poniedziałek, 29 lutego 2016

Hermann Hesse "Siddhartha"

Za każdym razem, kiedy czytam tę książkę, a wracam do niej co pewien czas, czuję się lepszym człowiekiem. Oczywiście nie żebym czuł się lepszy od kogoś, czuję się lepszym od samego siebie z chwili przed sięgnięciem po powieść Hessego. Coś musi zawierać proza autora "Wilka stepowego" skoro jej działanie jest tak głębokie i takie oczyszczające. Fabuła przedstawia życie Siddharthy, jego rozwój i w końcu schyłek. Dążeniem Siddharthy jest osiągnięcie doskonałości i szczytów duchowości. Charakterystyczną cechą jest jego radykalizm, gdyż po zgłębieniu odrzuca nawet najbardziej radykalne nurty jako niewystarczające i odciągające od sedna. Po drodze, jak to w życiu bywa, Siddhartha gubi swój cel (w tym książka podobna jest do innej powieści Hessego, do "Podróży na Wschód" mianowicie) i oddaje się egzystencji materialnej, cielesnej, prozaicznej, odległej od ideału, do którego zmierzał. Wszystko czym dawniej gardził, stało się jego udziałem. Życie...
Książka ukazuje życie jako wędrówkę i labirynt, w którym można zabłądzić lub zboczyć z obranej drogi. Człowiek zatraca wyuczone umiejętności, ucząc się nowych, jedne zastępując drugimi. Życie przeobraża się, ulega metamorfozom. W końcu zapętla się, powraca w miejsce już wcześniej odwiedzone, o którym bohater nigdy nie myślał, że stanie się jego przeznaczeniem. Hesse chwali prostotę, doświadczenie, naukę, jednocześnie pokazuje wzlot i upadek, ale patrząc na to z innej perspektywy, wzlot może być upadkiem, a upadek wzlotem w zależności od tego gdzie się znajdujemy. Mądra i głęboka książka.

niedziela, 28 lutego 2016

Paweł Huelle "Castorp"

Każdy zna chyba to uczucie, kiedy znajduje w domu stare pudełko po butach, a w nim fotografie sprzed kilkudziesięciu lat, na grubym papierze, często przegięte, naddarte, czarno-białe lub w sepii, z adnotacją na odwrocie napisaną piękną odręczną kaligraficzną kursywą, fotografie pełne twarzy, które teraz nie noszą już w wielu przypadkach nazwisk i imion, zapomnianych twarzy ludzi, o których nic nie wiemy. Każdy zna to uczucie, kiedy znajduje się w obcym odległym miejscu, w mieście pełnym wiekowych budynków zbudowanych w stylu, historyzmu, secesji, baroku, od dawna już niemodnym, nie przystającym do współczesności, wręcz nierzeczywistym. Takiego samego wrażenia doznałem czytając "Castorpa" Pawła Huelle.
Książka Huelle na pozór wydaje się prosta. Opisuje przyjazd i pobyt Hansa Castorpa w Gdańsku na początku XX wieku. Bohater ma zamiar studiować na politechnice, a w przyszłości planuje budować statki. Poznaje nowych ludzi, zakochuje się, ot wszystko. Banalne, zwyczajne studenckie życie, no może nie do końca aż tak zwyczajne, gdyż Castorp stroni od szkolnych kolegów, nie zapisuje się do żadnej z licznych organizacji studenckich i wiedzie życie odludka. Nie nudzi się jednak ani chwili. Castorp posiada swoje przyzwyczajenia i oddaje się im w pełni. Po pierwsze z planem miasta w ręku zwiedza Gdańsk, Wrzeszcz i Sopot, odznaczając obejrzane już miejsca. Po drugie uwielbia kawiarnie i restauracje, spędza w nich długie godziny z gazetą w ręku i z cygarem w kąciku ust. Po trzecie prowadzi niewidoczne naturalnie, lecz bogate życie wewnętrzne: myśli, obserwuje odczuwa, wspomina, porównuje i stara się zrozumieć otaczającą go rzeczywistość. W Trójmieście, podobnie jak w rodzinnym Hamburgu, świat żyje tymi samymi ideałami. Nowością są dla niego Polacy i Kaszubi, których mowy nie rozumie, ale dzięki temu dowiaduje się, że świat nie jest jednolity. Świat wewnętrzny Hansa Castorpa to najważniejsza warstwa książki. Castorpa otaczają dorośli o wyrobionych, lecz często sprzecznych poglądach i każdy z nich usiłuje uwieść młodego bohatera, przekonać go do swojej prawdy. Ale Castorp słucha uważnie i robi swoje; bohater bowiem zakochuje się i to uczucie dominuje jego poczynania oraz myśli. Platoniczna ta miłość silnie pobudza bohatera do często niekonwencjonalnych zachowań, usiłując zbliżyć się do obiektu swoich westchnień. Castorp zaczyna zaniedbywać szkołę, zaś jego przedsięwzięcia przestają zaliczać się do konwencjonalnych, bo który zakochany wynajmuje detektywa? Więcej nie zdradzę, może oprócz faktu, że wątek miłosny jest w książce ściśle powiązany z czasem, a dokładniej z bieżącymi wydarzeniami. Huelle kreśli na pozór sielankową atmosferę, ale - jak wiadomo powszechnie - od polityki ciężko jest uciec.
"Castorp" to powieść o czasie minionym. To właśnie sprawia, że książka chwyta czytelnika za gardło. Czas miniony utracony. Niczym twarze na starych fotografiach, czytelnik poznaje wymyślone przecież losy bohatera. Tak samo jak staramy się odgadnąć, kim był i jak żył człowiek na zdjęciu, Huelle "odgaduje" kim był i co zajmowało bohatera "Czarodziejskiej góry", zanim zawitał w Davos. Czas jest zaklęty w fotografiach i czas zaklęty został w krótkim zdaniu Tomasza Manna, w którym wspomina się o czterech semestrach Castorpa na gdańskiej politechnice. Huelle wykorzystał tą wzmiankę i puszczając wodze fantazji, przedstawił swoją wizję, własny obraz losów Mannowskiego bohatera. Czas miniony utracony dokonany. Postać Hansa Castorpa posłużyła Huellemu do barwnego, chociaż nieco zwięzłego, przedstawienia gdańskiej belle epoque, przywołania tamtego odległego czasu. To hołd dla epoki, ale i hołd dla miasta z tego okresu.
Mapa służąca Castorpowi do odszukiwania i poznawania największych zakamarków Gdańska, to mapa, która wiedzie także czytelnika przez ukochane miasto autora. To magiczny artefakt. Książka "Castorp" też jest rodzajem takiej mapy, bardziej złożonej i wielowarstwowej, gdyż opisuje zarówno miejsca, jak też ludzi, obyczaje i czas. Wędrówka przez miasto jest kolejną warstwą powieści Huellego. Wędrówka przez Gdańsk jest wyrywkiem ogólnej wędrówki przez życie. Pobyt Castorpa w Gdańsku to przecież krótki etap w jego drodze, przystanek zaledwie. a czas nieubłaganie zmusza do posuwania się do przodu ku przyszłości.
Nad powieścią ciąży smutek zagubienia w przeszłości, zapomnienia, odchodzenia, zmieniania miejsca, poszukiwania i utracenia. Także niespełnienia. Za uczucia z tym związane odpowiada w książce wątek muzyczny, pieśń Schuberta z "Winterreise", najsmutniejsza na świecie. Od śmierci matki towarzyszy ona Castorpowi w jego sercu i czasem odzywa się w nim smutna nuta jakiegoś odległego w czasie wspomnienia.
Powieść napisana jest w duchu "Czarodziejskiej góry" klarownym precyzyjnym językiem, zgrabnie i zajmująco. Mimo niewielkich rozmiarów zawiera bogactwo wątków łączących się i rozchodzących, równolegle przebiegających i stycznych ze sobą. Na kilka lat przed ukazaniem się "Cmentarza w Pradze" Umberto Eco, Huelle odmalował przeszłość, sportretował wiek i połączył je ze światem idei. Będzie to piękna lektura dla każdego, kto stara się zrozumieć przeszłość i lubi przeglądać stare fotografie.


Znak: "Castorp"

środa, 24 lutego 2016

Haruki Murakami "Kafka nad morzem"

Od dawna poszukuję współczesnego pisarza wielkiego formatu. Jest nim dla mnie obecnie Knausgaard, aspiruje Cabre, ale u obu coś szwankuje, czegoś brakuje, czegoś jest za wiele. Kiedyś na którymś z forum poświęconym książkom przeczytałem opinie, że Murakamiego należy zacząć poznawać od opowiadań i zastosowałem się d tej rady; na pierwszy ogień poszła "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta", zbiór opowiadań o zróżnicowanym poziomie, w którym można dostrzec potencjał autora. Po lekturze "Kafki" stwierdzić muszę, że ten potencjał jest w opowiadaniach uśpiony jak tytułowa kobieta. Gdybym najpierw przeczytał "Kafkę nad morzem", a potem zbiór nowel, muszę przyznać szczerze, że poczułbym się rozczarowany, na szczęście posłuchałem rady i jestem zachwycony.
Tytułowy Kafka nie potrafi pogodzić się z odejściem matki i siostry, kiedy miał cztery lata. Jedenaście lat później ucieka z domu, chcąc odszukać matkę, pragnąc zrozumieć. Równolegle do wątku Kafki przebiega wątek pana Nakaty, który w wyniku dziwnego zdarzenia podczas szkolnej wycieczki do lasu traci pamięć i umiejętność czytania, potrafi za to rozmawiać z kotami i doskonale masować. Kafka i Nakata niezależnie od siebie opuszczają Tokio i zmierzają na wyspę Shikoku w poszukiwaniu siebie, Kafka świadomie, pan Nakata wiedziony jakąś niezrozumiałą siłą. Dokąd finalnie dotrą? Co zdarzy się po drodze i na miejscu? Co wyniknie z ich podróży?
"Kafkę nad morzem" nie można ująć w jakieś konkretne ramy. Ta powieść jest wielowymiarowa, fantastyczna, wielowątkowa, skomplikowana, rozgrywająca się na kilku poziomach. Brak mi słów. Akcja powieści toczy się dwutorowo, oba wątki przeplatają się i biegną równolegle, chociaż mają ze sobą tak wiele wspólnego. Łączą się ze sobą w piękny sposób w zakończeniu, chociaż bohaterowie obu wątków nigdy się ze sobą nie spotkają. Wszystko staje się jasne w inny sposób. Każdy, kto kocha filmy Miyazakiego ("Spirited Away - W krainie Bogów", "Ruchomy zamek Hauru") na pewno pokocha "Kafkę nad morzem", widzę wyraźne podobieństwa u obu twórców, chociaż będąc ignorantem w kwestii japońskiej kultury, nie rozumiem do końca na ile wątek fantastyczny został wymyślony przez autora, a na ile wywodzi się on z japońskiej tradycji. Skłaniałbym się jednak ku tradycji. W każdym razie pełni on w powieści istotną rolę i jego magiczny charakter tylko zwiększa atrakcyjność książki, przy czym nie ma się wcale wrażenia sztuczności, wręcz przeciwnie, magia jest tu naturalnym elementem rzeczywistości, która składa się z kilku warstw, jest jak gdyby równolegle egzystującymi obok siebie światami. Murakami zresztą wprowadza na karty powieści zjawiska nadprzyrodzone w charakterze symboli podporządkowanych fabule, która jest gęsta, żywa, wielowarstwowa, meandryczna.
Tematem "Kafki" jest niewątpliwie próba zrozumienia przeszłości i przezwyciężenie związanej z nią traumy. Bohaterowie Murakamiego są postaciami, w których zmaga się dobro i zło. Zawsze chcą zrozumieć, wyjaśnić, zmienić, poprawić, ale zdarza się, że zmuszeni są do czegoś złego. Obu, Kafkę i pana Nakatę, szuka policja, każdy z nich spotyka na swej drodze oddanego przyjaciela, u którego znajdują pomocną dłoń. Murakami wierzy w człowieka piękną i szlachetną wiarą, zdając sobie jednocześnie sprawę z istnienia ciemnej strony natury. Magiczna psychologiczna proza. Powieść mnie zachwyciła, powaliła wręcz, dawno już nie czytałem tak dobrej książki. Jeżeli inne książki Murakamiego będą tak dobre, jak "Kafka nad morzem" będę mógł powiedzieć, że to jest wielki współczesny pisarz. Na razie wszystko na to wskazuje.

Muza SA: "Kafka nad morzem"

wtorek, 23 lutego 2016

Agnieszka Osiecka "Szpetni czterdziestoletni"

Tytuł stanowi nawiązanie do "Pięknych dwudziestoletnich" Marka Hłaski. Osiecka opisuje swoje doświadczenia związane z końcem lat pięćdziesiątych, przybliża zapomnianych artystów i wydobywa z cienia swoich znajomych. Barwnie, anegdotycznie wspomina zdarzenia. Książka napisana jest w formie leksykonu, składa się bowiem z alfabetycznie ułożonych haseł, z których niektóre posiadają opis składający się z kilku zdań, a niektóre zajmują kilka stron. Sporo w tej książce teatru, muzyki, filmu, studentów, polityki, aktorek i aktorów, młodzieńczych pasji i fascynacji, komunizmu i rozczarowań. Osiecka potrafi rzecz ująć zgrabnie, doprawić humorem bądź podkreślić ironię sytuacji. Przewija się przez karty korowód znanych i nieznanych nazwisk. Równocześnie w "Szpetnych czterdziestoletnich" ukryty jest między wierszami obraz Warszawy z okresu stalinizmu i następującej po nim odwilży. Książkę czyta się z ogromnym zainteresowaniem, Osiecka potrafi bowiem uwypuklić rzeczy istotne, nie bawi się w strojenie ornamenty, podaje konkrety, samo sedno. Na pewno jest to tekst subiektywny, bo przecież chodzi w nim o wspomnienie, utrwalenie przeszłości i przywołanie młodości, Tym lepiej jednak dla czytelnika, który z fragmentarycznego opisu tamtej minionej już bezpowrotnie epoki odtworzyć może sobie fragmenty przeszłości i popatrzeć na nią wnikliwymi oczami autorki, naocznego świadka tamtych lat.

Pruszyński i S-ka: "Szpetni czterdziestoletni"

poniedziałek, 22 lutego 2016

Sven Lindqvist "Wytępić całe to bydło"

Wstrząsająca i przerażająca książka, chociaż napisana w formie analizy tekstów i pamiętników z epoki, czyli z drugiej połowy XIX wieku. Autor wyprowadza swoje refleksje od pytania, czym inspirował się Hitler tworząc piekło zwane Holokaustem. Dyskusja na ten temat miała miejsce w RFN w latach osiemdziesiątych XX wieku; historycy zachodnioniemieccy sugerowali, że Hitler skopiował stalinowskie czystki. Lindqvist wyraża zdziwienie, że żaden z nich nie szukał podobieństw na Zachodzie i od tego miejsca zaczyna mnożyć liczne przykłady eksterminacji całych narodów w Afryce i Ameryce Południowej w czasie kolonizacji tych terenów. Tytuł książki pochodzi z "Jądra ciemności" Conrada; Kurtz wyraził się w ten sposób o mieszkańcach czarnego Lądu. Lindqvist po kolei analizuje pogardliwy stosunek państw imperialistycznych i podaje liczne przykłady masakr oraz sposobu traktowania tubylców w koloniach. Europejskie państwa wymordowały w XIX wieku miliony mieszkańców Afryki, nie wspominając o liczbie zniewolonych. Traktowali ich jak tytułowe bydło, ludzi niższego gatunku, bliższych jednak w ich opinii zwierzętom niż ludziom. To wówczas narodził się rasizm, twierdzi Lindqvist, i Hitler zafascynowany Imperium Brytyjskim próbował naśladować poczynania angielskich kompanii i żołnierzy, gdy walczy na Wschodzie o przestrzeń życiową (pojecie również znane już w XIX wieku). To było drugie oblicze rewolucji przemysłowej, mniej chwalebne i dziś przemilczane. Podobnie dziś przemilcza się zło amerykańskich wojen na Bliskim Wschodzie i nie dostrzega się jak gdyby celowo skutków, które wywołały, czyli muzułmańskiego terroryzmu. Autor bardzo dużo powołuje się na Josepha Conrada, analizuje też twórczość H.G. Wellsa, jako żywo reagującą na wydarzenia w koloniach. Rudyard Kipling przedstawiony jest przez Lindqvista jako bezkrytyczny zwolennik kolonizacji Afryki. Są tez w książce fragmenty dotyczące badaczy, oficerów, teoretyków i podróżników, na przykład przypadek Henry'ego Stanleya (tego samego, który uratował Livingstone'a), który podczas swych badawczych podróży nie unikał przemocy i bez skrupułów korzystał z broni palnej, w celu uzyskania posłuchu i osiągnięcia za wszelką cenę celu podróży. Moim zdaniem książka na temat wciąż palący i aktualny, zmienił się tylko rejon świata i agresor.

Wydawnictwo WAB: "Wytępić całe to bydło"

sobota, 20 lutego 2016

125. "Dama z Szanghaju" [1947]


"The Lady From Shanghai", reż. Orson Welles [usa, 1947]. Kiedy marynarz poszukuje pracy, powinien wybrać się na nocny spacer po Central Parku, gdzie uratuje przed opryszkami piękną i młodą żonę bogatego adwokata, co sprawi, ze zostanie zaokrętowany na jacht w charakterze bosmana. Tak właśnie przedstawia się początek filmu. Michael O'Hara (Orson Welles) ratuje Elsę Bannnister (Rita Hayworth), zaś na drugi dzień mąż Elsy, Arthur (Everett Sloane), oferuje mu zaokrętowanie się na jachcie. W rejs wypływają następnego dnia; towarzyszy im wspólnik adwokata George Grisby (Glenn Anders). Rejs jest jedną wielką grą psychologiczną, emanuje zblazowaniem, splinem i iskrzy niesnaskami. Michael stoi z boku i nie daje się, mimo wielu prób, wciągnąć w tę grę, chociaż... między nim i Elsą jest wyczuwalny magnetyzm. W Acapulco Grisby proponuje O"Harze 5 tysięcy dolarów za pewną przysługę i od tej propozycji tempo filmu przyspiesza. Nie należy jednak oczekiwać od Wellesa typowego kryminału. Powiedziałbym, że wiele fragmentów nakręconych jest z przymrużeniem oka (scena w sądzie, w której obrońca sam siebie powołuje na świadka i zadając sobie pytania, sam  też na nie odpowiada), rejs jachtem to bardziej kino psychologiczne, oparte na ciętych i dowcipnych ripostach, zaś ostatnie sekwencje w opuszczonym lunaparku to już mistrzostwo samo w sobie kina artystycznego. Autoironiczna scena, w której Welles na zjeżdżalni pędzi prosto w zamykającą się nad nim zębiasta paszczę chińskiego smoka, wpada na coś, co przypomina obraz Miro, wchodzi do pomieszczenia jak żywo przypominającego dekorację przeniesioną z planu "Gabinetu doktora Caligari", wreszcie scena w gabinecie luster! Do tego różne ujęcia kamery i dynamiczny montaż. Zauważyłem, że wiele osób psioczy na ten film Wellesa, jednak zapominają chyba, że po pierwsze reżyser "Obywatela Kane'a" nie jest typowym twórca noir, a po drugie w wyniku nieustannych walk z producentami filmy Wellesa są pokrojone i przemontowane, nie posiadają autorskiej formy a reżyser autoryzując je, ulegał presji i szedł na kompromis. Biorąc powyższe pod uwagę, nie można chyba nie doceniać "Damy z Szanghaju", jeśli już nie pod względem samej fabuły, to dla strony technicznej filmu, która jest na wysokim poziomie. Wiem, wiem, wielu to nie wystarcza, jednak to jest film, obraz, historie i fabuły  znajdziecie w księgarni ;)







czwartek, 18 lutego 2016

Saul Bellow "Herzog"

Portret człowieka. który próbuje wyjść z życiowego zakrętu. Obraz Ameryki połowy lat sześćdziesiątych i odchodzącej od szlachetnych ideałów, zwiedzionej potęgą pieniądza współczesności. Analiza kłębiących się i zmagających ze sobą myśli i uczuć. Opis życia żydowskiego intelektualisty, potomka rosyjskich emigrantów. Towarzysząc Mosesowi Herzogowi poznajemy prawników, policjantów, naukowców, robotników, najróżniejsze typy ludzi zamieszkujących wielkie miejskie aglomeracje Chicago i Nowego Jorku. Zapoznajemy się z czasem przeszłym i teraźniejszym bohatera, obserwujemy jego rozterki, zmagania, wewnętrzne walki, próby zmienienia swojego losu. Herzog jest intelektualistą, który nie potrafi dokończyć swojej monumentalnej pracy, jest miłośnikiem kobiet, które jego życie obracają do góry nogami, jest osobą bierną, uczuciową i rozumową zarazem. Odejście żony do jego najlepszego przyjaciela staje się impulsem do działania; początkowo nieporadnie zaczyna walczyć z nękającymi go duchami i zmorami, obiera drogę ku wolności. Nie wiemy, czy to mu się udało; książka Bellowa posiada piękne otwarte zakończenie, pozostawiając Herzoga w punkcie, który może prowadzić w różne strony, jednak autor pozostawia swego bohatera przygotowanego do wejścia na właściwą ścieżkę i tylko od niego zależało będzie. co zrobi ze swoim życiem. Sama fabuła "Herzoga" jest prosta i po okrojeniu mogłaby powstać powieść obyczajowa o konflikcie w rodzinie, coś podobnego do "Sprawy Kramerów". Bellow jednak tą prosta historię wplótł w prawdziwy gąszcz ludzkich egzystencji, nadbudował rozważaniami między innymi na temat sztuki, Równie dobrze można powiedzieć, że "Herzog" jest powieścią opowiadającą o nieprzystosowaniu intelektualisty do zwykłego życia. Albo że jest książka o szukaniu sposobu na życie. Lub że to rozprawa na temat ludzkiej nerwicy w wielkich miastach. Można też rzec, że jest to portret wielu kobiecych charakterów. I że Bellow zajmuje się problemem asymilacji emigrantów ze Wschodniej Europy w Ameryce.  Wszystko to znajduje się w powieści i doskonale współgra ze sobą, tworząc - jak już wspomniałem - obraz Ameryki z tamtych lat. Na kartach książki Bellowa znaleźć można sporo wzmianek związanych z Polską: polski kościół w Chicago, polski bursztyn, Wanda, polska kochanka Herzoga, wykłady Herzoga w Warszawie i Krakowie, polskie pochodzenie. Na koniec jeszcze słowo o bohaterze Moses Herzog jest postacią żywą, bogatą, reagującą na zewnętrzne bodźce i przeżywającą, znerwicowaną i osobliwą, zajmuje się bowiem pisaniem setek listów do niezliczonej ilości osób, znanych i nieznanych, bliskich i obcych, żywych i martwych (Nietzsche). Przez całą niemal powieść równolegle do akcji śledzimy tę korespondencję, która świadczy o zaangażowaniu Herzoga w życie zewnętrzne czasem bardziej niż jest to potrzebne, a na pewno zaangażowaniu nierzadko większym, niż we własne życie osobiste. Ot, cały Herzog, człowiek który się nie ugiął, nie poddał się. Warto go poznać.

środa, 17 lutego 2016

124. "Kręte schody" [1946]

"The Spiral Staircase", reż. Robert Siodmak [usa, 1946]. W pokoiku nad kinem w czasie seansu ginie niepełnosprawna dziewczyna. Helen (Dorothy McGuire) uczestniczy w seansie i naocznie obserwuje panikę, gdy morderstwo wychodzi na jaw; jest to kolejne już zabójstwo kalekiej dziewczyny, a Helen jest niema i może również czuć się zagrożona. Dziewczyna wraca do willi profesora Warrena (George Brent), u którego jest pokojówką. Wraca w ostatniej chwili przed burzą i w zapadającym już zmroku. Burza i ulewa szaleją na zewnątrz, tak że nikt na razie nie może wydostać się z domu. Pani domu Mrs. Warren (Ethel Barrymore, której matką chrzestną była Helena Modrzejewska) niedomaga i leży w łóżku, Helen opiekuje się nią zamiast pielęgniarki, której starsza pani wyznaczyła rolę czuwającej przed drzwiami. Pani Warren ostrzega Helen, że dziewczyna musi stanowczo jeszcze tej nocy opuścić dom, gdyż grozi jej niebezpieczeństwo. Tak wygląda zawiązanie akcji. W dalszej części filmu podejrzenia padają na licznych domowników, zaś Helen stara się walczyć z narastającym strachem i coraz bardziej namacalnym zagrożeniem. Siodmak sprawnie myli tropy, wprowadza mylące zdarzenia i przerzuca podejrzenie z osoby na osobę. Chwyty Siodmaka należą już do klasyki gatunku: klucz, który wypada z rąk przed domem w deszczu i w ciemnościach, piwnica, gasnąca świeca, oko obserwujące z ukrycia, zabłocone buty, peleryna przeciwdeszczowa, otwarte okno. O napięciu w tym psychologicznym thrillerze decydują także świetne zdjęcia, których autorem jest Włoch Nicholas Musuraca oraz niepokojąca muzyka Roya Webba. Fotografia Musuraci w wielu fragmentach nawiązuje do niemieckiego ekspresjonizmu, zresztą motyw cienia został przejęty z ekspresjonizmu przez kino noir (na przykład w "Rebece" Hitchcocka nawet w jaskrawym świetle dnia pokój Joan Fontaine cały mieni się w drgających cieniach). Kiedy Helen schodzi kręconymi schodami do piwnicy z wysoko podniesioną świecą, na myśl przyszła mi Brigitte Helm w "Metropolis". Siodmak jest Niemcem (rodzice byli z pochodzenia polskimi Żydami), więc obeznany z niemieckim kinie, przenosi to co najlepsze do kina amerykańskiego, które przecież od lat roiło się od europejskich reżyserów. "Kręte schody" są przykładem kryminału trzymającego w napięciu poprzez stworzenie klaustrofobicznej atmosfery, braku drogi ucieczki, psychicznego wyczerpania. Sporą rolę odgrywa fakt, że Helen nie może mówić; to utrudnia jej komunikację, nie może użyć telefonu, krzyczeć, wołać o pomoc. W strachu pisze na kartce do nieprzytomnej pani Warren "Where is a gun?" i w tym rozpaczliwym geście zawarte jest więcej, niż gdyby dziewczyna to pytanie wykrzyczała. Sinusoidalnie pojawiają się w filmie możliwości ratunku, by po chwili zniknąć nagle. Jest to film szczegółów; należy je wyszukiwać, mierzyć wywoływane przez nie napięcie. Sam Hitchcock chyba nie powstydziłby się "Krętych schodów". Rosnąca miarowo temperatura filmu podnosi się w samej końcówce. Siodmak zdecydował się bowiem na chwyt, polegający na ujawnieniu mordercy i w tym momencie pozostałą najważniejsza kwestia: czy Helen przeżyje. Dzięki temu zabiegowi Siodmak może zakończyć film małym (?) zaskoczeniem zanim pojawi się na ekranie napis The End. Po tym napisie pozostaje niesmak, że już koniec, że seans dobiegł końca. Na szczęście zawsze można co jakiś czas wracać do ulubionych filmów, by ponownie się nimi rozkoszować.




Jerzy Pilch "Moje pierwsze samobójstwo i dziewięć innych opowieści"



Tezą tej książki jest kontrast pomiędzy zgorzkniałym wiekiem dojrzałym i latami dzieciństwa. Narrator w ciepły, choć nie pozbawiony ironii sposób opisuje swoje dzieciństwo spędzone w Wiśle oraz dojrzałe lata warszawskie, których cechą jest osamotnienie i próba poszukiwania zmiany w miłosnych przygodach. Bohater Pilcha (który jest być może równocześnie jego alter ego) przedstawia w anegdotyczny, barwny sposób wiele postaci, wydarzeń i przy okazji miejsc, zawsze wydobywając ich ironiczną stronę. Opowiadania różnią się od siebie miejscem akcji i czasem jej rozgrywania, spaja je postać opowiadającego w pierwszej osobie narratora, tak że całość równie dobrze można nazwań mikro powieścią. Jest w tym zabiegu coś z trylogii nymburskiej Hrabala. Pilch skupia sie na lidziach oraz na uczuciach, doznaniach, intelektualnych fascynacjach; tekst nie został ograniczony do gawędy, a raczej gawęda uległa rozszerzeniu dzięki wplecenia w nią dygresji. Swobodna forma daje poczucie lekkości, mimo że często mowa jest o sprawach ostatecznych bądź niezbyt przyjemnych. Bohater Pilcha pisze o wszystkim bez ogródek, dokonując na sobie autoanalizy jak gdyby leżał na skórzanej kozetce psychoanalityka, ale opowiada ciekawie, z zacięciem, barwnie i często bez ogródek. Dziewczyny i kobiety zajmują poczesne miejsce w kręgu zainteresowań narratora, także wątek matki i ojca odgrywa w opowiadaniu znaczącą rolę. Nie wiem, czy przedstawiając konflikt między rodzicami chciał Pilch wytłumaczyć późniejsze osamotnienie i gorycz swego bohatera, jednak dzięki temu wiemy, że nigdy nie było mun łatwo w życiu i zawsze próbował się wyrywać, uciekać, skupiać swe zainteresowania na sferę seksualną. Jestem zauroczony "Moim pierwszym samobójstwem" i żałuję, że tak późno miałem okazje po raz pierwszy zetknąć się z prozą Pilcha. Ale cieszę się równocześnie, że początek już za mną i niebawem przyjdzie kolej na następne książki tego autora.

"Moje pierwsze samobójstwo"


niedziela, 14 lutego 2016

Heinrich Böll "Opiekuńcze oblężenie"

Niemcy, lata siedemdziesiąte. Nowy prezes potężnego imperium prasowego zostaje poddany ochronie policyjnej, a wraz z nim cała jego rodzina, najbliżsi tego sześćdziesięcioletniego już mężczyzny, zatem sporo osób. Wyłączenie spod ochrony są dwie osoby, które stoją po drugiej stronie, więc policja robi wszystko, by nimi także się "zaopiekować", tyle że inaczej. Ochrona jest permanentna i zahacza o prywatność, ogranicza wolność, wszędzie są podsłuchy i strażnicy z bronią maszynową, wszak czasy są niespokojne. Rote Armee Fraktion, Baader i Meinhof nie są w książce wymienieni ani razu, wspominane są tylko rozruchy z 1968 roku, podpalanie samochodów, koktajle Mołotowa, rzucanie kamieniami. Jednak strach i niebezpieczeństwo czają się wszędzie. To poczucie strachu jest tylko jednym z motywów powieści Bölla. Sporo miejsca autor przeznacza na przedstawienie świadomości niemieckiej tych lat, cofając się też sporadycznie do okresu III Rzeszy. Moim zdaniem jest to książka o Niemcach i Niemczech siódmej dekady XX wieku. Strach jest realny dla prominentów, zwykli ludzie martwią się obniżeniem oprocentowania lokat oszczędnościowych, pasjonują się programami w telewizji i piłką nożną, życiem celebrytów i tak dalej, i tym podobne. Autor przedstawił poglądy i sposób życia niemieckiego społeczeństwa atakowanego przez bezwzględną prasę, zmagającego się z "falą porno", z malejąca rolą Kościoła, z zasypywaniem wszystkiego ulotkami reklamowymi, ze zmieniająca się obyczajowością, z techniką, z pożerającym kapitałem, z trującym i rozrastającym się przemysłem, z kontestującą lewicą, z brudną polityką. Böll także bardzo wyraźnie i często niemal analitycznie opisowo przedstawia swoich bohaterów, krwistych, żywych, czujących i myślących; to jest ogromna zaleta książki. Mimo ze skupia się na aspekcie zagrożenia, potrafi przedstawić panoramę, tło. Sama akcja powieści toczy się niby leniwie na płaszczyźnie osaczenia przez siły porządkowe, jednak powoli postępuje naprzód, by w końcu zamienić się w thriller polityczny, którym być może jest od samego początku.

czwartek, 11 lutego 2016

Bohumil Hrabal "Miasteczko, w którym czas się zatrzymał"

Hrabal napisał tę książkę obawiając się, że jest chory na raka w marcu 1973 roku, książka ukazała się rok później w drugim obiegu i dopiero w 1991 roku została wydana oficjalnie w Czechach. Obawa przed śmiercią podsunęła Hrabalowi pomysł utrwalenia czegoś, do czego tylko on czuł się powołany, do przedstawienia swego ojca i stryja, a tym samym opisania starych, dobrych, szczęśliwych czasów. Wiele fragmentów z "Miasteczka" jest znanych czytelnikom, wykorzystał je bowiem Hrabal i rozszerzył w tak zwanej trylogii Nymburskiej ("Postrzyżyny", "Taka piękna żałoba" i "Skarby świata całego"). Na trylogię Nymburską składają się krótkie opowiadania; "Miasteczko" różni się od nich formą, ponieważ napisane jest w formie snutej gawędy i chociaż posiada podział na rozdziały, nie noszą one tytułów i książka śmiało mogłaby się bez nich obejść. Hrabal snuje swa opowieść o latach spędzonych w browarze w Nymburku, zaczynając od przygody z tatuażem, a kończąc na śmierci wuja Pepina. Narracja skacze z postaci na postać, z wydarzenia na wydarzenie, lecz czas w książce posuwa się w odróżnieniu od trylogii linearnie do przodu, w tle migają wydarzenia historyczne, bohaterowie starzeją się, zmieniają się ustroje. W posłowiu do książki autor przyznaje się do zastosowania kreacji, wymieszania miejsc i czasów, zmieniania faktów (w książce Pepin umiera przed Francinem, w rzeczywistości Francin umarł rok przed Pepinem). Nie jestem pewnien, czy "Miasteczko" należy traktować jako uzupełnienie do trylogii Nymburskiej, czy może raczej pozwolić tej książeczce egzystować samodzielnie. Nie można na pewno oddzielić wspólnych wszystkim czterem książkom motywów, jednak pisane na kolanie (niemal bez poprawek) "Miasteczko" bardziej przypomina fabularną powieść niż anegdotyczna trylogia. W "Miasteczku" nie ma raczej szansy odnaleźć charakterystycznych dla Hrabala intelektualnych wywodów, wtrąceń, aluzji czy porównań (jakie wypełniają przykładowo "Zbyt głośną samotność" albo spore fragmenty "Pięknej rupieciarni"); narracja pełna jest za to typowego Hrabalowskiego humoru, ironii, czułości, tętni życiem, szumi w niej krew, buzują zmysły i snuje się nostalgia, tęsknota za utraconym czasem, młodością, atmosferą browaru będącego osobliwym domem autora i narratora w jednej osobie (chociaż ten drugi nie chce przyznawać się oficjalnie do pierwszego), gorzki smutek, świadomość przemijania, czyli emocje rozpięte dosyć szeroko. Myślę, że Hrabala nie można dozować w zbyt dużych dawkach na raz, ponieważ w zwięzłej formie jego teksty zawierają sporo intensywności zarówno intelektualnej, jak i emocjonalnej. Ale Hrabala nie można nie czytać wcale, nie da się chyba pozostać obojętnym na czar tej prozy. Ja nie potrafię.