Na samym początku informacja, że tytuł książki jest mylący, a raczej dwuznaczny. Osobiście odczytałem go jako zapowiedź otwarcia przede mną świata jazzu, dopłynięcia do jego brzegów i wniknięcia weń. W połowie książki zorientowałem się, że jest to opowieść o początkach jazzu, jego rodowodzie i wczesnym rozwoju. Jeszcze ścisłej Tyrmand podaje przykłady ludowej muzyki i jej przeobrażeń w XIX wieku w jazz ludowy, czyli w blues z Delty, a potem w nowoorleański jazz. O bebopie i cool jazzie w książce są wzmianki jedynie w posłowiu, a swing zostaje przez Tyrmand wzmiankowany pod koniec książki jako skomercjalizowana wersja jazzu z Dixielandu. Jednak nie ma w trakcie lektury ani chwili nudy; Tyrmand w barwny przystępny sposób opisuje kolejne fazy rozwoju, czasem bijąc nawet w ton emocjonalny. Ta książka nie jest bowiem leksykonem czy naukową rozprawą, jest wyrazem głębokiej fascynacji autora tematem (Tyrmand, jak wiadomo, był w Polsce organizatorem i pomysłodawcą jazzowego festiwalu Jazz Jamboree), a wynika z tego rodzaj umiarkowanego peanu. Wczesnych wykonawców surowego bluesa z Delty i jazzu z Nowego Orleanu Tyrmand traktuje jak wielkiego formatu artystów, przypisując im swoiste nowatorstwo oraz głębię emocji. Pasjonujące są przykłady, od których roi się w książce, na przykład wielogodzinne pojedynki na trąbki ściągające w Nowym Orleanie na te widowiska tłumy ciekawych gapiów. Pojedynki te dawały prestiż muzykom, wynosiły ich na wyżyny. Rozdział o Nowym Orleanie jest jest jednym z najmocniejszych punktów „U brzegów jazzu”; pojawiają się w nim konkretne nazwiska muzyków oraz nazwy orkiestr, a także liczne anegdoty związane z jazzem w tym mieście, jak ta, że w Nowym Orleanie o fryzjera w poczekalni nie wisiały gazety do czytania, tylko gitary, na których klienci umilali sobie czas czekania. Jest w tej niewielkich rozmiarów książce wyczuwalna wielka pasja i ogromna miłość do jazzu. Nie było dla mnie możliwe czytać książkę Tyrmanda na sucho. Po fragmencie dotyczącym tragicznej śmierci Bessy Smith sięgnąłem po jej nagrania z lat 20-tych ubiegłego wieku, to samo uczyniłem z dokonaniami Jelly Roll Mortona, po przeczytaniu przytoczonej przez Tyrmanda historii tego pianisty. Słuchając muzyki Mortona, wpadłem wręcz w zachwyt, bo radość grania aż bije tu dialogów instrumentów, że nie wspomnę jak bardzo jest to nieszablonowe granie pełne twórczej inwencji. Książka Tyrmanda zdecydowanie poszerza horyzonty i odkrywa zapomniane rejony oraz czasy pionierów jazzu. Tyrmand w posłowiu staje na rozdrożu, czując, że współczesny jazz (książka napisana została pod koniec 1956 roku) zmierza ścieżką oddalająca go od korzeni, ale dostrzega też pewne oznaki powrotu do nich i nie jest to żaden paradoks. Z drugiej strony widzi, że rozwój gatunku jest nieunikniony. Jest to w każdym razie odpowiedź na nurtujące mnie w trakcie lektury pytanie, co Tyrmand sądziłby o punkcie, do którego jazz dotarł na przełomie lat 60/70-tych? Mam na myśli fusion, połączenie jazzu z różnymi gatunkami, głównie z rockiem. Z tekstu książki należałoby sądzić, że nie będzie to w niedalekiej przyszłości od napisania książki o jazzie jego ulubiony gatunek. Tyrmand cenił bowiem w jazzie przede wszystkim muzykę czarnej Ameryki i o niej jako rdzeniu dla jazzu w ogóle traktuje „U brzegów jazzu”. Jest to pomnik wystawiony zapomnianym pionierom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz