niedziela, 8 maja 2016

"Ballada o kowboju i lodzie"

Razu pewnego wśród Dzikiego Zachodu
Kowboj chciał skosztować zimniutkiego lodu,
Ale że słońce mocno świeciło,
Lodu dokoła nigdzie nie było.
Rzekł zatem: "Trudno, daremna rada,
Lodu gdzieś indziej poszukać wypada".
Osiodłał konia, na wierzch mu wskoczył
I pognał przed siebie, gdzie poniosą oczy.

Południe było i ostra spiekota,
Żar lał się z nieba, zbójnik, niecnota,
Kowboja głowa mokra od potu
Myśli nie wyda, jak niebo grzmotu.
Lód mu potrzebny teraz, tu zaraz,
Inaczej wpadnie w poważny marazm.
Ponaglił konia, na wierzchu podskoczył
I pognał przed siebie, gdzie poniosą oczy.

Wtem nadszedł wieczór, kowboja szczęka
zaczęła z zimna miarowo szczękać.
"Chłód bratem lodu" pomyślał wreszcie.
I na noc stanął w przygodnym mieście.
Śnił mu się neon i szampan z lodem,
Który niósł kelner przed sobą przodem.
Przytulił konia, łzą oko zmoczył
I w sen przed siebie pognał uroczy.

I tak wędrował miesięcy wiele,
trudy podróży odczuł na ciele.
Skonany bardzo Meksyk przemierzył
I w Hondurasie co nieco przeżył.
Sił mu w Panamie ubyło dość sporo,
Lecz wzmocnił w Kolumbii swą duszę chorą
Bezlikiem kawy: pił on i pił koń
Aż ta używka waliła im w skroń.

W Brazylii dobił się tańcem i pląsem.
Już patrzeć spokojnie nie umiał na słońce.
A słońce wesoło wciąż sobie świeciło,
Lecz lodu jak dotąd dokoła nie było.
Już miał się poddać i już umrzeć miał,
Gdy zorientował się, że przed górą stał.
A góra ta była pokryta lodem,
Więc wybrał się na nią pospiesznym chodem.

Wiara wstąpiła, odżyły marzenia,
W górę się wzbijał na kamień z kamienia.
Był coraz wyżej, koń malał w dole
"Ja lodu pragnę, ja lody wolę!"
I stanął na szczycie, dumny i mężny,
Pierś mu się cała z radości pręży.
Już język zbliża do bryły lodu
I... już nigdy nie ujrzał Dzikiego Zachodu.

Języka nie oderwał i pozostał na szczycie.
Może biedaka tam kiedyś odwiedzicie?