czwartek, 22 czerwca 2017

Elias Canetti "Tajemne serce zegara"

     "Tajemne serce zegara" Eliasa Canetti nie jest książką łatwą do czytania, ale też jest trudna do opisania. Canetti przez całe swe życie prowadził notatki, w których w aforystycznej na ogół formie zawierał swoje przemyślenia, opisywał swój stosunek do świata oraz do sztuki. Tematyka tych zapisków jest oczywiście znacznie szersza, tu staram się tylko uogólnić, by ewentualny przyszły czytelnik mógł mieć o książce jako takie wyobrażenie. W omawianym tomie znajdują się zapiski z lat 1973-1985 (w języku polskim ukazały się także wcześniejsze zapiski z lat 1941-1972 w książce zatytułowanej "Prowincja ludzka"). W przeważającej mierze mają one charakter aforyzmu, lapidarnego zdania, które stara się w zwięzły sposób wyrazić abstrakcję, tudzież objąć wzrokiem większa przestrzeń. Czasami zestawienie kilku zaledwie słów tworzy skojarzenie z czymś niewyobrażalnie wielkim, na przykład kiedy Canetti pisze o śmierci, o starości, o wspomnieniu. Niezbyt to obszerna książka, bo licząca zaledwie 162 strony, jednak jej pierwsza lektura wymaga poświęcenia czasu na zastanowienie się nad każdym kolejnym wersem. Nie ma tu galopowania. Albo jest, ale wówczas nie ma zrozumienia. Zresztą i zrozumienie nie zawsze przychodzi do czytającego niniejsze zapiski, nawet gdy ten nie spieszy się z lekturą. Niektóre zdania dotykają takich abstrakcji, że ciężko stwierdzić o co konkretnie chodzi. Przyczyny tego są różne: mój brak wyobraźni (odznaczę się tutaj nieskromna pokorą...), niezbyt gruntowna znajomość poruszanych zagadnień, także me nieobycie na opisywanych terenach, forma zapisków (bezosobowe zwroty, chyba autora do samego siebie, albo takie jak ten zapisek, od którego wziął się tytuł zbioru: "Nikomu nieznane tajemne serce zegara"), nieznajomość kontekstów osobistych (chociaż aluzje do trylogii autobiograficznej wyłapywałem) i ogólnych. Dokonałem teraz na sobie pokutnego biczowania, ale prawda jest taka, że niektóre książki niektórych autorów uczą pokory; czytelnik biorący się za lekturę, który zakłada, że wie wszystko, jest czytelnikiem, hmmm, jak by to nazwać?... Zbyt pewnym siebie? W każdym razie po zadanych sobie biczem razach zwrócę jeszcze uwagę na fakt, że zapiski te z całą pewnością nie były łatwe do tłumaczenia. Chciałbym w tym miejscu podziękować pani Marii Przybyłowskiej za wspaniałe tłumaczenia książek Eliasa Canetti na język polski. Kontynuując, do wielu z aforystycznych zapisków należy odnaleźć swój własny klucz. Nawet te nie do końca pojmowalne, mogą urzekać pięknem, poezją, czarem, mądrością, siłą skojarzeń w zestawionych ze sobą słowach. Do książki Canettiego można później wracać, mieć ją przy sobie i otwierać w dowolnym momencie na przypadkowej stronie, by odczytać losowo wybrane zdanie. Ja do Canettiego wracam często, myślą, wertując książki, czytając je od nowa. Warto sobie zadawać trud. Oto mój marnej jakości aforyzm na koniec recenzji.

niedziela, 18 czerwca 2017

Alfred Kubin "Po tamtej stronie"



     Alfred Kubin nigdy nie był pisarzem, chociaż napisał jedną jedyna książkę w swoim bardzo długim życiu. Był rysownikiem, grafikiem, malarzem, ale nie pisarzem. "Po tamtej stronie" Kubin napisał w szczególnym okresie swojego życia, po śmierci ojca i w trakcie choroby żony. Opuściły go wtedy siły twórcze i chociaż aż kipiał od pomysłów, nie potrafił je przenieść do swoich rysunków. Postanowił więc napisać powieść. Był rok 1909. Książkę napisał w 12 tygodni po czym już uwolniony od niemocy, zilustrował ją własnymi rysunkami. Jak już wspomniałem jest to jedyna książka napisana przez Alfreda Kubina, jest to też jedyna książka w swoim rodzaju, bo przed nim takiej książki nie napisał nikt..
     Całą fabułę w ogólnym zarysie opisać można w kilku słowach, byłoby to jednak spore uproszczenie, gdybyśmy skupili się wyłącznie na wydarzeniach. Jest to przecież w równym stopniu książka o Państwie Snu, jak też książka o kolorach. Kubin opisuje Państwo Snu w wielu barwach, są to jednak barwy ciemne, mroczne, barwy budzące strach i obawy, barwy wręcz monochromatyczne wraz z wieloma odcieniami, takie, jakie stosował w swoich pracach sam autor. Opowieść o przeprowadzce do Państwa Snów stworzonego przez Klausa Paterę gdzieś w Azji na granicy z Rosją to pozornie linearnie snuta narracja, która urasta do wielkiej metafory, wielkiej przepowiedni i wielkiego nierealistycznego snu.
     Patera wzbogaciwszy się w Chinach postanowił stworzyć swe własne państwo, państwo szczęścia, państwo do którego dotrzeć mogą tylko starannie wyselekcjonowani obywatele. Narrator, nie wymieniony w powieści z nazwiska, był kolegą szkolnym Patery, po czym na wiele lat stracił z nim kontakt. Teraz przybywa do niego wysłannik Patery z zaproszeniem do Państwa Snów. Narrator zgadza się zamieszkać w kraju Patery i wraz z żoną wyrusza do nowej ojczyzny. Otoczone gigantycznym murem Państwo Snu okazuje się czymś przeciwnym do raju, ale nie ma niestety z niego ucieczki, nie istnieje droga odwrotu. Początkowo warunki są znośne, lecz z upływem czasu pogarszają się. Na zdrowiu upada także żona narratora, a kiedy umiera, ten traci sens życia i równocześnie otwierają się mu oczy na otaczającą go rzeczywistość.
     Państwo Snu przypomina stary zbutwiały świat, w którym nosi się ubrania sprzed kilkudziesięciu lat, domy są na wpół zrujnowane i dzieją się dziwne rzeczy. W państwie nie ma jednolitej waluty, pieniądze mają zmienną wartość, a czasem nie płacąc za usługę można otrzymać jeszcze "resztę". Fryzjer-filozof posiada za pomocnika małpę, która wykonuje wszelkie czynności związane z goleniem. Nad Państwem Snu nie widać nieba, ani gwiazd, ani słońca, ani księżyca. Świat jest szary, ponury i przypomina świat takich późniejszych pisarzy, jak Franz Kafka czy Bruno Schulz. Wszyscy mieszkańcy kraju stworzonego przez Klausa Patere ulegają tak zwanemu Wielkiemu Czarowi Zegarowemu. Powyższe przykłady opisują doskonale dziwność tego państwa.
     Alegorycznie można odebrać "Po tamtej stronie" jako pierwszy opis zniewolenia społeczeństwa, na długo przed Huxleyem i Orwellem. Kubin podobnie jak Kafka intuicyjnie przeczuł i opisał przyszłość. Twórczość Kubina jest zresztą uważana za prekursorską względem ekspresjonizmu i surrealizmu. Można też powiedzieć, że w scenach końcowych książki (tych zatytułowanych "Piekło"), autor niczym Goya w swoich rysunkach przedstawia okrucieństwa i koszmary, które odbierać można jako przeczucie zbliżającej się I Wojny Światowej. Państwo Patery wraz z osłabieniem sił jego twórcy, który ogromną siłą woli kontrolował jego rzeczywistość, zaczyna popadać w chaos. Jeżeli życie w Państwie Snu na początku książki można nazwać dziwnym, to pod koniec zamienia się w jeden gigantyczny koszmar, co zresztą było do przewidzenia. Rozpad świata powoduje rozpad wartości oraz upadek obyczajów. Kubin wpisuje to oczywiście w fabułę, potęgując tym samym jej ponury wydźwięk.
     W książce zawartych jest mnóstwo fantasmagorycznych opisów, przypominających senne marzenie. Do końca nie wiadomo, czy wydarzenia opisane w powieści są marzeniem sennym, koszmarną rzeczywistością, czy też przeplataniem się jednego z drugim. Ogromna wyobraźnia autora sprawia, że "Po drugiej stronie" czyta się tak, jak gdyby oglądało się cykl grafik, przedstawiających niesamowite zdarzenia i niezwykłe stwory (Kubin nie przypadkowo ilustrował osiem tomów zbiorowego wydania pism Edgara Allana Poe), świat niczym z surrealistycznych obrazów, budzący niepokój, przerażenie, koszmary, lęk, zgrozę.
     Niezwykłość książki Alfreda Kubina polega na jej wielowymiarowości. Nie każda książka jest napisana niczym obraz. Nie każda powieść potrafiła przeczuć nadchodzące czasy, wojnę, biurokrację, przemoc. Nie każdy autor pisząc powieść kładł podstawy pod nowe kierunki w sztuce i chociaż Kubin robił to przede wszystkim w swoich rysunkach, to jednak niepokojąca ich atmosfera, bliźniacza do późniejszego nadrealizmu, znajduje się także w jego powieści; ekspresjonistyczny krzyk przerażenia w surrealistycznym świecie przypominającym koszmar. Współczesny czytelnik bez trudu rozpozna opisany przez Kubina świat - może dzięki temu właśnie, że opisany jest w sposób metaforyczny, czyli uniwersalnie, ale też dzięki temu, że takie rzeczy zawarte w "Po tamtej stronie" jak groteska, absurd, koszmar, strach, dezintegracja i wiele innych to są wciąż elementy, z którymi nie potrafiliśmy się uporać, które bez trudu wyłowić można z całokształtu naszej współczesności, które nie zniknęły z niej do tej pory.
     Wciąż żyjemy w niepewności. Nasza rzeczywistość jest w miarę okiełzanym chaosem, ale chaos posiada cechę uśpionego wulkanu: w każdej chwili może się obudzić. Wielu wielkich pisarzy opisało nasz świat i rządzące nim siły: niepewność, absurd, przypadek, biurokrację, nieład, przemoc, autokrację, kłamstwo. Obok Orwella, Kafki, Sołżenicyna, Huxleya i wielu, wielu innych postawić można także śmiało Kubina, mimo ze napisał tylko jedna książkę. Tyle tylko, że Kubin swoją książkę napisał najwcześniej, stał się tym samym prekursorem i profetycznym wizjonerem. Nie można o tym zapomnieć, czytając "Po tamtej stronie". I dlatego też warto dziś czytać Kubina, nie tylko ze względu na jego niepokojącą, fantastyczną, niezwykłą, senną wizję świata.

środa, 14 czerwca 2017

Zuza Malinowska "Złoty wąż"

     Kiedy zbudujesz domek z kart i kiedy wyjmiesz z jego środka jedną z nich, istnieją trzy możliwości tego, co się zdarzy. Pierwsza możliwość: domek pozostaje nienaruszony, druga: domek częściowo się wali, trzecia: cały domek z kart ulega zniszczeniu. Drugi wariant posiada mnóstwo wariantów podrzędnych, gdyż zniszczenia mogą przybierać mniejsze bądź większe rozmiary. I tak jest w życiu, jedna decyzja powoduje rozwój wypadków, których nie da się cofnąć, jednak gdyby wybrać w kluczowym momencie coś całkiem innego, wydarzenia potoczyłyby się w sposób alternatywny i to one byłyby realistyczne, a wszelkie inne stałyby się jedynie utraconymi możliwościami. Złoty wąż Zuzanny Malinowskiej to powieść opowiadająca o takich alternatywnych wyborach i o tym, co by było, gdyby...
     Akcja książki, a raczej wypadałoby powiedzieć, że akcje, więc tak właśnie mówię: akcje toczą się względem siebie równolegle, prostopadle i nachodzą na siebie niczym sinusoida na linię prostą. Dlatego trudno wskazać tylko jednego bohatera powieści. Bohaterami w świecie realnym są Iza, Adam oraz Ivo. Iza i Adam są małżeństwem, które przechodzi kryzys. Kiedyś ogarnięci szaleńczą miłością, teraz powoli stygną, chociaż wciąż są do siebie bardzo przywiązani, Czytają sobie wzajemnie historię o złotym wężu Oronie i jego miłości do Wei. W książce Malinowskiej, napisanej wartkim, świetnym, bogatym i urozmaiconym językiem o wysokiej kulturze, który jednak nie sprawia kłopotu czytelnikowi, nie spowalnia go, w książce tej światy wzajemnie się ze sobą przenikają, bohaterowie podejmują decyzje, które rzutują na ich przyszłość, przybliżając ich bądź oddalając od celów. Czasem są w pełni odpowiedzialni za podjęte decyzje, czasem kieruje nimi silna namiętność, a czasem konieczność. Wzajemna koegzystencja światów oraz ich przenikanie się jest bardzo charakterystyczne dla "Złotego węża"; książka posiada kunsztowną, skomplikowaną formę. Na pierwszy rzut oka zdaje być się gąszczem trudnym do przebycia, jednak kiedy czytelnik zdecyduje się poddać narracji i swobodnie pozwoli się jej unosić, wówczas lektura na pewno doprowadzi do całościowego obrazu, do połączenia pozornie porozrzucanych elementów układanki w jedną logiczna całość.
     Ścieżki bohaterów biegną w różne strony, ale zawsze towarzyszą im dwie siły, od których nie potrafią uciec, ani nawet się oddalić. Są to miłość i śmierć. Pierwsza siła, sprawcza, stanowi o wartości ludzkiego życia. Dla niej są w stanie ponieść konsekwencje, przejść przez liczne próby, doświadczyć zagrożenia, ponieważ warto kochać, ponieważ miłość sprawia, że życie nabiera sensu. Druga, śmierć, siła destrukcyjna, stoi w opozycji do miłości. Dla bohaterów walczących o miłość śmierć stanowi finalną ewentualność podjętych przez nich starań; w razie porażki czekać ich może taki koniec. Podróż węża Orona, ucieczka Adama, bądź chore serce Ivo to ocieranie się o śmierć, mniej lub bardziej realną, a raczej mnie lub bardziej prawdopodobną. Malinowska zdaje się mówić, że zły wybór niesie w sobie ryzyko ostateczności. Bohaterowie zarówno w świecie realnym, jak i w krainach baśniowych często znajdują się na rozdrożach, zmuszeni do dokonania wyboru, którego konsekwencji nie są w stanie przewidzieć. W zależności od tego, jaka kartę wyciągną z domku, nic się nie stanie, ich świat częściowo się zawali, albo runie w całości jak domek z kart. Złoty wąż" jest książką o podejmowaniu decyzji, o kluczowych i decydujących momentach, ale też o konsekwencjach i alternatywach.
     Przenikanie się światów uważam w książce Malinowskiej za wyśmienity pomysł. Baśniowy świat, który nawiązuje do poprzedniej książki Zuzy Malinowskiej Drzewo opowieści", jest opisany i opowiedziany barwnie i pomysłowo; mimo że zawiera wiele znanych baśniowych elementów, fragmenty rozgrywające się w baśniowych krainach czyta się z zapartym tchem. Szczególnie udana i brawurowa jest opowieść o staraniach Luga o rękę Amiry, Jest to kolejna opowieść w opowieści, niezwykle barwna, intrygująca, wręcz cudowna. Baśniowe opowieści Malinowskiej mają posmak Siddharthy" Hermanna Hesse oraz Opowieści z tysiąca i jednej nocy". Ich posmak jest nieco orientalny, trochę przygodowy i odrobinę filozoficzny, jak filozoficzna jest w sumie cała książka Zuzy Malinowskiej Złoty wąż". Bez baśniowych historii, książka Malinowskiej byłaby może nie prosta, ale jednowymiarową opowieścią o poszukiwaniu miłości, o kruchości miłości, o utracie miłości, o przechodzeniu z miłości w miłość. Klechdy baśniowe wzmacniają sens powieści, ubarwiają ją, podkreślają wymowę, będąc jednocześnie samoistnymi pięknymi historiami na ten sam temat: którą drogą pójść, którą wybrać ścieżkę, dokąd dojdę, czy wybrałem słusznie i co spotka mnie na końcu drogimiłość albo śmierć. Albo pustka.
     Kiedy nie wiesz, co masz zrobić, gdy nie wiesz, jak masz to zrobić, nie wyciągaj karty z domku zbudowanego z wielu różnych kart. Czy wiesz, która kartę masz wyciągnąć? Czy wiesz, co stanie się, gdy zdecydujesz się na tę jedną, na tę właśnie kartę? Czy dokonasz właściwego wyboru? Życie jest gąszczem najróżniejszych wyborów. Życie jest miłością, do której chcesz zmierzać, ale musisz wybrać właściwą drogę. Życie jest porażką, gdy zboczysz z właściwej drogi. Jednak skąd miałeś w chwili wyboru wiedzieć, że ta właśnie przed momentem obrana droga jest tą właściwą? Zuza Malinowska w swojej pięknej filozoficznej, baśniowej i realistycznej zarazem książce zadaje powyższe pytania. Uzyskać na nie odpowiedź jest na pewno trudno. Warto przeczytać Złotego węża" i samemu spróbować odszukać odpowiedzi. Warto wyruszyć w podróż, której kresem jest poznanie odpowiedzi. To podróż w głąb siebie. To podróż w życiowe meandry, zakręty i rozdroża. Ruszajmy więc!

poniedziałek, 12 czerwca 2017

146. "Samotnicy" [1992]

"Singles", reż. Cameron Crowe [USA, 1992]
Pierwszy raz film ten widziałem w epoce, w czasie rozkwitu kultury grunge i tej całej X-Generation. Miałem wtedy 25 lat. Teraz ten film ma 25 lat... Oczywiście odbieram go dzisiaj zupełnie inaczej, niż wtedy. Zacznijmy od tego, że nigdy nie byłem fanem grunge'u i że muzykę z tego nurtu uważałem za wtórną wobec muzyki z Ery Wodnika, za taka kalkę, tylko z bardziej podkręconymi potencjometrami.Nie był to więc dla mnie żaden film kultowy. Poza tym drażniła mnie moda, te czapki z daszkiem do tyłu, koszule flanelowe związane w pasie itp. To wszystko przysłoniło mi odbiór tego filmu.
Dziś jest to dla mnie fajna komedia romantyczna, ale taka a rebours przez większą część, bo wszyscy chcieli i równocześnie nie chcieli być ze sobą, mieli wątpliwości, zawahania wymieszane z okresami zatracenia zmysłów.
Sporo jest w tym filmie doskonałych dialogów, o których nie pamiętałem przez te 25 lat. Jest nawet jeden świetny wywód o kondycji współczesnej muzyki, że nie ma już takich kompozycji jak "Iron Man" czy "Smoke On The Water", zakończoną stwierdzeniem, że wkrótce nawet wojny będą sponsorowane, co przechodzi już w aluzję do plastikowej kondycji współczesności. Dużo też Crowe zawarł w filmie trafnych obserwacji męsko-damskich, nadając im nieco gorzko-kwaśny posmak. Nie ma w tej komedii romantycznej fragmentów lukrowanych i przesłodzonych. Można powiedzieć, że zakończenie filmu jest nazbyt hollywoodzkie, jednak gdy przeanalizuje się zmienność losów par w trakcie filmu, to nie możemy dać żadnej gwarancji, że zakończenie takie byłoby definitywne, gdyby film trwał na przykład pół godziny dłużej. Dla mnie nie jest to w każdym razie zakończenie zamknięte.
Bardzo fajnie Crowe ukazał krąg przyjaciół, wzajemne relacje, wspomaganie się, pocieszanie, próby rozbudzania uczuć. Trafiona jest także konstrukcja filmu, ten podział na opatrzone tytułem epizody. Na pewno nie można powiedzieć, że "Samotnicy" jest typowa dla swojego gatunku. Pozornie posiada wszystkie elementy charakterystyczne dla komedii romantycznej, ale poszczególny rysunek, tonacje, akcenty, lekko ironiczny wydźwięk wielu scen wyróżniają film Crowe'a od innych filmów z tego gatunku. Nie ma tez w filmie żadnego bogacza zakochanego w ubogiej obrończyni starych domów, czy wysoko postawionego polityka zadurzonego w niani, nie, są zwykli młodzi ludzie starający się odnaleźć miejsce w świecie, niewiele mogący, uczący się i dorabiający do studiów praca w kawiarni. jest to więc film adresowany do młodych ludzi.
Tak. Z pewnością przede wszystkim młodzi ludzie wybierali się na "Samotników" do kin, jednak trudno nie zauważyć, że jest to film uniwersalny. Teraz, z perspektywy lat trudno mi powiedzieć o tym filmie, ze jest pokoleniowy, bo problemy w nim poruszone dotyczą ludzi zarówno sprzed ostatniej dekady XX wieku, jak in obu dekad wieku następnego. W mniejszym stopniu alienacja i życie samotnicze było typowe dla jednostek już przed wiekami; nie jest to w każdym razie żadna nowość.
Pod względem muzycznym film "Samotnicy" tez nie jest sztandarem ówczesnego pokolenia. Fakt, ze sporo w nim muzyki grunge, ale motyw przewodni filmu to zwykły popowy kawałek z odrobinę bardziej przesterowana gitarą. Zespół Cliffa jest jak gdyby parodią grunge'u, a Eddie Vedder, który gra w filmie samego siebie, w zespole pełni rolę nie wokalisty, ale perkusisty. Niemniej ducha czasu bez trudu da się w filmie wyczuć, ale od strony muzycznej raczej, bo buntu, kontrkulturowej niezgody, opozycji wobec amerykańskiego snu w filmie nie ma. Hołd dla rocka jest złożony klasykom: Cliff gra na gitarze na grobie Hendriksa, Steve ma płyty The Who, The Clash, Lou Reeda, a ulubioną piosenką Lindy jest "May This Be Love" oczywiście wykonywaną przez The Jimi Hendrix Experience. Chociaz oczywiście pojawiają sie też murale Mother Love Bone, koszulki z Mudhoney czy SUB POP W filmie pojawiają się na scenie dwa zespoły, Alice in Chains oraz Soundgarden. Czy zrządził to przypadek, czy jakieś mroczne przeznaczenie, ale zarówno wokalista Alice in Chains Layne Staley jaki i frontman Soundgarden Chris Cornell już dziś nie żyją (podobnie jak basista Mike Inez),a żaden z nich nie umarł śmiercią naturalną. Życie dopisało więc swoisty ponury epilog do filmu Camerona Crowe'a i dopowiedziało to czego reżyser nie ukazał, a mianowicie ciemnej strony życia i permanentnej bliskości śmierci. Nadaje to filmowi obecnie całkiem nowy wymiar, ukazuje bowiem osoby, które wtedy były jeszcze still alive, chociaż Staley był już w 1992 roku poważnie uzależniony od heroiny, zmieniając go w swoisty dokument. Chwila, która została utrwalona w bursztynie...
Zadziwiające jest to, jak prędko mija czas, jak elektryzująca muzyka zmienia się w klasykę, jak moi rówieśnicy obrócili się w kamienne posągi pokryte patyną, lecz pozbawione oddechu. Już dawno słowo singiel przestało znaczyć przede wszystkim winylową płytę puszczaną na 45 obrotów, tak kojarzy się jedynie rockowym dinozaurom, dla pozostałych oznacza coś zupełnie innego. Również sens bycia szczęśliwym zmienił znaczenie, ponieważ szczęśliwym można być obecnie żyjąc samemu poza stałym związkiem. Film Crowe'a nieśmiało sugerował już taka sytuację, przewidywał zmianę, jednak nie czynił to pełnym głosem. Sam film także nie jest już dzisiaj tym samym, czym był 25 lat temu, czyli próbą sportretowania Pokolenia X, chociaż nadal bardzo dobrze oddaje atmosferę zagubienia, błądzenia i poszukiwania sensu. Nadal jest to bardzo dobry film o ludzkich uczuciach i pragnieniu bliskości, jednak nie za wszelką cenę, w mieście Jimiego Hendriksa w czasie, gdy dobiegał kresu poprzedni wiek.

sobota, 10 czerwca 2017

Robert Walser "Willa Pod Gwiazdą Wieczorną"

   
     Na literackiej mapie wszechświata lśnią jasno swym odwiecznym blaskiem nazwiska pisarzy, których sława i renoma zdają się nie przemijać, mimo zmiany mód na poszczególne gatunki literackie. Ale na mapie tej prawdziwy miłośnik literatury nie może spocząć na zaznajomieniu się wyłącznie z tym tylko, co najjaśniejsze. Prawdziwy miłośnik literatury, którego charakteryzują otwarte serce i gibki umysł, jest poszukiwaczem pereł, białych kruków, zapomnianych książek i pisarzy. W trakcie takich poszukiwań trafiłem na dwa nazwiska, które mnie zainteresowały. Jednym z nich jest Robert Walser, szwajcarski pisarz z początku ubiegłego wieku, który za życia doceniany był wprawdzie przez współczesnych (cenili go Hesse, Kafka i Musil), jednak nie zdobył większej popularności, niczym Van Gogh popadł w szaleństwo i ostatnie 20 lat życia spędził w zakładzie dla umysłowo chorych.
     Walser był osobą nieporadną życiowo, więc zadziwiający jest fakt jego wczesnego uniezależnienia się od rodziny, prowadzenia życia wędrownego i samotniczego (podobnie jak Rilke i Hesse) oraz liczba wykonywanych przez Walsera zawodów nie związanych z pisaniem. Życie Walsera stało się inspiracja dla jego pisarstwa, pomysły czerpał z własnego doświadczenia i z obserwacji. Tak jest w powieści "Willa Pod Gwiazdą Wieczorna".
     Książka opowiada historię Józefa Marti, który został zatrudniony jako pracownik w biurze pana Toblera. Biuro mieści się w tytułowej willi. Dla Józefa zamieszkanie w niej i podjecie pracy równa się z podniesieniem swego dotychczasowego poziomu życia. Tobler jest wynalazcą i w chwili zatrudnienia Józefa zajęty jest projektem zegara reklamowego.
     Pierwsze, co uderzyło mnie w książce Walsera, to precyzyjny język. Walser buduje bardzo klarowne zdania, które niosą w sobie należyta treść, jednak nie są to zdania skąpe w informacje. Przymiotniki używane są w sporej ilości, dzięki czemu opisywany podmiot nabiera naturalnej wielowymiarowości, jest rozpatrywany z wielu stron, co mogłoby sprawiać wrażenie barokowego przesytu, tak się jednak nie dzieje, gdyż opisy Walsera są precyzyjne i służą opowiadaniu. Nie maja charakteru pustych pięknych ornamentów. Takim językiem Walser buduje prawdziwą gęstwinę sensów i znaczeń opowiadanej historii służby Józefa Marti u wynalazcy Toblera. Owo bogactwo osiągnięte zostało także dzięki zabiegowi częstych zmian punktu widzenia, płynnego przechodzenia od ukrytego narratora do subiektywnych przemyśleń Józefa Marti.
     Książka Walsera ukazała się w 1908 roku, lecz mimo faktu, że od tego czasu upłynęło już niemal sto dziesięć lat i że obecnie zawód służącego nie przeżywa swej drugiej bądź trzeciej młodości, zawarte w niej problemy są po dziś dzień aktualne i palące. Należy do nich z pewnością przemoc na bezbronnych dzieciach, faworyzowanie ulubieńców, nieustanne starania o środki finansowe, niepewność przedsięwzięć w dobie kapitalistycznej samowolki, niekompetencja w prowadzeniu interesów, życie ponad stan, walka z wierzycielami, popadanie w długi, wykorzystywanie pracowników przy jednocześnie niskich wypłatach poborów. Walser opisuje to wszystko w swej książce, łącząc ze sobą wszystkie te problemy, zamykając je w obrębie posiadłości Toblera. Zadziwia aktualność i niezmienność tych problemów. Czytając książkę Walsera odnosi się wrażenie, że ma się przed sobą metaforę współczesnego świata, że nihil novi pod słońcem.
     Atmosfera powieści Walsera jest duszna i jak żywo przypomina książki Franza Kafki, który przyznawał się do inspiracji twórczością Roberta Walsera. Tobler usiłuje w coraz bardziej rozpaczliwy sposób znaleźć środki na produkcje swoich wynalazków. Błądzenie i poszukiwanie są u Walsera nie mniej beznadziejne, jak starania Józefa K. w "Procesie" o uniewinnienie. "Willa Pod Gwiazda Wieczorną" opisuje proces pogłębiającego się zmierzchu, upadku, pogrążania się, pozbywania się kolejnych szans na ratunek. Nie jest to jednak powieść depresyjna. Walser w doskonały sposób potrafi połączyć w niej kilka przeciwstawnych cech, które w obrębie jednej powieści stanowią o jej roziskrzonym i wiecznie żywym charakterze. Obok realnych, twardych opisów, Walser umieszcza piękne impresjonistyczne fragmenty. Przecudowny i pełen liryzmu jest opis nocnej wyprawy łódką, czarownej i poetyckiej wycieczki, a raczej chwilowej ucieczki od realnego świata. Obok precyzyjnych opisów, a raczej w ich strefie, Walser potrafi umieścić zdania pełne humoru bądź nawet ciętej ironii.
     Po lekturze książki odniosłem wrażenie, że została ona napisana własną krwią. Krwi utoczył z siebie inteligentny, ogromnie wrażliwy, wnikliwie obserwujący i z wielkim talentem potrafiący opowiadać pisarz. Jest to książka w której czuje się prawdę i szczerość, autentyczność wypowiedzi, wysoka kulturę języka, a jednak nie świadczy to czczej erudycji pisarza, mówi to o jego związku emocjonalnym z opisywanym światem, o smutku, który odczuwa, kiedy opisuje rozpad i o sympatii i współczuciu dla ludzi, których ten rozpad dotyka, których życie zmieni bezpowrotnie, spychając ich na margines. "Willa Pod Gwiazda Wieczorną" stała się dla mnie w ostatnim tygodniu objawieniem literackim. Jest to odkrycie pisarza i jego twórczości, która mnie olśniła i oczarowała. Warto cierpliwie szukać, aby odnaleźć zapomniane perły, takie jak książki Roberta Walsera.

środa, 31 maja 2017

W poszukiwaniu utraconych książek...

Otrzymałem zakupioną na Allegro za 1,30 zł książkę Roberta Walsera "Willa pod gwiazda wieczorną". Piękny tytuł, rzadka książka, zapomniany autor. Po otrzymaniu książki nasunęło mi się kilka refleksji. Otóż na załączonym zdjęciu widać, że książka trafiła do biblioteki w 1985 roku i została wypożyczona zaledwie jeden raz (to, że kupiłem książkę wycofaną z biblioteki zupełnie mi nie przeszkadza, bo treści to nie uszczupla :) ). Świadczy to o kilku rzeczach jednocześnie. Czytelnictwo w Polsce jest naprawdę słabo rozwinięte.Przeciętny, statystyczny czytelnik ogranicza się do romansów, kryminałów, fantastyki. Czytelnicy niechętnie poszukują i poznają nowych pisarzy, a jeszcze mniej grzebią w poszukiwaniu perełek, zdając się na łaski i niełaski public relation wydawnictw. Czytelnicy lekceważą historię literatury, co powoduje wątpliwość, czy oni tak naprawdę interesują się tą głęboką, szeroką i bezkresną dziedziną, skoro sami najczęściej ograniczają się do nowości wydawniczych. Tak, to jest gorzki post. Nie ma na celu nikogo obrazić i do nikogo konkretnego nie pije, raczej ma charakter ogólny, bezosobowy. Od długiego już czasu nurtują mnie różne tego typu wątpliwości. Widać, ze Cmentarz Zapomnianych Książek to przestrzeń niebywale pojemna, ale - co bardziej smutne - prawdziwa. To dzieje się obok każdego z nas, przechodzimy obojętnie obok książek, które mogłyby nas wzbogacić. Nie szukamy, więc również nie znajdujemy. Pozostajemy przy oklepanych ścieżkach, boimy wychylić się poza pewna, utarta drogę. A przecież idea antykwariusza polega właśnie nie na zapełnianiu półek powszechnie znanymi tytułami, ale na szperaniu w poszukiwaniu białego kruka, nieznanej perełki, zapomnianego autora, aby przywrócić go do życia, na wynajdywaniu rarytasów, na wiecznym poszukiwaniu książek, które przemówią do nas swoim cudownym językiem i oczarują nas na wieki...

poniedziałek, 29 maja 2017

"Leaves of Grass"

Śniło mi się przed chwilą. że na moim czytniku pojawiło się polskie tłumaczenie "Źdźbeł trawy" Walta Whitmana, a le po obudzeniu się nawet nie sprawdzałem, bo cuda się nie zdarzają i w Polsce nadal po tylu latach od pierwszego wydania (1855 rok) nie ma całego przekładu. książka dostępna jest jedynie w oryginale...



niedziela, 28 maja 2017

O nadmiernym zbieractwie...


Moim zdaniem każde obsesje są niebezpieczne i nigdy z niczym nie należy przesadzać. Pod tą ogólnie panująca miłością do książek kryje się wiele różnych rzeczy, od prawdziwej miłości do niezdrowej ambicji, od zbieractwa, bez możliwości przeczytania nawet części zebranych książek, po czytanie tylko tych esencjonalnych, najważniejszych, od czytania wyłącznie tylko jednego gatunku - co według mnie zaprzecza miłości do książek - po wszechstronną penetrację wszelkich odnóg i centr literatury, od czytania wyłącznie nowości po sięganie do najgłębszych korzeni, od czytanie dla rozrywki po traktowanie literatury jako nieodłącznego elementu życia i odnajdywaniu w książkach prawd i mądrości. i tak można mnożyć. A jeszcze jest wiele odcieni pośrodku i niezliczona ilość konfiguracji. Podobnie jest ze zbieractwem (chociaż to brzmi trochę negatywnie), tu też jest mnóstwo powodów, namiętności, planów, aby mieć, a potem przeczytać. Jako zwolennik złotego środka osobiście kolekcjonuję wyłącznie najbliższe mi tytuły, a nabywam tylko te, które zamierzam przeczytać. Obecnie mam zakupionych niedawno 6 książek z zamiarem ich przeczytania, co już przerasta na chwile obecna moje możliwości. A na półce stoją jeszcze książki kupione wcześniej, przed kilkoma miesiącami lub nawet latami z takim samym zamiarem. zwykła ludzka słabość nie pozwala zrezygnować z zakupu, a brak czasu utrudnia lekturę. No i tak to się nakręca, czyli człowiek wpada w błędne koło. I dobrze będzie, jeśli potrafi się z niego wydostać. I biada, jeśli tego nie zrobi, bo zostanie zasypany stosami, tomami, woluminami i regałami... 

Haruki Murakami "Po zmierzchu"

    Kiedy przyjrzeć się wielkiemu miastu, jakim jest Tokio, z góry, przypomina ogromny organizm złożony z milionów elementów. Każdy ma poczucie, że jest częścią całości i jednocześnie, że jest sobą, indywidualnym człowiekiem z nazwiskiem i z własną historią. W książce "Po zmierzchu" Murakami postanowił przyjrzeć się bliżej kilkorgu mieszkańców miasta, których ścieżki przecinają się, łączą, bądź zbliżają do siebie, lecz nigdy się ze sobą nie zetkną.
    Akcja toczy się w ciągu kilku nocnych godzin u schyłku jesieni, kiedy długo trzeba czekać na świt. Jest to opowieść o przygodnych spotkaniach, o ludziach zagubionych w ciemnościach, żyjących z dnia na dzień, starających sobie jakoś radzić. Każdy z nich ma swoje sprawy i przeszłość. Murakami stara się, żeby jego bohaterowie nie byli z papieru, stąd podczas nocnych spotkań, nawet nie zawsze świadomie, o coś chodzi, rodzą się powiązania i ludzie zaczepiają się o siebie wzajemnie, na chwilę, na kila dłuższych chwil. Krzyżowanie się ścieżek bohaterów wywołuje poczucie zagubienia i odnajdywania, zbliżania się i oddalania. O wszystkim decyduje przypadek. W wypadku małej zmiany Takahashi równie dobrze mógł nie spotkać w całonocnym barze Mari Asai, wówczas nie zagadnąłby dziewczyny i wydarzenia potoczyłyby się w zupełnie inny sposób. Mari nie poznałaby w tym wypadku Kaoru, jej wejrzenie w tokijska ciemność byłoby inne, bo inne byłoby jej doświadczenie. Murakami splata więc losy, tworząc kaskady przypadków, bądź porusza zdarzenia niczym lawinowy upadek kamieni domina.
    Bohaterowie Murakamiego zawsze noszą w sobie ciężary, z którymi starają się uporać w sposób osobliwy, gdyż na ogół akceptują je i dźwigają z nadzieją na zmianę, bądź bez takiej nadziei. Trwają i cierpliwie wszystko znoszą. Nie jest to być może sposób godny polecenia, jednak wspomniane ciężary nigdy nie bywają błahe. Takahashi zmaga się z poczuciem osamotnienia i ciąży mu fakt, że jest sierotą. Mari martwi się rozluźnieniem więzi z siostrą Eri, ta zaś zmaga się z utrata sensu tego, co robiła dotychczas, więc zapada w długotrwały sen. Ucieczka przed rzeczywistością. O każdym niemal bohaterze "Po zmierzchu" można wyjawić jakąś tajemnicę. Nawet drugoplanowe postaci coś skrywają, jak na przykład dziewczyna, która uciekając przed mafią, zmienia nieustannie miejsca.           Murakami nie daje jednoznacznie odpowiedzi, czy istnieje droga wyjścia. Zawiesza jej udzielenie, chociaż symboliczne nastanie dnia po ciemnej nocy sugeruje, że nadzieja zawsze istnieje. "Jest jeszcze czas do nadejścia następnej ciemności".
    Książka napisana jest rytmicznymi, krótkimi frazami, które rozbrzmiewają niczym akordy. Czyta się ja dobrze, mimo zawiłej formy. Forma sprawia, że ta niezbyt długa powieść staje się jeszcze ciekawsza. Murakami daje w niej po raz kolejny wyraz swojej fascynacji muzyką, która jest obecna od hip-hopu po Bacha, ale miłością autora - jak wiadomo - jest jazz, więc o nim jest najwięcej wzmianek, a Takahashi jest nawet jazzowym puzonistą w amatorskim zespole. Znaleźć można w powieści także kilka aluzji do filmów i literatury. Meri poznajemy zaczytana nad grubą książką, później Takahashi streszcza jej fabułę "Love Story". Sam autor nie udaje swej nieobecności i w licznych miejscach książki sugerując swoją obecność.
    "Po zmierzchu" Haruki Murakamiego nie jest książką pogodną. To pełna mroku i półcieni opowieść o zagubionych duszach zagubionych w zakamarkach wielkiego miasta, które unoszone są przez wartkie nurty Losu w nieznanym kierunku. Ale jest to równocześnie piękna opowieść o ludziach, o ich uczuciach, obawach i nadziejach. O tym, że słońce znowu wzejdzie i skończy się noc. I wtedy znikną ciemności.

sobota, 27 maja 2017

Friedrich Kellner "Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy"

Kellner w opozycji do narodowego socjalizmu w swoim pisanym do szuflady dzienniku krytykował wszelkie poczynania nazistów, rozszyfrowywał propagandę prasową, kpił z bonzów partyjnych. Jego dziennik jest obrazem czasów wojny, która Kellner zdecydowanie potępiał i już we wrześniu 1939 roku uznawał za przegraną. Można się z niej dowiedzieć najróżniejszych rzeczy, na przykład, że już w czasie napaści na Polskę wprowadzono w III Rzeszy kartki żywnościowe. Kellner potępiał także bierność Anglii i Francji, które to państwa obwiniał za niemieckie sukcesy militarne. Przytacza także wypowiedzi wielu ludzi, z którymi rozmawiał, i nie może wyjść ze zdumienia, jak bardzo ludzie są okłamywani, jak bezkrytycznie wierzą w propagandę. Bardzo ciekawe świadectwo historyczne.

Jerzy Pilch "Wiele demonów"

Mała miejscowość w Beskidach. Połowa lat pięćdziesiątych. W tajemniczych okolicznościach znika młodsza córka pastora, Ola. Książka jest wnikliwym opisem małej społeczności ze wskazaniem na wzajemne relacje i oddziaływanie. Doskonały język, wiele humoru. Jest też kryminałem, który nie spieszy się do rozwiązania zagadki, z zaskakującym zakończeniem. Duszny klimat, atmosfera pełna napięcia. Bohaterowie żywi, krwiści, wiarygodni, pełni emocji, charyzmy. Każdy coś skrywa, każdy ma swego demona. Nie wiadomo komu ufać, komu wierzyć. W książce mieszają się także światy: magiczny i realny. Natura ludzka jest przez Pilcha pod lupą obserwowana, opisywana i w nawet skomentowana. Każdy jest inny. Jest to także książka o miłości, a raczej o miłościach, jak potrafią się od siebie różnić. Pilch na[pisał ją w formie gawędy snutej przez naocznego obserwatora wydarzeń. Świetna powieść, jedna z lepszych, które ostatnio czytałem.