Żyjemy w świecie, w którym wszystko zmierzono, zważono, opisano, zanalizowano, sklasyfikowano. Rzeczywistość jest oswojona, miasta przeludnione, Panuje powszechna industrializacja, kwitnie cynizm polityków, nieprzerwanie trwają amerykańskie wojny, zalewa nas potok drogich i nietrwałych towarów, mami reklama. Czy w tym całym zgiełku racjonalizmu jest miejsce na pierwiastek irracjonalny? Książka Henryka Wańka odpowiada twierdząco na to pytanie. czytelnicy obeznani z innymi pozycjami autora wiedzą, że Waniek zajmuje się głównie historią oraz rzeczywistością magiczną, Temat rozpatrywany jest z wielu stron; maja w powieści swoje miejsce i czas zarówno zwykłe duchy, upiory, legendarne stwory z sudeckich podań z Liczyrzepą/ Karkonoszem na czele, mowa o duchach azjatyckich, w całkiem nowym wymiarze pojawiają się tak zwyczajne zjawiska jak na przykład mgła, która posiada wiele imion, a raczej każdy rodzaj mgły nosi inna nazwę, działają tez siły natury, alchemia, magia, wykrzywieniu ulega przestrzeń. Waniek nie napisał jednak powieści grozy, absolutnie nie; gdybym miał "Wyprzedaż duchów" porównać do innej książki, to byłaby to "Podróż na Wschód" Hermana Hesse. Waniek napisał bowiem powieść o fizycznej i duchowej podróży przez Sudety, podróż prowadzącą w głąb lasu, na strome niedostępne stoki, ale i w głąb poznania, w poszukiwaniu duszy bądź w celu uzyskania dowodów, że istnieje, podróż duchowa, mistyczna, magiczna. Można o książce powiedzieć też śmiało, że jest filozoficzna albo ezoteryczna. Każdy rozdział opisuje jedną z wędrówek duchowych, będących jednocześnie przygodą. Najczęściej bohaterowie w różnych konfiguracjach i o różnym stopniu wtajemniczenia w wiedzę ezoteryczną zapuszczają się w góry. Ich guru jest Pater, stary hippis mieszkający w chacie ze swoimi dziewczynami, słuchający Franka Zappy, kopcący fajkę i sporządzający nalewki z dodatkiem wymieszanych ziół. Jego chata jest centrum, miejscem zbornym, jednak duchowym przywódcą, człowiekiem sprawiającym wrażenie osoby najbardziej wtajemniczonej, niemal wszechwiedzącej, jest tajemniczy, małomówny J (pisane bez kropki, gdyż nie będące skrótem, lecz nazwą umowną dla kogoś, czyjego imienia nikt nie zna). . Jest J znawcą tajemnych mocy i spraw, niechętnie jednak dzieli się swoją wiedzą, raczej stara się obudzić u innych - ale jakby od niechcenia, bez przymusu i jak gdyby mu na tym nie zależało - pragnienie poznania. J jest niemym przewodnikiem, jest centralnym punktem okręgu, tworzącego okrąg, jak plastycznie na pierwszych stronach powieści określa konfigurację narrator książki. Każdy bohater jest w jakimś sensie poszukiwaczem duchowości i każdy pragnie jeśli nie odkryć, to chociaż otrzeć się o tajemnice sudeckich gór, poczuć magię, która ukryła się tam gdzieś podskórnie i czasem zmienia świat rzeczywisty w nierzeczywisty. Jest to magia o pradawnym pochodzeniu, wieczna ezoteryka, okultyzm, wiedza tajemna; mnożą się i gęstnieją idee, które nie łączą się w całość, ich obraz jest zamazany, trudno dostępny, gdyż różne rodzaje tajemnic koegzystują obok siebie. Magia tworzy wizje, wykrzywia rzeczywistość, wprowadza pierwiastki nadnaturalne i odrealnia - tego poszukują bohaterowie "Wyprzedaży duchów". Poszukują i znajdują, chociaż kontakt bywa ulotny, często ledwie wyczuwalny.
Język i styl Wańka to mistrzostwo. Buduje zdania tworząc napięcie, pełne poezji i metafor. Autor w piękny sposób opisuje zjawiska przyrody, nadejście nocy, zmiany pór roku, krajobraz. Są to opisy magiczne i liryczne zarazem, pełne zaskakujących metafor, jednak rozproszone w powieści z ogromnym wyczuciem. Jestem zachwycony książką Henryka Wańka i mam ogromny apetyt na więcej.
piątek, 13 maja 2016
129. "Zew morza" [1927]
"Zerw morza", reż. Henryk Szaro [Polska, 1927] W ramach uzupełnienia mojej wiedzy o polskich filmach niemych przyszła kolej na zdigitalizowany w 2013 roku "Zew morza". Film trwa 2 godziny i to w wersji niepełnej, ponieważ nie dotrwał w całości do naszych czasów. W "Historii filmu polskiego, tom 1" autor zarzuca mu rwaną akcję, ale ja raczej zarzuciłbym mu dłużyzny. Przez półtorej godziny film ciągnie się z małymi wyjątkami na udane sceny dosyć mocno; jest to w tym czasie melodramat z nikłymi elementami komediowymi i jeszcze bardziej śladowymi obyczajowymi. Jerzy Marr (Stach) gra dosyć przyzwoicie, lecz Maria Malicka (Hanka) nie grzeszy zbytnio urodą i trudno zrozumieć, dlaczego tak nagle i bez pamięci zakochuje się w niej i rzuca dla niej ucharakteryzowaną na Louise Brooks Norę Ney (Jola). Akcja przyspiesza w ostatnich trzydziestu minutach, a film przemienia się niespodziewanie w sensacyjne kino akcji (mamy nawet pościg samochodowy, a następnie okrętowy), jednak ta dynamiczniejsza część filmu nie jest równa i mocno zwalnia na morzu. Warto obejrzeć, bo trzeba znać swoją historie, także historię filmu. Bezcenne są sekwencje kręcone na nieistniejących już pod taką postacią ulicach Gdańska. Potężnym plusem filmu jest skomponowana przez Krzesimira Dębskiego muzyka, doskonale zsynchronizowana z filmem. Sporo ujęć nakręcono w plenerze. Kamera jest raczej statyczna, jak na 1927 rok, montaż nawet, nawet, ale w jednej sekwencji (pożegnanie Stacha na dworcu) kierunek ujęcie (opuszczający peron pociąg) nie zgadza się z kontrujęciem, w którym rodzice machają Stachowi w stronę przeciwną odjeżdżającemu pociągowi. Cóż, zdarza się; obecnie tez wyłapuje się podobne i większe lapsusy. "Zew morza" powstał na podstawie oryginalnego scenariusza, czyli nie był adaptacją książki. Na marginesie następująca refleksja: Filmoteka Narodowa odnawia stare polskie filmy (i nie tylko polskie, bo "Mania" z Polą Negri to film niemiecki), ale ułamek z tych prac ukazuje się na DVD, Dlaczego, pytam, Filmoteka Narodowa odsuwa widzów od filmów, nad którymi pracuje? To nie jest pytanie retoryczne.
środa, 11 maja 2016
Jerzy Maśnicki "Niemy kraj. Polskie motywy w europejskim kinie niemym (1896–1930)"
Kiedy dowiedziałem się o istnieniu tej książki, byłem zachwycony; oto ktoś zajął się moim ulubionym okresem historii kina, analizując go od strony powiązań z Polską. Z drżącym, a raczej z walącym sercem sięgałem po e-booka, który omal nie wypadł mi z rąk. Jednakże już czytając wstęp mój entuzjazm opadł, autor bowiem zaznacza w nim, że zajmie się wyłącznie filmami powstałymi w Europie Zachodniej i nie zdoła opisać wszystkich filmów. Odpadła więc kinematografia Rosyjska i radziecka, a filmów pozostało zaledwie ponad siedemdziesiąt. Ale dobre i to; ktoś inny - mniej zainteresowany tematem - nawet przy tej ilości tytułów poczułby przecież przesyt. I od razu napiszę, że mimo moich obaw nie, nie zawiodłem się na publikacji Maśnickiego.Książka ta otwiera oczy na fakt, jak niewiele wiemy o swojej własnej historii, o wpływie Polski na inne kraje oraz o zmienności nastrojów odzwierciedlonych na ekranie wraz ze zmianami politycznymi. Ja sam znałem kilka tytułów ledwie, wiadomo filmy o Chopinie i ekranizacje "Quo vadis?" to oczywistości, "Gra w szachy" Raymond Bernarda z 1926 roku też nie jest mi obca, ale większość tytułów była dla mnie zaskoczeniem. Kto bowiem wie, że na Zachodzie do 1930 roku zekranizowano pięć powieści Gabrieli Zapolskiej? Ja nie wiedziałem.
Maśnicki dzieli swą książkę na kilka rozdziałów, w których grupuje filmy pod względem cech wspólnych, na przykład ekranizacje powieści, filmy propagandowe, filmy żydowskie, filmy historyczne, filmy z polskimi bohaterami i tak dalej. Rozdziały ułożone są chronologicznie, chronologia panuje także wewnątrz każdego rozdziału. Czasem - na szczęście - autor wymienia filmy sowieckie, ale niestety na pełny opis nie ma co liczyć. Filmy "zachodnie" opisane są dosyć szczegółowo. Autor zajmuje się ich produkcją, wydźwiękiem jaki wywołały, przytacza recenzje ówczesnej prasy, opinie cenzorów, programy filmowe, przedstawia zainteresowanie polskich pism zajmujących się tematem kina, a także polskiej dyplomacji, szczególnie w okresie spięć z Niemcami. Wiele filmów nie dotrwało do naszych czasów i znane są teraz jedynie z opisów. W Niemczech powstało chyba najwięcej polskich filmów, ale sporo z nich nakręcono we Włoszech, we Francji, a nawet w Wielkiej Brytanii i w Hiszpanii.
Książkę Maśnickiego uważam pod względem faktograficznym za bezcenną. Przyznam się, że dawno już nie "połknąłem" tak zachłannie żadnej książki fabularnej jak stało się z tą publikacja naukową. Chylę czoła przed autorem za jego trud i mrówczą pracę, odsłaniającą rejony, których istnienia czytelnik byłby bez niej nieświadomy.
słowo / obraz terytoria: "Niemy kraj"
środa, 4 maja 2016
Paweł Huelle "Śpiewaj ogrody"
Akcja książki rozgrywa się w Oliwie, czasem przenosząc się do Gdańska, do Sopotu, na kaszubską wieś i w kilka innych jeszcze miejsc. Huelle po raz kolejny więc podejmuje temat swojego ukochanego Trójmiasta. "Śpiewaj ogrody" jest też typową książką dla autora, łączą się w niej różne czasy historyczne, oraz ludzie - znani z kart historii oraz fikcyjni anonimowi, których wspólnym mianownikiem jest Gdańsk.
Huelle opisał historię przyjaźni dojrzałej Grety z młodym chłopcem, narratorem powieści, którego nie poznajemy z imienia. Greta jest Niemką, która postanowiła po wojnie pozostać w Gdańsku; spotyka się z chłopcem, ucząc go języka niemieckiego, opowiadając swoje życie oraz wszczepiając mu miłość do muzyki. Powieść Huelle jest peanem na cześć muzyki, równocześnie pokazuje że w niebezpiecznych czasach nawet bycie muzykiem potrafi być groźne,a nawet więcej, sama muzyka stanowi zagrożenie. "Śpiewaj ogrody" jest historią o niebezpiecznych czasach, o złu, które czyha, budzi się, dominuje, usypia, znów powstaje. Jest opowieścią o naturze człowieka, która zmusza do popełniania niegodziwości i potworności. Zło w powieści jest cieniowane, podlega gradacji, stopniowaniu, deklinacji. Ale człowiek stara się temu przeciwstawić, oprzeć, a przynajmniej nie zgadzać się, kiedy jest wobec zła bezsilny. Próbuje żyć. Czasem traci bezpowrotnie to, co bezcenne, najbliższe osoby - męża, dziecko... Trwa w niepewności, ale nie poddaje się. To jest pozytywny przekaz książki Pawła Huelle. Mimo kataklizmów, ludzie obdarzają się miłością, przyjaźnią, pomocą.
Książka napisana jest, że tak powiem gęsto, autor często zmienia bohaterów i czas historyczny, wszystko jednak łączy pięknie w całość. Huelle pisze językiem przystępnym, nie wdając się w filozoficzne dywagacje, lubi jednak wtrącać mnóstwo fachowych terminów,a to z zakresu muzyki, a to z dziedziny botaniki; taka odrobina erudycji może komuś przeszkadzać, dla mnie jednak nie stanowi problemu, ponieważ tylko wzbogaca treść i ukazuje poważny stosunek autora względem czytelnika, którego ma za człowieka wykształconego i oczytanego. Proza Huelle posiada pulsujące natężenie, nie nuży czytelnika, wciąż prowadzi go w nowe miejsca, zmienia swą temperaturę, od zimnych opisów, po emocjonalne akordy związane z stanem emocjonalnym bohaterów, kończąc na elegijnym i nostalgicznym zakończeniu powieści. "Śpiewaj ogrody" przypomina kompozycję muzyczną o niezliczonej liczbie modulacji, wątków, tematów, zmieniających się nastrojów. czasem poezja, czasem proza. I jak zwykle Huelle potrafi to wszystko zmieścić na niewielkiej liczbie stron, gdyż książka nie posiada imponujących rozmiarów.
Huelle z lubością wyszukuje postaci związanych nawet na krótko z Trójmiastem (Rilke, Schopenhauer), wyławia z otchłani przeszłości dawne nazwy ulic, ożywia ludzi, przybliża mało znane fakty. W zadziwiający sposób łączy przeszłość z teraźniejszością, budując pomiędzy tymi nieprzenikalnymi i pozbawionymi na osi czasu bezpośrednich punktów styczności pojęciami pomosty. Światy z książek Pawła Huelle można przyrównać do skarbnicy, w której czytelnik odnajdzie przeróżne wartościowe przedmioty - zawsze wzbogacają czytelnika, a przy tym są ciekawa opowieścią o ludzkich losach, o uczuciach, pasjach i - co najważniejsze - potrafią wzruszyć, wywołać emocje. Mnie, gdy czytałem ostatnie strony książki, po plecach przebiegały dreszcze.
Huelle opisał historię przyjaźni dojrzałej Grety z młodym chłopcem, narratorem powieści, którego nie poznajemy z imienia. Greta jest Niemką, która postanowiła po wojnie pozostać w Gdańsku; spotyka się z chłopcem, ucząc go języka niemieckiego, opowiadając swoje życie oraz wszczepiając mu miłość do muzyki. Powieść Huelle jest peanem na cześć muzyki, równocześnie pokazuje że w niebezpiecznych czasach nawet bycie muzykiem potrafi być groźne,a nawet więcej, sama muzyka stanowi zagrożenie. "Śpiewaj ogrody" jest historią o niebezpiecznych czasach, o złu, które czyha, budzi się, dominuje, usypia, znów powstaje. Jest opowieścią o naturze człowieka, która zmusza do popełniania niegodziwości i potworności. Zło w powieści jest cieniowane, podlega gradacji, stopniowaniu, deklinacji. Ale człowiek stara się temu przeciwstawić, oprzeć, a przynajmniej nie zgadzać się, kiedy jest wobec zła bezsilny. Próbuje żyć. Czasem traci bezpowrotnie to, co bezcenne, najbliższe osoby - męża, dziecko... Trwa w niepewności, ale nie poddaje się. To jest pozytywny przekaz książki Pawła Huelle. Mimo kataklizmów, ludzie obdarzają się miłością, przyjaźnią, pomocą.
Książka napisana jest, że tak powiem gęsto, autor często zmienia bohaterów i czas historyczny, wszystko jednak łączy pięknie w całość. Huelle pisze językiem przystępnym, nie wdając się w filozoficzne dywagacje, lubi jednak wtrącać mnóstwo fachowych terminów,a to z zakresu muzyki, a to z dziedziny botaniki; taka odrobina erudycji może komuś przeszkadzać, dla mnie jednak nie stanowi problemu, ponieważ tylko wzbogaca treść i ukazuje poważny stosunek autora względem czytelnika, którego ma za człowieka wykształconego i oczytanego. Proza Huelle posiada pulsujące natężenie, nie nuży czytelnika, wciąż prowadzi go w nowe miejsca, zmienia swą temperaturę, od zimnych opisów, po emocjonalne akordy związane z stanem emocjonalnym bohaterów, kończąc na elegijnym i nostalgicznym zakończeniu powieści. "Śpiewaj ogrody" przypomina kompozycję muzyczną o niezliczonej liczbie modulacji, wątków, tematów, zmieniających się nastrojów. czasem poezja, czasem proza. I jak zwykle Huelle potrafi to wszystko zmieścić na niewielkiej liczbie stron, gdyż książka nie posiada imponujących rozmiarów.
Huelle z lubością wyszukuje postaci związanych nawet na krótko z Trójmiastem (Rilke, Schopenhauer), wyławia z otchłani przeszłości dawne nazwy ulic, ożywia ludzi, przybliża mało znane fakty. W zadziwiający sposób łączy przeszłość z teraźniejszością, budując pomiędzy tymi nieprzenikalnymi i pozbawionymi na osi czasu bezpośrednich punktów styczności pojęciami pomosty. Światy z książek Pawła Huelle można przyrównać do skarbnicy, w której czytelnik odnajdzie przeróżne wartościowe przedmioty - zawsze wzbogacają czytelnika, a przy tym są ciekawa opowieścią o ludzkich losach, o uczuciach, pasjach i - co najważniejsze - potrafią wzruszyć, wywołać emocje. Mnie, gdy czytałem ostatnie strony książki, po plecach przebiegały dreszcze.
Znak: "Śpiewaj ogrody"
piątek, 29 kwietnia 2016
Charlotte Link "Dom sióstr"
Pasjonująca historia rodzinna rozgrywająca się na przestrzeni wielu lat, z przemianami społecznymi, obyczajowymi oraz z wojnami w tle. Napisana w formie powieści w powieści; dawne i współczesne zdarzenia autorka łączy pod koniec książki w zgrabny sposób, zmieniając ton opowieści z sagi rodzinnej w połączenia thrillera z kryminałem. Sprawnie napisana starannym precyzyjnym językiem, wartka opowieść, zawierająca żywe postaci ładnie zanalizowane pod względem ich psychiki oraz rozwoju, reakcji na wydarzenia. Spodziewałem się dobrego, wciągającego kryminału (na coś takiego miałem ochotę) i długo musiałem czekać na rozwój wydarzeń w tym kierunku. Akcja rozwija się długo i pozornie w przeciwnym pd oczekiwanego kierunku, by później w piękny sposób połączyć przeszłość z teraźniejszością. Trzeba przyznać, że zapiski Frances Gray czytane w odciętym od świata samotnym domu przez Barbarę, mimo że napisane są w formie obyczajowej powieści z wątkami melodramatycznymi, ani trochę nie nużą, wciągają czytelnika bez reszty intryga oraz relacjami wytworzonymi pomiędzy bohaterami. Link wiedziała dobrze, co robi, lwią część powieści przeznaczając na barwne i dramatyczne wspomnienia Frances Gray; wystarczy po kilku stronach lektury odrzucić od siebie potrzebę kryminalnego dreszczyku, by potem swobodnie już smakować się intrygą zawarta na kartach odnalezionego rękopisu. Dobrą powieść poznaje się nie po jej kategorii, do której staramy się ją zaszufladkować, lecz po stylu autora, jego umiejętnościach łączenia formy z treścią. Link dobrze balansuje pomiędzy tymi dwoma aksjomatami literatury i dzięki temu my, czytelnicy, możemy spokojnie zatopić się w wykreowana przez autorkę historię, mając pewność, że mamy przed sobą dobrą książkę.
Sonia Draga: "Dom sióstr"
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Haruki Murakami "Kronika ptaka nakręcacza"
Frapująca książka, oryginalna w formie, dziwna w treści. Osobliwa historia miłości, która poddana zostaje próbie, ale jakiej próbie! książka opowiada historię Toru Okady, którego opuszcza żona Kumiko. Ale czy to jest wyczerpujący opis? Zdecydowanie nie! Wokół Toru zaczynają dziać się dziwne rzeczy, poznaje intrygujące osoby, które starają się mu pomóc. Skomplikowana wielotorowa fabuła błądzi pomiędzy ludźmi, wydarzeniami, cofa się w czasie, gęstnieje, oplata bohaterów, łączy ich ze sobą często z pomocą nieprawdopodobnych więzów. Sporo w książce jest nadrealizmu, snu, wizji, marzeń i musimy się z tym pogodzić, że autor nie wyjaśnia logicznie wielu przyczyn, bo taki jest świat powieściowy Haruki Murakami. Toru zmierza do Kumiko niczym Orfeusz do Eurydyki przez coś, co przypomina piekło. Książkę przepełniają odniesienia i aluzje, zarówno do mitologii greckiej, jak i do czarnych kryminałów. Murakami potrafił wykreować świat, który czytelnik w trakcie lektury pragnie odrzucić, nie potrafiąc zgodzić się z panującymi w nim regułami, jednak jak magnesem autor przyciąga czytającego do perypetii Toru, ponieważ jest to postać napisana w taki sposób, że trudno mu nie współczuć i nie sekundować w jego wysiłkach zmierzających do odzyskania żony. Jak zwykle bywa w książkach Murakamiego, podobnie i w "Kronice ptaka nakręcacza" nie ma żadnej ckliwości, melodramatu czy sentymentalizmu. Życie jest brutalne i bezwzględne. Zdaje się, że "Kronika ptaka nakręcacza" może być traktowana jako książka o cierpieniu, o losie lub powieść o śmierci. Na pewno jest to powieść magiczna, odrealniona, kreacyjna, jednak nie tworzy ona świata fantasmagorycznego, świata, który bezwzględnie nie może istnieć, ponieważ fabuła u Marukamiego zawsze opiera się także na twardej rzeczywistości, wnika w realia i stara się otwierać dusze bohaterów; jest to więc magia psychologiczna i egzystencjalna równocześnie. Powieść można by analizować pod wieloma kątami, są to przecież dwie powieści w jednej, a każda z nich posiada swoje własne liczne odnogi. Najlepiej pochylić się nad tekstem i zasmakować samemu tej wytrawnej, wybornej prozy.
Muza SA: "Kronika ptaka nakręcacza"
piątek, 15 kwietnia 2016
Andrzej Stasiuk "Taksim"
Jeżeli ktoś miałby opisać ten czas i te wydarzenia, to tylko Stasiuk. I na szczęście Stasiuk zabrał się za napisanie tej i takiej książki. książka o Europie B, o południowe-wschodnich jej połaciach, gdzie biedni ludzie prowadzą biedne życie w biednej scenerii biednych miasteczek. Kwitnie handel. Zmienia się świat. Upada komunizm. Nastaje wolny rynek. Nie jest to dobrodziejstwo dla każdego. Bogaci się bogacą, biedni są coraz z bardziej biedni. Ale to wszystko jest scenerią, tłem, punktem odniesienia. Książka opowiada o podróżach, o przemierzaniu tysięcy kilometrów, o twardej przyjaźni dwóch mężczyzn, o stylu życia w drodze, o kupnie i sprzedaży, noclegach na pace rozklekotanego samochodu w śpiworach, pośród towaru i mimo to w zimnie, o napotykanych, mijanych ludziach, o przejazdach, powrotach i ucieczkach w odurzenie Beherovką, o niezliczonej ilości wypalonych papierosów i o miejscach zapomnianych przez Boga i ludzi, znanych jedynie celnikom, służbom leśnym, policji i wojsku. "Taksim" jest ballada o tym wszystkim, snutą, mruczaną, popychana jak samochód, któremu zgasł silnik i nie chce ponownie odpalić, wędrująca przez gorszą Europe balladą, która nie ocenia, tylko opowiada. Kto widział "Orbis pictus" Martina Šulíka ten będzie miał wyobrażenie o nastroju książki Stasiuka; ten film od razu wywołał we mnie skojarzenia z książką. Książka Stasiuka jest mi tym bardziej bliska, że od lat darze ogromna sympatią Słowację i jej przyjaznych mieszkańców; mogę powiedzieć, że tę część książki Stasiuka widziałem na własne oczy. Nie handlowałem wprawdzie nigdy, ale włóczyłem się tymi wioskami i miasteczkami, górami, odwiedzałem knajpy i widziałem tych ludzi; wielu z nich Stasiuk opisał, chociaż nigdy nie widział ich na oczy. Ta książka szczerze i do bólu opisuje rzeczywistość, jest prawdziwa. Uważam to za ogromną jej zaletę, ponieważ sądzę, że bezcenny jest ten moment, w którym pisarz utrafia w jakiś moment naszego życia i można o nim powiedzieć" "tak właśnie było". jest w tej książce jeszcze jedna niezwykle istotna rzecz, mianowicie Stasiuk nie boi się pisać o tym, przed czym większość zamyka oczy. Jego proza nie jest ucieczką w wymyślone światy, nie jest eskapizmem, rejteradą, przymilaniem się nieskomplikowanemu legionowi czytelników. Jeżeli mogę się tak wyrazić w związku z treścią opisywanej powieści, to proza Stasiuka jest wartością dodana na tle zalewających nas ostatnio (od lat) książek o rzeczach i sprawach nieistniejących, czyli w sumie o niczym. Dziękuję, panie Stasiuk, pana zdrowie!Czarne: "Taksim"
wtorek, 12 kwietnia 2016
Kōbō Abe "Kobieta z wydm"
Książka opowiada o skrajnej sytuacji, w której znalazł się jej bohater. Nie odczytywałbym tej książki dosłownie; historia w niej zawarta jest mało prawdopodobna (aczkolwiek nie niemożliwa) i nieco absurdalna. W sumie nie na darmo autora „Kobiety z wydm” porównuje się do Kafki. Sytuacja, w której znalazł się poszukiwacz nieznanej odmiany chrząszcza, przypomina jak żywo dziwne uwięzienie Józefa K. Bohater, który chciał złapać owada, sam został złapany niczym owad, bezwolny i bezbronny, chociaż usiłujący się uwolnić. Właśnie, jego sytuacja jest ambiwalentna, ponieważ z jednej strony podejmuje próby ucieczki, z drugiej zżywa się ze swoim więzieniem. Książkę więc można odczytać jako studium przymusowej asymilacji, która z czasem staje się coraz mniej przymusowa.
Jest to książka o zmianie środowiska, o nowym doświadczeniu, o chwilowej ucieczce od własnego życia przedłużonej na lata. Kobo zawarł w niej również aspekt społeczny. Niedawno obejrzałem japoński film z 1960 roku „Naga wyspa”, w którym małżeństwo z dwójką dzieci mieszka na wyspie pozbawionej wody, na której uprawia ziemię i hoduje rośliny. W tym celu każdego dnia musi wypłynąć łodzią do najbliższego miasteczka, skąd czerpie słodką wodę, by z ogromnym mozołem dostarczyć ją na swoją wyspę tak, aby nie uronić ani kropli. Każda wizyta na stałym lądzie to przymus czerpania wody. Podobna sytuacja zawarta jest w książce Kobo; tu także woda jest bezcenna, a człowiek toczy nieustanną walkę z permanentnie napierającym piaskiem usiłującym zniszczyć wioskę na wydmach. Zarówno film, jak i książka pokazują Japonię, której nie znają turyści, Japonię daleką od zaawansowanego rozwoju technologicznego, Japonię bliższą natury, zatrzymaną w czasie, prymitywna i surową, w której mozolna i ciężka praca dominuje w ciągu dnia i która rozporządza ludzkim życiem.
Kobo stworzył książkę wielowymiarową, uniwersalną, gdyż człowiek zawsze jest zależny od jakiegoś przymusu, nieustannie zmaga się z czynnikami usiłującymi ograniczyć jego wolność i niech nas nie zmylą telewizory 4K i hybrydy na naszych ulicach, bo stan wolności nie zawsze zależy od stanu posiadania, a czasem nawet wręcz przeciwnie, im więcej w naszym posiadaniu rzeczy materialnych, tym mniejsza wolność.
Kobe w „Kobiecie z wydm” pokazał, jak silny jest w człowieku instynkt przetrwania, do czego zdolny jest człowiek w obliczu zagrożenia. Oczywiście przy okazji zwrócił uwagę na to, w jak niewielkim stopniu prawo i cywilizacja, która je stworzyła, dba o jednostkę. Mamy też w powieści wątek rodem z westernu: jednostka kontra społeczność, skłócenie z otoczeniem, walka o swoje prawa w obliczu bezprawia, próba uwolnienie się jako leitmotiv całej książki Kobo pasuje i do tego wątku.
Na niewielu w sumie stronach składających się na „Kobitę z wydm” Kobo stworzył gęstą od nawiązań i znaczeń historię, mrożącą przy okazji krew w żyłach, wartką, intrygującą i ciekawą fabularnie, ze zmieniającą się sytuacją wewnętrzną bohatera oraz okolicznościami mającymi na niego wpływ. To wielka sztuka połączyć atrakcyjną formę z treścią niemal intelektualną, metaforyczną, niemal egzystencjalną; Kobo niewątpliwie dokonał tego w „Kobiecie z wydm".
Jest to książka o zmianie środowiska, o nowym doświadczeniu, o chwilowej ucieczce od własnego życia przedłużonej na lata. Kobo zawarł w niej również aspekt społeczny. Niedawno obejrzałem japoński film z 1960 roku „Naga wyspa”, w którym małżeństwo z dwójką dzieci mieszka na wyspie pozbawionej wody, na której uprawia ziemię i hoduje rośliny. W tym celu każdego dnia musi wypłynąć łodzią do najbliższego miasteczka, skąd czerpie słodką wodę, by z ogromnym mozołem dostarczyć ją na swoją wyspę tak, aby nie uronić ani kropli. Każda wizyta na stałym lądzie to przymus czerpania wody. Podobna sytuacja zawarta jest w książce Kobo; tu także woda jest bezcenna, a człowiek toczy nieustanną walkę z permanentnie napierającym piaskiem usiłującym zniszczyć wioskę na wydmach. Zarówno film, jak i książka pokazują Japonię, której nie znają turyści, Japonię daleką od zaawansowanego rozwoju technologicznego, Japonię bliższą natury, zatrzymaną w czasie, prymitywna i surową, w której mozolna i ciężka praca dominuje w ciągu dnia i która rozporządza ludzkim życiem.
Kobo stworzył książkę wielowymiarową, uniwersalną, gdyż człowiek zawsze jest zależny od jakiegoś przymusu, nieustannie zmaga się z czynnikami usiłującymi ograniczyć jego wolność i niech nas nie zmylą telewizory 4K i hybrydy na naszych ulicach, bo stan wolności nie zawsze zależy od stanu posiadania, a czasem nawet wręcz przeciwnie, im więcej w naszym posiadaniu rzeczy materialnych, tym mniejsza wolność.
Kobe w „Kobiecie z wydm” pokazał, jak silny jest w człowieku instynkt przetrwania, do czego zdolny jest człowiek w obliczu zagrożenia. Oczywiście przy okazji zwrócił uwagę na to, w jak niewielkim stopniu prawo i cywilizacja, która je stworzyła, dba o jednostkę. Mamy też w powieści wątek rodem z westernu: jednostka kontra społeczność, skłócenie z otoczeniem, walka o swoje prawa w obliczu bezprawia, próba uwolnienie się jako leitmotiv całej książki Kobo pasuje i do tego wątku.
Na niewielu w sumie stronach składających się na „Kobitę z wydm” Kobo stworzył gęstą od nawiązań i znaczeń historię, mrożącą przy okazji krew w żyłach, wartką, intrygującą i ciekawą fabularnie, ze zmieniającą się sytuacją wewnętrzną bohatera oraz okolicznościami mającymi na niego wpływ. To wielka sztuka połączyć atrakcyjną formę z treścią niemal intelektualną, metaforyczną, niemal egzystencjalną; Kobo niewątpliwie dokonał tego w „Kobiecie z wydm".
Znak: "Kobieta z wydm"
sobota, 9 kwietnia 2016
128. "Śmiertelny pocałunek" [1955]
"Kiss Me Deadly", reż. Robert Aldrich [usa, 1955]
Łabędzi śpiew kina noir z intrygą zmierzającą do wyjaśnienia wiążącego się z aktualnymi wówczas obawami i histerią u co niektórych. Trup pada gęsto, akcja idzie ostro do przodu, ale Mark Hammer prześlizguje się przez wszystkie pułapki i poznaje przerażającą prawdę. Piękny, ale mocno pokręcony fragment filmu to piosenka "I'd Rather Have the Blues" Nat King Cole'a śpiewana przez Mady Comfort... głosem Kitty White; tym bardziej to dziwne, że Comfort jest podobnie jak White śpiewaczką jazzową.
Są w filmie wątpliwości, skąd na przykład wziął się w filmie przedmiot ogólnego pożądania, to nie jest wyjaśnione, ale nie jest to przecież aż atak istotne w porównaniu z faktem, co z tym przedmiotem można zrobić. Kiedy w finałowej scenie Friday otwiera walizkę brak jej w ogóle instynktu samozachowawczego, postępuje jak gdyby była zahipnotyzowana. Film jest miejscami brutalny, nie stroni od przemocy, bohater jest cyniczny, bezwzględny i nieco zdezorientowany, a raczej zaślepiony żądzą wyjaśnienia zawartości tajemniczej walizki (i to na długie lata przed 1994 rokiem! ;) ), dzięki czemu wzrośnie jego renoma jako prywatnego detektywa. W alternatywnym zakończeniu ponosi podobno porażkę, podobno dopiero wydanie DVD z 1997 roku przywróciło oryginalne zakończenie filmu.
wtorek, 5 kwietnia 2016
Sylvie Sinnons "Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyzną”
Sążnista, bogata w fakty i zdjęcia biografia Leonarda Cohena, mistrza poezji śpiewanej, pisarza, mnicha, kochanka i samotnika. Na ponad 560 stronach autorka zawarła niebywała ilość informacji, niemniej czasem i tak pozostaje niedosyt, ale przecież jednego interesuje coś bardziej od drugiego. Książka zajmująca tak samo jak życie Cohena. Napisała ją kobieta, która bardzo wysoko ceni twórczość Kanadyjczyka, ale nie stawia mu pomnika, moim zdaniem stara się być obiektywna. Z książki można dowiedzieć się wiele nieznanych informacji, na przykład to, że Cohen uwielbia komputery i internet, że na debiutanckiej płycie akompaniował mu incognito zespół Kaleidoscope (ten amerykański psychodeliczny, nie brytyjski folkowy). Głównymi nurtami w książce przeplatającymi się wzajemnie i wpływającymi na siebie są: twórczość Cohena, jego związki z kobietami, trasy koncertowe i duchowa droga Cohena, kiedy został mnichem i uczniem guru Zen. Dowiadujemy się o tak zdumiewających faktach, jak ten, że Cohen był przez całe życie niepewny i nieśmiały, że w usa dopiero płyta "I'm Your Man" przyniosła mu większe uznanie krytyków i przysporzyła fanów, że wytwórnia Columbia nie zdecydowała się wydać na rynku amerykańskim albumu "Various Positions". Dziwne to fakty, ponieważ ja sam pamiętam szał na Cohena w połowie lat 80-tych w Polsce, a przecież my byliśmy wtedy za Żelazną Kurtyną i z Zachodu niewiele do nas jednak docierało, w każdym razie płyty Cohena nie funkcjonowały na oficjalnym rynku wydawniczym. W książce Simmons opowiada zarówno o dobrych jaki i złych rzeczach, obiektywnie opisując życie takim jakie po prostu jest, narkotyki, alkohol, kobiety, zawód na przyjaciołach, zdrada, samotność obok sukcesu, uwielbienia, miłości, zadowolenia z siebie. Otrzymujemy portret człowieka przede wszystkim skromnego, pracowitego, potrafiącego poświęcić się dla innych, portret poety i autora piosenek trudnych do zestawienia z innymi, bo trudno znaleźć podobnego do Cohena autora. Cohen jest jeden, niepowtarzalny i oryginalny po prostu.
Marginesy: "Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyzną"
Marginesy: "Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyzną"
niedziela, 3 kwietnia 2016
127. "Straszne skutki awarii telewizora" [1969]
"Ecce homo Homolka", reż. Jaroslav Papoušek [Czechosłowacja, 1969]. Film nieco proroczy, bo już w czasach, kiedy istniały zaledwie dwa
programy telewizyjne, ukazuje zgubny wpływ awarii odbiornika
telewizyjnego na rodzinę, w której relacje oparte są na dominacji
kobiet. Równie dobrze przyczyna może tkwić także w uległości mężczyzn.
Jednakże w filmie znaleźć można liczne odniesienia do sytuacji
politycznej, czyli po inwazji na Czechosłowację wojsk Układu
Warszawskiego, brak pomocy dla wołającego o nią, liczne motywy
zamknięcia, protestu, niezgody, uległości, bezradności, braku
porozumienia, niemożności robienia tego, na co ma się ochotę. Bardzo
dobre kino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








