypadłą do gustu, ale wiem, ze jest jeszcze więcej czytelników, którym do gustu nie przypadły książki Prousta, Musila albo Nabokova (nie myślę tu o "Lolicie"), co wcale nie umniejsza wartości ich dzieł. Z drugiej strony Nesbo ma wielu swoich wiernych zwolenników i nie musi martwić się, zenie jest czytany. Zresztą ja nie zauważyłem ogromnej przepaści pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami cyklu, pomiędzy nimi jest wielu, którzy czytają Jo Nesbo z większym bądź mniejszym entuzjazmem, podchodzą do niego bardziej lub mniej na zimno bądź gorąco. Ale to już o odbiorze.
Same książki są napisane kulturalnym językiem z dodatkiem pazurka, w wielu miejscach ożywiającego prozę. Na ogół Nesbo lubi rozwlekać i rozpisywać się, piętrzyć wątki, mieszać zdarzenia i osoby. W kryminale każdy zmylony trop jest solą książki. Nie można jednak odmówić, mimo tej pozornej powolności, dużej ilości wydarzeń. No i trup kładzie się gęsto. Miejscami książki Nesbo są dosyć brutalne. Pokazują w jak bezwzględnym świecie żyjemy. Warto tez wspomnieć o zamiłowaniu Nesbo do muzyki, co przekłada się na liczne wzmianki o płytach, wykonawcach i koncertach na kartach powieści.
Warto jeszcze wspomnieć o dwóch aspektach twórczości Nesbo. Pierwszym jest obraz rodziny, oraz wszystko co wiąże się z jej posiadaniem lub nie posiadaniem, w zależności od sytuacji, gdyż życie uczuciowe Hole jest dosyć burzliwe; wpływa na to zarówno charakter Hole'a jak tez i jego praca zawodowa, której nie potrafi odmawiać. Drugą rzeczą jest muzyczność tej prozy. Hole, jak wytrawny muzyk, którym zresztą przecież jest, potrafi w powieści stworzyć akordy o takiej sile wyrazu, ze aż dreszcze przechodzą. Przykładem jest to, jak Nesbo rozegrał śmierć Ellen Gjelten i jak później zareagował na nią Harry, To jeden z piękniejszych i smutniejszych fragmentów cyklu.
Na koniec dodam jeszcze, że Jo Nesbo poza cyklem o Harrym Hole napisał kilka innych świetnych kryminałów, z których moim faworytem jest przewrotny "Łowcy głów". Parafrazując tytuł piosenki Skaldów: kochajcie Harry'ego dziewczęta.
czwartek, 31 sierpnia 2017
Jo Nesbø "Pragnienie"
Brzmi to nieco dziwnie, ale tak trzeba napisać: wykładowca Harry Hole powraca. Nie komisarz, nie śledczy, nie policjant, ale wykładowca. Nie jest to oczywiście dla czytelników cyklu Jo Nesbø żadna nowość, tylko informacja, że Harry nadal stara się zajmować teorią, podczas gdy sytuacja nie pozwala mu na to, zmuszając go do zajęcia się praktyczna stroną kryminologii. Harry, którym targają wątpliwości, gdyż zajmowanie się tropieniem zabójców zawsze wpływa na jego życie prywatne, postanawia jednak pomóc norweskiej policji w rozwiązaniu kolejnej zagadki.Książki Jo Nesbø zawsze zajmują się problemami współczesności: narkotykami, nieumiejętnością okiełzania swoich pragnień, co prowadzi do zbrodni, bezwzględnym działaniem za wszelka cenę, karierowiczostwem, podziałem społeczeństwa na biednych i zamożnych, problemem mass mediów. W "Pragnieniu" mass media także odgrywają niebagatelną rolę. Czujnym okiem śledzą zmagania policji z przestępcą, informując o tym na bieżąco społeczeństwo. Obraz działania publikatorów jest u Nesbø nakreślony ciemnymi barwami. Media nie tylko zajmują się informowaniem, lecz swym działaniem niejednokrotnie przeszkadzają policji, publikując szczegóły śledztwa - zdobyte oczywiście drogą przekupstwa - które dla jego dobra nie powinny ujrzeć światła dziennego. Krytyka mediów nie pierwszy raz pojawia się w cyklu o Harrym Hole.
Stary dobry Hole prowadzi tym razem śledztwo w sprawie zabójstw młodych kobiet, które łączy Tinder, czyli miejsce w Internecie umożliwiające umawianie się na randki. Nesbø doskonale wykorzystuje modę na nowe technologie, by pokazać ich niebezpieczną stronę. Zagrożenie to stanowi równocześnie punkt wyjścia dla rozwoju akcji. Nie będę zdradzać, jak się rozwinie i którymi drogami podąży. Na pewno nie będzie nudnie i bezdyskusyjnie będzie zaskakująco. Po drodze kilka razy zmylicie tropy i swój sposób myślenia o poszczególnych bohaterach. "Pragnienie" jest dosyć skomplikowaną książką, małym labiryntem strachu, w którym łatwo się zagubić i jedno jest pewne: żadna nić Ariadny nie doprowadzi nas do wyjścia.
Na szczęście nad całością czuwa kompetentny człowiek, Harry Hole, który poświęci wszystko czym dysponuje, by rozwikłać zagadkę i schwytać zabójcę kobiet. Poświęci, wykorzysta, nie zawaha się. Nie mając zbyt wiele czasu do stracenia, gdyż zabójca działa szybko, Harry musi jak najrychlej zdemaskować go i unieszkodliwić. Każda godzina jest drogocenna.
Z ogromna przyjemnością, mimo że sprawy nie należą do najprzyjemniejszych, śledzić możemy po raz kolejny Herry'ego podczas śledztwa. Nesbø - to mogę zagwarantować - nie uczynił z swego bohatera osadzonego bezpiecznie w szkole policyjnej rezydenta. Nawiedzają go od dawna znane duchy przeszłości, kusi butelka, lgną do niego kobiety, zmaga się z Olegiem, walcząc o jego zaufanie, jednocześnie usiłując zachować własną niezależność i nie schodzić z obranej drogi, co można spokojnie nazwać rzeczami wzajemnie się wykluczającymi. Cóż, życie... Typowa dla Harry'ego ambiwalentna rzeczywistość.
Budzi trochę wątpliwości zawiłość zakończenia, ta zmienność sytuacji, jednak można to autorowi ostatecznie wybaczyć. Jesteśmy z mim już od dawna i na pewno po tylu świetnych książkach, które przeczytaliśmy, na wiele rzeczy skłonni jesteśmy przymknąć oko. W każdym razie ja jestem do tego zdolny.
Tych, którzy przeczytali dziesięć poprzednich tomów, nie ma nawet co zachęcać do lektury "Pragnienia"; oni i tak sięgną po tę książkę. Dylemat pojawia się wraz z nowym czytelnikiem. Czy warto zachęcać go do lektury jedenastego tomu, bez zapoznania się z dziesięcioma poprzednimi? Napiszę tak: "Pragnienie" trzeba poznać. Prędzej czy później. Macie dwie drogi. Albo zaczynacie od końca i sięgacie zachęceni po "Człowieka nietoperza", albo od razu po niego i sięgacie i wytrwale - inaczej się nie da - zmierzacie do "Pragnienia". Wybór należy do Was. Miłej lektury.
sobota, 8 kwietnia 2017
Raymond Chandler "Żegnaj, laleczko"
Philip Marlowe w swej drugiej odsłonie, gdyż jest to druga książka, w której Raymond Chandlera umieścił go jako bohatera. Książka z 1940 roku, napisana jeszcze przed przystąpieniem Stanów Zjednoczonych do wojny. W Los Angeles trwa jednak jawna wojna dobra ze złem, w której Marlowe zdecydował się wziąć udział, kiedy obrał zawód prywatnego detektywa. Marlowe jest samotnym myśliwym, tropicielem do wynajęcia za pieniądze, jednak posiada w sobie kodeks moralny i kiedy ktoś proponuje mu śledztwo, zaznacza, że weźmie je tylko w takim wypadku, gdy sprawa nie będzie niezgodna z prawem. Jego zawód jest traktowany pobłażliwie przez policjantów, którzy ironizują na jego temat, jakoby był człowiekiem od spraw rozwodowych. Marlowe jest impregnowany na tego typu opinie, to człowiek, który robi swoje i nie schodzi z raz obranej drogi. Można powiedzieć o nim wiele, ale nie to, że pozbawiony jest charakteru.
Jego działaniem często rządzi przypadek. W ten sposób zaczyna się jedna z najgłośniejszych książek Chandlera "Żegnaj, laleczko". Marlowe wybiera się do dzielnicy LA w celu odszukania zaginionego fryzjera, ale potężny mężczyzna zaciąga go siłą do baru i tam detektyw staje się mimowolnym świadkiem awantury, która kończy się zabójstwem. Policja w trakcie przesłuchania radzi mu, aby trzymał się od sprawy z daleka, to jednak nie leży w naturze Marlowe'a. No i człowiek, który powiedział o sobie, że "kłopoty to moja specjalność", pakuje się w sam ich środek. Dalszy rozwój wypadków jest do przeczytania w książce Chandlera i nie ma sensu go opisywać. Warto jednak zwrócić na kilka rzeczy z drugiej warstwy powieści.
Pierwsza z nich, to wszechobecność zła. W książkach Chandlera trudno o spotkanie z naprawdę prawym człowiekiem. Każdy bohater ma na sumieniu coś przeskrobanego. Płotki interesują Marlowe'a przede wszystkim w kategorii przydatności do prowadzonej aktualnie sprawy. Najczęściej z pomocą kilku dolarów bohater otrzymuje poszukiwane informacje. Nie spotkał jeszcze nieprzekupnego człowieka. Spotyka za to ludzi uzależnionych od władzy pieniądza, zniewolonych przez alkohol bądź narkotyki. Większość bohaterów nosi ze sobą pistolet, co świadczy nie tylko o ich niezgodnej z prawem działalności, ale przede wszystkim mówi o środowisku, w którym działają, o jego zawsze niebezpiecznym charakterze. Czytając książki Chandlera - już o tym pisałem w poprzedniej recenzji - ma się wrażenie otoczenia przez wszechobecny mrok. Nie sposób odszukać nawet mglistego światełka w tunelu. Na kartach tych książek panuje poczucie beznadziei i niewiary w człowieka, który u Chandlera jest skorumpowany, bezwzględny, przebiegły, egoistyczny i zdolny do najgorszego. Czasem motywem działania bywa miłość, jednak zawsze okazuje się, że czai się za nią zdrada, morderstwo, pragnienie zysku. Wobec tej wszechobecności zła, nie można mieć zastrzeżeń do łatwości, z jaka Marlowe pakuje się w kolejne kłopoty, bo wydaje się, że nie ma strony, w która obróciwszy się, nie czaiła się jakaś nieodkryta jeszcze mroczna tajemnica.
Druga z nich, jest natury społecznej, dla której wydawałoby się nie ma miejsca w czarnym kryminale. Chandler lubi jednak urozmaicać swoje książki o przeróżne aspekty. W "Żegnaj, laleczko"podjęty jest problem rasizmu. W lokalu, w którym Marlowe znalazł się zaciągnięty przez myszkę Malloya zostaje zabity Murzyn. W dalszej części powieści Chandler robi liczne aluzje do stosunku społeczeństwa i opinii publicznej wobec takich zdarzeń. Marlowe'a przeglądającego następnego dnia gazetę wcale nie dziwi, że nie ma w niej ani słowa o zabójstwie Murzyna. Podczas przesłuchania poznaje także stosunek policji, która nie będzie przykładała się do odszukania winnego śmierci Murzyna uznając, że jest to zbyt trudne zadanie w tak ogromnym mieście jakim jest Los Angeles w stosunku do błahości zdarzenia. Chandler w książce próbuje przeciwstawić się tego typu postawie, dając tym samym wyraz swej niezgody na rasizm i związaną z nim nierówność.
Trzecia z nich to życiowa postawa, jaką Marlow przyjmuje wobec rzeczywistości. Pozbawiony jest jakichkolwiek złudzeń, w jakim świecie żyje. Jest już na tyle doświadczony przez sprawy, które prowadził i nie daje się zwieść na jakiekolwiek pozory. Musi się jakoś bronić. najprostszym sposobem jest jego upodobanie do alkoholu i tytoniu. jest uzależniony od whisky, pali papierosa za papierosem, ale lubi tez zwolnic i zapalić fajkę, a jak wiadomo fajka, to celebracja, nabijanie, leniwe pykanie, czas poza czasem. Inną odskocznią Marlowe'a od rzeczywistości sa szachy. wieczorami nad szklaneczka lubuje się w analizowaniu rozgrywek. Jak na detektywa jest tez człowiekiem inteligentnym i oczytanym. Jednego z policjantów nazywa Hemingwayem, ale ulubionym pisarzem Marlowe'a jest Szekspir. "Żegnaj. laleczko, jak chyba żadna inna książka Chandlera naszpikowana jest aluzjami do twórczości poety ze Stradfordu nad Avonem. No i w końcu chyba najbardziej charakterystyczną cecha Marlowe'a w jego stosunku do rzeczywistości jest cięta ironia, sarkazm i cynizm. W obronie własnego poczucia godności i w celu nie zatracenia się w mrokach przestępczego świata, Marlowe dystansuje się używając tych cech w swoich wypowiedziach; w omawianej książce jest tego chyba najwięcej z wszystkich powieści, którymi bohaterem jest Philipe Marlowe. Oprócz wyżej wzmiankowanej funkcji odgrodzenia się od zła tego świata, wypowiedzi Marlowe;'a niezwykle ubarwiają książki Chandlera; czeka się na nie z niezwykłą niecierpliwością.
Przed przystąpieniem do napisania niniejszej recenzji miałem poważne obawy, o czym pisać,żeby nie powtórzyć się z poprzednimi recenzjami książek Chandlera, które w końcu na upartego można uznać za podobne do siebie. Ja wole jednak mówić o nich, że są niezwykle spójne. Okazało się, że się rozpisałem,. Jednak czytając każdą kolejną książkę Raymonda Chandlera, odkrywa się w niej jakiś aspekt nieobecny w innych jego książkach. Zawsze warto poszukiwać, zawsze opłaca się poszukiwać. Nawet wśród wydawałoby się tego, co oczywiste. Miłej lektury.
Jego działaniem często rządzi przypadek. W ten sposób zaczyna się jedna z najgłośniejszych książek Chandlera "Żegnaj, laleczko". Marlowe wybiera się do dzielnicy LA w celu odszukania zaginionego fryzjera, ale potężny mężczyzna zaciąga go siłą do baru i tam detektyw staje się mimowolnym świadkiem awantury, która kończy się zabójstwem. Policja w trakcie przesłuchania radzi mu, aby trzymał się od sprawy z daleka, to jednak nie leży w naturze Marlowe'a. No i człowiek, który powiedział o sobie, że "kłopoty to moja specjalność", pakuje się w sam ich środek. Dalszy rozwój wypadków jest do przeczytania w książce Chandlera i nie ma sensu go opisywać. Warto jednak zwrócić na kilka rzeczy z drugiej warstwy powieści.
Pierwsza z nich, to wszechobecność zła. W książkach Chandlera trudno o spotkanie z naprawdę prawym człowiekiem. Każdy bohater ma na sumieniu coś przeskrobanego. Płotki interesują Marlowe'a przede wszystkim w kategorii przydatności do prowadzonej aktualnie sprawy. Najczęściej z pomocą kilku dolarów bohater otrzymuje poszukiwane informacje. Nie spotkał jeszcze nieprzekupnego człowieka. Spotyka za to ludzi uzależnionych od władzy pieniądza, zniewolonych przez alkohol bądź narkotyki. Większość bohaterów nosi ze sobą pistolet, co świadczy nie tylko o ich niezgodnej z prawem działalności, ale przede wszystkim mówi o środowisku, w którym działają, o jego zawsze niebezpiecznym charakterze. Czytając książki Chandlera - już o tym pisałem w poprzedniej recenzji - ma się wrażenie otoczenia przez wszechobecny mrok. Nie sposób odszukać nawet mglistego światełka w tunelu. Na kartach tych książek panuje poczucie beznadziei i niewiary w człowieka, który u Chandlera jest skorumpowany, bezwzględny, przebiegły, egoistyczny i zdolny do najgorszego. Czasem motywem działania bywa miłość, jednak zawsze okazuje się, że czai się za nią zdrada, morderstwo, pragnienie zysku. Wobec tej wszechobecności zła, nie można mieć zastrzeżeń do łatwości, z jaka Marlowe pakuje się w kolejne kłopoty, bo wydaje się, że nie ma strony, w która obróciwszy się, nie czaiła się jakaś nieodkryta jeszcze mroczna tajemnica.
Druga z nich, jest natury społecznej, dla której wydawałoby się nie ma miejsca w czarnym kryminale. Chandler lubi jednak urozmaicać swoje książki o przeróżne aspekty. W "Żegnaj, laleczko"podjęty jest problem rasizmu. W lokalu, w którym Marlowe znalazł się zaciągnięty przez myszkę Malloya zostaje zabity Murzyn. W dalszej części powieści Chandler robi liczne aluzje do stosunku społeczeństwa i opinii publicznej wobec takich zdarzeń. Marlowe'a przeglądającego następnego dnia gazetę wcale nie dziwi, że nie ma w niej ani słowa o zabójstwie Murzyna. Podczas przesłuchania poznaje także stosunek policji, która nie będzie przykładała się do odszukania winnego śmierci Murzyna uznając, że jest to zbyt trudne zadanie w tak ogromnym mieście jakim jest Los Angeles w stosunku do błahości zdarzenia. Chandler w książce próbuje przeciwstawić się tego typu postawie, dając tym samym wyraz swej niezgody na rasizm i związaną z nim nierówność.
Trzecia z nich to życiowa postawa, jaką Marlow przyjmuje wobec rzeczywistości. Pozbawiony jest jakichkolwiek złudzeń, w jakim świecie żyje. Jest już na tyle doświadczony przez sprawy, które prowadził i nie daje się zwieść na jakiekolwiek pozory. Musi się jakoś bronić. najprostszym sposobem jest jego upodobanie do alkoholu i tytoniu. jest uzależniony od whisky, pali papierosa za papierosem, ale lubi tez zwolnic i zapalić fajkę, a jak wiadomo fajka, to celebracja, nabijanie, leniwe pykanie, czas poza czasem. Inną odskocznią Marlowe'a od rzeczywistości sa szachy. wieczorami nad szklaneczka lubuje się w analizowaniu rozgrywek. Jak na detektywa jest tez człowiekiem inteligentnym i oczytanym. Jednego z policjantów nazywa Hemingwayem, ale ulubionym pisarzem Marlowe'a jest Szekspir. "Żegnaj. laleczko, jak chyba żadna inna książka Chandlera naszpikowana jest aluzjami do twórczości poety ze Stradfordu nad Avonem. No i w końcu chyba najbardziej charakterystyczną cecha Marlowe'a w jego stosunku do rzeczywistości jest cięta ironia, sarkazm i cynizm. W obronie własnego poczucia godności i w celu nie zatracenia się w mrokach przestępczego świata, Marlowe dystansuje się używając tych cech w swoich wypowiedziach; w omawianej książce jest tego chyba najwięcej z wszystkich powieści, którymi bohaterem jest Philipe Marlowe. Oprócz wyżej wzmiankowanej funkcji odgrodzenia się od zła tego świata, wypowiedzi Marlowe;'a niezwykle ubarwiają książki Chandlera; czeka się na nie z niezwykłą niecierpliwością.
Przed przystąpieniem do napisania niniejszej recenzji miałem poważne obawy, o czym pisać,żeby nie powtórzyć się z poprzednimi recenzjami książek Chandlera, które w końcu na upartego można uznać za podobne do siebie. Ja wole jednak mówić o nich, że są niezwykle spójne. Okazało się, że się rozpisałem,. Jednak czytając każdą kolejną książkę Raymonda Chandlera, odkrywa się w niej jakiś aspekt nieobecny w innych jego książkach. Zawsze warto poszukiwać, zawsze opłaca się poszukiwać. Nawet wśród wydawałoby się tego, co oczywiste. Miłej lektury.
sobota, 9 kwietnia 2016
128. "Śmiertelny pocałunek" [1955]
"Kiss Me Deadly", reż. Robert Aldrich [usa, 1955]
Łabędzi śpiew kina noir z intrygą zmierzającą do wyjaśnienia wiążącego się z aktualnymi wówczas obawami i histerią u co niektórych. Trup pada gęsto, akcja idzie ostro do przodu, ale Mark Hammer prześlizguje się przez wszystkie pułapki i poznaje przerażającą prawdę. Piękny, ale mocno pokręcony fragment filmu to piosenka "I'd Rather Have the Blues" Nat King Cole'a śpiewana przez Mady Comfort... głosem Kitty White; tym bardziej to dziwne, że Comfort jest podobnie jak White śpiewaczką jazzową.
Są w filmie wątpliwości, skąd na przykład wziął się w filmie przedmiot ogólnego pożądania, to nie jest wyjaśnione, ale nie jest to przecież aż atak istotne w porównaniu z faktem, co z tym przedmiotem można zrobić. Kiedy w finałowej scenie Friday otwiera walizkę brak jej w ogóle instynktu samozachowawczego, postępuje jak gdyby była zahipnotyzowana. Film jest miejscami brutalny, nie stroni od przemocy, bohater jest cyniczny, bezwzględny i nieco zdezorientowany, a raczej zaślepiony żądzą wyjaśnienia zawartości tajemniczej walizki (i to na długie lata przed 1994 rokiem! ;) ), dzięki czemu wzrośnie jego renoma jako prywatnego detektywa. W alternatywnym zakończeniu ponosi podobno porażkę, podobno dopiero wydanie DVD z 1997 roku przywróciło oryginalne zakończenie filmu.
sobota, 20 lutego 2016
125. "Dama z Szanghaju" [1947]
"The Lady From Shanghai", reż. Orson Welles [usa, 1947]. Kiedy marynarz poszukuje pracy, powinien wybrać się na nocny spacer po Central Parku, gdzie uratuje przed opryszkami piękną i młodą żonę bogatego adwokata, co sprawi, ze zostanie zaokrętowany na jacht w charakterze bosmana. Tak właśnie przedstawia się początek filmu. Michael O'Hara (Orson Welles) ratuje Elsę Bannnister (Rita Hayworth), zaś na drugi dzień mąż Elsy, Arthur (Everett Sloane), oferuje mu zaokrętowanie się na jachcie. W rejs wypływają następnego dnia; towarzyszy im wspólnik adwokata George Grisby (Glenn Anders). Rejs jest jedną wielką grą psychologiczną, emanuje zblazowaniem, splinem i iskrzy niesnaskami. Michael stoi z boku i nie daje się, mimo wielu prób, wciągnąć w tę grę, chociaż... między nim i Elsą jest wyczuwalny magnetyzm. W Acapulco Grisby proponuje O"Harze 5 tysięcy dolarów za pewną przysługę i od tej propozycji tempo filmu przyspiesza. Nie należy jednak oczekiwać od Wellesa typowego kryminału. Powiedziałbym, że wiele fragmentów nakręconych jest z przymrużeniem oka (scena w sądzie, w której obrońca sam siebie powołuje na świadka i zadając sobie pytania, sam też na nie odpowiada), rejs jachtem to bardziej kino psychologiczne, oparte na ciętych i dowcipnych ripostach, zaś ostatnie sekwencje w opuszczonym lunaparku to już mistrzostwo samo w sobie kina artystycznego. Autoironiczna scena, w której Welles na zjeżdżalni pędzi prosto w zamykającą się nad nim zębiasta paszczę chińskiego smoka, wpada na coś, co przypomina obraz Miro, wchodzi do pomieszczenia jak żywo przypominającego dekorację przeniesioną z planu "Gabinetu doktora Caligari", wreszcie scena w gabinecie luster! Do tego różne ujęcia kamery i dynamiczny montaż. Zauważyłem, że wiele osób psioczy na ten film Wellesa, jednak zapominają chyba, że po pierwsze reżyser "Obywatela Kane'a" nie jest typowym twórca noir, a po drugie w wyniku nieustannych walk z producentami filmy Wellesa są pokrojone i przemontowane, nie posiadają autorskiej formy a reżyser autoryzując je, ulegał presji i szedł na kompromis. Biorąc powyższe pod uwagę, nie można chyba nie doceniać "Damy z Szanghaju", jeśli już nie pod względem samej fabuły, to dla strony technicznej filmu, która jest na wysokim poziomie. Wiem, wiem, wielu to nie wystarcza, jednak to jest film, obraz, historie i fabuły znajdziecie w księgarni ;)środa, 17 lutego 2016
124. "Kręte schody" [1946]
"The Spiral Staircase", reż. Robert Siodmak [usa, 1946]. W pokoiku nad kinem w czasie seansu ginie niepełnosprawna dziewczyna. Helen (Dorothy McGuire) uczestniczy w seansie i naocznie obserwuje panikę, gdy morderstwo wychodzi na jaw; jest to kolejne już zabójstwo kalekiej dziewczyny, a Helen jest niema i może również czuć się zagrożona. Dziewczyna wraca do willi profesora Warrena (George Brent), u którego jest pokojówką. Wraca w ostatniej chwili przed burzą i w zapadającym już zmroku. Burza i ulewa szaleją na zewnątrz, tak że nikt na razie nie może wydostać się z domu. Pani domu Mrs. Warren (Ethel Barrymore, której matką chrzestną była Helena Modrzejewska) niedomaga i leży w łóżku, Helen opiekuje się nią zamiast pielęgniarki, której starsza pani wyznaczyła rolę czuwającej przed drzwiami. Pani Warren ostrzega Helen, że dziewczyna musi stanowczo jeszcze tej nocy opuścić dom, gdyż grozi jej niebezpieczeństwo. Tak wygląda zawiązanie akcji. W dalszej części filmu podejrzenia padają na licznych domowników, zaś Helen stara się walczyć z narastającym strachem i coraz bardziej namacalnym zagrożeniem. Siodmak sprawnie myli tropy, wprowadza mylące zdarzenia i przerzuca podejrzenie z osoby na osobę. Chwyty Siodmaka należą już do klasyki gatunku: klucz, który wypada z rąk przed domem w deszczu i w ciemnościach, piwnica, gasnąca świeca, oko obserwujące z ukrycia, zabłocone buty, peleryna przeciwdeszczowa, otwarte okno. O napięciu w tym psychologicznym thrillerze decydują także świetne zdjęcia, których autorem jest Włoch Nicholas Musuraca oraz niepokojąca muzyka Roya Webba. Fotografia Musuraci w wielu fragmentach nawiązuje do niemieckiego ekspresjonizmu, zresztą motyw cienia został przejęty z ekspresjonizmu przez kino noir (na przykład w "Rebece" Hitchcocka nawet w jaskrawym świetle dnia pokój Joan Fontaine cały mieni się w drgających cieniach). Kiedy Helen schodzi kręconymi schodami do piwnicy z wysoko podniesioną świecą, na myśl przyszła mi Brigitte Helm w "Metropolis". Siodmak jest Niemcem (rodzice byli z pochodzenia polskimi Żydami), więc obeznany z niemieckim kinie, przenosi to co najlepsze do kina amerykańskiego, które przecież od lat roiło się od europejskich reżyserów. "Kręte schody" są przykładem kryminału trzymającego w napięciu poprzez stworzenie klaustrofobicznej atmosfery, braku drogi ucieczki, psychicznego wyczerpania. Sporą rolę odgrywa fakt, że Helen nie może mówić; to utrudnia jej komunikację, nie może użyć telefonu, krzyczeć, wołać o pomoc. W strachu pisze na kartce do nieprzytomnej pani Warren "Where is a gun?" i w tym rozpaczliwym geście zawarte jest więcej, niż gdyby dziewczyna to pytanie wykrzyczała. Sinusoidalnie pojawiają się w filmie możliwości ratunku, by po chwili zniknąć nagle. Jest to film szczegółów; należy je wyszukiwać, mierzyć wywoływane przez nie napięcie. Sam Hitchcock chyba nie powstydziłby się "Krętych schodów". Rosnąca miarowo temperatura filmu podnosi się w samej końcówce. Siodmak zdecydował się bowiem na chwyt, polegający na ujawnieniu mordercy i w tym momencie pozostałą najważniejsza kwestia: czy Helen przeżyje. Dzięki temu zabiegowi Siodmak może zakończyć film małym (?) zaskoczeniem zanim pojawi się na ekranie napis The End. Po tym napisie pozostaje niesmak, że już koniec, że seans dobiegł końca. Na szczęście zawsze można co jakiś czas wracać do ulubionych filmów, by ponownie się nimi rozkoszować.niedziela, 7 lutego 2016
121. "Tylko raz żyjemy" [1937]
"You Only Live Once", reż. Fritz Lang [usa, 1937]. Dwa pierwsze filmy nakręcone przez Fritza Langa w usa podejmują temat niewinnego oskarżenia oraz próby obrony przez udowodnienie swej niewinności. Jest to ewidentny kontrast pomiędzy prawem i bezprawiem, co być może jest aluzją do bezprawia w obliczu prawa panującego od 1933 roku w Niemczech. W "Żyjemy tylko raz" odszukać można więcej aluzji do przeróżnych problemów. Bezkarność policji: w pierwszej scenie włoski sprzedawca skarży się na policjanta, który każdego dnia podbiera mu ze stoiska jedno jabłko, słyszy, ze jest to czyn niskiej szkodliwości, a kiedy ma już wyjść, do pomieszczenia wchodzi policjant i bez pytania bierze z biurka jedno z przyniesionych przez Włocha jabłek. Napiętnowanie człowieka, który opuścił więzienie przez społeczeństwo: Eddie grany przez Henry'ego Fondę ma problemy z utrzymaniem pracy, wystarczy drobne niedopatrzenie i od razu zostaje wylany ze względu na swoja przeszłość. Film Fritza Langa opowiada też o ogromnej miłości, o poświęceniu kobiety, która kocha, o wierze w niewinność, o zaszczuciu człowieka przez społeczeństwo. W tym filmie akcja (oprócz więzienia) nie wraca drugi raz do tego samego miejsca, ale nie jest to film drogi, w każdym razie nie jest nim do chwili ucieczki. Później bohaterowie umykają przed prawem, kierując się ku granicy. Czyż Sylvia Sidney i Henry Fonda umykając przed pościgiem, z listami gończymi na karku, z bronią w samochodzie nie stanowią prefiguracji filmu "Bonnie i Clyde"? Oczywiście tamta historia była oparta na faktach, ale kto wie, czy Langa nie zainspirowały rozgrywające się zaledwie kilka lat wcześniej wydarzenia (Sidney nawet tak samo jak Bonnie Parker szmugluje pistolet, aby uwolnić Eddiego i oboje giną w policyjnej zasadzce). Jako ciekawostkę można zauważyć, że jak wynika z pamiętnika Clyde, dziewczyna była wielką miłośniczką filmów dźwiękowych. Z kilku minusów, które można by wymienić, wspomnę tylko o dziwnych narodzinach dziecka w trakcie pościgu. Dramaturgia filmu trzyma widza w napięciu, aczkolwiek są też i drobne przestoje. Dobry film, już bardziej amerykański od "Fury".
sobota, 6 lutego 2016
119. "Laura" [1944]
"Laura", reż. Otto Perminger [usa,
1944]. Śledztwo w sprawie zabójstwa Laury prowadzi typowo jankeski
detektyw, brakuje mu tylko gumy do żucia. Była to przebojowa, urokliwa
dziewczyna, roztaczająca wokół sienie czar i pociągająca mężczyzn.
Jednym z nich jest dystyngowany dziennikarz Waldo Lydecker. Bierze on
dziewczynę pod swoje opiekuńcze skrzydła, zaprzyjaźnia się z nią i
pomaga jej w karierze, wprowadza w towarzystwo, doradza. Kiedy Laura
zostaje zamordowana postanawia wraz z detektywem McPersonem rozwiązać
zagadkę. Film Premingera nieustannie zwodzi widza, niemal aż do
ostatnich minut nie wiadomo, kto zabił, a w połowie filmu mamy taki
suspens, że aż zapiera dech w piersi. Pomysłowy, sprawny pod względem
narracji i gry aktorskiej noir. Kiedy Lydecker przybliża McPhersonowi
fakty z życia Laury, w filmie pojawia się retrospekcja i żywa Laura i
przestajemy się dziwić, dlaczego Lydecker postanowił się nią
zaopiekować. Więcej nawet, bo jego opowiadania o Laurze sprawiły, że sam
detektyw McPherson zaczyna ulegać czarowi osoby, której śmierć stara
się rozwiązać! Podejrzenia wciąż padają na kogoś innego i krążą nad
potencjalnymi przestępcami niczym sępy, a McPherson prowadzi z nimi
przebiegłą grę, samemu myląc tropy i celowo zacierając ślady.
A tak zupełnie na marginesie: oglądając ten film, a dokładnie oglądając sekwencję, w której taksówka zatrzymuje się przy krawężniku, z samochodu wychodzą McPherson i Lydecker i kamera zaczyna w powietrzu płynąć za nimi, zacząłem zastanawiać się, jak wyglądałby pod względem technicznym polski film wyprodukowany w 1944 rok? Niestety, to pytanie nigdy nie znajdzie odpowiedzi...
A tak zupełnie na marginesie: oglądając ten film, a dokładnie oglądając sekwencję, w której taksówka zatrzymuje się przy krawężniku, z samochodu wychodzą McPherson i Lydecker i kamera zaczyna w powietrzu płynąć za nimi, zacząłem zastanawiać się, jak wyglądałby pod względem technicznym polski film wyprodukowany w 1944 rok? Niestety, to pytanie nigdy nie znajdzie odpowiedzi...
118. "Nagie miasto" [1948]
"The Naked City", reż. Jules Dassin
[usa, 1948]. Jeżeli połączymy "Człowieka z kamerą filmową", "Berlin,
symfonię wielkiego miasta" z czarnym filmem oraz z jakaś lekką komedią,
otrzymamy "Nagie miasto", film niejednoznaczny i trochę stylistycznie
niespójny, chociaż owa niespójność była raczej zamierzona. Film nie
zaczyna się od napisów, co jeszcze w latach 90-tych było trudne do
pomyślenia,a co dopiero w latach 40-tych. Otwierająca obraz sekwencja
to panorama Nowego Jorku o świcie widziana z lotu ptaka; zza kadru
zaczyna snuć się komentarz, który nie ustanie do końca filmu. Mamy więc
pierwszego bohatera: miasto. Kamera zaczyna błądzić po ulicach. Mamy
fragment, który mógł zainspirować Wima Wendersa, kiedy kręcił "Niebo nad
Berlinem"; mieszkańcy NYC wykonują jakieś czynności, a zza kadru
słyszymy ich myśli. Raptem jesteśmy świadkami morderstwa w jakimś pokoju
i niespodziewanie nawiązuje się intryga. Sprawę do wyjaśnienia
otrzymuje porucznik Dan Muldoon (Barry Fitzgerald), stary wyga pracujący
od 38 lat w policji. Nic nie jest w stanie go zdziwić, nie daje się
łatwo oszukać i, co jest pewnego rodzaju novum w filmie noir, zawsze
jest pełen dobrego humoru, uśmiecha się pod nosem i dowcipkuje. Jego
postać czyni film pogodnym wręcz, chociaż gra idzie o wyjaśnienie
morderstwa. Śledztwo wymaga przeszukiwania miasta, więc ulice Nowego
Jorku nie nikną z ekranu na długo, są wciąż obecne i do końca nie ma
pewności, czy fabuła nie posłużyła jedynie za pretekst, by pokazać
tętniące ruchem ulice, monumentalne gmachy, drapacze chmur, sklepowe
witryny i w finale - chyba za wiele nie zdradzę - most Williamsburg z
1903 roku. Zdjęcia Nowego Jorku uważam za najcenniejsze w tym osobliwym
filmie.
117. "Kobieta w oknie" [1944]
"The Woman in the Window", reż. Fritz Lang [usa, 1944]. Fantastyczny i
przewrotny (zakończenie!) czarny film Fritza Langa; myślę ze Hitchcock
by się go nie powstydził. Profesor Wanley (Edward G. Robinson) zostaje
słomianym wdowcem. Udaje się do klubu, gdzie wraz z przyjaciółmi,
lekarzem i prokuratorem okręgowym, snują rozmowy nad szklaneczkami. Obok
klubu znajduje się galeria, a w jej witrynie umieszczono portret
pięknej kobiety, którym przyjaciele się zachwycają. Po wyjściu z klubu
profesor kontempluje obraz, gdy raptem zostaje zagadnięty przez
namalowaną na nim kobietę. Alice Reed (Joan Bannett) zaprasza profesora
do siebie, aby pokazać mu szkic portretu. Ta wizyta zmienia życie
profesora w piekło. "Kobieta w oknie" ma coś wspólnego ze "Zbrodnią i
karą" Dostojewskiego, wiemy bowiem kto zabił, nie wiemy jednak, czy
zbrodnia zostanie odkryta. Poza tym morderca jest przyjacielem śledczego
i własnymi oczami na bieżąco obserwuje postępy w dochodzeniu. Mamy tez w
filmie suspens, gdy akcja filmu odchodzi od śledztwa, skupiając się na
szantażu. Zakończenie filmu zaś przywodzi na myśl zakończenie "Gabinetu
doktora Caligari" i jest kompletnym zaskoczeniem. Cały czas akcja trzyma
w napięciu i intryguje, nocne ulice Nowego Jorku podkręcają atmosferę.
Świetne zdjęcia i muzyka.
116. "Przepraszam, pomyłka" [1948]
"Sorry, Wrong
Number", reż. Anatol Litvak [usa, 1948]. Świetny film noir o gęstej
atmosferze, sporej dozie napięcia, tajemnicy, która powoli zaczyna się
wyjaśniać. Noc, samotna, mająca problemy z poruszaniem się kobieta w
wielkim opuszczonym domu i telefon przy łóżku - jedyne narzędzie, którym
jest zdolna się posłużyć, jedyna szansa, na kontakt z ludźmi. na
ratunek... W pierwszej scenie Barbara Stanwyck (nie grająca tym razem
femme fatale) podsłuchuje w telefonie przypadkową rozmowę dwóch
mężczyzn, którzy planują morderstwo. Kobieta stara się zaalarmować
kogoś, aby zapobiec nieszczęściu. Usiłuje wykonać szereg telefonów,
bezskutecznie jednak. Równocześnie usiłuje dowiedzieć się, gdzie
zapodział się mąż, który miał wrócić z pracy, telefon w biurze jest cały
czas zajęty, kobieta pozostaje cały czas w wielkim domu sama uwięziona w
łóżku... Narracja filmu jest dosyć skomplikowana, gdyż często pojawiają
się retrospekcje. Dzięki nim elementy układanki zaczynają się łączyć ze
sobą w całość. W sumie można powiedzieć, że film jest solowym popisem
Barbary Stanwyck, która zdominowała całość nie tylko z tego powodu, że
prawie cały film rozgrywa się w łóżku, w którym aktorka leży,
przeżywając wydarzenia i mówiąc, cały czas mówiąc do słuchawki telefonu.
Doskonałe studium strachu...
115. "As w potrzasku" [1951]
"Ace in the Hole", reż. Billy Wilder
[usa, 1951]. Jak daleko może posunąć się dziennikarz, aby zyskać
uznanie, by temat utrzymywał się na głównych szpaltach, by zarobić? Jak
bardzo tłumy podatne są na manipulację? W jakim stopniu akcja ratunkowa
przysypanego człowieka może przerodzić się w festyn rodzinny i na ile
jest to przerażające? Na powyższe pytania usiłuje odpowiedzieć reżyser z
Suchej Beskidzkiej i swoim filmem stara się zmusić do zastanowienia,
Film wciąga i momentami mrozi krew w żyłach. Obok głupich westernów i
debilnych filmów gangsterskich Amerykanie (pochodzenia Europejskiego
dodajmy) potrafili jednak stworzyć kino intrygujące, wartościowe,
uniwersalne. Przecież temat jest nadal aktualny tu i teraz, zaś
spauperyzowani dziennikarze szmatławców gotowi są wyskoczyć z aparatem
fotograficznym z świeżo otwartej konserwy, by przyłapać rzekomą gwiazdkę
na możliwie jak najintymniejszej sytuacji. Kirk Douglas zagrał
wyśmienicie, ale żaden aktorski kunszt nie zdałby się na nic, gdyby nie
świetny scenariusz, który napisało świetne życie? ;)
114. "Mroczne miasto" [1950]
"Dark City", reż. William Dieterle
[usa, 1950]. Akcja rozgrywa się w Las Vegas, więc mamy hazard,
oszustwo, bankructwo, samobójstwo i zemstę. Po kolei giną gracze, którzy
siedzieli przy karcianym stolika wraz z człowiekiem, który
sprzeniewierzył nie swoje pieniądze.Ta gra w pokera, od której zaczyna
się prawdziwa akcja, zaczyna się dopiero w 27 minucie filmu... Zanim
gracze usiądą przy kartach, obejrzeć można nalot policji na nielegalny
dom gry, posłuchać pięknych piosenek w wykonaniu Lisbeth Scott i w końcu
poznać przyszłego bankruta. Mimo że jest w filmie kilka trupów, akcja
nie jest jakoś żwawa, panna Scott nadal śpiewa, bohater jedzie do Los
Angeles, gdzie poznaje wdowę i osieroconego syna, jadą do lunaparku,
odwiedzają planetarium, nic się nie dzieje, nuda, w ogóle brak akcji
jest (genialny "Rejs"!). W końcu Danny pozostaje jedynym przy życiu.
Moim zdaniem film ratują piosenki śpiewane przez Lisbeth Scott, których
nie powstydziałby się Billie Holiday, oraz jak zawsze frapująca,
intrygująca, niepokojąca muzyka Franza Waxmana z Chorzowa (wówczas
Królewska Huta). Na niego można zawsze liczyć.
112. "Śmiertelne porachunki" [1947]
"Dead Reckoning", reż,.John Cromwell [usa,
1947] W tym czarnym kryminale Lisbeth Scott i Humprey Bogart starają
się odszukać mordercę Johnny'ego, ich wspólnego znajomego. Dosyć
poplątana fabuła, sięga do wydarzeń z czasów przedwojennych, nic nie
jest oczywiste, nikt nie jest pewny, każdy może być podejrzany. Bogart
gra w swoim charakterystycznym stylu lekko zgorzkniałego, cynicznego i
twardego faceta o ciętych i trafnych powiedzonkach. Podobnie do "Sokoła
maltańskiego" film Cromwella jest nieco przegadany; bohaterowie często
walczą ze soba na błyskotliwe riposty, Jak zwykle Bogart nie potrafi
oprzeć się wdziękom pięknej kobiety (a Lisbeth Scott wygląda zjawiskowo w
tych swoich modelowanych blond włosach a la Veronica Lake) i pomiędzy
kobietą i mężczyzną toczy się odrębna gra, w której również niewiele
rzeczy jest pewnych i wiadomych.
111. "Dziwna miłość Marty Ivers" [1946]
"The Strange Love of Martha Ivers", reż. Lewis Milestone [1946]. Film
noir o trójce ludzi, których łączy tajemnica, ale dwoje z nich nie
wie, że trzeci nie ma o niej pojęcia i wyczuwa w nim zagrożenie.
Pomiędzy tą trójka rozgrywa się gra, w której wciąż zmienia się przewaga
i która nie polega tylko na zmaganiu się ze zdarzeniem z przeszłości,
bo włączają się w nią też dawne uczucia, antypatie i stereotypy. jest to
debiut filmowy Kirka Douglasa, obecnie 99-latka, Partneruje mu zmarła
dzisiaj Lizabeth Scott (92 lata) i choć główną rolę kobiecą (Marta
Ivers) gra Barbara Sandwyck (w 1944 roku zagrała wyśmienitą rolę w
"Podwójnym ubezpieczeniu" Billy Wildera), to trzeba przyznać, że panna
Scott jest na ekranie bardziej kobieca i powabniejsza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















