piątek, 16 stycznia 2026

𝐓𝐚𝐝𝐞𝐮𝐬𝐳 𝐋𝐞𝐦𝐛𝐨𝐰𝐢𝐜𝐳 „𝐙𝐚𝐥𝐞𝐠ł𝐲 𝐰𝐲𝐫𝐨𝐤” (643)

 

To nie jest taki oczywisty kryminał, jakby się zdawało. Zaczyna się Hitchcockowskim trzęsieniem ziemi, już na pierwszej stronie mamy trupa. Ślady wiodą w jedynym logicznym kierunku, ale kapitan milicji nie kieruje się jedynie dowodami; coś kapitanowi tu nie gra, jest zbyt łatwo, zbyt oczywiście, zbyt jednoznacznie. Nie mając innego wyjścia, podąża za śladami, które posiada i okazuje się, że rzeczywiście może istnieć więcej rozwiązań zagadki śmierci urzędnika. No i dalej mamy śledztwo jak w typowym kryminale, poszukiwania poszlak, dowodów, alibi i przesłuchania. I tu pojawia się drugie dno, gdyż w kryminale Lembowicza zdaje się, że nie chodzi o samą intrygę, że jest tu drugie dno. Tym dnem jest bogatsza od samej intrygi psychologia, a także portret środowiska, Odczuwa się duszną atmosferę PRL-u, miejsca, w którym wszystko jest nieoczywiste. Na przykład nie poznajemy głównego bohatera z nazwiska; bezimienny kapitan musi przywieść na myśl Kafkowską postać zaplątaną w dziwną intrygę ocierającą się o szaleństwo. W dodatku (sugeruje to tytuł, więc mogę o tym napisać) akcja książki wymyka się teraźniejszości i zaczyna sięgać w głębokie mroki przeszłości, a to jeszcze bardziej z kryminalnego przesuwa akcent książki na całkiem inny dotyczący winy i odpowiedzialności oraz na sam mechanizm wpływania przez czas na ludzką psychikę. Niby taka wątła, krótka powieść, a tu taka niespodzianka. Dlatego samo rozwiązanie zagadki (zamknąć oczy i zatkać uszy!), nieco zbyt uproszczone, nie należy uznać za najistotniejsze dla fabuły książki; jest tylko pomocnicze w obliczu drugiego dna. Fascynująca jest postać anonimowego kapitana. Jest to samotna jednostka o określonej świadomości swego stanu wewnętrznego oraz swoich punktów stycznych ze światem, w którym egzystuje. Dręczy go poczucie (znowu ten wątek) przemijania czasu, starzenia się, odsuwania na boczny tor i perspektywy niedalekiej emerytury, czyli przejścia w stan nieprzydatności. Postać kapitana jest nakreślona jako bardzo ludzka, pełna wątpliwości, podszyta niepewnością, co wpływa na śledztwo, które prowadzi. Lembowicz z perfidią podkreśla jeszcze bardziej stan wewnętrzny kapitana, podsuwając mu jako pomocnika w śledztwie młodego chorążego. Z jednej strony kapitan pyszni się swoim — ale tylko przed samym sobą — doświadczeniem, z drugiej podziwia z zazdrością energię i młodzieńczość partnera, ale z trzeciej stara się — nieświadomie — odgrywać rolę mentora. Książka została napisana w pierwszej osobie (liczby pojedynczej rzecz jasna hehe), więc wszystko widzimy z perspektywy kapitana; daje to Lembowiczowi możliwość przedstawienia wewnętrznych rozterek bohatera, który jest nie tylko człowiekiem cały czas myślącym, ale osobą emocjonalną, odczuwającą. To chyba tyle z mojej strony, a żeby dowiedzieć się, kto zabił, książkę trzeba przeczytać samemu. Miłej lektury.

wtorek, 13 stycznia 2026

𝐙𝐲𝐠𝐦𝐮𝐧𝐭 𝐙𝐞𝐲𝐝𝐥𝐞𝐫-𝐙𝐛𝐨𝐫𝐨𝐰𝐬𝐤𝐢 „𝐀𝐥𝐦𝐢𝐫𝐢𝐭𝐢𝐬 𝐩𝐢𝐣ą 𝐬ł𝐨𝐧ą 𝐰𝐨𝐝ę” (642)

Kolejnym kryminałem z okresu PRL-u jest „Almiritis piją słoną wodę”. Zygmunt Zeydler-Zborowski napisał swoją książkę w 1976 roku, czyli w połowie epoki cudu gospodarczego autorstwa Edwarda Gierka. Jest to bardzo wyczuwalne w tekście. 3/5 akcji rozgrywa się w Grecji, gdzie beztrosko spędzają wakacje polscy turyści. W ogóle w Grecji jest według autora sporo Polaków. Cud gospodarczy więc i bogatemu społeczeństwu odkrywają się większe niż dotychczas możliwości; jednymi z nich są wyjazdy zagraniczne. Akcja książki rozwija się powoli, zaczynając się zagęszczać dosyć późno, jednak obyczajowy charakter pierwszych stron jest na tyle intrygujący, że można autorowi wybaczyć to spowolnienie. Narrator jest wszechwiedzący, ale nie wszechzdradzający, dlatego portrety bohaterów są tu bardzo ważne dla dalszego rozwoju akcji i ciągle jest coś do odkrycia. W moim odczuciu pierwsza część książki, która podzielona jest na Grecję i Warszawę, jest ciekawsza. Druga rusza niby z kopyta i następuje wreszcie śledztwo, ale jakoś mniej mnie porwała. Niemniej książka jest w sumie dobrym kryminałem o mocnym obyczajowym fundamencie, splot interesów i relacji nakreślone zgrabnie i pomysłowo. Jedynie zbyt częste zbiegi okoliczności budzą podejrzenie, bo wygląda to, jak gdyby świat był na tyle mały, że znajomi rodacy spotykają się w Grecji całkiem przypadkowo. Czas spędziłem nad książką pozytywnie; więcej nie mogę napisać, bo musiałbym zbyt wiele zdradzić.

wtorek, 6 stycznia 2026

𝐀𝐧𝐧𝐚 𝐊ł𝐨𝐝𝐳𝐢ń𝐬𝐤𝐚 „𝐂𝐳𝐲 𝐩𝐚𝐧 𝐩𝐚𝐦𝐢ę𝐭𝐚, 𝐢𝐧ż𝐲𝐧𝐢𝐞𝐫𝐳𝐞?” (641)

 

Nie mam doświadczenia w czytaniu kryminałów, a tym bardziej kryminałów z okresu PRL-u. Dawno temu czytałem tylko zeszyty z kapitanem Żbikiem. Przeczytałem jednak, że Anna Kłodzińska była bardzo poczytną autorką prozy sensacyjnej w Polsce Ludowej i napisała nawet scenariusz do jednego odcinka „07 zgłoś się”. Po lekturze „Czy pan pamięta, inżynierze?” muszę stwierdzić, że książkę czytało się płynnie i lekko, że wciąga, że mimo kilku braków w logice daje radę. Nie jest to raczej arcydzieło na miarę Chandlera, jednak ma coś w sobie, mimo że bohaterami są esbecy i milicjanci. Nie wyczułem też zbytnio propagandy na poziomie wychwalania milicjantów, jeżeli propaganda tam jakaś jest, to na bardziej ogólnym poziomie, ale o to można się spierać. Tematem książki jest bowiem szpiegostwo przemysłowe w dobie gospodarczego boomu w okresie Gierkowskim (wiemy, jakim kosztem był ów boom), więc można odczytać między wierszami, że Polska była wtedy tak rozwiniętym krajem, że wysyłano do nas szpiegów mających kraść nasze bezcenne super nowoczesne technologie. Taka interpretacja jednak zahaczałby równocześnie o fantastykę naukową. Pozostańmy przy tym, że Zachód pragnie wykraść polską myśl techniczną przeznaczoną dla wojska, więc będąca ściśle tajną. Nie chcę tu się zbytnio pochylać nad fabułą, ponieważ w czytaniu kryminałów nie pomaga uprzedzanie wydarzeń (od razu wyznaję, że nienawidzę zwrotu „spojler”, które nasz język czyni uboższym i stereotypowym), a ja nie za bardzo wiem co mam napisać o książce bez zdradzania fabuły. Mamy w niej kilka wyrazistych postaci, historia jest skonstruowana w sposób starający się zwodzić czytelnika, wydarzenia przedstawia z kilku perspektyw, które się mieszają, autorka potrafi też przemycić do kryminału nieco humoru. Okazało się, że kryminał z PRL-u nie taki straszny (chociaż starszy już tak) jak go malują, ale nie chcę do końca oceniać, czy książka podobała mi się, ponieważ nie znam się na kryminałach i nie jestem w związku z tym w tym temacie wybredny, czy rzeczywiście jest dobra. Każdy musi ocenić sam; w moim odczuciu „Czy pan pamięta, inżynierze?” to niewymagająca przyjemna lektura na jeden dzień, bez większych ambicji i bez spektakularnych potknięć. Jedyna kontrowersyjna sytuacja może zostać uznana za trudną do uwierzenia, ale nie za niemożliwą. Ja przynajmniej innych takich potknięć nie wyłapałem.

poniedziałek, 5 stycznia 2026

𝐋𝐞𝐨𝐩𝐨𝐥𝐝 𝐓𝐲𝐫𝐦𝐚𝐧𝐝 „𝐔 𝐛𝐫𝐳𝐞𝐠ó𝐰 𝐣𝐚𝐳𝐳𝐮” (640)

 

Na samym początku informacja, że tytuł książki jest mylący, a raczej dwuznaczny. Osobiście odczytałem go jako zapowiedź otwarcia przede mną świata jazzu, dopłynięcia do jego brzegów i wniknięcia weń. W połowie książki zorientowałem się, że jest to opowieść o początkach jazzu, jego rodowodzie i wczesnym rozwoju. Jeszcze ścisłej Tyrmand podaje przykłady ludowej muzyki i jej przeobrażeń w XIX wieku w jazz ludowy, czyli w blues z Delty, a potem w nowoorleański jazz. O bebopie i cool jazzie w książce są wzmianki jedynie w posłowiu, a swing zostaje przez Tyrmand wzmiankowany pod koniec książki jako skomercjalizowana wersja jazzu z Dixielandu. Jednak nie ma w trakcie lektury ani chwili nudy; Tyrmand w barwny przystępny sposób opisuje kolejne fazy rozwoju, czasem bijąc nawet w ton emocjonalny. Ta książka nie jest bowiem leksykonem czy naukową rozprawą, jest wyrazem głębokiej fascynacji autora tematem (Tyrmand, jak wiadomo, był w Polsce organizatorem i pomysłodawcą jazzowego festiwalu Jazz Jamboree), a wynika z tego rodzaj umiarkowanego peanu. Wczesnych wykonawców surowego bluesa z Delty i jazzu z Nowego Orleanu Tyrmand traktuje jak wielkiego formatu artystów, przypisując im swoiste nowatorstwo oraz głębię emocji. Pasjonujące są przykłady, od których roi się w książce, na przykład wielogodzinne pojedynki na trąbki ściągające w Nowym Orleanie na te widowiska tłumy ciekawych gapiów. Pojedynki te dawały prestiż muzykom, wynosiły ich na wyżyny. Rozdział o Nowym Orleanie jest jest jednym z najmocniejszych punktów „U brzegów jazzu”; pojawiają się w nim konkretne nazwiska muzyków oraz nazwy orkiestr, a także liczne anegdoty związane z jazzem w tym mieście, jak ta, że w Nowym Orleanie o fryzjera w poczekalni nie wisiały gazety do czytania, tylko gitary, na których klienci umilali sobie czas czekania. Jest w tej niewielkich rozmiarów książce wyczuwalna wielka pasja i ogromna miłość do jazzu. Nie było dla mnie możliwe czytać książkę Tyrmanda na sucho. Po fragmencie dotyczącym tragicznej śmierci Bessy Smith sięgnąłem po jej nagrania z lat 20-tych ubiegłego wieku, to samo uczyniłem z dokonaniami Jelly Roll Mortona, po przeczytaniu przytoczonej przez Tyrmanda historii tego pianisty. Słuchając muzyki Mortona, wpadłem wręcz w zachwyt, bo radość grania aż bije tu dialogów instrumentów, że nie wspomnę jak bardzo jest to nieszablonowe granie pełne twórczej inwencji. Książka Tyrmanda zdecydowanie poszerza horyzonty i odkrywa zapomniane rejony oraz czasy pionierów jazzu. Tyrmand w posłowiu staje na rozdrożu, czując, że współczesny jazz (książka napisana została pod koniec 1956 roku) zmierza ścieżką oddalająca go od korzeni, ale dostrzega też pewne oznaki powrotu do nich i nie jest to żaden paradoks. Z drugiej strony widzi, że rozwój gatunku jest nieunikniony. Jest to w każdym razie odpowiedź na nurtujące mnie w trakcie lektury pytanie, co Tyrmand sądziłby o punkcie, do którego jazz dotarł na przełomie lat 60/70-tych? Mam na myśli fusion, połączenie jazzu z różnymi gatunkami, głównie z rockiem. Z tekstu książki należałoby sądzić, że nie będzie to w niedalekiej przyszłości od napisania książki o jazzie jego ulubiony gatunek. Tyrmand cenił bowiem w jazzie przede wszystkim muzykę czarnej Ameryki i o niej jako rdzeniu dla jazzu w ogóle traktuje „U brzegów jazzu”. Jest to pomnik wystawiony zapomnianym pionierom.

sobota, 3 stycznia 2026

𝐔𝐫𝐬𝐳𝐮𝐥𝐚 𝐊𝐨𝐳𝐢𝐨ł „𝐑𝐚𝐩𝐭𝐮𝐥𝐚𝐫𝐳” (639)

 

Tomik przeczytałem dzisiejszej nocy na — jak się to mówi — jednym oddechu. Nie wszystkie wiersze są tu proste i nie wszystkie jednoznaczne, chociaż pozór prostoty na pewno bije ze stron „Raptularza". Proste rzeczy stają się poezją i filozofią. To filozofia kończącego się życia, zawierająca refleksje nad miłością, śmiercią, nad sensem poezji. Jest tu miejsce na sztukę, historię, przyrodę, wspomnienia, dawne zdarzenia i ulotne chwile. Nie można się oprzeć wrażeniu, że autorka i podmiot liryczny to te same osoby, więc ze strof przemawia przede wszystkim szczerość, przemawia prawda i przemawia świadomość samej siebie. Osobisty ton wierszy Urszuli Kozioł nie razi, ponieważ jest on najczęściej wpisany w ramy zwyczajności i codzienności. Piękny tomik.

czwartek, 1 stycznia 2026

𝐁é𝐥𝐚 𝐇𝐚𝐦𝐯𝐚𝐬 „𝐆𝐨𝐝𝐳𝐢𝐧𝐚 𝐨𝐰𝐨𝐜ó𝐰” (638)

Zbiór esejów węgierskiego intelektualisty zmuszonego po 1948 roku przez 13 lat do pracy na socjalistycznych budowach. Zakazano mu publikacji, a jego książki poszły na przemiał. Natomiast w czasie wojny bomba zburzyła jego mieszkanie i spaliły się wszystkie niepublikowane rękopisy. To jednak nie złamało Hamvasa, podjął rękawicę i zaczął prowadzić podwójne życie: fizyczna praca dająca utrzymanie i w tym samym czasie obfite pisanie do szuflady. Było to wynikiem przemian świadomości i przewartościowania rzeczywistości; pisze o tym w jednym z tekstów zbioru. Jego twórczość nie ulega żadnej depresji, nie ma w niej śladów załamania, wręcz przeciwnie, jest dumny stoicyzm, zajmowanie się kwestiami idei i filozofii, czyli rzeczami najbardziej odległymi od realiów socrealizmu. Hamvas jest piewcą jasności, pogody ducha, piękna świata, małych radości: wina, kobiety, przyrody, prostych zachwytów. Wyrozumiałość, wiedza i humanizm to cechy charakteryzujące jedyna w swoim rodzaju twórczość Hamvasa.

czwartek, 6 lutego 2025

𝐒𝐭𝐞𝐟𝐚𝐧 𝐂𝐡𝐰𝐢𝐧 „𝐃𝐨𝐥𝐢𝐧𝐚 𝐑𝐚𝐝𝐨ś𝐜𝐢” (637)

 


Początek lektury: zachwyt. Wiadomo, Chwin może pisać byle co, bo pisze przepięknym stylem, sama radość czytania jego misternych zdań bogatych w trafnie dobrane obrazowe słownictwo, to już robi różnicę. Ale... im dalej w las, tym więcej stron bogatych w coraz dziwniejsze i w coraz bardziej nieprawdopodobne wydarzenia. Nachodzą czytelnika skojarzenia, przede wszystkim z Grassem i z „Pachnidłem". Książka staje się z każdym rozdziałem coraz mniej prawdopodobna i kunsztowne zdania Chwina przestają przeważać nad treścią, czytelnik zaczyna się nużyć (mam na myśli moją osobę). To uchodzące powietrze bywa czasem na noowo pompowane świetnymi fragmentami, w których autor podejmuje refleksje nad marionetkowością ludzkiej egzystencji miażdżonej bezwzględnymi kołami historycznych wozów opancerzonych rozjeżdżających Europę wzdłuż i wszerz.
Na koniec muszę wydać z siebie następujący odgłos: hahahahahahahaha! Nie dotyczy on już samej książki Chwina, ale czasu szacowanego przez portal LubimyCzytać.pl na jej lekturę. Otóż mam tę książkę, liczącą 542 stron, przeczytać w 9 godzin i 2 minuty. 60 sekund na stronę to daje jakąś karkołomną jazdę czytelniczą bez miejsca na zastanowienie, powtórzenia i chyba połykanie płaszczyzn stron oględnym rzutem oka. Ja czytałem od 6 stycznia do 5 lutego. Muszę być jakoś upośledzony. ;) Wybaczcie mi...


czwartek, 9 stycznia 2025

𝐒𝐮𝐬𝐚𝐧 𝐒𝐨𝐧𝐭𝐚𝐠 „𝐖𝐢𝐝𝐨𝐤 𝐜𝐮𝐝𝐳𝐞𝐠𝐨 𝐜𝐢𝐞𝐫𝐩𝐢𝐞𝐧𝐢𝐚” (636)

 




Analiza fotografii wojennej wraz z wiążącymi się z nią wszelkimi aspektami, jak odbiór, autentyczność, oddziaływanie, manipulacja, znieczulenie. Sontag wychodzi od pytania, czy oglądanie sfotografowanych okropności może przyczynić się do zaprzestania prowadzenia wojen, w swój esej wplata historie fotografii wojennej, przywołuje jej najbardziej znanych fotografów i jako przykładami posługuje się najbardziej znanymi ikonicznymi fotografiami, ale też odwołuje się do mało znanych bądź zapomnianych konfliktów zbrojnych. Autorka polemizuje także sama z sobą, ze swoimi tezami zawartymi w książce "O fotografii", aktualizując swoje poglądy. 

niedziela, 5 stycznia 2025

Mike Johannsen „Podróż uczonego doktora Leonarda i jego przyszłej kochanki, przepięknej Alcesty, do Szwajcarii Słobodzkiej” (635)

 




To moje drugie zetknięcie z prozą ukraińską. Książka „połknięta” w jedną dobę. Jeżeli myślicie, że gra konwencjami została wymyślona przez postmodernistów, to jesteście w wielkim błędzie „Podróż...” jest jedną wielką zabawą konwencjami, grą autora z czytelnikiem, umowność jest tu czymś pierwszorzędnym. Druga narzucająca się rzecz to niezwykłość fabuły. Jest to książka nawet nie z gatunku realizmu magicznego, nie, to gatunek oniryzmu magicznego. Króluje w nim nieskrępowana wyobraźnia. Jedynym realnym aspektem w książce jest przyroda, która dominuje, jakby wychodzi z każdego kąta powieści. Absurd, groteska, sporo humoru to dopełnienie całości. Ta książka to uczta dla miłośników smakowania słów. Dla 
kogoś, kto zna Płatonowa i ceni jego prozę (komsomolski niedźwiedź pomagający kopać dół w „Wykopie” lub niezwykłości „Szczęśliwej Moskwy”), książka Mike Johannsena, która powstawała na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, czyli w podobnym czasie, w którym tworzył Płatonow, będzie zaskoczeniem dzięki jeszcze większej dawce niezwykłości. Intuicja czytelnicza i moje zaufanie dla twórczości awangardowej nie zawiodły mnie.

piątek, 3 stycznia 2025

𝐉𝐚𝐫𝐨𝐬𝐥𝐚𝐯 𝐑𝐮𝐝𝐢š „𝐁𝐨ż𝐞 𝐍𝐚𝐫𝐨𝐝𝐳𝐞𝐧𝐢𝐞 𝐰 𝐏𝐫𝐚𝐝𝐳𝐞” (634)

 





Nierealistyczna wspomnieniowa podróż bohatera przez opustoszałe ulice Pragi w wigilijną noc, tytuł jednak myli, gdyż sugeruje jedynie czas akcji tej mini-nowelki, chociaż... Mamy tu przecież trzech króli, to Kafka, Hašek i Hrabal, i Dzieciątko się pojawia w osobliwej postaci, i karpie odgrywają swoją rolę. Żywi i umarli w Pradze. Kto zaufał Rudišowi, ten się nie zawiedzie/ Książeczka dla miłośników nieoczywistych tekstów.


Pavol Rankov „Legenda o języku” (633)



To miała być moja ostatnia lektura w ubiegłym roku. Na pewno byłaby to lektura zajmująca czołowe miejsce najlepszych przeczytanych w ostatnich dwunastu miesiącach książek. Niestety nie zdążyłem skończyć czytać przed Sylwestrem, stało się to dopiero dzisiaj, więc „Legendą o języku” zaczynam nowy czytelniczy rok. Akcja przywołuje początek lat 70-tych z perspektywy świeżo upieczonych studentów historii. Świeże rany Praskiej Wiosny 1968 i wykładowca starający się przedstawić okres średniowiecza z perspektywy marksizmu-leninizmu. Kontrast młodości i rzeczywistości w okowach budującego się bez końca socjalizmu. Świetnie oddana atmosfera zarówno codziennej szarości komunistycznej egzystencji, jak i młodości, która rządzi się swoimi prawami, często wbrew realiom, co może doprowadzić do konfliktu. Rodzice żyją jakby w innym świecie, gdzie państwo bezkompromisowo upomina się o serwituty, studenci jeszcze spotykają się na piwie, chodzą na koncerty, do kina, analizują doświadczenia i wymieniają się nimi, lecz z wolna ateistyczne państwo sięga po ich dusze, zniewalając też krok po kroku ich umysły. Na tym polegają diabelskie sztuczki wykładowcy manipulującego na wykładach przyszłością swego kraju, a raczej przedstawiając ja z perspektywy komunistycznej doktryny. Drugi wątek powieści ukazuje tamten czas ze współczesnej perspektywy. Jednym z elementów tworzących tło historyczne są wzmianki na temat muzyki. I tu autor wymienia zespoły najbardziej wartościowe i ambitne z okresu wczesnych lat 70-tych w Czechosłowacji (i nie tylko). Zatem trzeba te wartościowe wymienić, być może kogoś to zainspiruje, dzięki temu pozna nowe muzyczne rejony. Autor wspomina więc o Collegium Musicum, rewelacyjnej słowackiej kapeli progresywnej, o wschodnioniemieckim Phudys, o jazzrockowych zespołach Flamenco (wspaniała płyta „Kuře v hodinkách”) i Modrý Efekt, dalej progresywne kapele Dežo Ursiny & Provizorium oraz Michał Prokop & Famous Five (płyta „Město ER” zawierająca tytułową 19-minutową suitę). Wspomniana jest także płyta „Fireball” Deep Purple oraz piosenka „Dear Mr. Fantasy” zespołu Traffic. Jedni twierdzą, że książka posiada zaskakujące zakończenie, inni, że tak musiało się skończyć. Prawda leży gdzieś pomiędzy, ponieważ koniec historii wcale taki nie musiał być, ale z wielką dozą prawdopodobieństwa opisany koniec był bardzo możliwy.