środa, 12 kwietnia 2017

Hanna Krall "Dowody na istnienie"

Doskonały reportaż Hanny Krall podejmujący temat Holocaustu, a dokładnie zajmujący się losami osób, które go przeżyły. Książka posiada formę opowieści rozbitej na epizody, które tematycznie łączą się w jedną całość. Bohaterami są anonimowi Żydzi, którzy zmuszenie zostali do ułożenia swego życia od podstaw, zupełnie na nowo i którzy w różny sposób radzili sobie bądź też nie z ciężarem, jaki przyszło im udźwignąć. Wielu z nich nie znało swoich rodzin; byli tak zwanymi dziećmi z walizek, ponieważ w walizkach zostali podrzuceni (lub porzuceni) przez pragnących ocalić ich życie rodziców, którymi kierowała nadzieja, że trafią na dobrych ludzi gotowych pomóc. Wielu z nich nie wiedziało nawet o swoim żydowskim pochodzeniu. Poszukują się wzajemnie po świecie, zamieszczając ogłoszenia w prasie z załączonymi - najczęściej jedynymi jakie posiadają - fotografiami. Dochodzi do pomyłek, gdyż czas zatarł już sporo w pamięci, w grę wchodzi także nadzieja i niepewność, a czasem tak silne pragnienie spotkania, że zdarzają się przypadki świadomego wprowadzenia w błąd, potwierdzenia o powinowactwie jedynie w celu zakończenia udręki. Wiele aryjskich matek zaadoptowało żydowskie dzieci i aż do śmierci traktowało je jak własne, nie wyobrażając sobie wyjawienia dzieciom prawdy. Czasem prawda wychodziła na jaw całkiem przypadkiem.

Historie skomplikowane, często nieprawdopodobne. Spaja je przede wszystkim konieczność stawienia twarzą w twarz z przyszłością. Trzeba nadal dźwigać swój ciężar przez życie. I nic nie jest w stanie zetrzeć w podświadomości pokładów okropieństw i okrucieństwa, jakiego ocaleni byli świadkami, które sami doświadczyli. Krall kreśli historie lekkim piórem, unikając wzbudzania w czytelniku bezpośrednich emocji. Pisarka zamiast grać na uczuciach czytelnika, podsuwa mu fakty, które mają za zadanie zmusić czytelnika do myślenia, a może i do empatii, jednak nie stosuje takich chwytów, jakich używa Swietłana Aleksijewicz, która swym opowiadaniem przygważdża czytelnika, osacza go, nie daje mu przestrzeni. Krall taką przestrzeń przed czytelnikiem otwiera. Umożliwia mu samodzielna decyzję o tym, co ma myśleć i czuć. Dlatego "Dowody na istnienie" to książka, którą czyta się w miarę łatwo, bez poczucia przygnębiającej wagi tematu, ale tez bez lekceważenia tej wagi. Nie przypadkiem wspomniałem o autorce "Ostatnich świadków", ponieważ książki Swietłany Aleksijewicz przychodziły mi często na myśl w czasie lektury reportażu Hanny Krall. Nie umiałem oprzeć się wrażeniu podobieństwa w celu i odmienności w tonie.

O Holocauście napisano już wiele, kto wie, czy nie wyeksplorowano tego tematu do granic możliwości. Pisano o nim w najprzeróżniejszej formie, od lapidarnych opowiadań (Borowski) po opasłe opracowania i analizy (Friedlander). fakty i ich chronologia są obecnie - że się tak wyrażę - kanoniczne; każdy kulturalny człowiek zna nie tylko wydarzenia, ale i jest świadomy ich znaczenia (pomijam wrogim milczeniem tych, dla których akceptacja Holocaustu jest obecnie wyrazem odradzających się tu i ówdzie złowrogich ideologii). Oprócz faktów znane są także bezlitosne i przerażające liczby, trudne do pojęcia i do zaakceptowania (lecz daremnie, ponieważ wszystko się już dokonało). W tym gąszczu literatury najciekawszymi pozycjami są właśnie te, które przybliżają los zwykłych ludzi, mówią o ich uczuciach, o strachu, o zagubieniu, o tym wszystkim, co działo się, kotłowało i rozsiewało ból oraz przerażenie w środku człowieka. Dane en masse oczywiście także potrafią zadać bolesny cios, jednak kiedy zdejmie się zasłonę anonimowości, wkracza się w zupełnie inny wymiar, w którym statystyka zastąpiona zostaje współczuciem. I taką książkę napisała Hanna Krall, o ludziach z własnymi nazwiskami i historiami.

sobota, 8 kwietnia 2017

Raymond Chandler "Żegnaj, laleczko"

Philip Marlowe w swej drugiej odsłonie, gdyż jest to druga książka, w której Raymond Chandlera umieścił go jako bohatera. Książka z 1940 roku, napisana jeszcze przed przystąpieniem Stanów Zjednoczonych do wojny. W Los Angeles trwa jednak jawna wojna dobra ze złem, w której Marlowe zdecydował się wziąć udział, kiedy obrał zawód prywatnego detektywa. Marlowe jest samotnym myśliwym, tropicielem do wynajęcia za pieniądze, jednak posiada w sobie kodeks moralny i kiedy ktoś proponuje mu śledztwo, zaznacza, że weźmie je tylko w takim wypadku, gdy sprawa nie będzie niezgodna z prawem. Jego zawód jest traktowany pobłażliwie przez policjantów, którzy ironizują na jego temat, jakoby był człowiekiem od spraw rozwodowych. Marlowe jest impregnowany na tego typu opinie, to człowiek, który robi swoje i nie schodzi z raz obranej drogi. Można powiedzieć o nim wiele, ale nie to, że pozbawiony jest charakteru.

Jego działaniem często rządzi przypadek. W ten sposób zaczyna się jedna z najgłośniejszych książek Chandlera "Żegnaj, laleczko". Marlowe wybiera się do dzielnicy LA w celu odszukania zaginionego fryzjera, ale potężny mężczyzna zaciąga go siłą do baru i tam detektyw staje się mimowolnym świadkiem awantury, która kończy się zabójstwem. Policja w trakcie przesłuchania radzi mu, aby trzymał się od sprawy z daleka, to jednak nie leży w naturze Marlowe'a. No i człowiek, który powiedział o sobie, że "kłopoty to moja specjalność", pakuje się w sam ich środek. Dalszy rozwój wypadków jest do przeczytania w książce Chandlera i nie ma sensu go opisywać. Warto jednak zwrócić na kilka rzeczy z drugiej warstwy powieści.

Pierwsza z nich, to wszechobecność zła. W książkach Chandlera trudno o spotkanie z naprawdę prawym człowiekiem. Każdy bohater ma na sumieniu coś przeskrobanego. Płotki interesują Marlowe'a przede wszystkim w kategorii przydatności do prowadzonej aktualnie sprawy. Najczęściej z pomocą kilku dolarów bohater otrzymuje poszukiwane informacje. Nie spotkał jeszcze nieprzekupnego człowieka. Spotyka za to ludzi uzależnionych od władzy pieniądza, zniewolonych przez alkohol bądź narkotyki. Większość bohaterów nosi ze sobą pistolet, co świadczy nie tylko o ich niezgodnej z prawem działalności, ale przede wszystkim mówi o środowisku, w którym działają, o jego zawsze niebezpiecznym charakterze. Czytając książki Chandlera - już o tym pisałem w poprzedniej recenzji - ma się wrażenie otoczenia przez wszechobecny mrok. Nie sposób odszukać nawet mglistego światełka w tunelu. Na kartach tych książek panuje poczucie beznadziei i niewiary w człowieka, który u Chandlera jest skorumpowany, bezwzględny, przebiegły, egoistyczny i zdolny do najgorszego. Czasem motywem działania bywa miłość, jednak zawsze okazuje się, że czai się za nią zdrada, morderstwo, pragnienie zysku. Wobec tej wszechobecności zła, nie można mieć zastrzeżeń do łatwości, z jaka Marlowe pakuje się w kolejne kłopoty, bo wydaje się, że nie ma strony, w która obróciwszy się, nie czaiła się jakaś nieodkryta jeszcze mroczna tajemnica.

Druga z nich, jest natury społecznej, dla której wydawałoby się nie ma miejsca w czarnym kryminale. Chandler lubi jednak urozmaicać swoje książki o przeróżne aspekty. W "Żegnaj, laleczko"podjęty jest problem rasizmu. W lokalu, w którym Marlowe znalazł się zaciągnięty przez myszkę Malloya zostaje zabity Murzyn. W dalszej części powieści Chandler robi liczne aluzje do stosunku społeczeństwa i opinii publicznej wobec takich zdarzeń. Marlowe'a przeglądającego następnego dnia gazetę wcale nie dziwi, że nie ma w niej ani słowa o zabójstwie Murzyna. Podczas przesłuchania poznaje także stosunek policji, która nie będzie przykładała się do odszukania winnego śmierci Murzyna uznając, że jest to zbyt trudne zadanie w tak ogromnym mieście jakim jest Los Angeles w stosunku do błahości zdarzenia. Chandler w książce próbuje przeciwstawić się tego typu postawie, dając tym samym wyraz swej niezgody na rasizm i związaną z nim nierówność.

Trzecia z nich to życiowa postawa, jaką Marlow przyjmuje wobec rzeczywistości. Pozbawiony jest jakichkolwiek złudzeń, w jakim świecie żyje. Jest już na tyle doświadczony przez sprawy, które prowadził i nie daje się zwieść na jakiekolwiek pozory. Musi się jakoś bronić. najprostszym sposobem jest jego upodobanie do alkoholu i tytoniu. jest uzależniony od whisky, pali papierosa za papierosem, ale lubi tez zwolnic i zapalić fajkę, a jak wiadomo fajka, to celebracja, nabijanie, leniwe pykanie, czas poza czasem. Inną odskocznią Marlowe'a od rzeczywistości sa szachy. wieczorami nad szklaneczka lubuje się w analizowaniu rozgrywek. Jak na detektywa jest tez człowiekiem inteligentnym i oczytanym. Jednego z policjantów nazywa Hemingwayem, ale ulubionym pisarzem Marlowe'a jest Szekspir. "Żegnaj. laleczko, jak chyba żadna inna książka Chandlera naszpikowana jest aluzjami do twórczości poety ze Stradfordu nad Avonem. No i w końcu chyba najbardziej charakterystyczną cecha Marlowe'a w jego stosunku do rzeczywistości jest cięta ironia, sarkazm i cynizm. W obronie własnego poczucia godności i w celu nie zatracenia się w mrokach przestępczego świata, Marlowe dystansuje się używając tych cech w swoich wypowiedziach; w omawianej książce jest tego chyba najwięcej z wszystkich powieści, którymi bohaterem jest Philipe Marlowe. Oprócz wyżej wzmiankowanej funkcji odgrodzenia się od zła tego świata, wypowiedzi Marlowe;'a niezwykle ubarwiają książki Chandlera; czeka się na nie z niezwykłą niecierpliwością.

Przed przystąpieniem do napisania niniejszej recenzji miałem poważne obawy, o czym pisać,żeby nie powtórzyć się z poprzednimi recenzjami książek Chandlera, które w końcu na upartego można uznać za podobne do siebie. Ja wole jednak mówić o nich, że są niezwykle spójne. Okazało się, że się rozpisałem,. Jednak czytając każdą kolejną książkę Raymonda Chandlera, odkrywa się w niej jakiś aspekt nieobecny w innych jego książkach. Zawsze warto poszukiwać, zawsze opłaca się poszukiwać. Nawet wśród wydawałoby się tego, co oczywiste. Miłej lektury.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Aleksander Wat "Dziennik bez samogłosek"

"Dziennik bez samogłosek" Aleksandra Wata to bez wątpienia proza intymna. Wat robił swoje zapiski w zeszytach pomiędzy 1953 a 1967 rokiem. W styczniu 1940 roku Wat został we Lwowie aresztowany i do listopada 1941 roku przebywał w licznych sowieckich więzieniach, a później na zesłaniu w Kazachstanie. Życie w więzieniu oraz pobyt na zesłaniu w prymitywnych warunkach odbiło się poważnie na zdrowiu pisarza, który do końca życia odczuwał potworne bóle głowy. Niniejsza książka jest w pewniej części świadectwem cierpień Wata, jego stosunku do choroby, z tym że Wat nie pragnął współczucia, ale zrozumienia, bo - jak pisał - znajomi nie potrafili uwierzyć w jego przeciągłe bóle. Wat, nie potrzebujący litości, pozbawił swe notatki emocjonalnego tonu; są one świadectwem rozpatrywania choroby z pomocą intelektu. sama choroba zresztą nie zajmuje aż tak wiele miejsca w książce, nie sposób jednak o niej nie napisać, skoro doprowadziła ona pisarza do desperackiego aktu (w lipcu 1967 roku popełnił samobójstwo).

Największą część notatek zajmują rozmyślania Wata nad nurtującymi go przez całe życie problematami. Są to: istota komunizmu, polska inteligencja w okresie stalinizmu, charakterystyka postaw polskich pisarzy wobec reżimu (w większości przypadków opisanych anonimowo; Ola Watowa, żona pisarza, w niektórych przypadkach nazwiska podaje w przypisach), wspomnienia wracające do sowieckich więzień, historia polskiej literatury, rozważania nad poezją i religią (Wat był Żydem, który w okresie uwięzienia nawrócił się na chrześcijaństwo, jednak pod koniec życia skierował swoja wiarę ku korzeniom judaizmu). Do tego dochodzą jeszcze bardzo osobiste akcenty, stanowiące wyraz miłości do żony oraz syna. Lektura nie należy do najłatwiejszych, gdyż Wat używa języka w dużym stopniu intelektualnego, nie stroniąc od abstrakcyjnych pojęć, a także przetyka swoje pisma licznymi zdaniami francuskimi, niemieckimi, rosyjskimi, angielskimi i łacińskimi. Warto jednak podjąć próbę przebrnięcia przez intelektualne wywody Wata, chociażby w celu wyłowienia perełek zdań o aforystycznym charakterze, których w książce znajduje się cały ogrom. Warto też zapoznać się z jego punktem widzenia, ze sposobem myślenia, zapoznać się z poglądami autora "Mojego wieku", nie należą one wcale do banalnych i są nie tylko gruntownie przemyślane, ale nawet - można rzecz - doświadczone na własnej skórze podczas licznych przesłuchań w sowieckich więzieniach.

"Dziennik bez samogłosek" podzielony jest na trzy części. Część pierwsza, Moralia, pisana jest prawdopodobnie pomiędzy 1953-1957 rokiem w formie luźnych spostrzeżeń i aforyzmów przeplatanych sążnistymi opisami pobytu w szpitalu. Druga część, tytułowy Dziennik bez samogłosek, to notatki z lat 1963-1965, pisane w Paryżu, a potem w Berkeley, gdzie Wat przeprowadził z Czesławem Miłoszem wywiad-rzekę, opublikowany później w formie książki pod tytułem "Mój wiek". Trzecia część, Kartki na wietrze, z lat 1966-1967, to najbardziej przejmująca część książki, w której Wat zdecydowany już na samobójstwo z wielką miłością pisze o życiu z Olą Watową, wspomina przeszłość, przedstawia rodzaj swojej autobiografii i daje wyraz trosce, co nastąpi, kiedy już odejdzie, jak wpłynie to na jego rodzinę. Jeszcze się waha, bo wie, że ma dla kogo żyć, ale wciąż cierpi i traci już siły. Ma 67 lat, kiedy decyduje się na przedawkowanie lekarstw... Książkę kończy dwustronicowy, niesamowity, do bólu przejmujący, zupełnie inny w tonie od reszty książki, pełen emocji i miłości pean dla żony, jedyny w swoim rodzaju. To musiała być trudna decyzja. I bolesna dla Oli Watowej, kiedy zdecydowała się zredagować teksty swego męża w celu wydania ich w formie książki. To pierwsze można bez trudu wyczytać między wierszami zapisków Wata, drugiego możemy domyśleć się z kontekstu. Dowiedzieć się o tym można prawdopodobnie z książki Oli Watowej "Wszystko co najważniejsze...", ale ta lektura dopiero przede mną.

środa, 5 kwietnia 2017

Vladimir Nabokov "Pnin"

Groteskowość egzystencji bywa okrutna. Bywa? Należałoby raczej napisać, że jest, ponieważ trudno raczej w tym wypadku o wyjątki. Dla postronnego obserwatora wydawać się może śmieszna, może tez wzbudzić współczucie, co nie zmienia jednak faktu, że człowiek w szponach groteski podlega żywiołowi o bezwzględnym charakterze. Uświadomienie groteskowości własnego położenia nieodzownie wiązać się musi z odczuciem jej bolesności. Lepiej już żyć - o ile to możliwe - w nieświadomości, co jednak powiązane jest z czymś równie nieprzyjemnym jak ból, z naiwnością. Istnieje jeszcze kilka szkół: ignorowanie lub stawianie czoła, albo kompensacja. Można też najzwyczajniej w świecie oszukiwać siebie, że wszystko jest w porządku i że los jest w miarę przychylny, może nie za szczodry, ale nie okrutny. Błędne koło.

Profersor Timofiej Pnin jest emigrantem z Rosji wykładającym dla bardzo wąskiego grona studentów język rosyjski w podrzędnym uniwersytecie na prowincji w USA. Sam już fakt, ze Pnin przebył tak wielką drogę, aby uczyć studentów, którzy mylą Annę Kareninę z braćmi Karamazow, trąci groteską. Ale to nie wszystko. Nabokov w pierwszych rozdziałach opowieści o profesorze Pninie w bezlitosny sposób przedstawia szaleńcze działanie groteskowych sił na swoim bohaterze. Pnin żyje na swoim uniwersytecie, niczym na wyspie otoczonej morzem; ma na niej wszystko, co mu potrzeba (przede wszystkim bibliotekę), jednak jego położenie może zmienić się w każdej chwili. Przeciw Pninowi buntują się zarówno okoliczności jak i ludzie, że nie wspomnę o tak zwanej złośliwości rzeczy martwych. Bohater Nabokova z racji, że jest obcym w obcym kraju (nie opanował nawet za dobrze języka angielskiego), jest wykorzeniony i słabo zahaczony. Lekki powiew złego losu może go obalić. Ale Pnin nie jest tego świadomy; zdaje się być żaglem na wietrze lub dryfującą na oceanie łódką.

Nabokov opisuje los emigranta, ukazując jego niepewną pozycję oraz wyobcowanie. Są to bez wątpienia fragmenty o podłożu autobiograficznym. Dlatego być może amerykańskie środowisko akademickie zostało opisane satyrycznie, z zacięciem; podobne w tonie przedstawienie sytuacji można odszukać u Gogola i Czechowa. Na pewno autor zwraca uwagę na różnice kulturowe pomiędzy Wschodem a Zachodem. Książka jest w pewnym sensie portretem Ameryki lat 50-tych ubiegłego wieku. Można ją także traktować jako próbę zapisu ówczesnej świadomości (chociaż Zimna Wojna nie jest jakoś szczególnie wzmiankowana przez Nabokova), powiedzmy, że chodzi o stan umysłów, poziom wiedzy, ambicje kulturalne -to wszystko naznaczone jest mniej lub bardziej groteską. Tematem książki jest także owa opisywana we wstępie groteskowość dotycząca nie zjawisk ogólnych, ale bezpośrednio piętnująca ludzkie życie, to jedyne, wyjątkowe życie każdego odrębnego człowieka.

Rola przypadku, niefortunnego zbiegu okoliczności, życie jako igraszka szyderczych sił, które czasem upodobają sobie kogoś bardziej od innych, na tym w głównej mierze skupia się autor "Pnina". Mistrzostwo Nabokova polega jednak nie na dręczeniu bohatera kolejnymi niepowodzeniami. Mistrzostwo to wyraża się w reakcji czytelnika, który w miarę pojawiania się kolejnych przeciwności, przestaje się śmiać i zaczyna współczuć Pninowi. Pnin jest bohaterem, którego można polubić, trochę zdziwaczały i często bezradny, jednak na ogół budzący coś mieszającego sympatię z politowanie. Nie rzecz jednak we współczuciu Pninowi, gdy zmaga się z piętrzącymi się problemami niczym Don Kichot z wiatrakami. istotą jest samo współczucie, albo - ujmując to nieco inaczej - ważne jest zrozumienie, co dzieje się z człowiekiem, kiedy staje się igraszką i nie może w pełni decydować o swoim losie Kiedy przychodzi zrozumienie, uśmiech musi zniknąć z twarzy, ponieważ nie ma niczego do śmiechu w byciu groteskowym. Nabokovowi chodzi więc o nasz stosunek do problemu groteski, o zmianę sposobu myślenia o niej: nie pojmowanie  groteski jako coś zabawnego, ale przyjęcie do świadomości, że jest przerażająca i niebezpieczna. Już chociażby z takiego prostego powodu, że pozbawia człowieka godności. Człowiek zaś odarty z godności zostaje upokorzony, staje się słaby i uległy.

W swej krótkiej, acz treściwej książce, Nabokov stawia wiele pytań. Czy człowiek może uniknąć swego losu? Czy można przewidzieć wydarzenia? Czy mamy na nie wpływ i czy jesteśmy świadomi ich konsekwencji? Wszak jeden nasz wybór, decyduje o dalszym rozwoju wydarzeń, posiada decydujący wpływ na przyszłość. Czy zdolni jesteśmy wziąć się za barki z Losem? Niejednoznaczna odpowiedź pada w zakończeniu książki. Każdy może dopowiedzieć sam sobie, czy możliwy jest happy end, czy w walce z większymi od na siłami mamy szansę, aby się nie poddać?

Na koniec warto jeszcze napisać o intelektualnej warstwie książki. Mam wrażenie, że Nabokov był jednym z pionierów new age'u. Dotyk postmodernizmu jest nad wyraz namacalny; liczne odniesienia kulturowe, mniej lub bardziej jawne aluzje do książek i filmów wypełniają po brzegi - pisząc obrazowo - niewielkich rozmiarów "Pnina". Nabokov eksperymentuje także z narracją, ale to okazuje się dopiero w finale opowieści. Jeśli komuś nie wystarcza sama idea groteskowości jako siły nmiszczącej, w książce Nabokova odnaleźć może niezmierzone bogactwo aluzji kulturowych, do których rozwiązania i dopasowania do adekwatnych tytułów, pozycji, kompozycji czy obrazów nie wystarczy sama lektura tej książki. To tyle (albo aż tyle).
,

czwartek, 30 marca 2017

Raymond Chandler "Wysokie okno"

Miasto Los Angeles kojarzy się z ciepłem, jasnym bezchmurnym niebem, ze słonecznymi promieniami, które rozświetlają ulice pogodnym blaskiem. Promienie słońca to synonim radości i pogody ducha, gdyż wprawiają w dobry nastrój. Miasto Los Angeles kojarzy się z wakacyjną atmosferą, beztroską, zamożnością, powodzeniem. Tak kojarzy się Miasto Aniołów w stereotypach, jednakże w książkach Raymonda Chandlera miasto podlega przeobrażeniu, uwalniając się od stereotypów. Kiedy sięgacie po jego książki, możecie zapomnieć o jasnym pogodnym świecie, wkroczycie bowiem w strefę głębokiego mroku. I nawet jeśli akcja rozgrywa się w środku upalnego lata, mrok będzie najbardziej odczuwalnym wrażeniem. I nie uwolnicie się od tego mroku, nie uciekniecie przed nim, ponieważ dotkniecie tajemnicy mroku ludzkiej duszy.

Czy możliwa jest nadinterpretacja książki, której fabuła dotyczy próby wyjaśnienia jakiejś zagadki przez prywatnego detektywa? Czy nie należy zadowolić się jedynie wartką i zmienną akcją powieści, zamiast dodawać jej sensów i znaczeń, których prawdopodobnie w niej nie ma, a jeżeli nawet są, nie były świadomym zamiarem autora? Ale skoro autor świadomie założył, że tematem jego książki - czemu nie da się zaprzeczyć - będzie w uproszczeniu walka dobra ze złem, to czy rozważania na temat tej odwiecznej opozycji mogą być traktowane jako nadinterpretacja?

Philip Marlowe, prywatny detektyw z Los Angeles, otrzymuje zlecenie odzyskania drogocennej monety. Sprawa ma być prosta i przeprowadzona dyskretnie. Poszlaki wiodą do synowej właścicielki rzadkiej wczesno-amerykańskiej monety odlanej ze złota. Marlowe zabiera się za robotę. Początek książki jest charakterystyczny dla Chandlera. Niezamożny, ale przede wszystkim niezależny Marlowe wkracza w świat luksusu do domu pani Murdock. Następuje zestawienie odmiennych światów, nie zderzenie, ale sugestia na pewno świadoma i oczywista. Czytając książki Chandlera zawsze miałem wrażenie, ze autor, oprócz samej kryminalnej fabuły, opisuje także skrawek rzeczywistości. Oddawanie realiów jest wręcz ewidentne, Padają nazwy ulic, nazwy sklepów, marki samochodów, papierosów. Czytelnik ma nieodparte poczucie, ze znajduje się na ulicy Los Angeles albo Pasadeny. "Skręciłem w trzecią przecznicę od Bulwaru Zachodzącego Słońca".

Książka Chandlera - zresztą nie tylko ta - to przede wszystkim dialogi. Pisana jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej, narratorem jest główny bohater, Philip Marlowe. Dialogi są przede wszystkim wyrazem stosunku ludzi względem siebie. Można rzec, że w książkach Chandlera, chociaż i to oczywiście ma miejsce, pojedynki na pięści i strzały z broni palnej stanowią niewielki procent w stosunku do szermierki słownej. Ta stanowi największa wartość prozy Chandlera. Marlowe odznacza się ostrym słowem, lubi ironię i nie stroni od żartobliwych uwag. Obecnie - moim zdaniem - Jo Nesbø wzoruje swojego Harry Hole'a na postaci Marlowe'a - dla mnie szczytny to wzór. Wspomniana na wstępie opozycja zła i dobra na pewno przejawia się w tych licznych dialogach, ale nie można mówić o jasnym rozróżnieniu. Marlowe to detektyw z zasadami, nieprzekupny, ale nie waha się użyć przekupstwa w celu uzyskania informacji. W razie potrzeby jego pięść trafi, wyrzucona ze sporą siłą, w podbródek bądź w nos oponenta. Sam zresztą tez zbiera razy. Raz na wozie, raz pod. Badając półświatek Los Angeles, Marlowe trafia czasem na zagubione dusze i kiedy tylko może, niesie im pomoc (tak jest w "Wysokim oknie"). Dla Marlowe'a dobro jest celem nadrzędnym, inaczej nie wykonywałby swego zawodu, jednak jest w pełni świadomy wymieszania dobra ze złem, zła z dobrem. Nic nie istnieje w czystej formie, przynajmniej nie tu, na ulicach Miasta Aniołów.

Książkę Chandlera można nazwać symfonią mrocznego miasta. Można nazwać rozprawą o wartościach. Można też o niej mówić jako o świadectwie swoich czasów, o obyczajach i moralności. Ale jest to przede wszystkim świetny kryminał z krwistym głównym bohaterem w głównej roli, który rozwiązuje z pozoru łatwe zagadki, wiodące go w meandry głębokiego mroku pozornie słonecznego miasta, Zagadki te zawsze wiodą go do czegoś ukrytego za nimi, do zbrodni i nikczemności. Śmiało można powiedzieć, że struktura książek Chandlera jest szkatułkowa; odkrywając jedną tajemnicę, okazuje się że za nią znajduje się następna. A za następna jeszcze jedna. To naprawdę wyborna lektura. Nie pisałem jeszcze o tym? W takim razie piszę to teraz. Wybaczcie tę zmyłkę na początku recenzji o nadinterpretacji, ale i tak w końcu dotarłem do sedna: bardzo dobry kryminał.



środa, 29 marca 2017

Tomasz Mann "Czarodziejska góra"

O "Czarodziejskiej górze", szczytowym obok "Doktora Faustusa" dziele Tomasza Manna napisano już wszystko, że metafora, że obraz Europy przed wybuchem I Wojny Światowej, że ścieranie się idei, że otępienie, marazm, beztroskie życie pozbawione poczucia zagrożenia toczące się tuż nad krawędzią przepaści. Cokolwiek  więc napiszę o tej książce, będzie to wyłącznie powieleniem, powtórzeniem tego co od lat jest już znane, przeanalizowane, przedyskutowane, opisane. Zdaję sobie równocześnie sprawę z tego, że książka Manna, tak zresztą dzieje się obecnie z większością klasyki, jest pomijana przez współczesnego Czytelnika. Celowo używam tak ogólnego określenia ze względu na wyjątki od reguły; wierzę, bowiem, że istnieją podobni do mnie miłośnicy tej książki, którzy od czasu do czasu powracają do opisanego w niej przedwojennego świata lasek, meloników i pojedynków. na pewno też są i tacy, którzy wbrew wszystkiemu (patynie czasu, zakwalifikowania książki do klasyki) mają zamiar przeczytać "Czarodziejską górę". Pozbywam się więc kompleksów i zaczynam swa opowieść nie dbając o to,  jak bardzo będzie wtórna, skupiam się raczej na zachęceniu do sięgnięcia po nią.

W powieści jednym z głównych motywów jest upływ czasu oraz jego nieuchronność. Doczytać trzeba do zakończenia drugiego tomu, żeby dowiedzieć się, kiedy akcja powieści ma swój początek. Młody człowiek o nazwisku Hans Castorp wybiera się do sanatorium Berghof położonego w szwajcarskich Alpach (Davos) z zamiarem odwiedzenia leczącego się na płuca kuzyna Joachima. Jego zamiarem jest towarzyszyć kuzynowi przez trzy tygodnie, by po ich upływie powrócić do Hamburga i rozpocząć pracę inżyniera w stoczni. Gruźlica zdiagnozowana u Hansa Castropa uniemożliwia mu powrót do domu, zostaje więc w Berghofie i zaczyna kurację, która z biegiem czasu oddala go od wszelkich zajmujących go dotąd spraw. Jego sytuacja wraz z położeniem innych kuracjuszy przypomina zamknięcie pod szklanym kloszem, wyizolowanie. czas płynie odmiennym rytmem, powtarzają się zajęcia, zabiegi, posiłki, czas wolny, wykłady. Ta część powieści jest doskonałym opisem obyczajowości pierwszego dziesięciolecia XX wieku. Przy siedmiu stolikach w sali jadalnej zasiadają mieszkańcy sanatorium z całej Europy, różnią ich także pozycje społeczne i zawody, jednak wspólną cechą wszystkich jest bezradność wobec sytuacji, zgoda na swój los permanentnego pacjenta, usiłowanie w najróżniejsze - niezbyt wyszukane - sposoby zabijania czasu oraz wspomniana już izolacja. Eskapizm w najczystszej postaci.

Castorp jest młodzieńcem w stadium rozwoju wewnętrznego. Krystalizacja jego poglądów nie tylko nie dobiegła końca, ale jest w stanie raczkującym. Jego opieką duchową zajmuje się, korzystając z okazji, przebywający na kuracji włoski humanista Lodovico Settembrini, dostrzegając w młodzieńcu żyzne pole pod uprawę. Castorp i Settembrini wiodą długie dyskusje pobudzane naiwnymi stwierdzeniami Castorpa. Jest to pierwsze zetknięcie się młodzieńca z najszczytniejsza myślą Zachodniej cywilizacji. Filozof prawi o wewnętrznej wolności, o idei wyzwolenia narodów, przedstawia wzniosłą wizję braterstwa wszystkich krajów, mówi o ludziach (masonerii) pracujących nad pojednaniem ludów. Głównym dziełem ma być wielotomowa encyklopedia ujm,ujmująca cierpienie w kontekście kultury cywilizacji Zachodu. dzieło to ma pomóc w usunięciu cierpienia z ludzkiej egzystencji. Settembrini pracuje nad jednym z tomów encyklopedii. Postawa Castorpa nie jest tak jednoznaczna, jakiej życzyłby sobie włoski filozof. Castorp wprawdzie chłonie słowa Setetmbriniego, nie do końca jednak wszystko rozumie i nie ze wszystkim się zgadza. Sytuacja ta przypomina tę bardziej ogólną, w której większość społeczeństwa z obojętnością bądź wybiórczo przyjmowała myśl humanistyczną, zajęta swymi partykularnymi sprawami, krzątaniną na placach targowych, tanecznym pasowaniem w salonach i miłością, opium i morfiną dla ich serc. Hans Castorp także zajęty był swoimi sprawami. To kolejna cegła w murze, dzięki któremu powiększała się izolacja od świata rzeczywistego.

Cechą życia w Berghofie był brak obowiązków. Za miesięczną opłatę kuracjusze jedli, bawili się, palili cygara, flirtowali, potajemnie wymykali się na zabronione karty, nie mieli jednak zbytnich trosk. Oprócz tych, które sami sobie zaserwowali. Królowała inercja, niechęć do działania. Przywieziony przez Castorpa podręcznik "Ocean Steamships" F.E. Chadwicka (1891) pokrywał powoli kurz. Castorp starał się brać udział w życiu towarzyskim sanatorium, spacerował z Joachimem i Settembrinim, odbywał wycieczki, zaopatrywał się w ciepłe koce do leżakowania, słowem nic bardziej banalnego (no, może oprócz dysput z Włochem). Nie był pozbawiony śmiałości i zgodnie z obowiązującą etykietą zapoznawał innych kuracjuszy bądź pytał o nich swoich sąsiadów przy jadalnym stole. Nie był w stanie jednak w żaden sposób podejść i przedstawić się młodej Rosjance, Kławdii Chauchat. Platoniczna miłość Hansa do Kławdii przewija się przez lwią część pierwszego tomu powieści. Metaforycznie można uznać ten wątek jako ukazanie niezdolności do miłości w stojącej krok przed wojną Europie, miłości potraktowanej jako opozycję do nienawiści, której gejzery podskórnie kotłowały się już, sposobiąc się do wielkiego wybuchu. Sam Castorp, jako jednostka niezdolna do zrealizowania swych pragnień. stanowi kolejny przykład inercji charakteryzującej wiele niezdecydowanych i niepewnych tego kim są jednostek, które składają się potem na ogół, przenosząc do niego swego cechy indywidualne.  Castorp nie był osamotniony w swym skrywaniu uczuć; jego kuzyn Joachim także pałał podobnym uczuciem do Rosjanki Marusii. Miłość Hansa przysłania inne miłostki mające miejsce w sanatorium, Mann wspomina jednakże o jej przeróżnych odmianach.

Innym lejtmotywem "Czarodziejskiej góry" jest śmierć. Przerażająca jest obojętność na nią. Wprawdzie lekarze starają się wywozić ciała zmarłych pacjentów w czasie posiłków, aby żaden z kuracjuszy nie poczuł dyskomfortu w zetknięciu ze zmarłym, jednak przeraźliwość tkwiła zupełnie gdzieś indziej, a mianowicie w obojętności pacjentów wobec znikania ich towarzyszy przy stole. Przedstawiając ambiwalentne podejście do śmierci, Mann kreśli kolejny fragment szkicu na temat stanu zamrożenia i apatii poprzedzającej kataklizm. Podobnie ma się rzec ze stosunkiem do choroby. Pan Albin zwykł wymachiwać przy stole swoim rewolwerem, budząc tym popłoch wśród pań, oświadczając wszem i wobec swą decyzję o samobójstwie, kiedy choroba jego osiągnie stadium uniemożliwiające powrót do zdrowia. Pan Albin jest doskonałym przykładem stosunku zarówno do śmierci, jak też i do choroby, ze nie wspomnę o tym, czy było on zdolny do spełnienia swej zuchwałej obietnicy. Hans Castorp dostrzegał w cierpieniu i w chorobie jakąś niezrozumiałą dla Settembriniego szlachetność, niepojęty patos. Niezdolny do działania w sferze miłości, okazał się o dziwo aktywny w sferze śmierci. Postanowił bowiem obdarzać anonimowo kwiatami umierających, będących już w finalnym stadium, zamkniętych w swoich pokojach odizolowanych od zdrowszych pacjentów  w celu poprawienia ich nastroju. Postępowanie Hansa wywodziło się ze szlachetności jego serca, czyli z czystych altruistycznych powodów, ale także z owego pojmowania śmierci jako czegoś wzniosłego.

Kiedy Settembrini stwierdził, że kuracja w Berghofie nie da więcej żadnych rezultatów, nie mogąc w swoim stanie powrócić do Włoch, zamieszkał w Davos u krawca damskiego. Do tego samego domu wprowadził się jezuita Naphta. Posiada on odmienne poglądy od Setetmbriniego, jest - ujmując to w metaforę - sługą ciemnych mocy, równie rozumny co włoski filozof, stoi wobec niego  w opozycji. jest piewcą silnej reki, przeciwnikiem demokracji, radykałem opowiadającym się za wojną. Naphta i Settembrini rozpoczynają walkę o dusze Hansa Castorpa, mamiąc młodzieńca swymi zawsze logicznie uzasadnionymi, jednak mocno przeciwstawnymi poglądami. Chaos i zamęt. Kuszenie. Rozwidlenie dróg. Dwie postawy, jedna wywodząca się z humanistycznej wiary w człowieka, druga będąca odzwierciedleniem ciemnej średniowiecznej bezwzględności i wiernopoddaństwa symbolicznie walczą o duszę Hansa, podobnie jak ścierają się ze sobą w całej Europie. Chaos i zamęt, że powtórzę, bo cóż innego może wyniknąć z walczących ze sobą idei?

Mimo ogromnego ładunku filozoficznego zawartego w "Czarodziejskiej górze" oraz metaforycznego charakteru powieści, można ją także odczytać, jako opis pewnej choroby i relacja z pobytu w sanatorium. Można i tak, chociaż odszukiwanie znaczeń, znajdowanie postawionych znaków i tworzenie na ich podstawie syntezy jest na pewno pełniejsze i bardziej zajmujące. Warstwa fabularna jest jednak bardzo wciągająca, napisana w interesujący sposób i nie może być mowy o nudzie. Sama objętość powieści zawiera w sobie dużo więcej niż tych kilka zasadniczych poruszonych w niej problemów izolacji, alienacji, niezdolności do działania i miłości, Mann stworzył na tyle interesującego bohatera i osadził go w tak zróżnicowanym, mimo jego hermetyzmu, świecie, ze każda kolejna lektura odsłania przed czytelnikiem nowe perspektywy, niezauważone wcześniej szczegóły, zwraca uwagę na postaci, stawia ich w odmiennym świetle. Doświadczyłem tego niedawno osobiście, sięgając po "Czarodziejską górę", po długiej przerwie od ostatniego razu, kiedy czytałem tę książkę. Na pewno jeszcze do niej powrócę, bo wiem, ze jeszcze nie odkryłem jej wszystkich tajemnic, że ona nie otworzyła się przede mną do końca.


wtorek, 28 marca 2017

William Szekspir "Zimowa opowieść"

O delikatna ludzka naturo! O porywczy gniewie! O wy skrzywdzone niewiniątka! O zaprzepaszczona przyszłości! Jakże cofnąć czas? Jakimż to sposobem naprawić błędy? O, biada ci porywczy królu! O biada ci, zniesławiona królowo! O biada, po trzykroć biada tobie, o dziecię, coś ledwo oczami świat ujrzało, a już potępione! O biada ci synu zmuszony do dźwigania ciężaru ponad twe chłopięce siły! Biada, biada, biada!

"Zimowa opowieść" to jedna z ostatnich napisanych przez Szekspira sztuk datowana na 1611 rok, zakładałem więc, że otrzymam pełen aforystycznych wersów tekst napisany przez doświadczonego życiem autora (chociaż, gdy teraz o tym myślę - i liczę także - to w 1611 roku Szekspir był o dobrych klika lat młodszy ode mnie teraz), jednak tak się nie stało. Owszem, można znaleźć kilka błyskotliwych wierszy tak charakterystycznych dla wcześniejszych sztuk Szekspira, jednak ich ilość nie powala lub, pisząc inaczej, ich liczba pozostawia niedosyt. Ogólne prawdy wspólne wszystkim ludziom na temat ich natury zawarte są w wydarzeniach. Trudno też pisać o jednolitej formie sztuki. Pierwsze dwa akty to dramat, następne można nazwać satyrą, komedią, romansem. Sztuka napisana jest zarówno wierszem białym (najczęściej - tak jest przynajmniej w tłumaczeniu Włodzimierza Lewika) jak i rymowanym, sporo fragmentów to zwyczajna proza, którą wypowiadają się przede wszystkim przedstawiciele niskich stanów. Wrażenie synkretyzmu treściowo-formalnego jest ogromne i ktoś przyzwyczajony do nowatorskich tłumaczeń Barańczaka ma pełne prawo pokręcić nieco nosem pochylony nad lekturą. Nie jest to jednak problem aż tak ogromny, żeby tak dużo o nim pisać; widzę teraz, ze się nieco zapędziłem...

Od kiedy mężczyzna związał się z kobietą, czyli najprawdopodobniej od zarania dziejów, związek taki dawał parze oblubieńców zarówno przyjemności, rozkosze i ekscytacje jak też ciemne, dręczące emocje. Każda para na pewno przeżyła w różnym natężeniu i jedno, i drugie. Szekspir doskonale wiedział, że nie istnieje niczym zmącona szczęśliwość w małżeńskim pożyciu i to stanowi podłoże fabuły "Zimowej opowieści". Król Sycylii Leontes i król Bohemii Poliksenes (u Lewika jest Bohemia, u Barańczaka Czechy, taka znamienna różnica w podejściu do tłumaczenia) byli druhami i przyjaciółmi od najmłodszych lat. Podczas wizyty Poliksenesa u Leontesa, król Sycylii zaczyna podejrzewać swego przyjaciela o przyprawienie mu rogów. Popada w szaleńczą zazdrość i żaden logiczny argument, żadne zapewnienie, błaganie, poręczenie nie jest w stanie odwieść go od zamiaru ukarania brzemiennej żony oraz córki, która ta powija w wiezieniu. Zaślepienie, szaleństwo, szał, gniew prowadzący do wielu tragedii. Tak też często bywa w naszym współczesnym społeczeństwie, w którym poczucie własności i urażona duma wiodą prostą drogą do małych domowych dramatów. Czasem słusznie, czasem bezpodstawnie. Gniew nie zna rozsądku, jest czystym zaślepieniem.

Akcja trzeciego aktu rozpoczyna się piętnaście lat później, gdzieś w Bohemii, gdy porzucona na pastwę dzikich zwierząt córka Leontesa osiąga dojrzały wiek i czeka postrzyżyn. Łączące przeszłość i przyszłość zdarzenia przypominają klasyczne bajki, mamy bowiem motyw pozostawienia w lesie niemowlaka tak jak w lesie zostaje porzucona Królewna Śnieżka, oraz wychowywanie królewskiej dziewczynki przez Pasterza, co przypomina wychowywanie Śpiącej Królewny w domku w lesie przez trzy wróżki (Disney) lub nie spuszczającą jej z oka ochmistrzynię (Perrault, a za nim bracia Grimm). Ten akt ma charakter całkiem odmienny od poprzednich. Królują w nim humor, satyra, pojawia się także wątek romantyczny. Pierwsze dwa akty wikłają fabułę do granic możliwości, następne zaczynają rozwikływać poplątane losy bohaterów. Nie sposób pisać o dramacie Szekspira bez wyjawiania szczegółów fabuły, zamilczę więc w tym miejscu i albo kogoś już teraz zaciekawiłem, albo i nie, to zależy od czytelnika. W każdym razie żeby poznać losy królów i ich rodzin, nie ma innego sposobu, jak przeczytać "Zimowa opowieść" samemu.

Dodam od siebie tylko, że przesłanie książki jest tak samo synkretyczne, jak jego forma. Szekspir odbiera nadzieje i ja zwraca. Wprawia w szał bohatera i pozwala mu opamiętać się. Skazuje na śmierć i daruje życie. Zmusza do ostracyzmu i przyjmuje z powrotem wygnanych na swoje królewskie łono.Sztuka pełna emocji, brutalna początkowo, później śmieszna. Opisuje sytuacje uniwersalne, mimo przebrania w królewskie szaty, które żywotne są przez wszystkie wieki i raczej to się nigdy nie zmieni. Wystarczy zdjąć kostiumy i otrzymujemy współczesność.  To jest siła pisarstwa Szekspira. Dlatego tak wciąż powraca się do jego twórczości, bo każdy może znaleźć w niej odrobinę siebie samego i pośmiać się z własnych przywar lub szaleństw na cudzym przykładzie.

O moja naturo, którą z takim mozołem przezwyciężam! O moje manie i szaleństwa! O przywary, dla których wmawiam sobie, ze jestem kimś innym, by was zachować! O marny bezkostny człowieku! O człowieku ludzki!


sobota, 25 marca 2017

Wiesław Myśliwski "Traktat o łuskaniu fasoli"

Trudno napisać coś nowego o prozie Myśliwskiego, kiedy opisało się już przedtem trzy poprzednie książki. Tematyka jest podobna, ludzki los, stosunek do życia, apologia spraw błahych i zwyczajnych, wieś i wiejskie sprawy, dola-niedola, miłość, rodzina i tym podobne pojęcia, znane każdemu. każda z tych książka jest jednak w jakiś sposób inna, mimo iż każda z nich to gawęda-rzeka narratora. W "Traktacie o łuskaniu fasoli" pojawia się opozycja przypadku i przeznaczenia. jest też w tej książce domyślny słuchacz, bo we wcześniejszych opowieść toczyła się między opowiadającym a jego pamięcią. Mamy też często formę szkatułkową: narrator kupuje kapelusz i sprzedawca zaczyna snuć swą własną gawędę (rewelacyjny i mądry fragment). Zdumiewający i zaskakujący jest także monolog zamkniętego w toalecie mężczyzny, który wygłasza do własnego członka... Nie ma w tym jednak nic trywialnego, jest to raczej filozoficzna refleksja, taka jak cała proza Myśliwskiego.

Wiesław Myśliwski "Widnokrąg"

Życie człowieka ujęte wertykalnie, z wyznaczonym centrum, czyli "ja" podmiotu lirycznego, oraz całym otaczającym go światem, dalszymi i bliższymi okolicami egzystencji. Los, który przynosi wydarzenia, unosząc człowieka na swojej kapryśnej fali, poddając go licznym zmianom, rzadko pozwalając kształtować i decydować. Ludzie, którzy zapisali się w przeciągu wielu lat, zostali zapamiętani bardziej lub mniej, których portrety są wyraźniejsze bądź bardziej przymglone, którzy towarzyszyli albo zaledwie pojawiali się na krótką chwilę. Smak dzieciństwa, niezapomniany, towarzyszący przez lata, budzący się czasem dzięki pamięci, z pomocą fotografii. Powroty do przeszłości, do tego co zostało zapamiętane, tak silnie zapisane w pamięci, a teraz jest już inne, nie to sprzed lat. Zmiany, które zachodzą nieustannie i bezkompromisowo. Rodzina, jej linia i odgałęzienia, a każdy z jej członków nosi swój ciężar losu i zmaga się z nim z pomocą właściwej dla siebie postawy wynikającej z charakteru i swej recepty na życie. Miłość, która rodzi się raptownie, która obejmuje niespodziewanie mocnym uchwytem, która odmienia życie. Nieświadomość, opaczne postrzeganie ludzi i spraw. Przywiązanie. Kształtowanie się postrzegania ludzi, zmienność w sposobie myślenia o nich. Przeszłość, która podlega badaniu, przeszukiwania, analizie, procesom myślowym i uczuciom, a która decyduje (ale w jak wielkim stopniu i który z jej momentów bardziej od innych?) o teraźniejszości. To wszystko jest widnokręgiem, w którego centrum stoi bohater doskonałej powieści Wiesława Myśliwskiego, to wszystko składa się na filozoficzny obraz ludzkiej doli-niedoli, opisanej czasem z powagą, czasem z lekka ironią ("kto wybił oko Kruczkowi?"), a czasem z nostalgią, ale zawsze rzeczowo, z nogami na ziemi sandomierskiej, bądź na bruku sandomierskich uliczek i na kamieniach tamtejszych schodów. Piękna, doprawdy przepiękna książka.

Wiesław Myśliwski "Kamień na kamieniu"

To moje drugie spotkanie z prozą Myśliwskiego i znów jestem zachwycony. ""Kamień na kamieniu" to książka odmienna od "Pałacu", w mniejszym stopniu filozoficzna, chociaż równie wielowarstwowa, więc chyba jednak filozoficzna, ale w inny sposób. Motywem przewodnim książki jest budowanie rodzinnego grobowca, więc pośrednio śmierć, która skrada się na każdym kroku, wiec także jej przeciwieństwo - życie i wszystko co się na nie składa, radość, smutek, rodzina, samotność, historia i codzienność oraz wiele podobnych przeciwieństw. Fabuła - jeśli tak można powiedzieć o snutych przez bohatera, Szymona Pietruszkę, wspomnieniach w formie luźnej i pozbawionej chronologii gawędzie - osadzona jest znowu na wsi. Wiele Nie jest to jednak typowo wiejska proza, ponieważ Myśliwski potrafi nadać swoim tekstom charakter uniwersalny; miłości i samotności doświadcza każdy. Także trudu życia, jego smaku,, słodyczy i goryczy. Los w tej książce przynosi bohaterowi więcej tego drugiego. Czasem egzystencja dla Szymona jest zwykłym trwaniem, próbą przeczekania. Jest prostym chłopakiem, łasym na wódkę i dziewczyny, Nie do końca wiadomo zresztą, czy niepowodzenia z dziewczynami biorą się z zamiłowania do alkoholu, czy po wódkę sięga, bo jego życie uczuciowe nie jest zbytnio udane. Często zdaje się, że nie kontroluje i picia, i miłości. O miłości zresztą trudno mówić, gdyż Szymon zakochany jest chyba tylko raz, pozostałe przypadki - to chyba właściwe słowo - przypominają to, o czym Anglosasi mówią one night stands; nawet jeśli dziewczyna przypatoczy się drugi bądź trzeci raz, to sednem takiego spotkania na pewno nie jest wzbudzeniu uczucia. Stosunek do miasta ukazany jest w książce przez pryzmat wyjazdu braci Szymka, ich nieobecności w gospodarstwie. To z myślą o nich Szymon planuje zbudować rodzinny grobowiec, chyba w akcie desperacji, gdyż czytelnik doskonale zrozumie, ze bracia nie wrócą na więc i że spoczną w innej ziemi. Jedynym jasnym aspektem życia Szymona jest okres wojny, partyzantka, wojaczka, strzelanie, typowa dla chłopców ciągotka do bitki, gdzie pobudzona adrenalina potrafi znaleźć dla siebie odpowiednie ujście w walce z okupantem. Jednak z perspektywy czasu okazuje się, że ucieczka w las była dla Szymka tym samym, co późniejsza ucieczka jego braci do miasta, z tą różnicą, że Szymek wrócił na rolę, bracia nie wrócili. I w podobny sposób Myśliwski buduje pajęczynę odniesień, łączy, zestawia, kontrastuje. Życie przemija, jest długie i składa się z niezliczonych chwil wypełnionych radościami i smutkami, obietnicami i rozczarowaniami. Czasu nie można zatrzymać. Przeszłości nie da się zmienić. Można za to pogodzić się z losem i nie tracić nadziei, że jakoś to będzie. Tak pewnie pomyślałby sobie Szymek Pietruszka, gdyby miał skłonność do refleksji. Szymek jednak o tym nie myśli, on tak robi. Jest pogodzony. Jest unoszony swobodnie przez czas na jego chyżych falach aż do rodzinnego grobowca, pomyślanego na osiem osób, w którym sam jeden odnajdzie wieczność. Trwa. Czeka. Jest.

Henryk Waniek "Jak Johannes Kepler jadąc do Żagania na Śląsku zahaczył o księżyc"

Książki Wańka zawsze czytam z ogromną przyjemnością i tak było i tym razem. Przyjemność była nawet większa, po książka podszyta jest niemal w całości subtelnym, inteligentnym humorem wszelkiej maści i każdego rodzaju. Już sam fakt, że jej bohaterami są aspirujący do wiedzy (nie zawsze jawnej) naukowcy w myśl mniemania o nich w XVII wieku sam w sobie śmieszy. W końcu ich pojęcie o świecie bywa różne, bo świat jest pełen jeszcze białych plam i próba zgłębienie ich z pomocą intelektu oraz wyobraźni musi budzić lekko drwiący uśmieszek współczesnego czytelnika. Są to jednak sympatyczni miłośnicy poznania. Obcują oni ze zjawiskami nadnaturalnymi, pochylają się nad wiedzą tajemną, nad sprawami nadnaturalnymi; Hynka zajmują one bardziej, Kepler zaś jest astronomem i bada niebo oraz jego sfery. Sam Waniek napisał w posłowiu o swojej książce, ze jest to baśń z elementami prawdy i nie da się chyba lapidarniej i ściślej ująć charakteru tej książki, w której świat ludzi egzystuje w jednej przestrzeni z aniołami, ale czasem już osoby wtajemniczone potrafią manipulować. Nie da się jednak - na szczęście - zaliczyć "Keplera" do fantasy, bowiem Waniek nie tworzy swego świata fabularnego (to tez nie jest za ścisłe określenie, bo fabuła, choć ewidentnie jest, to jednak nie ona odgrywa pierwsze skrzypce) czerpiąc z własnej wyobraźni w celu stworzenia nowego świata, ale posługuje się wyobrażeniami ludzi epoki, w której osadzona jest opowiadana historia. Tak więc aniołowie, kamienie spadające z nieba, cuda, ziemia jako miesiączkująca kobieta są tu - dla obeznanych z nimi bohaterów - na porządku dziennym. "Keplera" można nazwać nowelą ezoteryczną albo książką wyobrażeniową, gdyż autor przywołuje w niej z wyobraźni i wiedzy o realiach epoki ówczesna świadomość i stosunek do otaczającego świata. Nie jest to jednak lektura trudna - mimo, że napisana została pięknym, żywym, bogatym w metafory i porównania - językiem, nie ma w niej męczących terminów naukowych, a jeśli już jakiś termin padnie, to wywołuje śmiech, bo użyty zostaje w sposób go wywołujący. Także anioły czuwające nad Keplerem i Hynkiem potrafią rozśmieszyć. Polecam bardzo.