Przeszłość i przyszłość spotykają się w tym filmie w konkretnym punkcie czasu, który staje się decydujący dla losów bohaterów. Jest rok 1957, Wiedeń. W secesyjnym, opływającym w ornamenty hotelu pracuje Max, tytułowy nocny portier. Zaczynamy poznawać jego przeszłość. W czasie wojny był oficerem SS w obozie; tam miał możliwość bezkarnego zaspokajania swoich wyuzdanych i wynaturzonych potrzeb seksualno-sadystycznych. Teraz wśród hotelowych gości rozpoznaje swą ofiarę, której w obozie nie wysłał na śmierć w zamian za możliwość używania do woli jej ciała. Dziewczyna oczywiście w kwestii tej decyzji nie ma nic do powiedzenia. Kat i ofiara zaczynają prowadzić ze sobą dziwną grę, w której zaciera się wyraźny podział na role. Czy to była już miłość? Nie w klasycznym rozumieniu tego pojemengo pojęcia. Miłość pełna fetyszy, przemocy, przeplatanej czułością i wzajemną fascynacją. Po latach to uczucie odżywa. Jednak trwa polowanie na ukrywających się nazistów, a ci polują na świadków i palą obciążające ich dokumenty, by w razie procesu było jak najmniej obciążających dowodów. „Nocny portier” to jest film na równi o koszmarze faszyzmu oraz chorej fascynacji seksualnej. Faszyzm wynaturzył ludzkie uczucia, pozbawił hamulców, otworzył drzwi do dewiacji i wynaturzenia i umożliwił bezkarną realizację sadystycznych fantazji. W filmie Cavani nie jest potrzebny specjalnie żaden zabieg eksponujący zło, które czynili faszyści, bo tu przedstawione zdarzenia są nazbyt wymowne, fakty mówią same za siebie. Odpowiedzialność za swoje czyny? Max niczego takiego nie odczuwa. Jeden z jego ówczesnych towarzyszy mówi nawet wyraźnie, że niczego nie żałuje i wszystko zrobiłby tak samo, gdyby miał sposobność. Trzynaście lat po wojnie byli SS-mani ustawili się w nowym społeczeństwie, ale nie zmienili światopoglądu. Być może film Cavani ostrzega przed powtórnymi narodzinami zła.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 marca 2021
wtorek, 20 października 2020
Ernest Hemingway „Komu bije dzwon”
Nie wiem, co mam napisać o tej książce, ponieważ nie wyobrażam sobie, żeby ktoś jej nie znał. Tak, tak, przecież to absolutna klasyka literatury światowej, pełna humanizmu opowieść o wojnie przeciw faszyzmowi. Dotyczy ona wprawdzie wojny domowej w Hiszpanii, ale została napisana w 1940 roku i trudno nie poszerzyć jej kontekstu o wydarzenia, które miały w tym roku miejsce, a były kontynuacją wydarzeń rozpoczętych rok wcześniej. Amerykanin z USA Robert Jordan zostaje przerzucony na stronę faszystów z rozkazem wysadzenia mostu. Pomóc ma mu w tym lokalny oddział partyzantów. Każda postać jest nakreślona bardzo wyraziście, nie ma tu patosu lub ideologii, krew i kości stanowią ich budulec i trudno czytelnikowi nie przejąć się ich losem. Cztery dni, w ciągu których toczy się akcja, to głównie rozmowy, które obrazują sytuację, początek wojny, odczucia ludzi. Owe cztery dni to także cztery dni miłości na całe życie pomiędzy Marią i Robertem. Hemingway wbrew temu, co mówi się o jego stylu, potrafi wyczarować liryzm i magię sytuacji, czego przykładem jest ta wojenna miłość. Nie brakuje też momentów dramatycznych jak obrona wzgórza przez oddział Sorda, pełnych napięcia jak minowanie mostu opisane w sposób stricte filmowy, że aż czuje się dreszcz emocji, śledząc kolejne ruchy bohaterów z nadzieją, że im się powiedzie, nie brakuje też momentów drastycznych jak zdobywanie miasteczka w pierwszym okresie wojny i pozbywanie się w nim faszystów (tu Hemingway wykazał się sporą wiedzą na temat psychologii tłumu). Książka pokazuje też w skrótowy zawoalowany sposób zakończenie wojny, chociaż akcja toczy się w 1937 roku, poprzez losy bohaterów powieści. Przewija się pytanie, czy można zabijać człowieka i dlaczego człowiek staje się okrutny, posłuszny rozkazom. Postać generała Golza jest inspirowana generałem Świerczewskim, którego Hemingway poznał osobiście w Hiszpanii w trakcie wojny. Hemingway wprawdzie nie opisuje tak dokładnie sytuacji politycznej, jak robi to Orwell w swojej książce „W hołdzie Katalonii”, ale zaznacza ją wystarczająco wyraźnie. Najważniejszy w książce jest jednak los człowieka, a polityka służy jako siła destrukcyjne na ten los wpływająca. „Komu bije dzwon” to piękna historia, smutna historia i historia o odwadze, desperacji, poświęceniu, wierze w humanizm. Jeśli ktoś jeszcze nie przeczytał — w co mi trudno uwierzyć — to gorąco polecam.
czwartek, 17 września 2020
Ernest Hemingway „Pożegnanie z bronią”
Antywojenny romans napisany pięknym stylem (aż chce się napisać Hemingwayowskim), który trafnie opisuje powieściową rzeczywistość dbając o szczegóły, jednak pomijając, co zbędne, a jednocześnie tworząc szeroką game nastrojów bez użycia jakichś oszałamiających środków stylistycznych. Kiedy trzeba turpizmu, mamy go, gdy trzeba melancholii, otrzymujemy ją, gdy zechcemy szczypty humoru, oto ona. Wojna jest tu przedstawiona naturalnie jako bezsensowna siła niszczycielska, początkowo ukazana z dystansu, by raptem wedrzeć się w pozorny spokój tyłów włoskiej armii i rozpocząć upiorne dziesiątkowanie jej szeregów. W to wszystko wkrada się cichaczem miłość, początkowo nieśmiało, ostrożnie, tak bez zobowiązań, by podobnie jak wojenna pożoga wybuchnąć i owładnąć kochanków bez reszty. Nie ma tu miejsca na ckliwość i sentymentalizm; uczucie musi być silniejsze od wojny, musi przynieść ulgę, może nawet zapomnienie. Dlatego kochankowie szanują się tak bardzo, wiedząc, jak są sobie potrzebni, nie robią jednak sztucznych scen zazdrości, nie wyniszczają się zaborczością, cenią każdą wspólną chwilę. Ich rozmowy są tak ludzkie, takie zwyczajne, tak bardzo pozbawione patosu, tak banalnie zwyczajne i jest to tak piękne i prawdziwe. Przypomina to miłość u Remarque'a. W innym skrócie można napisać o "Pożegnaniu z bronią", że miłość zwycięża wojnę, a życie miłość. Ponadczasowa opowieść, która nie straciła nic na swej aktualności, zmieniły się tylko dekoracje.
wtorek, 1 września 2020
Anna Janko "Mała zagłada"
Słów brak po tej lekturze. Chyba bardziej przerażająca książka od reportaży Aleksijewicz. Dawno po żadnej lekturze nie buzowały we mnie tak silnie emocje. Książka opowiada historię pacyfikacji przez hitlerowców wsi Sochy 1 czerwca 1943 roku za jej powiązania z partyzantami. Z tej zagłady ocalały głównie dzieci, które były świadkami śmierci swoich rodziców. Autorka jest córką jednej z dziewczynek, które przeżyły. "Małą zagłada" to także opowieść o losach dzieci w czasie wojny, o traumie, o winie i wybaczaniu, o ujmowaniu w słowa tragedii, a raczej o braku takiej możliwości. Jest niezwykle sugestywna. Janko pisze rzeczowo, ale wielokrotnie sięga po czysto literackie chwyty, a wtedy tekst książki staje się żałobną pieśnią pełną bolesnej poezji. Cudowne są apostrofy do matki; to rodzaj wspólnego przeżywania, próby zrozumienia, co się stało, co w pamięci matki utkwiło niczym kość w gardle, są to także egzorcyzmy mające na celu wyrzucić ze świadomości demony przeszłości i usunąć traumę. W pewnym momencie Janko pisze do matki, że pielęgnowanie lęku i milczenie w niczym mnie pomogą, uwolnienie się od traumatycznych wspomnień możliwe jest tylko poprzez stawienie im czoła i opowiedzenie o tym słowami pozbawionymi strachu.
sobota, 29 sierpnia 2020
Martin Pollack „Topografia pamięci”
Doskonały zbiór tekstów dotyczących pamięci, czy jest potrzebna, wygodna, wiarygodna, zawodna? Eseje Pollacka mówią też o odpowiedzialności za swoje czyny, o spuściźnie po rodzinie, którą trzeba ze sobą nosić, bowiem ojciec autora był gestapowcem tłumiącym Powstanie Warszawskie i zapalonym nazistą, jak cała zresztą rodzina. Są to więc teksty o sprawach niełatwych, śliskich, skrywanych, bolesnych. Pollack lawiruje pomiędzy własnymi wspomnieniami, rezultatami swoich poszukiwań na temat przemilczanych w rodzinie faktów, zręcznie przechodząc do równie niewygodnych tematów dotyczących II Wojny Światowej. Czasem zmienia perspektywę i do przeszłości dochodzi od strony teraźniejszości. W książce znajduje się także szalenie zajmujący cykl tekstów opisujących fotografie; pierwszym z nich jest zamieszczone na okładce zdjęcie dzieci w ogrodzie, które unoszą ręce w nazistowskim pozdrowieniu. Pollack nie ogranicza się tylko do ostatniej wojny. Zajmują go także zbrodnie dokonane na ludności cywilnej w latach 1914-1918. Nie stosuje też ograniczeń terytorialnych, a kto czytał jego wspaniały reportaż "Po Galicji" wcale nie będzie zdziwiony, że także w "Topografii pamięci" sporo jest o tej części Europy. Na koniec dodać należy jeszcze, że Martin Pollack jest nie tylko słowianofilem, ale wielkim przyjacielem naszego kraju, o czym świadczy zamykający książkę, zajmujący niemal 1/6 jej całości esej opowiadający o jego związkach z naszym krajem. Jest to niewątpliwie jedna z najlepszych i przy okazji najważniejszych książek z przeczytanych przeze mnie w tym roku.
sobota, 7 grudnia 2019
Irwin Shaw „Młode lwy”

„Młode lwy” Irwina Shawa ukazały się drukiem w 1948 roku. To, co zdumiewa od początku lektury, to gruntowny wgląd autora w tematykę. Przestaje to dziwić, kiedy sięgniemy po biografię Shawa. Wówczas okażę się, że pisarz służył w czasie wojny w armii i był siłą rzeczy świadkiem wojennego „teatru". A jednak zdumiewa nadal rozległość wiedzy autora o faktach, które obecnie są dostępne w pigułce w Internecie, w 1948 roku nie były jednak aż tak oczywiste i powszechnie znane. To jedna z najlepszych znanych mi książek o tematyce wojennej, obok powieści Remarque'a i książki „Życie i los” Wasilija Grossmana. Tego ostatniego nie przywołuje zresztą bez przyczyny, gdyż powieść Rosjanina posiada podobną konstrukcję do „Młodych lwów”, a mianowicie w symultaniczny sposób pokazuje obie strony konfliktu. Ów zabieg jest u Shawa zasadny także w tym sensie, że prowadzi do finałowej kulminacji, a więc posiada funkcję potęgującą dramatyzm.
Powieść koncentruje się na pokazaniu ludzkich losów w obliczu wojny. Bohaterów poznajemy jeszcze przed wybuchem konfliktu, wiemy wiele o ich życiu, przekonaniach, związkach z kobietami, znamy ich charaktery. Obserwujemy przemiany wewnętrzne, wahania, krzepnięcie pod gradem śmiercionośnych kul. Żołnierzom armii Stanów Zjednoczonych mamy także okazje przyjrzeć się w obozie przygotowawczym na Florydzie. Nie jest to bez znaczenia, gdyż tu właśnie Shaw pokazuje antysemityzm Amerykanów z Południa. Noah jest przez nich nękany, a jego wina jest raczej niewspółmierna do wymierzonej mu przez społeczność kary. Trudno oprzeć się wrażeniu krytyki takiej postawy; Shaw zatem nie koncentruje się wyłącznie na wojnie, opisuje ludzką zdolność do okrucieństwa w szerszym kontekście. Nie ma w powieści denerwującego patosu i rzeźbienia w brązie. Jest ludzko, arcyludzko... I nieludzko, arcynieludzko.
„Młode lwy” czytałem po raz wtóry, po kilku dekadach od mojego pierwszego zetknięcia się z tą książką. Wiele rzeczy zapomniałem, wiele — okazało się — bardzo dobrze pamiętam. To doskonale świadczy o sile sugestii sążnistej powieści Shawa. Nie ma w niej łatwych rozwiązań, rażących uproszczeń, czarno-białych charakterów, nie ma bohaterskości, patosu, jest trud, pot, krew i są łzy. Debiut Shawa to książka dogłębna, rozległa, ważna, dramatyczna, miejscami nawet — mimo że jest fikcją — reporterska, w sensie precyzji i trafności opisu zdarzeń i wglądu w fakty. Czyta się ją z zapartym tchem, gdyż Shaw potrafi zająć bez reszty czytelnika losami swoich bohaterów, niezależnie po której stronie konfliktu się znaleźli. Z jednej strony jest świadomy nieuchronności udziału w tej brudnej wojnie wojsk USA, z drugiej piętnuje ją i krytykuje, nie siląc się właściwie na analizę przyczyn, do krytyki wystarczy mu jej niepojęte okrucieństwo i ludobójstwo na niewyobrażalną skalę. Chwalebny humanizm, który dziś niejednemu przydałby się w obliczu trwających od trzech dekad wojen na Bliskim Wschodzie. To jednak już całkiem inna historia, ta współczesna obojętność sytych ludzi wobec okropieństw współczesnych wojen, które rzekomo są prowadzone dla demokracji i wolności (18 lat okupacji Afganistanu)...
Zachęcam do lektury „Młodych lwów”, to kawał doskonałej literatury.
piątek, 3 maja 2019
154. "Niedokończony film" (2010)
W maju 1942 roku na kilka dni zawitała w getcie warszawskim filmowa ekipa z Berlina. Nakręcono 4 rolki taśmy, tyle w każdym razie odnaleziono po wojnie w archiwum. Filmu nigdy nie dokończono. Z filmu "Niedokończony film" wyłania się przerażający obraz getta, a pomiędzy nim wiele inscenizowanych sytuacji (pogrzeb, obrzezanie, bal, konsumpcja w restauracji, wizyta Żydów u Czerniakowa). Poraża autentyzm zdjęć, jednak nie wiadomo do końca, ile z nich jest inscenizowanych. W każdym razie na ekranie można obejrzeć getto w ostatnich chwilach przed mającą tam nadejść zgrozą wywózek do obozów koncentracyjnych. Niedosyt jest taki, ze nie otrzymujemy pełnego materiału z 1942 roku, jedynie jego zmontowane fragmenty, cóż że prawdopodobnie jest to większa cześć całości, skoro pozostaje wrażenie, że czegoś brakuje. Wspaniałym pomysłem jest za to użycie jako komentarza fragmentów dzienników Adama Czernikowa, w których opisana jest wizyta niemieckich filmowców. Doskonałe są także sceny dokręcone już współcześnie, które pokazują na widowni oglądających film ocalałych z Holocaustu wraz z ich komentarzami. "Przez cały czas boję się, że w tym tłumie zobaczę moją matkę" mówi jedna z tych osób, wówczas 9-letnia dziewczynka. Jeśli przesiać przez sito intelektu obrazy z filmu i dodać do tego posiadaną dziś wiedzę o ówczesnym horrorze, otrzymujemy wstrząsający obraz getta. I nawet w sekwencjach sfingowanych coś łapie za serce, gdyż ogląda się marionetki zmuszone do robienia czegoś niegodnego, a zarazem pozostaje świadomość wszechobecności śmierci, więc niemal pewność, ze niewiele osób, które przewinęły się przez ekran, umarło w sposób naturalny. Jest ogromna różnica pomiędzy tymi autentycznymi ujęciami, a jakimkolwiek filmem usiłującym odegrać tamte wydarzenia. A jest nią sfilmowana prawda, prawda leżących na ulicach trupów, prawda żebrzących dzieci, prawda zwożenia ciał do masowych mogił, prawda manipulacji, prawda tańczących groteskowo, bo z przymusu, par, prawda propagandy, prawda muru dzielącego ulice i prawda esesmanów, którzy mówili filmowcom, na co maja kierować oko kamery.
niedziela, 30 grudnia 2018
Mary Ann Shaffer i Annie Barrows „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”
Od jakiegoś czasu zapragnąłem przeczytać coś stricte angielskiego, w duchu dżentelmenów, dam, flegmy, ironii i innych stereotypów. W ręce wpadał mi niniejsza książka o intrygującym tytule. Pierwsze zdumienie to jej forma, gdyż napisana jest w formie powieści epistolarnej. Drugie to jej bohaterka, która jest pisarka, zatem w jakimś sensie książka o książkach. Sam tytuł zresztą już to sugerował, ale o pisarce niczego nie wspominał, więc jest wartość dodana. Książka oscyluje między czasem pokoju i czasem wojny. Jej kanwą jest opowieść, którą poznaje Juluet, główna autorka i adresatka niemal całej składającej się na książkę korespondencji. Ta opowieść zaczyna ją frapować, by raptem stała się jej udziałem. Postaci są na ogół czarne lub białe, co jednak aż tak nie drażni, gdyż jest to opowieść o ludzkiej solidarności, pomocy, przyjaźni, ciepła, czasem gorzka, jak to bywa podczas wojny. Napisana prostym komunikatywnym językiem (pamiętamy, że to listy), dzięki czemu jest wartka i czyta się przyjemnie, nie zbliża się do wielkiej literatury, a jednak porusza tematy uniwersalne, które opisane są na bardzo przyzwoitym poziomie. Na pewno nie jest to czytadło. Być może niektóre wątki są rozwiązane zbyt łatwo lub przewidywanie, no cóż, ta książka nie jest powieścią psychologiczną, raczej pochwałą humanizmu, radości i ludzkiej życzliwości. Jest pozytywna, ot co. Dobra odskocznia od ambitnej literatury, w zastępstwie sięgania po złą. Nie polecam i nie odradzam. Lepiej, żeby każdy ocenił sam; 255 stron to nie tak wiele, a być może kogoś oczaruje, bo przecież jest tak wiele różnych gustów. U mnie trafiła we właściwy czas i „połknąłem” ją z zadowoleniem w dwa dni.
czwartek, 24 września 2009
"Rekolekcje na temat mroku" (1992) (74)
"Lektionen in Finsternis", reż. Werner Herzog (Francja/Niemcy/Hiszpania, 1992). Apokaliptyczna wizja przedstawiająca płonące szyby naftowe w Kuwejcie po I wojnie w zatoce (agresji Iraku na Kuwejt w 1990 r.). Film stylizowany na science-fiction, ponieważ nie ma w nim ani jednego ujęcia, na którym można by rozpoznać naszą planetę.Jeśli miałbym okreslić styl filmu Herzoga, to rzekłbym, że jest to impresyjny dokument . Dawno już nie widziałem tak niesamowitego filmu. Niemal mpozbawiony komentarza, broni się obrazem. A zdjęcia są po prostu fantastyczne - dosłownie i w przenośni. Kuwejt przywodzi na myśl apokalipsę. Iście księżycowe krajobrazy. Zdjęcia kręcone z helikopteru zapierają dech w piersi - widzimy ogrom katastrofy, jeziora oleju bez końca, niezliczone słupy dymu aż po horyzont... Tak może wyglądać koniec świata. Obrazy jednocześnie przerażają i fascynują. Muzyka poteguje sugestywność zdjęć. Wciąż mam poczucie, że Herzog zagrał na wrażliwej strunie, że dotarł do rdzenia czegoś istotnego; katastrofa w Kuwejcie była przecież początkiem uesańskiego terroryzmu, który trwa do dziś - o tym nie można zapomnieć, oglądając "Rekolekcje..." Wpierw jest przyczyna, potem skutek, rzeczy i sprawy są ze soba powiazane.
Druga część filmu pokazuje, jak uesańscy strażacy gaszą szyby naftowe i naprawiają je. Narracja jest cały czas ta sama, a zdjęcia równie imponujące, tylko wymowa inna. Naprawa szybów symbolizuje powrót do życia, do normalności. Te sceny są też na pewno apoteozą ciężkiej i niebezpiecznej pracy.
Chciałem w tym filmie znaleźć dla siebie jakiś fragment potępiający wojnę i doczekałem się. Impresyjna cześć przedzielona jest dwoma krótkimi fragmentami: wystawą narzędzi tortur oraz lamentem matki, której żołnierze zamordowali męża na oczach syna... Jednak każde impresyjne ujęcie filmu też można interpretować jako antywojenny protest - przestroga poprzez pokazanie negatywnych konsekwencji.
----
PS. Kiedyś tam z całkowitych nudów rzuciłem sobie okiem na "Armageddon" (na którym nota bene zasnąłem). I przyszło mi do głowy takie porównanie z "Rekolekcjami...": mianowicie w filmie Herzoga dzielni uesańsci strażacy gaszą pożary szybów wiertniczych w Kuwejcie i naprawiają je (dla swoich partykularnych celów) i to samo w "Armageddonie" robią dzielni uesańscy "robole" (to słowo często padało z ekranu): niby ratują Ziemię, ale że tam Hong Kong zniszczony i Paryż, ganz egal, grunt żeby sweet home Alabama ocalał. Dlatego "Armageddon" posiada chyba propagandowe przesłanie: wstępujcie do marines i ratujcie w Azji amerykę, podczas gdy Herzog pokazał trud, wysiłek, niebezpieczeństwo i poświęcenie bez jakiegokolwiek patosu, fanfar, gwiaździstych sztandarów i prezdenta wychodzącego do ludu z wyciągniętą ręką.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





