sobota, 23 września 2017
Ostatnio przeczytane
Coś nie mam ostatnio weny na pisanie recenzji. I uzbierało się tyle książek do opisania... :(
Agnieszka "Lisak "Miłość staropolska.Obyczaje, intrygi, skandale"
Autorka skupia się na temacie miłości bardzo szeroko rozumianej (bierze pod uwagę wszystkie możliwe aspekty), głównie przypatrując się królom i magnatom, ale nie omijając mieszczan i chłopów. Intrygi i skandale w tytule nieco przesadnie użyte, obyczaje już bardziej pasują do treści. bardzo ciekawe kompendium wiedzy na temat życia uczuciowego w dawnej Polsce. Z jednej strony nie można odeprzeć wrażenia, że książka jest poniekąd zbiorem faktów zebranych z innych książek o bardziej naukowym historycznym charakterze (liczne odnośniki do konkretnych tytułów), z drugiej jednak strony należy docenić trud, jaki był potrzebny, aby zebrać istotny materiał z nieprzebranych źródeł i uporządkować go w tak zgrabny, ciekawy i zajmujący w trakcie lektury sposób, w jaki zrobiła to pani Lisak. Polecam :)
Leopold Tyrmand "Cywilizacja komunizmu"
Książka wykpiwa i potępia komunizm, bazując na wielu konkretnych przykładach. Tyrmand jednak z lubością wyolbrzymia i przesadza, co jest działaniem celowym, by tym dobitniej potępić nienawidzony ustrój. Wygląda to często tak, jak gdyby autor chciał wyrównywać osobiste rachunki z systemem. Robi to w inteligentny sposób, używając błyskotliwego, trafnego, precyzyjnego języka, który wszakże lubi być prześmiewczy, złośliwy i groteskowy wobec tematu, nad którym się wlaśnie pochyla.
Jerzy Bralczyk 'Porzekadła na każdy dzień" ♥
Cudowny zbiór porzekadeł na cały rok. Każde z nich jest zwięźle omówione przez autora, który doszukuje się drugiego dna, ukrytych sensów, wyciska wieloznaczność z wyrazów. Bardzo inteligentna i miejscami dowcipna zabawa językowa. Ta książka daje wiele radości z obcowania z błyskotliwymi analizami powiedzeń znanych każdemu z nas, odświeża je niejako, podaje nam na nowo, mówiąc: "Popatrzcie na to z tej nowej strony". Dowiadujemy się często, że wiele porzekadeł używaliśmy wprawdzie zgodnie z ich powszechnie przyjętym znaczeniem, jednak równie dobrze to znaczenie mogłoby być całkiem inne. Bardzo, bardzo gorąco polecam.. :)
Janusz Tazbir "Długi romans z muzą Klio"
Wielki polski badacz historii w zbiorze esejów opowiada o swoich początkach, o fascynacjach, o problemach związanych z zawodem historyka, o prognozach na przyszłość. Temat zajmujący; nie każdy zdaje sobie sprawę ze stanu badań naukowych związanych z historią, z trudnościami, jaki spotykają badacza, z dostępem do zbiorów zagranicznych, ze zmiennością punktów widzenia w miarę pozyskiwania nowych materiałów źródłowych, z problemami związanymi z pisaniem prawdy w czasie komunizmu, z systemu przyznawania w Polsce tytułów naukowych i jak to wygląda dla porównania za granicą, z rynku wydawniczego prac naukowych i jak zmiana systemu w 1989 roku nań wpłynęła oraz z wielu, wielu innych jeszcze ciekawych kwestii związanych z tematem pisania prac naukowych z zakresu historii.
Andrzej Sapkowski "Ostatnie życzenie"
Tom opowiadań o wiedźminie Geraltcie z Rivii; od tych opowiadań zaczyna się cała saga. Dowcipne, erudycyjne i barwne historyjki. Poziom ich nie jest równy. Nie wiem, czy Sapkowski w trakcie ich pisania planował już stworzenie całego cyklu, raczej jeszcze nie. Znajomośc jednak niezbędna dla każdego fana sagi, bo to sa jej początki.
Deyan Studjić "Język rzeczy" ♥
Kolejna książka o dizajnie, o formie rzeczy, o najbardziej znanych klasycznych projektach, o rozwoju projektowania rzeczy, o dizajnie w modzie, w sztuce, w fabryce, w sklepie. Świetna lektura przybliżająca dziedzinę, która kształtuje naszą rzeczywistość. Studjić pisze jasno, rzeczowo, konkretnie. Uwagę zwraca zawsze na rzeczy istotne, przełomowe. Zajmuje go wzorzec, pierwszy projekt, archetyp, takie jak lampa kreślarska Anglepoise z 1932 roku, która określiła swą formę na długie dekady i dziś znana jest niemal każdemu jako lampa biurkowa (z książki dowiadujemy się też takiej ciekawostki, że zaprojektował ją... konstruktor samochodów). Ciekawostek jest znacznie więcej; wiedzieliście, że Armani projektował współcześnie mundury dla włoskich żołnierzy, podobnie jak Hugo Boss dla nazistów? bardzo dobra książka, którą polecam każdemu, kto żyje wśród przedmiotów. :)
Andrzej Sapkowski "Sezon burz"
Powieść o wiedźminie napisana jako ostatnia, ale opowiadając zdarzenia mające miejsce po tych opisanych w "Ostatnim życzeniu". Niezła, wartka, z licznymi aluzjami i odniesieniami kulturowymi (nawet do piosenki Wików :D ), z dramatycznymi, litycznymi, komicznymi i - niestety - zbyt rubasznymi momentami (ale do tych trzeba się u Sapkowskiego chyba przyzwyczaić). Podobno bazowa saga znacznie lepsza; aż boję się, czy nie doznam rozczarowania, po tak wysoko podnoszonej poprzeczce.
Zośka Papużanka "On"
Historia chłopca o ksywie Śpik, który jest lekko opóźniony w rozwoju. Opowiedziana z perspektywy otoczenia (stad tytuł "On" wskazuje na spojrzenie z zewnątrz). Równocześnie jest to opowieść o życiu w komunie, bardzo gruntowny obraz życia w tym systemie. O realizmie mogę zaświadczyć osobiście, bo wszystko to pamiętam z autopsji; Papużanka opisuje bowiem lata mojego dzieciństwa i większość opisanych zdarzeń miało miejsce w niejednym domu, w niejednej szkole, zdarzyło się po prostu niejednemu Książka to także eksperyment formalny, w którym bohater poddawany jest działaniu oświatowych czynników, co wpływa na język narracji. Tytuł filmu Alaina Resnais "Życie jest powieścią" doskonale oddaje ducha inteligentnej i błyskotliwej książki Papużanki ("Szopka" podobno jeszcze lepsza powieścią jest).
Andrzej Sapkowski "Miecz przeznaczenia"
Kolejny zbiór opowiadań o wiedźminie z Rivii, sześć historii, z których dwie ostatnie bezpośrednio zapowiadają "Krew elfów". "Miecz przeznaczenia" to moim zdaniem najlepsze opowiadanie o wiedźminie, chociaż to z dopplerem tez niczego sobie. Sapkowski doskonale równoważy składniki, potrafiąc wzruszyć, rozśmieszyć i podekscytować czytelnika. W jakiś magiczny sposób - pewnie używając magii - przywiązuje czytelnika do swoich bohaterów, tak że ciężko się z nimi rozstawać po zakończeniu kolejnej opowieści. Na całe szczęście jeszcze aż pięć powieści przede mną! :)
Rupi Kaur "Mleko i miód"
Dwujęzyczny zbiór poezji. Poezja. Ale czy te kompozycje słowne są już poezją? Czy ta krótka forma każdego utworu, to w pełni wiersz? Moim zdaniem to raczej lapidarne fragmenty upoetycznionej prozy, sprawiające wrażenie skrawków, urywków, strzępów z jakieś całości. Ale całością jest niewątpliwie tomik "Mleko i miód", w skład którego wchodzą, całością są tematyczne części książki. Czytając jedna po drugiej, te małe kompozycje tworzą większa całość. Osobiście jestem skłonny nie dyskutować nad kwestią formy, gdyż treść niesie w tym przypadku konkretny przekaz jak gdyby górujący nad formą. Kaur opisuje kobiece uczucia, stany, zakochanie, porzucenie, oczekiwanie, cierpienie, radość. Treść jest ładunkiem wybuchowym, który w trakcie lektury na pewno eksploduje wiele razy, powodując liczne wybuchy emocji. Surowa, prosta i bardzo bezpośrednia forma skrywa wiele uczuć i stanów emocjonalnych. Każdy z nas to wszystko zna, doświadczył tego niejednokrotnie. Można tę książkę czytać jako historię obcej kobiety, historię woman i n love, można ja też czytać jako historie siebie samej/samego, gdyż mimo że są to wyznania kobiety, doświadczył je jak juz wspomniałem każdy niezależnie od płci. Wiersze to, czy nie wiersze, lektura ich zapewnia sporo wrażeń, wzruszeń, zamyśleń, wspomnień...
Teraz czytam "Emmę" Jane Austen e-book), listy Kafki (ciągle - papier).i słucham Sapkowskiego "Krew elfów" (audiobook).
piątek, 8 września 2017
Ota Pavel "Śmierć pięknych saren"/ "Jak spotkałem się z rybami"
Każdy niemal okres dzieciństwa jawi się po latach jako mitologiczna kraina szczęścia, beztroski, radości, przygód, pierwszych doświadczeń. Po latach rośnie przepaść pomiędzy pełnym obowiązków i ograniczeń życiem dorosłym, a niewinnymi latami dorastania. Ota Pavel powraca w swoich opowiadaniach do krainy dzieciństwa, nieświadomy zbliżającej się śmierci, lecz świadomy, w chwilach gdy ustawała, choroby psychicznej. Kto wie czy Pavel pisząc swoje wspomnienia w formie fabularnej prozy, nie starał się aby podświadomie utrwalić minionego czasu w celu skupienia się na samej czynności kreatywnego snucia opowieści, by w ten sposób odegnać od siebie oznaki choroby. Nie wiemy, na ile pisał dla siebie, a na ile dla czytelnika.
Obie książki Oty Pavla łączy postać narratora, którym jest sam autor, oraz jego otoczenie: miejsca, w których przebywa, osoby, z którymi spędza czas; łączy je historia jego życia oraz pasja do wędkowania. Łączy je płynąca wciąż woda i nieustannie upływający czas. To proza czysto autobiograficzna. "Śmierć pięknych saren" ukazała się przed śmiercią autora, "Jak poznałem się z rybami" została wydana pośmiertnie.
Zachwycająca jest w tych książkach tonacja. Oto z mroków wojny wyłania się odrobina nadziei, małe iskierki błyszcza niczym łuski słońca na falach toczącej się rzeki. Ludzie wierzą, że będzie dobrze. Robią swoje. Ojciec musi wzmocnić synów, których wysyłają do Terezina, poluje więc na sarny, żeby zdobyć mięso. Gdy sam zostaje wezwany, by udać się do obozu, wybiera się na nocny połów karpi. Życie toczy się blisko, tuż obok wszechobecnej śmierci i póki ich drogi się nie skrzyżują, trzeba iść przed siebie, trwać, przetrwać, przeżyć, oddychać. Piękne to przesłanie napisane przez człowieka, który borykał się z choroba psychiczną i który już kilku lat przed napisaniem "Śmierci pięknych saren" starał się ją poskromić lub może nawet ułaskawić, skoro była silniejsza od niego. Pavel miał powody do pesymizmu, a jednak pesymizmu w jego autobiograficznej prozie nie znajdziemy. W obu książkach jest wyraźnie wyczuwalne pogodzenie się z koleją rzeczy, z naturą, z koniecznością, ale nie ma w tej akceptacji oznak depresji. Tak jak napisałem, jest trwanie i robienie tego, co konieczne. Rzeka płynie, człowiek żyje, sprawy się dzieją, można jeszcze łowić ryby i cieszyć się pogodnym dniem.
W "Śmierci pięknych saren" bohaterem opowiadań jest ojciec narratora. Pavel opowiada o jego wzlotach i upadkach z ogromną estymą; pisze o nim ciepło, tkliwie, z poczuciem humoru i z ogromną wyrozumiałością. Ojciec jest zwykłym człowiekiem z przywarami oraz z zaletami, z talentem do obwoźnej sprzedaży, ze słabością do zony swego szefa, z pasja wędkowania, z troską o los rodziny. Blaski i cienie Pavel opisuje bez potępienia i entuzjazmu jak gdyby nad ludzką naturą ciążyło fatum, od którego nie można się uwolnić i jedynie co można zrobić, to je akceptować. W drugiej części, czyli w "Jak spotkałem się z rybami", bohaterem staje się teraz sam narrator, który dorasta, staje się mężczyzną, usamodzielnia się i starzeje, podczas gdy postać ojca staje się drugoplanowa.
Podczas gdy w pierwszej książce mamy olbrzymie urozmaicenie pod względem tematycznym, w drugiej autor skupia się przede wszystkim na łowieniu ryb. Mimo tego, to w wydanej po śmierci autora książce wyczuwa się ogromną nostalgię za dzieciństwem, za przeszłością. Bohater powraca do miejsc znanych z pierwszej autobiograficznej książki, spotyka opisanych w niej ludzi, załatwia sprawy, których nie udało się wykonać ojcu ("Złote węgorze") i zamienia się z ojcem rolami, przejmując nad nim w pewnym sensie opiekę bądź troskę. Jednolitość tematyczna wbrew pozorom wcale nie nuży. Poszczególne przygody związane z wędkowaniem mają przeróżny posmak, czar i powab. Jest w nich zawarte piękno i beztroska kajakowego spływu, oraz szaleńcza i karkołomna jazda z ogromna ryba zawiniętą w mokry ręcznik, są stricte życiowe nawiązania, bo przecież nie chodzi wyłącznie o ryby, chodzi o coś ważniejszego, o wypełnienie sensem życia, o wierność wobec rodziny, o szacunek.
Pavel napisał dwie wyjątkowe książki, nierozdzielne wobec siebie, piękne, wyciszone, mądre, pełne uroku, ciepłą, humoru, człowieczeństwa. Znajdziecie w nich pasję, urodę życia, wyrozumiałość, przywiązanie, nostalgię i drobne ludzkie radości. Jest tez historia, dole-niedole, bessy, pożegnania, wojna, obozy, lecz filozoficzna warstwa prozy Oty Pavla, tej niezwykłej i trudnej do porównania z czymkolwiek prozy, mówi cichym lecz pewnym siebie głosem, że wszystko minie, że wszystko płynie, jak rzeka, jak czas, jak karpie i węgorze i że po złych czasach przychodzą dobre, że zmienność jest immanentną częścią bytu i jeśli nie udało się zrobić czegoś dawniej, to można to zrobić później, że złote węgorze są zawsze w rzece i przyjdzie czas, że w końcu je złowisz. Wystarczy poczekać, uzbroić się w cierpliwość, płynąć przez zdarzenia życia tak jak ryby w wodzie omijające zatopione pnie drzew i zwodnicze, groźne wiry.
Czechosłowacki reżyser Karel Kachyna nakręcił dwa wspaniałe filmy na podstawie autobiograficznych książek Oty Pavla. Porównując film "Śmierć pięknych saren" do książki. można powiedzieć, ze reżyser wykazał się nieco własna inwencja, ubarwiając pewne epizody zdarzeniami, których nie ma w książce. Owe "dodatki" są jednak idealnie w duchu opowiadań Pavla i moim skromnym zdaniem absolutnie nie rażą. Głównie są to fragmenty, w których ojciec sprzedaje odkurzacze, co w książce potraktowane jest dosyć ogólnie. Filmy Kachyny są podobne do filmów takich polskich reżyserów jak Jan Jakub Kolski czy Andrzej Barański, co w moich oczach jest sporym komplementem. ten ostatni zresztą tez nakręcił nostalgiczny film o łowieniu ryb oraz o powrocie do przeszłości, jednak zawierający więcej goryczy za tym co utracone. Polecam książki i filmy.
wtorek, 5 września 2017
Marcin Wicha "Jak przestałem kochać design"
Pamięć o naszych najbliższych przejawiać się może w najprzeróżniejszych formach, ale jedno jest pewne: istnieją dziedziny życia automatycznie kojarzące się nam z osobami, które odeszły od nas na zawsze. To nie musza być nawet całe dziedziny, wystarczają fragmenty, skrawki. Zapach lub kilka taktów piosenki potrafią przywołać silne wspomnienia. Dla Marcina Wichy bodźcem przywodzącym wspomnienia o ojcu jest design, świat rzeczy, sposoby, w jakie ich zewnętrzne formy wypełniają przestrzeń, architektura, stoły kreślarskie, ołówki, książki, strzępy słów, urywki zdarzeń związane z projektowaniem.
Piotr Wicha był architektem. Marcin dorastał w domu pełnym poglądów, idei, rozmów i indywidualnych spojrzeń na świat rzeczy. Już na samym początku książki autor daje do zrozumienia, że atmosfera domu rodzinnego wpłynęła na jego życie, decydując zarówno o postrzeganiu szczegółów, jak też o zawodzie, który wybrał. A obrał Wicha dla siebie profesję grafika. Pozostał więc w ścisłym związku z projektowaniem i designem. "Jak przestałem kochać design" jest książką poświęconą pamięci zmarłego ojca, to niewątpliwie jest prawda. Równocześnie Wicha pisze w niej o tym wszystkim, co wiąże się z zawodem ojca; drugim jej tematem - nierozerwalnym z pierwszym - jest oczywiście design. W przewrotnym tytule Wicha sugeruje koniec swej do niego miłości, lecz nie dajmy się temu zwieść.
Na kolejnych stronach autor zagłębia się coraz bardziej w tajniki sztuki wzornictwa przemysłowego. Autor przybliża poglądy ojca na wzornictwo PRL-u. Wicha przywołuje szereg nazwisk i zjawisk, począwszy od architekta, po którym prawie nic nie pozostało, po polską szkołę plakatu, znaną na całym świecie. Wicha odwołuje się zarówno do ojców wzornictwa, jak też do najbardziej znanych współczesnych twórców wyglądu przedmiotów użytkowych. Nie mamy do czynienia jednak z czymś w rodzaju tematycznego leksykonu. Wicha z lubością skupia się na często anegdotycznej stronie opisywanego zjawiska. Lubi uwypuklać paradoksy, rzeczy osobliwe, nietypowe. Inteligencja miesza się z dużą dozą humoru, co jest moim zdaniem ogromnym atutem książki. Nie muszę oczywiście wspominać o rzeczy oczywistej, czyli o erudycji autora.
Książka Marcina Wichy jest napisana dla wielu z nas, szczególnie dla tych, którzy nie zawsze dostrzegają wszystkie otaczające nas szczegóły i wiele zjawisk wokół nas uznają za coś normalnego i naturalnego, aczkolwiek nie wartego refleksji. Wicha postanowił zmienić nasz punkt widzenia. Rzeczy posiadają swój wygląd i otaczają nas. Jednak ilu z nas zadaje sobie pytanie, dlaczego ten przedmiot wygląda waśnie tak? Co decyduje o jego kolorze? W jaki sposób tak dobrze mieści się w ręce? Lub dlaczego taki kanciasty i brzydki przedmiot jest równocześnie tak nieprzyzwoicie drogi? Wicha przybliża nam laikom świat wzornictwa, podejmuje kwestię estetyki, funkcjonalności, nowoczesności. przemijalności przedmiotów, trwałości wzorów, powszechności i ekskluzywności. niektóre przedmioty są trwałe. Niektóre, takie jak kasety magnetofonowe czy maszyny do pisania dzisiaj zostały zastąpione plikami muzycznymi i programami do edycji tekstów. Jest to bowiem książka o naszej współczesności oraz o drodze, jaka do niej prowadzi nasze przedmioty.
"Jak przestałem kochać design" (którego autor nie przestał kochać) czyta się płynnie. Każda kolejna strona przynosi ciekawe informacje i w mirę lektury rośnie ich ciekawość. Wicha pisze językiem w mirę przystępnym; nie mam do niego najmniejszych zastrzeżeń. Nie ma mowy o przeładowaniu fachową terminologią. Poczucie humoru autora wzmaga jeszcze i tak już sporą ilość walorów tej osobliwej książki. Osobliwej, gdyż jest ona przecież zarówno wspomnieniem bliskiej autorowi osoby, jak też luźną analizą tematu wzornictwa przemysłowego.
Książka Wichy jest też wejrzeniem w minioną epokę, próbą ukazania czytelnikowi, co było w PRL-owskim designie interesujące bądź degustujące. Można chyba rzec, ze książka napisana przez syna wspominającego ojca przez pryzmat wzornictwa jest rodzajem podróży sentymentalnej do lat dzieciństwa, jednak zaznaczyć trzeba równocześnie, że akcent położony jest bardziej na podróży, niż na sentymencie. To bardzo udaną próbą wejrzenia wstecz w minioną bezpowrotnie epokę, która kojarzy się autorowi z domowym ciepłem, z rozmowami z ojcem oraz z miłością, która pozostała we wszystkim, co ożywia o wspomnienie ojca. Gorąco polecam. Nie bójcie się designu!
sobota, 2 września 2017
Markus Zusak "Złodziejka książek"
Wielką sztuką jest napisać książkę o przerażających czasach, o straszliwym państwie w sposób, by nie przerazić, by nie wzbudzić strachu. Każdy z nas jest świadomy czym była II Wojna Światowa i jakie okropności się z nią wiążą. Markusowi Zusakowi udało się opowiedzieć historię z tamtych czasów i jednocześnie oczarować nią czytelnika, wcale nie udając, że czasy nie były wcielonym złem.
Już narrator książki stanowi zaskoczenie, jest nią bowiem spersonifikowana Pan Śmierć. Tak właśnie; w książce jest ona rodzaju męskiego. Zbiera żniwa, zabiera w swe dłonie dusze, jest wszędzie i wszystko widzi, jednakże swej pracy nie wykonuje z lubością i z zapałem. Wykonuje ją bo musi. Jest zmęczona tym co robi, w czym przypomina Śmierć z filmu Fritza Langa z 1921 roku. Na swej drodze Śmierć spotyka dziewczynkę, której postanawia się przyglądać. Dzięki temu poznajemy losy Liesel Meminger.
Zusak napisał piękną opowieść o ludzkiej solidarności. Jest to historia dzieciństwa, więc potrzebne są w niej relacje z rodzicami i rówieśnikami. Liesel mieszka u przybranych rodziców i przyjaźnie się w szkole z Rudy Steinerem. Relacje te są serdeczne i głęboko ludzkie, mimo najróżniejszych konfliktów. Panuję między nimi porozumienie, podskórna sympatia. W każdym razie stosunki między tymi bliskimi sobie osobami, a raczej relacje Liesel z wszystkimi ważnymi dla niej osobami maja charakter wręcz idylliczny. Dziewczynka w czasach wojennych i dyktatury narodowych socjalistów doznaje dobra. Ten kontrast pogłębia przepaść pomiędzy tym, co jest ludzkie a co nieludzkie. Podobnie jak treść książki Zusaka brzmi tytuł czeskiej tragikomedii "Musimy sobie pomagać" Jana Hřebejka z 2000 roku i nie dla tytułu tylko go przywołuję, gdyż sytuacja w książce przypomina sytuację w filmie. Tyle że do książki Zusaka bardziej niż słowo musimy pasowałoby chcemy, albo po prostu pomagamy sobie.
Liesel spotyka na swej drodze oczywiście także i złych ludzi, jest to nieuniknione, jednak dziewczynka potrafi wymykać się złu, przechodzić z godnością ponad i obok niego. Dopiero przyjaźń z Maksem ukarze Liesel prawdziwe zło i zada cierpienie, nie będzie mogła bowiem znieść losu zgotowanego jej przyjacielowi. Nie zdoła się z tym pogodzić.
W najgłębszych ciemnościach nawet najbledsze światło niesie z sobą nadzieję. Dla Liesel takim światłem jest przyjaźń i dobroć najbliższego otoczenia, ale równocześnie dziewczynka jest zafascynowana książkami i stara się je poznawać, czytać. Nie waha się przed kradzieżą. Kradzieży książki nie uznaje za zło. Swego czynu Liesel nawet nie rozważa w takich kategoriach; po prostu ona musi czytać i musi posiadać książki. Niektóre z nich czyta nawet kilkunastokrotnie. "Złodziejka książek" jest niewątpliwie peanem na temat czytania.
Książka swoim tonem w wielu miejscach przypomina "Małego księcia". Szczególnie przypowieść, której autorem jest Max, napisana jest w podobny sposób. Nic więc dziwnego, że Max swoimi tekstami potrafi tak urzec Liesel. Ta jest przecież łakoma na piękne opowiadania. I w tym aspekcie doskonale ja rozumieją wszyscy miłośnicy książek. Książki dają Liesel radość, dają jej wolność, są jej przyjaciółmi, które odgradzają dziewczynkę od okropieństw, prowadząc innymi drogami w lepsze światy. Liesel potrafi jednak oddzielić fikcję od rzeczywistości i kiedy trzeba, nie ucieka przed światem. To świadczy zarówno o jej odwadze, jak też o świadomości, która posiada.
Można by długo jeszcze analizować sytuacje i powiązania w "Złodziejce książek", jednak wymagałoby to zdradzenia fabuły, czego chciałbym uniknąć. Zapewniam jednak, że możliwości jest wiele, Zusak napisał bowiem piękną, głęboką i - można chyba się pokusić o takie stwierdzenie - uniwersalną książkę, która wywołuje gamę uczuć i lawinę myśli. W której radość miesza się ze smutkiem, dobro ze złem, konieczność z wyborem i nienawiść z miłością. Każda zresztą nawet najlepsza książka kiedyś się kończy, podobnie jak każda recenzja. Kiedy kończyłem lekturę "Złodziejki książek" odczuwałem niedosyt i smutek, ponieważ nie chciałem jeszcze rozstawać się z książką oraz z jej bohaterką, a jednak musiałem to zrobić. Na całe szczęście lubię powracać do przeczytanych już książek, więc na myśl o powrocie do "Złodziejki książek" na mej twarzy pojawił się uśmiech. :)
Na koniec dodam jeszcze tak przy okazji z nieco innej beczki, ze nie przepadam za okładkami, na których znajdują się kadry z filmu. Pierwsze wydanie "Złodziejki książek miało fantastyczna okładkę przedstawiająca dziewczynkę tańczącą ze śmiercią, co doskonale oddawało ducha powieści Zuzsaka i było fantastyczna alegorią. Danse macabre to motyw średniowieczny symbolizujący wszechobecność śmierci i lepszego chyba nie można znaleźć. Nowa okładka jest w sumie banalnie dosłowna i w trywialny sposób zdradza treść książki.
Już narrator książki stanowi zaskoczenie, jest nią bowiem spersonifikowana Pan Śmierć. Tak właśnie; w książce jest ona rodzaju męskiego. Zbiera żniwa, zabiera w swe dłonie dusze, jest wszędzie i wszystko widzi, jednakże swej pracy nie wykonuje z lubością i z zapałem. Wykonuje ją bo musi. Jest zmęczona tym co robi, w czym przypomina Śmierć z filmu Fritza Langa z 1921 roku. Na swej drodze Śmierć spotyka dziewczynkę, której postanawia się przyglądać. Dzięki temu poznajemy losy Liesel Meminger.
Zusak napisał piękną opowieść o ludzkiej solidarności. Jest to historia dzieciństwa, więc potrzebne są w niej relacje z rodzicami i rówieśnikami. Liesel mieszka u przybranych rodziców i przyjaźnie się w szkole z Rudy Steinerem. Relacje te są serdeczne i głęboko ludzkie, mimo najróżniejszych konfliktów. Panuję między nimi porozumienie, podskórna sympatia. W każdym razie stosunki między tymi bliskimi sobie osobami, a raczej relacje Liesel z wszystkimi ważnymi dla niej osobami maja charakter wręcz idylliczny. Dziewczynka w czasach wojennych i dyktatury narodowych socjalistów doznaje dobra. Ten kontrast pogłębia przepaść pomiędzy tym, co jest ludzkie a co nieludzkie. Podobnie jak treść książki Zusaka brzmi tytuł czeskiej tragikomedii "Musimy sobie pomagać" Jana Hřebejka z 2000 roku i nie dla tytułu tylko go przywołuję, gdyż sytuacja w książce przypomina sytuację w filmie. Tyle że do książki Zusaka bardziej niż słowo musimy pasowałoby chcemy, albo po prostu pomagamy sobie.
Liesel spotyka na swej drodze oczywiście także i złych ludzi, jest to nieuniknione, jednak dziewczynka potrafi wymykać się złu, przechodzić z godnością ponad i obok niego. Dopiero przyjaźń z Maksem ukarze Liesel prawdziwe zło i zada cierpienie, nie będzie mogła bowiem znieść losu zgotowanego jej przyjacielowi. Nie zdoła się z tym pogodzić.
W najgłębszych ciemnościach nawet najbledsze światło niesie z sobą nadzieję. Dla Liesel takim światłem jest przyjaźń i dobroć najbliższego otoczenia, ale równocześnie dziewczynka jest zafascynowana książkami i stara się je poznawać, czytać. Nie waha się przed kradzieżą. Kradzieży książki nie uznaje za zło. Swego czynu Liesel nawet nie rozważa w takich kategoriach; po prostu ona musi czytać i musi posiadać książki. Niektóre z nich czyta nawet kilkunastokrotnie. "Złodziejka książek" jest niewątpliwie peanem na temat czytania.
Książka swoim tonem w wielu miejscach przypomina "Małego księcia". Szczególnie przypowieść, której autorem jest Max, napisana jest w podobny sposób. Nic więc dziwnego, że Max swoimi tekstami potrafi tak urzec Liesel. Ta jest przecież łakoma na piękne opowiadania. I w tym aspekcie doskonale ja rozumieją wszyscy miłośnicy książek. Książki dają Liesel radość, dają jej wolność, są jej przyjaciółmi, które odgradzają dziewczynkę od okropieństw, prowadząc innymi drogami w lepsze światy. Liesel potrafi jednak oddzielić fikcję od rzeczywistości i kiedy trzeba, nie ucieka przed światem. To świadczy zarówno o jej odwadze, jak też o świadomości, która posiada.
Można by długo jeszcze analizować sytuacje i powiązania w "Złodziejce książek", jednak wymagałoby to zdradzenia fabuły, czego chciałbym uniknąć. Zapewniam jednak, że możliwości jest wiele, Zusak napisał bowiem piękną, głęboką i - można chyba się pokusić o takie stwierdzenie - uniwersalną książkę, która wywołuje gamę uczuć i lawinę myśli. W której radość miesza się ze smutkiem, dobro ze złem, konieczność z wyborem i nienawiść z miłością. Każda zresztą nawet najlepsza książka kiedyś się kończy, podobnie jak każda recenzja. Kiedy kończyłem lekturę "Złodziejki książek" odczuwałem niedosyt i smutek, ponieważ nie chciałem jeszcze rozstawać się z książką oraz z jej bohaterką, a jednak musiałem to zrobić. Na całe szczęście lubię powracać do przeczytanych już książek, więc na myśl o powrocie do "Złodziejki książek" na mej twarzy pojawił się uśmiech. :)
Na koniec dodam jeszcze tak przy okazji z nieco innej beczki, ze nie przepadam za okładkami, na których znajdują się kadry z filmu. Pierwsze wydanie "Złodziejki książek miało fantastyczna okładkę przedstawiająca dziewczynkę tańczącą ze śmiercią, co doskonale oddawało ducha powieści Zuzsaka i było fantastyczna alegorią. Danse macabre to motyw średniowieczny symbolizujący wszechobecność śmierci i lepszego chyba nie można znaleźć. Nowa okładka jest w sumie banalnie dosłowna i w trywialny sposób zdradza treść książki.
czwartek, 31 sierpnia 2017
Jo Nesbø "Pragnienie"
Brzmi to nieco dziwnie, ale tak trzeba napisać: wykładowca Harry Hole powraca. Nie komisarz, nie śledczy, nie policjant, ale wykładowca. Nie jest to oczywiście dla czytelników cyklu Jo Nesbø żadna nowość, tylko informacja, że Harry nadal stara się zajmować teorią, podczas gdy sytuacja nie pozwala mu na to, zmuszając go do zajęcia się praktyczna stroną kryminologii. Harry, którym targają wątpliwości, gdyż zajmowanie się tropieniem zabójców zawsze wpływa na jego życie prywatne, postanawia jednak pomóc norweskiej policji w rozwiązaniu kolejnej zagadki.Książki Jo Nesbø zawsze zajmują się problemami współczesności: narkotykami, nieumiejętnością okiełzania swoich pragnień, co prowadzi do zbrodni, bezwzględnym działaniem za wszelka cenę, karierowiczostwem, podziałem społeczeństwa na biednych i zamożnych, problemem mass mediów. W "Pragnieniu" mass media także odgrywają niebagatelną rolę. Czujnym okiem śledzą zmagania policji z przestępcą, informując o tym na bieżąco społeczeństwo. Obraz działania publikatorów jest u Nesbø nakreślony ciemnymi barwami. Media nie tylko zajmują się informowaniem, lecz swym działaniem niejednokrotnie przeszkadzają policji, publikując szczegóły śledztwa - zdobyte oczywiście drogą przekupstwa - które dla jego dobra nie powinny ujrzeć światła dziennego. Krytyka mediów nie pierwszy raz pojawia się w cyklu o Harrym Hole.
Stary dobry Hole prowadzi tym razem śledztwo w sprawie zabójstw młodych kobiet, które łączy Tinder, czyli miejsce w Internecie umożliwiające umawianie się na randki. Nesbø doskonale wykorzystuje modę na nowe technologie, by pokazać ich niebezpieczną stronę. Zagrożenie to stanowi równocześnie punkt wyjścia dla rozwoju akcji. Nie będę zdradzać, jak się rozwinie i którymi drogami podąży. Na pewno nie będzie nudnie i bezdyskusyjnie będzie zaskakująco. Po drodze kilka razy zmylicie tropy i swój sposób myślenia o poszczególnych bohaterach. "Pragnienie" jest dosyć skomplikowaną książką, małym labiryntem strachu, w którym łatwo się zagubić i jedno jest pewne: żadna nić Ariadny nie doprowadzi nas do wyjścia.
Na szczęście nad całością czuwa kompetentny człowiek, Harry Hole, który poświęci wszystko czym dysponuje, by rozwikłać zagadkę i schwytać zabójcę kobiet. Poświęci, wykorzysta, nie zawaha się. Nie mając zbyt wiele czasu do stracenia, gdyż zabójca działa szybko, Harry musi jak najrychlej zdemaskować go i unieszkodliwić. Każda godzina jest drogocenna.
Z ogromna przyjemnością, mimo że sprawy nie należą do najprzyjemniejszych, śledzić możemy po raz kolejny Herry'ego podczas śledztwa. Nesbø - to mogę zagwarantować - nie uczynił z swego bohatera osadzonego bezpiecznie w szkole policyjnej rezydenta. Nawiedzają go od dawna znane duchy przeszłości, kusi butelka, lgną do niego kobiety, zmaga się z Olegiem, walcząc o jego zaufanie, jednocześnie usiłując zachować własną niezależność i nie schodzić z obranej drogi, co można spokojnie nazwać rzeczami wzajemnie się wykluczającymi. Cóż, życie... Typowa dla Harry'ego ambiwalentna rzeczywistość.
Budzi trochę wątpliwości zawiłość zakończenia, ta zmienność sytuacji, jednak można to autorowi ostatecznie wybaczyć. Jesteśmy z mim już od dawna i na pewno po tylu świetnych książkach, które przeczytaliśmy, na wiele rzeczy skłonni jesteśmy przymknąć oko. W każdym razie ja jestem do tego zdolny.
Tych, którzy przeczytali dziesięć poprzednich tomów, nie ma nawet co zachęcać do lektury "Pragnienia"; oni i tak sięgną po tę książkę. Dylemat pojawia się wraz z nowym czytelnikiem. Czy warto zachęcać go do lektury jedenastego tomu, bez zapoznania się z dziesięcioma poprzednimi? Napiszę tak: "Pragnienie" trzeba poznać. Prędzej czy później. Macie dwie drogi. Albo zaczynacie od końca i sięgacie zachęceni po "Człowieka nietoperza", albo od razu po niego i sięgacie i wytrwale - inaczej się nie da - zmierzacie do "Pragnienia". Wybór należy do Was. Miłej lektury.
piątek, 25 sierpnia 2017
Alejo Carpentier "Podróż do źródeł czasu"
Dawno minęły już czasy, kiedy petroglify były najnowszymi dziełami sztuki graficznej, teraz zalewają nas piktogramy. Nie mieszkamy już w jaskiniach, nie okrywamy naszej nagości liśćmi, nie musimy rozpalać ognisk, gromadzić się w stadach dających bezpieczeństwo i polować na zwierzynę. Cywilizacja, kultura, rozwój. Jesteśmy otoczeni przez nowoczesność, żyjemy w nadchodzącej przyszłości, to znaczy w danym momencie teraźniejszości kiełkuje już jutrzejszy nowy wspaniały dzień. Zapomnieliśmy skąd przybyliśmy, kim byliśmy. A przecież nie wzięliśmy się znikąd.
Carpentier w połowie lat pięćdziesiątych napisał książkę, w której przedstawia bohatera zamkniętego w pułapce współczesnego zindustrializowanego świata. Wiedzie on życie wypełnione rutyną i obrządkami, takimi jak akty miłosne, które dokonywane są z regularnością godną szwajcarskiego zegarka w w konkretny dzień tygodnia o wyznaczonej i znanej małżonkom porze, praca, która aczkolwiek twórcza, podlega presji reklamy i rynku. Świat, w którym żyje (akcja książki rozpoczyna się w Nowym Jorku, w mieście będącym symbolem największego rozkwitu cywilizacyjnego) przytłacza go, krępuje. Niczym deski ratunku bohater chwyta się zlecenia odszukania w amazońskiej dżungli prymitywnych instrumentów muzycznych i opuszcza miasto, udając się - sam jeszcze nie wie dokładnie gdzie, ale przypuszcza, że do dżungli. Tak naprawdę jednak zmierza ku przeszłości, w nieznane, ale też i w nieuświadomione.
Podróż bohatera jest dosłowna i symboliczna. Carpentier opisuje autentyczne miejsca i żywych ludzi. Metaforycznie bohater cofa się przez epoki, przez barok, średniowiecze, aż do początku cywilizacji. Cofa się od form skomplikowanych po najprostsze, od potrzeb wyrafinowanych, po najkonieczniejsze. O ironio poszukiwane instrumenty znajduje szybko na jakimś prymitywnym targu, gdyż miejscowi Indianie od setek lat wyrabiają je i naśladują z ich pomocą śpiew ptaków. Bohater nie zatrzymuje se jednak, gdyż poczuł dotyk wolności, spadły z niego krępujące go pęta cywilizacji. Postanawia odrzucić swe dotychczasowe życie i zamieszkać w wiosce w środku dżungli, gdzie życie toczy się w zależności od kaprysów pogody i w której podstawowym celem jest przetrwanie. jedyne z czego nie potrafi zrezygnować, to komponowanie muzyki...
Carpentier zadaje pytanie, czy możliwa jest ucieczka od cywilizacji? Czy człowiek potrafi cofnąć się świadomie ku formie skrajnie prymitywnej? Czy ma to sens? Czy cena rezygnacji z dóbr cywilizacji jest warta wolności i nieskrępowanej miłości do prostej kobiety? Pytań jest wiele, a odpowiedzi mają w sobie smak goryczy. Każdy ma swoje miejsce. Każdy może zapragnąć zmiany. Strzeż się swoich pragnień, mówi znane porzekadło... Nieświadomy swych pragnień bohater w drodze do miejsca, którego istnienia i charakteru nie jest świadomy tak samo, jak tego czego chce. Pragnie być wolny i nieskrępowany. Chce poczuć się jak nagie dziecko. Pragnie odzyskać radość z tego, że jest. Czy to się może udać?
PS. Książka Carpentiera oprócz wspomnianych wyżej dylematów pokazuje także dwa skrajnie różne od siebie światy, które istnieją równolegle do siebie i które niczego o sobie wzajemnie nie wiedzą. jest to piękna pieśń na cześć przyrody Ameryki Południowej oraz recytatyw opowiadający o tym, że wbrew aktualnej dacie w kalendarzu, czasy wzajemnie sie przenikają, nasz obecny i dawny.
czwartek, 24 sierpnia 2017
Roland Topor
Roland Topor "Dziennik paniczny"
Roland Topor "Najpiękniejsza para piersi na świecie"
Roland Topor "Cztery Róże dla Lucienne"
Roland Topor "Święta księga cholernego Proutto"
Hurtowo cztery książki w ramach nadrabiania zaległości.
Topor to Francuz z Polskim pochodzeniem, ale ważniejsze od geograficznego jest jego pochodzenie kulturalne. Topor pochodzi z prostej linii od przedwojennych francuskich surrealistów i to jest bardzo wyczuwalne w jego prozie. książki Topora (oprócz ostatniej) to zbiory opowiadań, krótkie zgrabnie napisane formy, w których dominuje absurd, groteska, surrealizm, gra słowem i znaczeniami i pewnie jest sporo aluzji do ogólnie pojętego życia we Francji, które niestety nie bardzo są zawsze klarowne i czytelne. Ten brak na ogół nie utrudnia lektury, ponieważ ta da czytać się na różnych poziomach,a sam fakt obcowania z surrealizmem i groteską nawet pozwala rozkoszować się wyłącznie absurdalnością opisanych sytuacji bez wnikania do czego są aluzjami. Opowiadania czyta się fantastycznie i szybko, pod warunkiem, że nie jest się bezkrytycznym wyznawcą idei drobnomieszczaństwa i że posiada się dystans do świata oraz panujących w nim - często równie absurdalnych i groteskowych jak te opisane w opowiadaniach Topora - reguł. Topor potraf ośmieszyć zarówno wyścig zbrojeń jak i damsko-męskie konwenanse. Z lubością piętnuje - w czym przypomina Luisa Buñuela oraz Federico Felliniego - bezkrytyczne oddanie religijnemu kultowi. Topor bierze na tapetę wyświechtane przywary i oczywiste oczywistości (zwrot celowo użyty), z praktycznie z niczego tworząc całe anty-światy. Czytając książki Topora zrywa się ze śmiechu boki, chociaż często najczęściej mamy do czynienia z czarnym ja smoła humorem.Można powiedzieć o książkach Roland Topora, że są to męskie bezkompromisowe i bezpruderyjne rozprawy ze światem na intelektualne pięści. Nie dla wrażliwych, nie dla miłośników harmonii, raczej dla tych wszystkich, którzy podskórnie widzą świat w podobny sposób do Topora, ale nie są na tyle odważni, by na taką skalę go zbesztać słowem ;)
Roland Topor "Najpiękniejsza para piersi na świecie"
Roland Topor "Cztery Róże dla Lucienne"
Roland Topor "Święta księga cholernego Proutto"
Hurtowo cztery książki w ramach nadrabiania zaległości.
Topor to Francuz z Polskim pochodzeniem, ale ważniejsze od geograficznego jest jego pochodzenie kulturalne. Topor pochodzi z prostej linii od przedwojennych francuskich surrealistów i to jest bardzo wyczuwalne w jego prozie. książki Topora (oprócz ostatniej) to zbiory opowiadań, krótkie zgrabnie napisane formy, w których dominuje absurd, groteska, surrealizm, gra słowem i znaczeniami i pewnie jest sporo aluzji do ogólnie pojętego życia we Francji, które niestety nie bardzo są zawsze klarowne i czytelne. Ten brak na ogół nie utrudnia lektury, ponieważ ta da czytać się na różnych poziomach,a sam fakt obcowania z surrealizmem i groteską nawet pozwala rozkoszować się wyłącznie absurdalnością opisanych sytuacji bez wnikania do czego są aluzjami. Opowiadania czyta się fantastycznie i szybko, pod warunkiem, że nie jest się bezkrytycznym wyznawcą idei drobnomieszczaństwa i że posiada się dystans do świata oraz panujących w nim - często równie absurdalnych i groteskowych jak te opisane w opowiadaniach Topora - reguł. Topor potraf ośmieszyć zarówno wyścig zbrojeń jak i damsko-męskie konwenanse. Z lubością piętnuje - w czym przypomina Luisa Buñuela oraz Federico Felliniego - bezkrytyczne oddanie religijnemu kultowi. Topor bierze na tapetę wyświechtane przywary i oczywiste oczywistości (zwrot celowo użyty), z praktycznie z niczego tworząc całe anty-światy. Czytając książki Topora zrywa się ze śmiechu boki, chociaż często najczęściej mamy do czynienia z czarnym ja smoła humorem.Można powiedzieć o książkach Roland Topora, że są to męskie bezkompromisowe i bezpruderyjne rozprawy ze światem na intelektualne pięści. Nie dla wrażliwych, nie dla miłośników harmonii, raczej dla tych wszystkich, którzy podskórnie widzą świat w podobny sposób do Topora, ale nie są na tyle odważni, by na taką skalę go zbesztać słowem ;)
niedziela, 30 lipca 2017
Szczepan Twardoch "Król"
Twardoch kreśli ostatnie dni przed II Wojną Światową w bardzo sugestywny sposób, sięgając głównie po znane powszechnie cechy tamtego czasu, wykorzystując autentyczne wydarzenia i wprowadzając do powieści historyczne postaci, tak że czytelnik ma wrażenie autentyzmu, dobrego oddania ducha tamtych lat. Antysemityzm, ONR, jaskrawe społeczne kontrasty, socjalizm - wszystko to charakteryzowało przedwojenną Polskę i u Twardocha jest obecne. Można powiedzieć, że przedwojenna Warszawa znana była z cwaniaczków i drobnych przestępców (lumpenproletariackie powiedzonko "kup pan cegłę" to chyba już czasy powojenne, a może się mylę, ale doskonale oddaje ducha okresu międzywojennego) i Twardoch respektuje to, a nawet więcej, z tego wywodzi się cała historia, tyle że Twardoch posuwa się w powieści o kilka kroków dalej i swoich bohaterów kreuje w powieści na przywódców warszawskiej mafii w stylu Al Capone'a. I tu trafiamy w sedno książki...Wszystko jest piękne, ładne, gładkie. Aż za piękne, za ładne i za gładkie. Pomijając oczywiście drobiazgowe opisy ściągania haraczu w bezwzględny i brutalny sposób. Po głębszym zastanowieniu świat warszawskiego półświatka, podobnie jak opisane realia, zdają się posiadać cechy ikonograficzne. W transpatrentny sposób kreują fikcję powieściową, a by czytelnik miał poczucie autentyzmu (po to owe słowa klucze jak boks, Piasecki, socjalizm, premier, Bereza Kartuska), przy jednoczesnym, tak jest i niestety, komiksowym podejściu do tematu.
"Król" Szczepana Twardocha ukazał się po "Morfinie", ale czas rozgrywania akcji wcześniejszy jest w tej pierwszej wymienionej powieści (ostatnie lata okresu międzywojennego wobec pierwszych tygodni okupacji), postanowiłem więc w takiej kolejności zapoznać się z tymi książkami. Decyzja okazała się równocześnie tak samo dobra, co tragiczna w skutkach. Ot, meandry czytelniczych dziwactw, nawyków i upodobań...
Po lekturze książki Twardocha nie wiem po co została napisana ta historia. Na pewno nie po to, żeby bawić (chociaż zabawa gatunkami i przemocą jest wśród niektórych kręgów modna i akceptowalna). Czy miała zastanowić? Do czego, skoro zostały w niej pomieszane fakty, zdarzenia, ludzie, postawy? Bo przekonywać kogoś, że drogą przestępstwa najszybciej dojdzie się do większego stanu posiadania, to oczywista oczywistość (celowo używam tu pleonazmu). Podobnież, że seks z żoną szefa daje więcej satysfakcji niż chodzenie za rączkę do teatru z niewinnym dziewczątkiem. Jaki więc cel przyświecał autorowi, kiedy pisał "Króla"? Moim zdaniem chciał stworzyć zgrabną opowieść o drastycznych czasach, rozgrywająca się pośród brutalnych typków, a że lepiej wychodzi mu pisanie książek niż rysowanie komiksów, napisał komiks bez obrazków. Takie odnoszę wrażenie.
Książkę dobrze się czyta, jest interesująca, barwna, obfitująca w dramatyczne zdarzenia, sensacyjna i brutalna. Moim zdaniem nie udaje tego czym jest i czym nie jest. Na pewno jest powieścią o znamionach postmodernizmu, stylizowaną na pełne przemocy filmy pewnego amerykańskiego kultowego reżysera (którego ja uważam za filmowego grafomana). Jest komiksem bez obrazków, w którym bohaterzy opierają się wszelkim przeciwnościom i wychodzą bez szwanku z każdej opresji (przynajmniej do czasu, ale nagromadzenie tych bohaterskich czynów także wskazuje na komiksową formę). Bawi i straszy jednocześnie. To jednak zbyt krzykliwy kontrast, zbyt spora rozbieżność. Można przeczytać tę książkę w taki właśnie sposób: jako dobrą zabawę i zajmująca historię. Można, jak najbardziej. Tylko czy aby równocześnie nie trzeba jej tak czytać? Bo nie jest niczym więcej, niż zabawą?
PÓŁ DAWKI MORFINY, CZYLI EPILOG
Po lekturze "Króla" zabrałem się za lekturę "Morfiny". Dobrze, że obrałem taką właśnie kolejność. "Morfina" napisana jest w podobnym stylu, kreuje okres okupacji podobnie jak "Król" kreuje schyłek Dwudziestolecia Międzywojennego nie unikając sensacyjnych wydarzeń i sprawiając wrażenie zabawy dla zabawy. Dobrze się stało, ponieważ czytając powieści Twardocha w odwrotnej kolejności nie przeczytałbym "Króla". Tak nie doczytałem "Morfiny", nie dałem już rady. Co za dużo, to niezdrowo.
środa, 19 lipca 2017
Nadieżda Mandelsztam "Wspomnienia"
"Wspomnienia" zaczynają się od pierwszego aresztowania O.M. Nadieżda wydobywa z pamięci fakty aż do powtórnego aresztowania poety. Książka kończy się próba odtworzenia z relacji świadków ostatnich miesięcy życia Mandelsztama w obozie. Jest to próba oddzielenia prawdy od legendy, zdarzeń autentycznych od wymyślonych. Pełen dramatyzm tych ostatnich stron jest w stanie pojąć jedynie ten chyba, kto doświadczył tego samego; wszelka empatia jest, musi być zawodna, połowiczna.Gdyby nie Nadieżda Mandelsztam, nie znalibyśmy dziś wierszy Osipa Mandelsztama z okresu po pierwszym aresztowaniu, w Woroneżu, na wygnaniu. Znalibyśmy tylko wczesne wiersze z okresu akmeizmu, te, które zdołał jeszcze poeta wydać, zanim (już) w połowie lat dwudziestych nigdzie nie mógł już liczyć na jakąkolwiek publikację. Nadieżda Mandelsztam ocalała cudem, więc wiersze jej męża swe życie także zawdzięczają cudowi; po drugim aresztowaniu O.M. (tak o nim pisze we "Wspomnieniach") Nabieżda nie była nigdzie zameldowana i jej tułacze życie po obrzeżach wielkich miast ocaliło ją, która nosiła w sobie wiersze Mandelsztama. Tak, nosiła w sobie, ponieważ uczyła się ich wszystkich na pamięć, każdego dnia powtarzała je, by nie zapomnieć. Czyż to nie jest piękny dowód miłości?
Pomiędzy oboma aresztowaniami były cztery lata zesłania, głównie w Woroneżu ("Woroneż - wroni nóż" pisał poeta w jednym z wierszy), gdzie cierpiąc ogromna biedę małżeństwo Mandelsztamów z jednej strony obawiało się w każdej chwili ponownego aresztowania, z drugiej strony czerpało radość z każdej zyskanej chwili. To wygnanie było zawieszeniem życia. Nie wyobrażam sobie, co mogli czuć. Nadieżda opisuje wszystko po kilkudziesięciu latach precyzyjnie, chłodno, bez krzyku, spokojnie, bez łez. Pamięta ludzi, fakty, przywołuje obawy, wymienia nazwiska, sytuacje, ich wagę. Zadziwia fakt, jak w ZSRR z niby błahych oficjalnych komunikatów ludzie potrafili odczytywać nadchodzące zmiany, czystki, innymi słowy, spoglądać we własną przyszłość. Było to przeczuwanie nadchodzącej grozy, a raczej przeczucie jej nasilenia, gdyż sama groza nigdy nie ustawała, zbliżania się ogromnych fal, jednej za drugą. Fal niosących zniszczenie.
Wspomnienia Nadieżdy Mandelsztam pokazują siłę wiary w to, co się robi, przekonanie o konieczności. Osip Mandelsztam zdając sobie doskonale sprawę z konsekwencji tego co robi, nie przestał pisać wierszy. Nie potrafił. Nie mógł. Mawiał do żony, że w ZSRR poeci muszą być ogromnym zagrożeniem dla systemu, skoro zabija się ich za wiersze czyli za zapisane słowa. Nadieżda wspomina przyjaźń Mandelsztamów z Anną Achmatową. Zwraca uwagę, ze była to jedyna osoba, która nie bała się odwiedzać wygnańców w Woroneżu. Dlatego być może, że żyła tak samo w strachu; jej mąż Gumiłow, również będący poetą, został zastrzelony przez Czeka już na początku lat dwudziestych, a syn Anny Achmatowej tkwił w obozie. Achmatowa rozpaczliwie starała się o jego powrót. Dlatego rozumiała sytuację Mandelsztamów. Pomocy Mandelsztamom udzielał także Wiktor Szkłowski (ten sam, który pomagał w latach 40-tych Aleksandrowi Watowi). "Wspomnienia" opowiadają o strachu, o milczeniu, o wycofaniu, o niepodawaniu ręki, o nieprzyznawaniu się do znajomości, o stłamszeniu dobra w człowieku, o bohaterskich wyjątkach, takich jak Szkłowski i Achmatowa.
Tłem wspomnień Nadieżdy Mandelsztam jest życie w państwie terroru. Życie osobiste wpisane w polityczny horror. Jest to więc relacja nie tylko z życia zaszczutej inteligencji, konkretnych, żywych osób, ale także panorama egzystencji w państwie, które prześladowało swoich własnych obywateli, w systemie, który likwidował swoje dzieci, swoich gorliwych wyznawców. Nadieżda Mandelsztam opisała także metody pracy swego męża, zostawiła ślad, w jaki sposób powstawała jego poezja. Wszystkie te czynniki wpływają na to, że "Wspomnienia" Nadieżdy Mandelsztam to szalenie interesująca lektura. Z naszej perspektywy odczytywać ją można w sposób nieco profetyczny: jak wyglądałby świat, gdyby... Ponieważ nigdy nie wiadomo, w którą stronę zwróci się historia. Po I Wojnie Światowej nikt nie wyobrażał sobie, że wkrótce nadejdzie Druga. Nigdy nie wiadomo, co zdarzy się w przyszłości. Oby same dobre rzeczy. Ale...
wtorek, 18 lipca 2017
Franz Kafka "Proces"
Książka przeczytana po raz setny i wciąż ten sam niepokojący odbiór, jako że najróżniejsze procesy wciąż trwają, większość ludzi niczego nie jest świadoma, rośnie kontrola instytucji nad człowiekiem, a ludzi bezbronnych i zagubionych przybywa. I niech nikogo nie zmylą tony rzeczy, którymi nas otoczono, uśmiechnięci i szczęśliwi ludzie w spotach reklamowych...Człowiek człowiekowi wilkiem, człowiek człowiekowi oprawcą, człowiek człowiekowi katem. Człowiek człowiekowi... a co dopiero bezduszna instytucja człowiekowi... Ponadczasowa metafora Kafki to labirynt, w którym ławo się zgubić, z którego trudno wyjść, którego nie można opuścić. Pozorne uwolnienie, pozorne wyjście z labiryntu. Oniryzm, metaforyczność, duszna atmosfera niepokoju tylko zwielokrotniają możliwość interpretacji. Pewne jest tylko to, że nie istnieje jedno jedyne wyjaśnienie. Znów labirynt, ponownie błądzenie, szukanie, zagubienie... Jeżeli chcielibyśmy odgadnąć prawdziwy zamysł autora - co więcej niż pewne jest nie do odgadnięcia - musielibyśmy zdecydować się wyłącznie na jedną interpretację, jednak wielkość tej powieści polega na tym, że można ja analizować na wiele różnych sposobów, a otrzymane rezultaty wcale się nie musza ze sobą kłócić. Każdy ma tu własne pole do popisu. Znając fakt zerwania zaręczyn Kafki z Felicią Bauer w 1914 roku, co uznaje się za impuls do rozpoczęcia pisania przez Kafkę "Procesu", dochodzi jeszcze jedna możliwość odczytania utworu, a mianowicie przez pryzmat życia osobistego. Rozgałęzienia labiryntu. Bez końca. Oprócz surrealistycznej fabuły uwagę zwraca język Kafki. czytać wielokrotnie złożone zdania Kafki, napisane precyzyjnie, z użyciem najstaranniej dobranych słów, biegać oczami przez spiętrzone poziomy ich konstrukcji - to najczystsza przyjemność dla miłośnika języka, jakiegokolwiek, bo każde zapisane słowo to magiczny znak, wydrukowane zaklęcie. Magia przeistaczania znaku w sens.
Ha, popadłem w taki ton, jak gdybym bił w dzwon... :) Ale w taki właśnie sposób przenika do duszy języka muzyka ;) I tym oto wesołym akcentem dywagacje uznaję za zamknięte :)wtorek, 11 lipca 2017
Przemysław Słowiński i Danuta Uhl-Herkoperec "Urlike Meinhof. terror, seks i polityka"
Po obejrzeniu filmu "Baader - Meinhof" w reżyserii Udi Edela pojawiło się we mnie sporo pytań, wątpliwości, zarysowań na obrazie sytego i bogatego państwa jakim była republika Federalna Niemiec. Chciałem się także dowiedzieć więcej na temat niemieckiego terroryzmu oraz ludzi, którzy tworzyli Frakcję Czerwonej Armii. Kiedy wpadła mi w ręce biografia Urlike Meinhof nie wahałem się i postanowiłem od razu się z nią zapoznać, chociaż dziwny podtytuł "terror, seks i polityka" wyzwolił we mnie odrobinę bliżej niesprecyzowanej nieufności.
Biografia zaczyna się od rozważań autorów na temat, czym był niemiecki terroryzm lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. W uproszczeniu autorzy oscylują pomiędzy walka o prawa a zwykłym bandytyzmem. Twórcy książki zadają również pytanie, na ile świadoma tego co robi była sama Urlike Meinhof. Po postawieniu pytań Słowiński i Uhl-Herkoperec przechodzą do opisu życia tytułowej bohaterki. Dzieciństwo w cieniu swastyki, powikłania rodzinne, poczucie sprawiedliwości małej Urlike, pierwsze doświadczenia życiowe, utrata ojca i zastąpienie go przez nową partnerkę życiowa matki. Powojenna młodość Urlike Meinhof została opisana na tle wydarzeń politycznych ówczesnych lat. Miały one zaciążyć na dalszych losach bohaterki książki. Niespodziewanie biografia zaczyna nabierać cech powieści; dzieje się tak kiedy autorzy zaczynają fabularyzować niektóre wydarzenia, a opisują je w sposób nieco irytujący, gdyż swymi opisami sytuacji, wydarzeń i rozmów sugerują, że byli tego wszystkiego świadkami. Biografia rozszczepia się na dwie połowy i rzetelność ulatuje z niej na rzecz szczegółowego opisu seksu. Nieufność związana z podtytułem książki zaczyna się coraz bardziej krystalizować.
Ostatnia część książki przedstawia działalność terrorystyczna Urlike Meinhof. Przedstawiona jest ona głównie przez pryzmat napadów na banki, jakich RAF dokonywał na terenie całej Republiki Federalnej oraz opisu strzelanin, gdy któryś z członków organizacji natknął się na policję. Wspomniany jest też manifest napisany przez Meinhof, a dotyczący założeń RAF-u oraz miejskiej partyzantki. No i opisany jest także obóz szkoleniowy na Bliskim Wschodzie, gdzie członkowie Raf-u ćwiczyli się w strzelaniu i w rzucaniu granatami. Mimo że autorzy doskonale wiedzą, co czuła Urlike, kiedy ktoś zdejmował jej stanik, nie dowiemy się od nich o stosunkach panujących wewnątrz grupy. Fakt, że Meinhof nie lubiła się z Baaderem jest raczej niewystarczający. Baader rządził i krzyczał na członków, świadomy wyznaczonych celów ale jak z miłośnika szybkich i drogich samochodów stał się przywódca radykalnej lewicowej organizacji, o tym się w książce nie wspomina. Autorów nawet nie razi ten kontrast pomiędzy walką z systemem ogłupiającym ludzi dobrobytem, a indywidualnymi potrzebami liderów wojującej z tym systemem organizacji, potrzebami podszytymi konsumpcjonizmem. Wszak Gudrun Ensslin tez nie została ujęta podczas napadu na bank, ale w trakcie zakupów w butiku...
Książka stawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Odznacza się tez brakiem logiki. Nie oburza się mianowicie na strzały policji ostra amunicja do ludzi, natomiast krytykuje odpowiedź na nie. Zresztą w końcowej części w trakcie podsumowania autorzy zapominają o przyczynach, zajmując się jedynie skutkami. Myślę, że lepiej byłoby skupić się na suchych faktach, niż snuć niekonsekwentne rozważania i stawiać skrajnie subiektywne tezy. Sięgając po biografię Urlike Meinhof chciałem przede wszystkim wzbogacić swoja wiedzę w fakty, znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, nie ukrywam bowiem, że metoda walki zbrojnej nie jest dla mnie środkiem akceptowalnym, jednak potrafię zrozumieć ludzi postawionych pod ściana w sytuacji bez wyjścia. Tylko czy członkowie RAF-u znaleźli się w takiej ostatecznej sytuacji? Tego nie dowiemy się z tej książki. Dowiemy się natomiast o pierwszych uniesieniach erotycznych Urlike Meinhof. Druga i trzecia generacja RAF-u dokonała bardziej brutalnych i krwawych porwań i napadów, należałoby więc umieścić pierwsza generację w odpowiednim kontekście, daremnie jednak szukać jakiegokolwiek porównania. Mnożą się natomiast epitety "lewacki" i "banda", co sugeruje o braku obiektywizmu autorów. Jest natomiast podany prze[pis na zupę piwną, którą gotowała Urlike Meinhof... Takie "fakty" mówią same za siebie. Nie miałem jeszcze na moim blogu tagu "nie polecam". Ta książka jest pierwszą, która zmuszony jestem takim tagiem oznaczyć. I oby ostatnią.
PS. Fotografia okładki książki jest celowo zdeformowana korelując z treścią.
Biografia zaczyna się od rozważań autorów na temat, czym był niemiecki terroryzm lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. W uproszczeniu autorzy oscylują pomiędzy walka o prawa a zwykłym bandytyzmem. Twórcy książki zadają również pytanie, na ile świadoma tego co robi była sama Urlike Meinhof. Po postawieniu pytań Słowiński i Uhl-Herkoperec przechodzą do opisu życia tytułowej bohaterki. Dzieciństwo w cieniu swastyki, powikłania rodzinne, poczucie sprawiedliwości małej Urlike, pierwsze doświadczenia życiowe, utrata ojca i zastąpienie go przez nową partnerkę życiowa matki. Powojenna młodość Urlike Meinhof została opisana na tle wydarzeń politycznych ówczesnych lat. Miały one zaciążyć na dalszych losach bohaterki książki. Niespodziewanie biografia zaczyna nabierać cech powieści; dzieje się tak kiedy autorzy zaczynają fabularyzować niektóre wydarzenia, a opisują je w sposób nieco irytujący, gdyż swymi opisami sytuacji, wydarzeń i rozmów sugerują, że byli tego wszystkiego świadkami. Biografia rozszczepia się na dwie połowy i rzetelność ulatuje z niej na rzecz szczegółowego opisu seksu. Nieufność związana z podtytułem książki zaczyna się coraz bardziej krystalizować.
Ostatnia część książki przedstawia działalność terrorystyczna Urlike Meinhof. Przedstawiona jest ona głównie przez pryzmat napadów na banki, jakich RAF dokonywał na terenie całej Republiki Federalnej oraz opisu strzelanin, gdy któryś z członków organizacji natknął się na policję. Wspomniany jest też manifest napisany przez Meinhof, a dotyczący założeń RAF-u oraz miejskiej partyzantki. No i opisany jest także obóz szkoleniowy na Bliskim Wschodzie, gdzie członkowie Raf-u ćwiczyli się w strzelaniu i w rzucaniu granatami. Mimo że autorzy doskonale wiedzą, co czuła Urlike, kiedy ktoś zdejmował jej stanik, nie dowiemy się od nich o stosunkach panujących wewnątrz grupy. Fakt, że Meinhof nie lubiła się z Baaderem jest raczej niewystarczający. Baader rządził i krzyczał na członków, świadomy wyznaczonych celów ale jak z miłośnika szybkich i drogich samochodów stał się przywódca radykalnej lewicowej organizacji, o tym się w książce nie wspomina. Autorów nawet nie razi ten kontrast pomiędzy walką z systemem ogłupiającym ludzi dobrobytem, a indywidualnymi potrzebami liderów wojującej z tym systemem organizacji, potrzebami podszytymi konsumpcjonizmem. Wszak Gudrun Ensslin tez nie została ujęta podczas napadu na bank, ale w trakcie zakupów w butiku...
Książka stawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Odznacza się tez brakiem logiki. Nie oburza się mianowicie na strzały policji ostra amunicja do ludzi, natomiast krytykuje odpowiedź na nie. Zresztą w końcowej części w trakcie podsumowania autorzy zapominają o przyczynach, zajmując się jedynie skutkami. Myślę, że lepiej byłoby skupić się na suchych faktach, niż snuć niekonsekwentne rozważania i stawiać skrajnie subiektywne tezy. Sięgając po biografię Urlike Meinhof chciałem przede wszystkim wzbogacić swoja wiedzę w fakty, znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, nie ukrywam bowiem, że metoda walki zbrojnej nie jest dla mnie środkiem akceptowalnym, jednak potrafię zrozumieć ludzi postawionych pod ściana w sytuacji bez wyjścia. Tylko czy członkowie RAF-u znaleźli się w takiej ostatecznej sytuacji? Tego nie dowiemy się z tej książki. Dowiemy się natomiast o pierwszych uniesieniach erotycznych Urlike Meinhof. Druga i trzecia generacja RAF-u dokonała bardziej brutalnych i krwawych porwań i napadów, należałoby więc umieścić pierwsza generację w odpowiednim kontekście, daremnie jednak szukać jakiegokolwiek porównania. Mnożą się natomiast epitety "lewacki" i "banda", co sugeruje o braku obiektywizmu autorów. Jest natomiast podany prze[pis na zupę piwną, którą gotowała Urlike Meinhof... Takie "fakty" mówią same za siebie. Nie miałem jeszcze na moim blogu tagu "nie polecam". Ta książka jest pierwszą, która zmuszony jestem takim tagiem oznaczyć. I oby ostatnią.
PS. Fotografia okładki książki jest celowo zdeformowana korelując z treścią.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



